Friday, 31 July 2015

Jacek DEHNEL - "Matka Makryna"

Jacek DEHNEL - "Matka Makryna"

Zacznę od wzmianki z Wikipedii:
"Makryna Mieczysławska, właśc. Irena Wińczowa (zm. 11 lutego 1869 w Rzymie) – fałszywa zakonnica katolicka. W 1845 roku przybyła do Paryża, gdzie podała się za przełożoną klasztoru bazylianek w Mińsku, zlikwidowanego na rozkaz prawosławnego biskupa Józefa (Siemaszki)...... ...Osiadła w Rzymie, gdzie cieszyła się ogromną popularnością i szacunkiem wśród polskich emigrantów. W 1849 roku została przełożoną utworzonego specjalnie dla niej klasztoru w Rzymie. Rosyjska dyplomacja dwukrotnie wydawała noty zawierające sprostowanie faktów podawanych przez kobietę i dowodzące, że jej historia była całkowicie zmyślona. Zarówno jednak polska emigracja, jak i zachodnioeuropejska opinia publiczna, dawały wiarę Mieczysławskiej. Bohaterką poematu uczynił ją Juliusz Słowacki...".
No to, podziwiam odwagę Dehnela, że wziął się za taki kontrowersyjny temat. Co gorsza, na Culture.pl (z 17.11.2014, wywiad Agaty Szwedowicz) czytam:
"Odwiedzał ją Mickiewicz, Słowacki napisał o niej poemat. 50 lat po jej śmierci dowiedziono, że była oszustką. "To opowieść o tym, jak dajemy się wodzić za nos, zwłaszcza gdy w grę wchodzi zbitka pojęciowa 'Polak-katolik'" - mówi Jacek Dehnel o swojej najnowszej powieści".
Cha, cha, no i masz Dehnel, doczekałeś się!! Nie ruszaj "Polaka-katolika" i ciesz się z oceny 6,62, to o klasę niżej od "Balzakiany" (6,87) i dwie klasy od znakomitej "Lali" (7,04). Polecam Państwu wspomniany wywiad, jak i szeroką, bardzo udaną recenzję na LC - "Katrin".
Dehnel przyjął początkowo konwencję dwóch równoległych wspomnień: fałszywej Makryny oraz oszustki Wińczowej. Najciekawiej się robi, gdy pseudozakonnica trafia w centrum Wielkiej Emigracji. W Paryżu adaptacja była łatwa: (192 z 658)
"....na początek starczyło powtarzać "Bóg" i "Polska", "Moskale" i "męczeństwo", a w różnych porządkach, a łzy już w oczach stawały..."
Ryzykant Dehnel chce chyba zostać męczennikiem, skoro szarga narodowe świętości, czyli kult polskiego cierpiętnictwa, na którego czele był m. in. Mickiewicz: (196,4)
"Najpierw był światek polski, gdzie wszyscy ścierali się ze wszystkimi: przesiadywali do nocy, roztrząsając drobiazgowo, kto lat temu piętnaście dobrze prowadził szarżę, kto gorzej, kto zdrajca i chodzi na pasku Moskali, kto pewnikiem srebrne rubelki bierze od rosyjskiego posła, a kto - to zawsze o samym sobie - szczery patriota; jedni gardłują o wolności dla chłopów, inni - o przebóstwianiu się w anioły; ci rozmodleni, tamci rozżaleni..... ...płaszczą się, spiskują jedni przeciw drugim... ...Zresztą tu każdy, jeden w drugiego, knuje, planuje, snuje projekta, jak Polskę wskrzesić. A wszystko to pustota, wszystko to z nudów, bo siedzą tu, wybiedzeni, wymęczeni.. ..wszyscy niemal bez kobit.."
Nie mógł autor pominąć Towiańskiego: (200)
"....To był ten ich mistrz? Ten co to po ślubie z żoną somnabulką, trzy noce na smętarzu przepędził i duchy z trumien wywoływał, żeby się państwu młodym wszystko ułożyło? Ten, co jeszcze w Wilnie głosił, ze kobity są dobrem wspólnym, należy się nimi dzielić i udostępniać wzajem, przez co go zamknęli u czubków i leczyli na nieszkodliwą manię?..."
Nim powrócę do sprytnej Żydówki pseudo-Makryny, wspomnę, że od zawsze fascynował mnie Frank Jacob (1726-1791), czyli Jankiel Lejbowicz, który zadrwił, oszukał i ośmieszył "czarnych", ale przyznać muszę, że Makryna czyli Irena Wińczowa, go przebiła.
Makryna zadomowiła się w Paryżu, a brak znajomości francuskiego zakryła patriotyzmem, który wskutek zniewolenia Polski, nie pozwala jej na posługiwanie się obcymi językami. Dehnel wykorzystał Makrynę do rozprawienia się z całą emigracją, a szczególnie ze Słowackim, którego nazwisko bohaterka zniekształca na wszelkie możliwe sposoby.
A w ogóle, co ja będę marudził, kiedy już sama historia Makryny jest ekstremalnie ciekawa, do tego Dehnel ma świetne pióro, a w dodatku jest inteligentny i to w sposób, który lubię. A co ona narozrabia w Rzymie, sami Państwo doczytajcie.

