Friday, 8 November 2013

WIARA

                               WIARA

                                                                                                                    Maj, 2005/ 5.09.2011

WIARA   ma   w   języku   polskim   dwa   znaczenia:   pierwsze   to   synonim   ufności,   zaufania,   drugie   zaś   to   przyjmowanie   czegoś   za   prawdę,   wierzenie,   w   szczególe   przyjmowanie   za   prawdę   twierdzeń   i   dogmatów   religijnych.  I   o  tym   ostatnim   będę   mówił.
 
 Najpierw   uczynię   poprawkę   do   definicji,   bowiem    „przyjmowanie”   to   za   mało;   konieczne   jest   PRZEŚWIADCZENIE    o   prawdziwości   religijnych    twierdzeń,   mimo   ich   empirycznej   niesprawdzalności.   Z   drugiej   strony   wiary   religijnej   nie   można   ograniczać   do   tez   wyznaniowych,   bowiem   obejmuje   ona   też    LĘK   i   WEWNĘTRZNE   PODDANIE   SIĘ   i   dlatego   właśnie   jest   nieodzowna    ludziom.   Tomasz   Hobbes  /1588-1679/  mówi:

 „Strach   przed   mocami   niewidzialnymi    zwie   się   RELIGIĄ
.
    Ponieważ   pojęcia   wiary   i  religii   nam   się   przeplatają   zdefiniujmy   i   tę   ostatnią:

RELIGIA   TO    ZJAWISKO    SPOŁECZNO-KULTURALNE,    FORMA   ŚWIADOMOŚCI   SPOŁECZNEJ,   BĘDĄCE   UFANTASTYCZNIONYM    ODBICIEM    REALNEGO   ŚWIATA,   POWSTAŁYM    W   WARUNKACH   BEZSILNOŚCI    WOBEC   SIŁ   PRZYRODY   I   SIŁ   SPOŁECZNYCH;   NA   RELIGIĘ   SKŁADAJĄ   SIĘ:   ZESPÓŁ   WIERZEŃ   /DOKTRYNA/,   ZWIĄZANYCH   Z   NIMI    PRAKTYK  /KULT/   I    INSTYTUCJI.

A   więc   akceptacja    doktryny,   kultu  i  organizacji   wspólnoty   prowadzi   do   WIARY   zgodnej    z    RELIGIĄ.    A  wyznawanie   religii   jest   wiarą;  wiarą,   króra   daje   nadzieję.   Wierzymy   aby   mieć   nadzieję,   a   dokładniej    staramy   się   wierzyć   by   ją   mieć.   A   wspomniane   konieczne   PRZEŚWIADCZENIE    nabywamy   z  wiary   w   AUTORYTET,....

  „co   skraca   drogę   poznania   i   uwalnia   nas   od   wysiłku....   Jest   to   zbawienne    dla   ludzi,   którym   brak   bystrości   umysłu   utrudnia   poznanie   rozumowe.... Ludzie    ci  -  a  jest   ich   z   pewnością   WIĘKSZOŚĆ  -  dają   się   łatwo   zwieść   dowodom   pozornym...Toteż   dla   nich   najpożyteczniej   jest   wierzyć    powadze   wybitnych   ludzi...” /św. Augustyn/.

   Tym   autorytetem   jest   rodzina,  społeczność   miejscowa  i   ksiądz  proboszcz,   czyli   otaczające   środowisko   narzucające   zasady   etyczne   czyli   moralność.   O  korzyści   płynącej   z   tego  zwiężle   mówi   ulubiony   filozof   Issaca   Bashevisa    Singera  /1904-91/ -   Baruch  SPINOZA  /1632-77/:

 „Gmin,  o   ile  reguł   moralnych   przestrzega,  to   zwykle   ze   strachu   marnego   przed   piekłem.... Ci,   krórzy   nie   potrafią   pod   panowaniem   rozumu   żyć,   MUSZĄ   mieć   zalecenie   godziwego   życia,  jakie   im   RELIGIA   daje...”.