Thursday, 30 July 2015

Mo Yan - "Obfite piersi, pelne biodra"

Mo Yan - "Obfite piersi, pełne biodra"

Przypominam, że recenzowałem dotychczas Mo Yan (ur.1955; Nobel 2012) trzy książki; "Klan czerwonego sorga" (1986, 10 gwiazdek); "Kraina wódki (1996; 10) oraz "Żaby" (2009; 6). Uzasadnienie Nobla brzmiało: pisarz...
"....who with hallucinatory realism merges folk tales, history and the contemporary..."
Podkreślam, że tłumaczką ww "dziesiątek", jak i obecnej (1996), była Krystyna Kulpa; brawo!!

Epopeja komunistycznych Chin, saga rodziny Shangguan; tytuł pochodzi od charakterystycznej cechy kobiet tej rodziny, bo o drugiej córce autor mówi:
"....kontynuowała wspaniałą tradycję kobiet z rodziny Shangguan, o obfitych piersiach i pełnych biodrach.."
O spuściznę po Sun Jatsenie, walczą Czang Kaiszek i Mao Tsetung, a "godzą" ich Japończycy. Walka i kolaboracja z japońskim okupantem, po wyzwoleniu przez ZSRR i USA wojna domowa 1945-49. głód lat 60-tych, reformy ekonomiczne lat 80-tych i kapitalizm w państwie komunistycznym. W sumie fascynująca kobyła, która wymaga jednak od czytelnika choćby podstawowej orientacji w historii Chin w ostatnich stu latach. Wszystkie przemiany polityczne i gospodarcze autor przedstawia na szczeblu "powiatowym", może nawet "gminnym". Zasadniczo nie wychodzimy poza północno-wschodnią część prowincji Gaomi i właśnie dlatego sam czytelnik musi znależć kontekst z wydarzeniami przełomowymi dla całego kraju. Wymaga to trochę wysiłku, bo wiadomości z Wikipedii są bardzo rozproszone, a bez tego nie da się ogarnąć SYMBOLICZNYCH losów ośmiu córek Shangguan Lu.
Z jednej strony mamy curriculum vitae głównego bohatera, biernego chłopa "bez jaj", jak większość zniewolonego społeczeństwa, a z drugiej losy córek, skrajnie różnorodne, reprezentujące wszelkie aktywne frakcje społeczeństwa, przeciwstawne we wszystkich możliwych konfiguracjach. I dlatego książka ta jest epopeją narodową.
Jeszcze mała dygresja: szukając po internecie i starych książkach zagubiłem się i nie wiem już czy stolicą Chin jest "mój" Pekin czy też Peking bądż, ostatnio popularny Beijing, czy chodziłem do Ambasady Chińskiej po "czerwoną książeczkę" Mao Tsetunga, czy nim był Mao Zedong: zmieniono też "mojego" premiera Czou Enlaia na Zhou Enlaia, a marszałka Czu Teh na Zhu De. Nie rozumiem czemu, gdy dalej mamy Włochy zamiast Italii. Pamiętam też polskie szaleństwo z lat 60-tych gdy zmieniono Indie na India, z którego póżniej szczęśliwie się wycofano. Jeszcze dwa słowa na temat Peking vel Beijing, bo znalazłem wytłumaczenie w Wikipedii, które nic mnie nie wyjaśniło:
"Beijing - romanization of the Mandarin pronunciation...(chińskiego idiogramu)
Peking - romanization of southern the Mandarin prononciation..... (chińskiego idiogramu)"