Jednakże   religię   i   wiarę   odróżnia   bardzo   poważna    właściwość.    Otóż,   RELIGIA    odnosi   się   do   ZBIOROWOŚCI,   podczas   gdy   WIARA   -  do   JEDNOSTKI.   Podkreśla   to   nawet   Blaise  PASCAL  /1623-62/,  gdy   stwierdza,   że:
 
„Wiara   jest   darem   Boga,   którą   daje   według   własnego      upodobania.   Wiara   jest   dziełem   łaski,   a   łaska,   na   mocy   samego   pojęcia,   jest   rozdzielana   arbitralnie,  nie   według   zasad”.

   Odczytuję  to,  że   zgromadzonych   w   kościele   łączą   praktyki   religijne,   a   nie   wiara.

RELIGIA   daje   nakazy   i   zakazy,   daje   zalecenia   gminowi   jak   żyć,   a   gmin,   w   mniejszym   lub   większym   stopniu   się   do   nich   stosuje  -   zwykle   ze   strachu   przed   karzącym   Bogiem,  co   znajduje   wyraz   w  pospolitych   przestrogach   takich,  jak:  „Bóg   cię   skarze”,  „Kara  Boska”,  „Bój   się   Boga”,   „Bóg   nie   rychliwy,  ale   sprawiedliwy”  itd.  /Ciekawe,   że   DOBROĆ   Boga   nie   znajduje   odbicia   w   ludowych   powiedzeniach/.   Jednocześnie   religia   łudzi,   omamia,  ukaja,  wpaja   niczym   nieuzasadnioną   nadzieję;   jest   OPIUM   DLA   LUDU  /Marks/.   No   i   każe   się   modlić   i   prosić   Boga.   Aż   to   modlenie   doprowadza   do   absurdu:   dwie   armie   stoją   naprzeciw   siebie,   dwóch   katolickich   kapelanów   odprawia   msze   w   intencji   zwycięstwa    czyli   proszą   Boga   o   pomoc   w  zabiciu   wrogów   tj  współbraci –katolików.....  I   cóż   ma   zrobić   Bóg?   Chyba   tylko   obu   kapelanów    posłać   do   diabła.    Dlatego   miał   rację   Dostojewski  /p.hasło  Dost../ gdy   mówił,   że

  „naród   tak   długo   jest   tylko   narodem,   jak   długo   ma   swojego   odrębnego    Boga”.

   A   co   z   gminem,   jeśli   religia   zamiast   głosić   miłośc   i   pokój,   wzbudza   fanatyzm   i   nienawiść.   Typowy   przykład   to   polski   antysemityzm   pod   przywództwem   Kolbego,   Jankowskiego,   Rydzyka  i   in,  a   w   rezultacie   Jedwabne   czy  zeszłotygodniowe   zbezczeszczenie   pomnika   tamże.

WIARA    natomiast   jest   ufnością,   do   której   prowadzi   długa   droga   życia,   poprzez   wzloty   i   upadki,   poprzez   ich   ocenę,   poprzez   sumienie,   poprzez   własne   decyzje   i   odpowiedzialność   lub   jej   brak,   poprzez   odnalezienie    samego   siebie   w   głębi   własnego   serca.  Każdy   ma   swoją   drogę.   Droga   doświadczeń   jednego    człowieka   nie   jest   drogą   innego.   To,   co   najważniejsze   dokonuje   się   wewnątrz,   w   samotności.   I   przychodzi   czas   kontemplacji,   i   trzeba   zdecydować,   czy   chce   się   wierzyć.   Bo   wszystkie   wątpliwości   muszą   być   rozwiane   przez   CHĘĆ    WIARY.   CHCĘ   -  to   kluczowe   słowo,   bo   to   akt   WOLI   nadaje    wierze   sens.

Reasumując,   najpierw    musi   być   wiara,   prymitywna    wiara,   najczęściej   narzucona    przez   otoczenie   zgodnie   z   maksymą   św.  Augustyna:   „NIE   USIŁUJ   ZROZUMIEĆ   BY   WIERZYĆ,   ALE   WIERZ   BY   ZROZUMIEĆ”.    Dalej,   już   tylko   dla  nielicznych   wybranych   tj   obdarzonych   przez   Boga   „ŁASKĄ”   ROZUMU,   wyboista   droga   analizy   swego   WNĘTRZA,   w   którym   gromadzą   się  wszystkie   zdobycze   ROZUMU,   mającego   własności   poznawcze,   i  w   efekcie   określenie   swojej   relacji   do   ABSOLUTU.