Książka trudna, poświęciłem jej prawie tydzień, ale warto było, bo to niewątpliwe arcydzieło.
Zapomniałem Państwa czymś rozbawić to podaję przepis na luksusowe danie, gdy kapitalistyczny snobizm nowobogackich dotarł do terażniejszych Chin: (1312)
"Urzędnicy miejscy w Dalanie to prawdziwi smakosze-eksperymentatorzy. Bardzo poszerzyli ludzkie menu. Wiele rzeczy, które tradycyjnie uważano za trujące, nieczyste, niejadalne, dzięki tym smakoszom trafiło na stoły. Dawniej uważano, że ropuchy są niejadalne, a w rzeczywistości mają pyszne mięso, znacznie lepsze od żabiego. W zeszłym miesiącu w restauracji „Pierwszy Maja”, należącej do miejskiego urzędu pracy, zaprezentowano nowe danie, zwane „łabędziem, który najadł się ropuch”. Jego głównym składnikiem jest siedem świeżych, obdartych ze skóry ropuch i wypatroszony łabędź. Łabędzia faszeruje się ropuchami, a następnie piecze...."
Smacznego! Jeszcze jedno: na końcu e-book "spis najważniejszych postaci", o którym dowiedziałem się dopiero po skończeniu lektury, a szkoda, bo szczególnie na początku trudno spamiętać "who is who?"

Tuesday, 28 July 2015

Magdalena WITKIEWICZ - "Pensjonat Marzeń"

Magdalena WITKIEWICZ - "Pensjonat marzeń"

Ósma (2014) w dorobku autorki, trzecia - w moim (czytelnika). Podobno to kontynuacja "Szkoły żon", której nie znam, ale zdolny chłopak jestem, to sobie poradzę.
No i sobie poradziłem, ale skutek smutny. Witkiewicz nie poszła tropem ironii i humoru, jak w udanych „Pannach roztropnych”; nie poszła też melodramatycznym tropem jak w udanej „Opowieści niewiernej”, a poszła tropem zamiany jakości na ilość. Już w pierwszej recenzji pisałem:
„Nie można nie zauważyć, że autorka się "rozkręciła", publikując w ciągu trzech lat sześć książek.”

Tak to skutkuje nadmiar powodzenia. Woda sodowa uderza do głowy, a skutki opłakane. Kiczowatą treść pani pisarka dobija do dna mocnymi opisami aktów płciowych w ilości OŚMIU (str. 29, 49, 61, 88, 117, 162, 197, 200). Te opisy są prymitywne, schematyczne, prostackie, bez jakiejkolwiek finezji kompromitujące autorkę jako koneserkę seksu.
Wielkie rozczarowanie i po 6 i 7 gwiazdkach, zaledwie 3.

Magdalena WITKIEWICZ - "Opowieść niewiernej"

Magdalena WITKIEWICZ - "Opowieść niewiernej"

Trzecia (2012) w dorobku Witkiewicz, a w moim (czytelnika) druga po "Pannach roztropnych". Wymagania moje więc większe, bo to już piąty rok kariery pisarskiej.
I szok; podczas gdy ja się przygotowałem na kontynuację atmosfery ironii i humoru z poprzedniej książki, mamy ciężki melodramat, okraszony, ku pokrzepieniu serc, kiczowatym happy endem. Ale, od razu zaznaczam, poza końcowym kiczem, cała książka jest bardzo dobrze napisana i ja, stary dziad, przeczytałem ją jednym ciągiem. Jest to książka o typowo polskim „jakoś tam będzie”, czyli o złudzie i naiwnym tkwieniu w niej, bo niemożność działania pogłębia ciemnogrodowy mit o nierozerwalności małżeństwa.
Niestety muszę od razu zareagować na słowa na okładce, jak i zaczynające prolog, bo bohaterów od samego początku nie łączy żadne głębsze uczucie, a tym bardziej miłość. On....(str. 100
"...zarabiał bardzo dużo. Potrzebna mu była żona.. by zapłacić mniejszy podatek w kolejnym roku..."
Nie lepiej z nią: (str. 11)
"...pierwszy raz mi się ktoś oświadczył, a jak wiele kobiet, bardzo chciałam wyjść za mąż"