No,   właśnie   ABSOLUT   czyli   BÓG;   czy   wogóle   istnieje?   A   jeżeli   istnieje   to   jak   mam   w   NIEGO   uwierzyć?    Największe   mózgi   w   historii   ludzkości    przeprowadzały    dowody   istnienia   Boga,   nota   bene   wszystkie   wątpliwe.   Poniekąd   przerwał   te   spekulacje   Pascal,  swoim   słynnym  „zakładem”.  /Stawiający   na   istnienie   Boga   ma   pewność   wygranej.   Wybierając   wiarę   w   Boga   narażamy   coś   skończonego   mając   do   wygrania   nieskończoność/.    JA   identyfikuję   się  ze  stanowiskiem   Junga,   Otóż,   Carl   Gustav   JUNG  /1875-1961/,   szwajcarski   twórca   psychologii   analitycznej,   zapytany,   czy   wierzy   w   Boga    stanowczo   odparł:  NIE   MUSZĘ   WIERZYĆ,   JA   WIEM”.   Powiedział   też:   „BÓG    to   psychologiczna   prawda,   której   subiektywnie   doznaje   każdy   człowiek”.

Oczywiście,   zdobywszy   wiarę   człowiek   staje   się   jeszcze   bardziej   osamotniony,   znajduje   się   poza   społecznością    pozostającą   na   etapie   religijności   ludowej   /por.  „Traktat”  Miłosza   -„..jestem    sceptyczny,   ale   razem   śpiewam,   pokonując   w   ten   sposób    PRZECIWIEŃSTWO   POMIĘDZY    PRYWATNĄ    RELIGIĄ    I    RELIGIĄ   OBRZĘDU”/.   Widzi   bowiem   sprzeczność   swoich   najgłębszych    przekonań   z   doktryną   i   praktykami   wspólnoty   do   krórej   należał.  Och,   odległe   czasy!   Jeżeli   w   dodatku   wypowiada     swoje   poglądy,   to   naraża   się   na   podejrzenie,   nieufność   a   najczęściej   wrogość.   Już   przecież   pięć   wieków   przed   Chrystusem    PITAGOREJCZYCY   pouczali,  iż   „ludziom   popsutym   naiwną   wiarą   nie   mów   o   Bogu,   bo   się   narazisz”.

Wiara   doktrynalna,   czyli   religia,   jest   PŁYCIZNĄ,   a   płycizna   jest   wrogiem   wiary   dojrzałej   i   przemyślanej.    Wprawdzie   w   encyklice   „FIDES   ET   RATIO”  /”Wiara  i  Rozum”/   Jan   Paweł   II   napisał,   że   „wiara   pozbawiona   rozumu,   podobnie   jak   rozum   pozbawiony   wiary   są   jednostronne   i   mogą   być   niebezpieczne”,   lecz   kto   czyta   encykliki,  a   JP II   wielbimy,  bo   możemy   się   szczycić   Papieżem-Polakiem.
 
  To   podobnie   jak   z   Chrystusem,   od   którego   śmierci   minęło   prawie   dwa   tysiące   lat,   a   ludzie   dalej   nie   znają   Ewangelii   i   zamiast    się   cieszyć   w   Wielki   Piątek,   że   przez   męczeńską   śmierć   Jezus   odkupił   nasze   grzechy   i   nas   zbawił,   a   za  trzy   dni   poprzez   zmartwychwstanie   utoruje   nam   drogę   do   raju,  zamartwiają   się,   samobiczują,   zasuwają   na   kolanach,   a   niektórzy   nawet   przybijają    się  do   krzyża,   czym  wg   mnie   popełniają    profanację.   Nie   rozumieją   misji   Jezusa,   a   więc   alternatywy   zejścia   z   Krzyża.