Co więcej dotychczasowe kontakty seksualne Ewy z mężczyznami to same bolesne porażki. Gotowa jest „zakochać się” w każdym, kto nie opuści jej po stosunku w ciągu 5 minut, jak ostatni samiec Jacek.
Logiczną konsekwencją powyższego jest rozpatrywanie dalszej akcji w kategoriach lojalności (biznesowej), uczciwości, a nie, bezpodstawnie sugerowanej, miłości. Bo nawet we wspomnieniach Ewa mówi (str. 12): „Chyba... go kochałam”. To „chyba” jest wymowne, a ponadto nie jestem przekonany, czy ona rozumie znaczenie słów „kochać”, „miłość”, różniących się znaczeniowo od pożądania czy chwilowej fascynacji?
Kłopot z wiarygodnością sprawia też przekonanie Ewy o samej sobie: (str. 15)
„...taka fajna, piękna i superdziewczyna jak ja..”
Albo fałszywa samoocena, albo jakiś nieznany nam, odstraszający powód takiego traktowania jej przez mężczyzn.
Najtragiczniejsza jest w tym wszystkim potworna prawda, że gdy chłop nie chla i nie bije, a jeszcze w dodatku dobrze zarabia, to zgodnie z polskokatolicką doktryną jest idealnym małżonkiem, a wszystkiemu jest winna kobieta, która …...... (tutaj odpowiednie epitety) nie zasługuje na takie szczęście.
Nie łudżcie się, Szanowne Panie, że Witkiewicz (i inne odważne autorki) cokolwiek zmieni w Waszej ponurej rzeczywistości. Ale pomarzyć możecie, a jeszcze wspomniany słodkomdlący koniec o szczęściu z wytrwałym wielbicielem, Wam to ułatwi.
Zgodnie z moim przewidywaniem autorka doskonali warsztat więc teraz o jedną gwiazdkę więcej czyli 7.

Magdalena WITKIEWICZ - "Panny roztropne"

Magdalena WITKIEWICZ - "Panny roztropne"

Obserwując na LC duże zainteresowanie książkami Witkiewicz (ur. 1976) wypożyczyłem z biblioteki w Toronto trzy: drugą w jej dorobku pt "Panny roztropne" (2010), trzecią - "Opowieść niewiernej" (2012) oraz ósmą "Pensjonat marzeń" (2014). Nie można nie zauważyć, że autorka się "rozkręciła", publikując w ciągu trzech lat sześć książek.
Przypominam, że prowadzę walkę z idiotycznym określeniem "literatury dla kobiet", bo takie określenie sugeruje mniej wartościową, przeto nie przyjmuję tego określenia również w stosunku do Witkiewicz. Istnieje literatura dobra lub zła, przy czym nie każda musi być wysokich intelektualnych lotów. Trudno by było promować do Nobla np Joannę Chmielewską, której, "od zawsze" byłem fanem, bo lektura jej książek jest najwspanialszym dla mnie relaksem.

No i trafiłem w dziesiątkę, bo to następczyni Chmielewskiej. Zabawne wydaje się, że obie Panie zadebiutowały w wieku 32 lat, Chmielewska udanym "Klinem", a Witkiewicz "Milaczkiem", którego nie znam. Szczyt popularności Chmielewska zdobyła "Lesiem" w 1973 roku, gdy miała 41 lat, przeto, przez analogię, Witkiewicz to czeka w 2017 roku.
"Panny roztropne" to banalna historyjka, ale z dużym ładunkiem humoru i ironii. Nie będę wytykał niedoróbek, bo na to będzie czas po lekturze następnych dwóch książek wspomnianych na początku opinii. Przekonany jestem, że każda następna książka będzie lepsza, wiec tej daję 6 gwiazdek, by mieć czym progresywnie obdarowywać autorkę w przyszłości.

Sunday, 26 July 2015

Elżbieta BANIEWICZ - "Gajos"

Elżbieta BANIEWICZ - "Gajos"

To nietypowa biografia, bo pisana przez recenzentkę teatralną, która dokładnie analizuje przedstawienia, w których grał Gajos. I dlatego większość czytelników odczuwa znużenie, bo nie są przyzwyczajeni do recenzji teatralnych. Książka została ogłoszona wydarzeniem 2013 roku i na to jak najbardziej zasłużyła, lecz mnie nie przypadła do gustu.
O co chodzi? Profesjonalistka Baniewicz omawia wszystkie rólki w karierze Gajosa. Mało tego, nie ogranicza się do oceny, często epizodycznej jego roli, a opowiada o całym przedstawieniu, a to nie bardzo wszystkich zainteresuje. Dalej: nim pan Janek poszedł do PWSF w 1961 r., ja już byłem notorycznym bywalcem warszawskich teatrów i może wskutek mojej sklerozy, ale nie pamiętam jego osoby, do czasu "reaktywacji" go przez Olgę Lipińską. Natomiast Baniewicz nudzi szczegółami jego rólek, które, wskutek trwającego mitu Janka, z "Czterech Pancernych..", przeszły bez echa (co sama w wielu przypadkach podkreśla), a do przełomowego kabaretu dochodzi dopiero na 186 stronie.
Turecki chwycił i otworzył Gajosowi nową drogę, ba, autostradę do serc widzów i to trzeba było wyrażnie zaznaczyć Pani Autorko!!
Z książki jestem jednak zadowolony, lecz nie jako biografii Gajosa, lecz dopracowanego obrazu scen warszawskich i bardzo udanej charakterystyce teatralnego środowiska oraz rzetelnym przedstawieniu znaczących postaci, jak również reakcji prasy na poszczególne spektakle, z reguły oceniającej je wedle oczekiwań KC PZPR.

Paweł ZYZAK - "Tajemnica Wilczego Jaru"

Paweł ZYZAK - "Tajemnica Wilczego Jaru"

Młody człowiek Zyzak (ur.1984) zdobył już szerokie uznanie. Najtrafniej ocenił go Tomasz Lis:
"Jest Zyzak dzieckiem IPN i [Janusza] Kurtyki zgrabnie pływającym w potoku łajna..."

Wyraził też swoją opinię Donald Tusk o słynnej pracy magisterskiej Zyzaka:
"praca magisterska nie była pracą magisterską tylko paszkwilem i politycznym atakiem"

Były pracownik IPN, były aktywista PiS, obecnie związany z "Gazetą Polską", młody "wilk", nie doczeka się NIGDY ode mnie recenzji, bo do rynsztoka staram się nie zniżać, a więc niniejsza moja notatka jest tylko ostrzeżeniem przed zajmowaniem się jego pełną jadu, szczeniacką twórczością.

Teresa TORAŃSKA - "Smoleńsk"

Teresa TORAŃSKA - "Smoleńsk"

Wydane pośmiertnie, niedokończone. Mimo choroby pracowała nad książką do końca. Stworzyła niepodważalny dokument przedstawiając poglądy wszystkich uczestników tego polskiego piekiełka.

Kogoś oburza nazwa "polskiego piekiełka" zamiast "tragedii narodowej"? To jazda do książek, czas wreszcie poduczyć się historii wypaczanej przez "prawdziwych polaków", "polskich patriotów" i innych fałszerzy. Przestańcie się oszukiwać, skończcie z megalomanią. Polską cechą narodową jest wewnętrzne piekiełko. W szkołach na całym świecie, jeśli już wspominają o Polsce, to JEDYNIE o ewenemencie ANARCHII SZLACHECKIEJ tzn polskiego piekiełka, które doprowadziło do tzw rozbiorów Polski. Przestańcie ględzić, że to niedobrzy sąsiedzi (notabene słabi) rozebrali potężną Rzeczpospolitą.

Już raz odzyskaliśmy niepodległość i mieliśmy zabójstwo jednego prezydenta, obalenie drugiego poprzez zamach wojskowy, Proces Brzeski i polityczny obóz koncentracyjny – Berezę Kartuską, a po 21 latach rozlatujący się „domek z kart”. Twierdzimy, że Polak mądry po szkodzie, że Polacy uczą się na własnych błędach. Nieprawda. Piszę te słowa w dwudziestym szóstym roku wolności, w trakcie kampanii wyborczej do obu izb Parlamentu, w której NIKT nie przedstawia konstruktywnych planów rządzenia Polską, nikt nie wspomni nawet o zamiarze zaprzestania zaciągania następnych pożyczek, które zrujnują Polskę, a tylko się wszyscy ścigają w wyciąganiu wzajemnych brudów. (Drogi zegarek jednego, udział w bójce drugiego czy przekroczenie prędkości trzeciego to aktualne sprawy wagi państwowej).

I o tym jest ta książka. Bo samą tragedię smoleńską przeżywamy 5 lat, lecz ona była tylko jednym z możliwych skutków polskiego piekiełka. A o nim, wciąż trwającym świadczy porównanie rozmów choćby ambasadora Polski w Rosji, Jerzego BAHRA, mianowanego przez Fotygę i o którego dopytywał się zatroskany J. Kaczyński z wypowiedzią Jolanty Szczypińskiej, osoby stojącej wtedy blisko Kaczyńskiego. Ręce opadają!!

Bo czy podoba nam się, czy nie, katastrofa smoleńska była, jest i będzie wykorzystywana jako narzędzie walki politycznej, do pogłębiania podziałów społeczeństwa, które jak zawsze głupie, daje się dzielić, zawierzając bezgranicznie wodzowi swojej opcji. I znów powtórzenie II RP.

Tak jak Torańska, nie opowiadam się za żadną opcją, ani za „jedyną prawdą”, bo sedno zła i przyczyn katastrofy leży w samym istnieniu tych destruktywnych, konkurencyjnych opcji, a książkę każdy Polak winien spokojnie przeczytać, bez emocji, by wyczytać z niego to, co napisane, a nie nadinterpretować, by znowu dzielić i samemu sobie przyznawać rację czyli głosić „jedyną prawdę”, bo jak mówił mój kochany ks. Józef Tischner są trzy prawdy: moja prawda, twoja prawda i gówno prawda. Amen.