Nim   przejdę   do   dalszych   rozważań   muszę   podkreślić,   iż,   Broń   Boże,   nie   podważam    roli   wiary   doktrynalnej   propagowanej   i   nadzorowanej   przez    Kościół,   lecz,   wprost   przeciwnie,   uważam,   że   AUTORYTARNY  /p.   dogmat    nieomylności    papieża/    i     TOTALITARNY    Kościół   jest,  jak    dotąd,   jedyną    instytucją,   która   efektywnie   potrafi    gminem   sterować   i   manipulować,   a   jest    to   bardzo   potrzebne,   bo   „masa   ludzka   nie   wie   czego   chce   i   winna   być   rządzona” /Lenin/.   Co   do   totalitaryzmu   przytoczę   słowa   Simone   WEIL /1909-43/
:
  „ ...Kościól   pierwszy   położył   ....fundamenty   totalizmu...   A   sprężyną    tego   totalizmu   był   użytek   zrobiony   z   dwóch   małych   słów   ANATHEMA    SIT   /Niech   będzie   przeklęty/”.

     Sprzyjał    temu   Kościołowi    nasz   prymas   WYSZYŃSKI,    który   o   reformach   Soboru   Watykańskiego   II   zmierzających   do   „otwarcia”  Kościoła   reprezentował   /wg   Kisiela/   pogląd :

   „Reformy   Soboru   Watykańskiego   II   bardzo   potrzebne   i   słuszne   są   w   krajach   cywilizowanych,   a   zakuty   polski   ciemnogród   nie   dorósł   do   tego   i   wszelkie    próby   mogą   osłabić   polską   PSEUDORELIGIJNOŚĆ,    a   wtedy   MOTŁOCH   wyrwie   się   spod   silnej   ręki   Episkopatu”.
   
Dla   polskich   katolików   wystarczy   kult   Maryjny   i   tatuś   Rydzyk.    Strategię   Kościoła   zdefiniował   Thomas   BERNHARD  /1931-89/:

 „Kościół   katolicki.... czyni   z   ludzi   katolików,   TĘPOGŁOWE   stworzenia,   które   zapominają,   co   to   takiego   samodzielne   MYŚLENIE,  i   zdradzają   je   dla   religii   katolickiej”.

   Przytoczę   jeszcze   ks  Henry   Nouvena  /SJ/,  z   kanadyjskiej   „ARKI”:

   „Władza;   króra   mieni   się   być   sprawowana   w   imeniu   Boga,   jest   najbardziej   podstępnym   rodzajem   władzy:   DZIELĄCEJ   i   raniącej   najgłębiej”.

   O   znaczeniu   socjologicznym   religijności   ludowej    świadczy   anegdota   opowiadana   przez   „mego”   TISCHNERA   o   góralu,   co   przysiągł   na   obrazek    Świętej    Panienki,   że   przez   miesiąc   nie   będzie   pił.   Nie   dość,   że   nikt   go   do   wódki   nie   namawiał,   lecz   jeszcze   z   gospody   gonili.

Wracając   do   głównego   nurtu,   wiara   /ta   przez   duże   W/,   tak   czy   inaczej,   jest   darem   łaski   Bożej   rozdzielanej    arbitralnie,  a   nie  według   zasług.  /por. Pascal – str.i/.   Bo   przecież   rozumem,   niezbędnym   do   jej   zdobycia,   Bóg   obdarzył,   kogo   chciał.   W   związku   z   tym,   czy   misjonarstwo   ma   jakikolwiek   sens?   Przecież   bez   łaski   Bożej   i   tak   nikt   prawdziwej   wiary   nie   zazna,    a   z   nią   -   to   wiara,  nawet   bez   misjonarzy,   na   niego   zstąpi.  Czyżby   więc   chodziło   o   poszerzanie   wpływów,  a  nie   o   ewangelizację?    A   czy   Kościół   Katolicki   przypadkiem   nie   uzurpuje   sobie,   bezpodstawnie,   prawa   do  głoszenia   „jedynej   słusznej   religii”?