Saturday, 25 July 2015

Ewa WINNICKA - "Angole"

Ewa WINNICKA - "Angole"

Ponad 30 reportaży o młodej polskiej emigracji zarobkowej do Anglii. Osiem pierwszych mnie „wkurza”, bo dotyczy ludzi, którzy już w Polsce należeli do uprzywilejowanej warstwy. Jeżeli podaje się za przykład faceta, który był jakimś tam sekretarzem w Brukseli z pensją 5 000 funtów miesięcznie, to o wiele bardziej jest interesujące, jak doszedł do tego stanowiska, niż dalsze jego bogacenie się w Anglii. Powtarzam: wszyscy bohaterowie pierwszych ośmiu reportaży „skazani” byli już w Polsce na przynależność do „elyty”, gdziekolwiek, by się znależli. Szczęśliwie dalej jest lepiej.
Bohaterka dziesiątego reportażu pt „Madame Mephisto” jest autorką książki o takim tytule, piszącą po angielsku pod pseudonimem A. M. Bakalar, (Asia Monika), urodzoną we Wrocławiu w 1975 roku jako Joanna Zgadzaj. (książka obecna na LC). Następny reportaż pt „Będę płakać” szczerze mnie rozbawił, bo jest o mylnym Polaków mniemaniu o roli związków zawodowych w kapitalizmie, a mój śmiech Starego Satyra wziął się z tego, że moja sąsiadka w Toronto, oczywiście Polka, pani Basia, nie słuchając moich ostrzeżeń, stawała w obronie kolegów-pracowników, i bardzo szybko znalazła się na bruku.
Winnicka przedstawiła bardzo szeroki wachlarz emigrantów, ich problemów, ich zachowań i ich mentalności. Nie mogę nie przytoczyć scenki rodzajowej, opisanej na stronie 246, niestety prawdziwie ukazujących mentalność Polaków, która się nie poddaje zmianom mimo doznanych upokorzeń:
„..Jechałam z synkiem autobusem. Obok mnie usiadła chińska mama z dwójką bezzębnych Wymieniłyśmy uwagi na temat ząbkowania. Wszedł bangladeski ojciec z maleństwem i przyłączył się do dyskusji. Potem somalijska rodzina z jedynaczką. Weszła jeszcze polska rodzina z jednym maluszkiem. „Wszędzie, kurwa, kolorowi, kurwa” - stwierdził w swoim ojczystym języku pater familias, głowa rodziny, role model. Czy tego ma słuchać mój syn, gdy spotka rodaków?”

I dzięki takim incydentom, postrzegani jesteśmy wszędzie jako antysemici i rasiści. Sam miałem dużo radości, gdy w Toronto pewien Polak skarżył mnie się, że przez tych „parszywych, pier........ żydów”, żona go opuściła. Widząc moje zdziwienie, wyjaśnił: „za mało mnie płacili, to odeszła z piekarzem Hindusem”. Moje pytanie, dlaczego nie zmienił pracy, pozostało bez odpowiedzi.
Niewątpliwą zaletą tej książki jest szeroki wachlarz rozmówców, od ludzi sukcesu po nieudaczników, pijaków i meneli. Mnie najbardziej podobał się reportaż pt „Zanurzony”, w którym bohater wspomina swojego ojczyma, niejakiego Tadeusza Kadenacego, notabene skoligaconego z rodziną Piłsudskich. Z jego też okazji nasz bohater przywołuje: (str. 271) słynne powiedzenie Samuela Johnsona, iż „patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców.”

Friday, 24 July 2015

G.Borkowska i in. - "Energia kobiet"

Grażyna BORKOWSKA, Monika CHODYRA, Agnieszka KUBLIK - "Energia kobiet"

Tytułowa „energia” ma pomóc kobietom pokonać dominację mężczyzn. Tylko, że całe zło tkwi już w tak stawianym problemie, bo same kobiety stawiają się w pozycji pokrzywdzonych, upokorzonych czy niedowartościowanych. A więc już na starcie są w tyle. Tak nie można, bo w ogóle skupianie się na płci, do niczego konstruktywnego nie prowadzi, ponadto wiele kobiet, a w tym 12 przedstawionych w książce interlokutorek, przewyższa energią i osiągnięciami większość „Adamów” .
I „silne” kobiety porad „cioci Zosi” (bo tym jest ta książka) nie potrzebują, a „słabe”, i tak z nich nie skorzystają, póki w polskim ciemnogrodzie będzie narzucany konserwatywny model rodziny, zmuszający kobietę do słuchania męża, jeśli nawet jest bezrobotnym, pijanym menelem, a w nim podtrzymywana "godność", nie pozwalająca na np pozmywanie naczyń.
Mimo to, książka jest bardzo wartościowa, gdyż dobór rozmówczyń jest znakomity, a one mają naprawdę dużo ciekawego do przekazania. Nie wypada mnie żadnej z Pań wyróżniać, tym bardziej, że zasługą autorek jest staranny, przemyślany wybór, dzięki czemu mamy np. obok „mojej” sympatii siostry Małgorzaty Chmielewskiej, dowcipną Marię Czubaszek, którą też bardzo lubię, ale inaczej.
Od zawsze wiadomo, że Kobiety są psychicznie (a często i fizycznie) odporniejsze od „samców”, czy też, że są szyją, która rządzi męską głową, i chwała im za to, ale właśnie dlatego nie powinny rozważać swoich problemów z pozycji „zakompleksionej”.
Reasumując: dobra książka, którą polecam, mimo ustawienia nie po mojej myśli, i niekorzystnie dla samych kobiet.
PS Jako, że zwykłem być uszczypliwy, to zauważę, że wszystkie Panie są supermodne, bo delektują się „asertywnym, asertywnością” w nadmiarze.

Michał ORZECHOWSKI - "I"

Michał ORZECHOWSKI - "I"

Nie znalazłem danych o wieku autora, ani jego wykształceniu, a sama pisanina wskazuje na butnego, bardzo pewnego siebie, infantylnego, młodego człowieka, słabo wykształconego i operujacego bardzo słabym piórem.
Lekturę marnych debiutów konczę zwykle w połowie, a tym razem nie wiem dlaczego, dobrnąłem do końca tego bełkotu. Chociaż chyba wiem dlaczego. Bo autor, bardzo surowy w teologii i filozofii, posunął się w swojej paplaninie za daleko, obrażając uczucia religijne wszystkich myślących wyznawców wszelkich religii. Te jego fantasmagorie są po prostu niesmaczne, a ja skupiony na religii judeo – chrześcijańskiej widzę, że on nie rozumie jej doktryny i dogmatów.
Pozostaje tylko wyrazić zdziwienie, że znalazł wydawnictwo zainteresowane jego bredniami. Ku pamięci to Wydawnictwo Nowy Świat.

Thursday, 23 July 2015

Jan Kanty Pawluśkiewicz - "Jan Kanty Osobny"

Jan Kanty PAWLUŚKIEWICZ - "Jan Kanty Osobny"
Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Wacławem Krupińskim

Janowi Kantemu (ur.1942) kibicowałem od zawsze, boć to mój rówieśnik, choć, że ja z Warszawy, to tylko jako bierny wielbiciel "Piwnicy" i towarzystwa ją tworzącego. Na ogół, dla ludzi spoza Krakowa, osoba Kantego była trochę przyćmiona gwiazdorstwem, o trzy lata młodszego, Grechuty, też architekta, jednakże dla mnie Pawluśkiewicz to Number One.
Nie dziw więc, że z wielkim zadowoleniem powitałem omawianą książkę. A to, że mogłem ją powitać tu, w Kanadzie, zawdzięczam przesłaniu nam jej, przez brata ciotecznego mojej żony, Karola Kuberskiego, wspominanego w książce na stronach 297, 298 i 341. No i zacząłem czytać, to przez dwa dni nie mogłem się od niej oderwać, a załączoną do książki płytę z archiwalnym nagraniem śpiewu Kantego, zarejestrowanego w trakcie przygotowań do premiery spektaklu operowego "Kur zapiał", wysłuchałem dopiero po zakończeniu lektury.
Dwa dni przebywałem w cudownym świecie Kantego, któremu przede wszystkim zazdroszczę odwagi życiowej w realizacji swoich planów. W trakcie lektury wydaje się to takie proste: wystarczy wiedzieć czego się chce. Tylko, że trzeba być wewnętrznie przekonany, że się to wie, a następnie mieć jednak odwagę na ruszenie nową drogą, ale najważniejsza jest determinacja i konsekwencja w podążaniu nią.
Chociaż tytuł "Jan Kanty Osobny" sugeruje co innego, Kanty okazuje się być osobą ciepłą, kontaktową i żywiącą przyjazne uczucia do wszystkich. Przytacza wiele zabawnych anegdot, a ja przepisuję jedną z nich, o Skrzyneckim, którego nazywał "prawdziwym demiurgiem" (str. 116) : (str.246)
"...Gdy Piotr Skrzynecki dostał mieszkanie koło krakowskiego dworca PKS, słyszał codziennie: "Autobus do Rabki odjeżdża o godzinie siódmej ze stanowiska trzeciego...". Po tygodniu rano wstał i pojechał. Pytam go: "No i co w tej Rabce? - Nic, snułem się bez sensu. I mówię ci, było pięknie". Ja mam podobnie".