  To   się   nazywa   PROZELITYZM   tj   dążenie   do   „nawracania”   innych  na   swoją   wiarę,   pozyskiwanie   nowych   zwolenników,   a   jest   to   w   rzeczywistości    kradzież   owieczek,   a   może   raczej   baranów   dla   swego   pasterza   tj   PAPIEŻA.   Typowym   przykładem   jest   prozelityzm   katolicki,   zintensyfikowany   przez   JP  II,    wśród   wyznawców   prawosławia.   A   skąd   ta   pewność,   ta   pycha,   że   katolicyzm   jest   jedyną   słuszną   religią,   a   co   gorsza   wyjątkowo   bezczelne   głoszenie,   że   do   zbawienia   konieczna   jest   przynależność   do   Kościoła   Rzymskiego.
 
  Zauważmy   że   mimo   stosowania   przemocy   przez    dwa   tysiące   lat   i    przyjmowaniu    nowej   religii   przez   nieświadome   narody  /np   Litwini   dwukrotnie,   tudzież   Wiślanie/   mamy   zaledwie   1,1   miliarda   katolików,   i  to   tylko   potencjalnych,   w   całej   populacji   liczącej   7,5  mld.    Że   muzułmanie   dawno   nas   przegonili   /1,3  mld/,  a   wyznawcy   hinduizmu   liczą   0,9  mld.  W   dodatku  są   to   dane   sprzed   ośmiu   lat,   a   niepodważalny   jest   fakt,   że   liczba   wyznawców   islamu   w   „niebotycznym”   tempie   wzrasta.   Musimy   ponadto   podkreślić,   że   wszystkie   te   dane   dotyczą   „gminu”,   bo   większość   ludzi   obdarzonych   rozumem    odrzuca   koncepcję   BOGA   OSOBOWEGO,   wyobrażanego   jako   „tradycyjnego    Staruszka   w   Niebie” /p. Armstrong – „Historia   Boga” str.392/.

Niech   przykładem   będzie   Paul   TILLICH  /1868-1965/,  który   podzielał   pogląd   NIETZSCHEGO,   że  idea   Boga   osobowego    jest   szkodliwa   i   powinna   zaniknąć:

 „Pojęcie   ‘Boga   Osobowego’,  wtrącającego   się   w   bieg   ziemskich   spraw....powoduje,   że    postrzegamy   go   jako   kolejny   przedmiot   istniejący   obok   szeregu   innych,   pośród   wielu   przedmiotów,   byt   pośród   innych   bytów,   może   najwyższy,   niemniej    JEDEN   Z   WIELU.    Stanowi   to ....   zniszczenie   wszelkiej   znaczącej   idei   Boga”.

  Ponadto   Bóg,   wtrącający   się   do   ludzkiej   wolności   i   twórczości,   jest   tyranem.   Zostawmy   jednak   Boga   w   spokoju,   bo   to   temat – rzeka,   a   powróćmy   do  dojrzałej   WIARY,   na   jakich   podstawach   ją   budować.

BÓG   nie   jest   podmiotem   mojej   wiary,   gdyż,   jak   wcześniej   mówiłem,   podzielam   pewność   JUNGA,   że   istnienie   Boga   jest   aksjomatem    /pewnikiem,   prawdą   oczywistą/.   Co   do   dalszego   wywodu,   muszę   wyjaśnić,   że   bazą   do   moich   rozważań   jest    religia   judeochrześcijańska,   która,   bezwzględnie   miała   decydujący   wpływ   na   kulturę    mnie   otaczającą   i   kształtującą.   Nie   widzę   potrzeby   odnoszenia   się   do   innych   religijnych   doktryn,   by   nie  sprawdziła   się   maksyma  „cudze   chwalicie,   swego   nie   znacie”.   Bo   skoro   Żydzi   studiują   TORĘ   ponad   2000  lat  i   ciągle   odkrywają   nowe   znaczenie   zawartych   tam   mądrości,   a   chrześcijańska   hermeneutyka    świętuje   swoje   apogeum,   to,   mnie   biednemu,   napewno   czasu   nie   starczy,   by   choć   pobieżnie   poznać  religię,   w   której   się   wychowałem.    A   tu,   najistotniejsze   jest   dziesięć   przykazań   oraz   nauczanie   Jezusa.
  
Dziesięc   Przykazań   czyli   Dekalog   czyli   MICWOT    pomaga,  wg   Abrahama   Jozue   Heszela  /1907-72/,   przeciwstawić   się   dehumanizacyjnym   aspektom   terażniejszości    i   należy   je   postrzegać   jako   symboliczne   gesty,   które   uczą   nas   żyć   w   obecności   Boga.   Mnie   przekonuje   wywód   Franza   ROSENZWEIGA   /1886-1929/:   /cytuję  Karen   Armstrong/

  „Człowiek   jest   zasadniczo   samotny,   zagubiony   i   przerażony   w   olbrzymim   tłumie   ludzkości.   Dopiero   gdy   Bóg   zwraca   się   ku   nam,   jesteśmy   wybawieni   od   tej   anonimowości   i   bojażni.   Bóg   zatem   nie   tłumi   naszej   indywidualności,   lecz   właśnie   pozwala   nam   uzyskać   pełną   SAMOŚWIADOMOŚĆ.   Nie  możemy   obcować   z   Bogiem   antropomorficznym.   Bóg,   będący   PODSTAWĄ    istnienia,   jest   tak   uwikłany   w   swą   własną   egzystencję,   że  NIE   MOŻNA   MÓWIĆ   DO   NIEGO,   jakby   był   po  prostu   kimś   takim   jak   my.   Nie  ma   słów   ani   idei   na   opisanie   Boga.   Przepaść   między   nim   i   ludżmi   zapełniają   PRZYKAZANIA   Tory.  .....nie   są   to   tylko   zakazy,   lecz   sakramenty,   symboliczne   działania,   które   ...wprowadzają   w   wymiar   boski,   tkwiący   u   podłoża   każdego   indywidualnego   istnienia......Przykazania   są   tak   bezspornie    symboliczne,   że   kierują   nas   poza   nasze   ograniczone   słowa   i   pojęcia   ku   samemu   niewyrażalnemu   BYTOWI.   Pomagają   nam   zachowywać    postawę   nasłuchującą,   byśmy   zwróceni   byli   ku   PODSTAWIE   naszej   egzystencji   i   poświęcali   jej   uwagę.   Micwot,   zatem,   nie   działają   automatycznie.   KAŻDY   CZŁOWIEK   MUSI   UZNAĆ   JE   ZA   WŁASNE,   BY   POSZCZEGÓLNA    MICWA   PRZESTAŁA   BYĆ   ZEWNĘTRZNYM   NAKAZEM,   LECZ   WYRAŻAŁA   „MOJĄ”   WEWNĘTRZNĄ   POSTAWĘ,   OSOBISTĄ   „KONIECZNOŚĆ”.

Co   do   nauczania   Jezusa,   przypomnijmy,   że    wg   Ewang. św. Jana,   Bóg   ma   jednego   ukochanego   Syna,   a   imię   jego   LOGOS   /Słowo/,   którego   posłał   specjalnie   ludziom,   bo   ich   miłuje.   No   i   SŁOWO   CIAŁEM   SIĘ   STAŁO   i   mieszkało/!??/   między   nami.   /Co   za   głupota!   To  już   SŁOWO   Boże   nie   mieszka?/.   Tak  więc    WIARĘ    Bogu   udowadniamy,   żyjąc   lub   chociaż   starając   się   żyć   zgodnie   z   MICWOT   danym   Mojżeszowi    i   LOGOSEM    głoszonym   przez   Jezusa,  a   gdy   starania   spełzły   na   niczym,   to   chociaż   wykazaniu   szczerego   żalu.
  

Na   koniec   dodam,   że   wszystkie   modlitwy  „w  intencji”,  tzn   o   coś   proszące,   są   BEZCZELNOŚCIĄ   i   profanacją,   bo   BÓG   nas   kocha   bezinteresownie,   a   my   jeszcze   dobrze   nie   uwierzymy,   a   już   prosimy.   A   czemuż   to   Bóg   miałby   akurat   twoich   próśb   wysłuchać?   Za   mali  jesteśmy,   by   mieć   wpływ   na   decyzje   boskie.  Amen.