To jest luz!!!
Chcąc ułatwić Państwu lekturę cytuję istotną uwagę z Wikipedii:
"Drugą obok komponowania muzyki pasją Pawluśkiewicza jest malarstwo. Artysta stosuje technikę malarską, którą sam nazwał żel art. Technika żel art jest ogromnie pracochłonna; na obraz o wielkości 40 na 60 cm składa się wiele tysięcy kropek nakładanych żelowymi długopisami - stąd nazwa żel art. Przeciętnie na jeden centymetr kwadratowy przypada 350-400 kropek. Dotychczas obrazy artysty prezentowane były na wystawach w Polsce, w Brukseli, we Włoszech oraz na Węgrzech" .

W rozmowie omawiane są poszczególne dzieła Kantego. Mnie zachwyciły szczegóły o pracy nad "Nieszporami ludżmierskimi"

Pisząc opinię, staram się pamiętać, że ocenie podlega książka, a nie jej bohater. Urok Kantego i klimat wspomnień zmusił mnie do odstępstwa. Ale już czas na krytykę: mnie, ze względu na wiek i zainteresowania to nie przeszkadza, jednak wydaje mnie się, że dla większości młodych czytelników książka ta, pozbawiona przypisów, będzie nieczytelna. Suche rzucanie nazwiskami Dymnego czy Jasińskiego, nie mówiąc o nazwiskach mniej popularnych, nic nie mówi o atmosferze artystycznego Krakowa przełomu lat 60/70, a bez wczucia się w nią, czytelnik wiele traci.

Książkę kończą opinie niektórych artystów, którzy z nim współpracowali. Mamy głosy Hanny Banaszak, Marka Czuryło, Feliksa Falka, Agnieszki Holland, Haliny Jarczyk, Krzysztofa Jasińskiego, Sebastiana L. Kudasa, Kazimierza Kutza, Leszka Aleksandra Moczulskiego, Jana Nowickiego, Grzegorza Turnau, Zbigniewa Wodeckiego i Tomasza Zygadło. Zakończę cytatem z wypowiedzi mojej ulubionej Hanny Banaszak:
"Jan Kanty umie dzielić się sukcesem. Zawsze oddaje honory ludziom, z którymi współpracuje. Ta cecha - moim zdaniem - jest dowodem na uczciwość artystyczną..... ..Wiem jedno - Janka DZIEŁO jest wspaniale barwne, promienne i na zawsze zostanie czymś uniwersalnym, ponadczasowym oraz wartościowo osobnym. Jego muzyka - a kto wie, być może także żel-art - będzie już zawsze najczystszej próby odniesieniem i inspiracją dla następnych pokoleń twórców".

Temat sam w sobie tak ciekawy, że i o książce trzeba mówić w superlatywach

Tuesday, 21 July 2015

Edgar Allan Poe - CZTERY SAMODZIELNE OPOWIADANIA

Edgar Allan POE - "The Gold Bug. Złoty żuk"

Przede wszystkim gratulacje dla Wydawnictwa 44.pl za świetny pomysł z edycją dwujęzyczną. Czytam sobie po angielsku, a jak mam jakąś wątpliwość klikam akapitem i mam interesujący fragment po polsku. Tak mnie się to spodobało, że kupiłem od razu cztery opowiadania {e-book z Publio) i mam świetną zabawę skutkującą krótkimi opiniami na LC. Dodajmy, że Poe (1809-1849) pisze niezłą angielszczyzną, w przeciwieństwie do większości współczesnych amerykańskich autorów posługujących się "mówionym" slangiem.
To opowiadanie powstało w 1843 roku, gdy Poe od dwóch lat interesował się kryptologią i odbiega od typowych dla niego powieści grozy; przypomina raczej metody dedukcyjne Sherlocka Holmesa, ale najważniejsze jest, że przy ocenie tego opowiadania nie można stosować kryteriów współczesnych. Dzisiaj taki szyfr rozwiązałby, przy pomocy komputera, zdolny dziesięciolatek w kilka minut, więc oceniając je musimy kierować się wyrozumiałością dla klasyki.
Reasumując: warto zaliczyć i pozytywnie ocenić, mimo braku specjalnych emocji.

Edgar Allan POE - "Zagłada domu Usherów"

Wikipedia podaje:
"Zagłada domu Usherów to najbardziej znana nowela Poe. Ta przepełniona elementami makabrycznymi historia, jest postrzegana jako arcydzieło amerykańskiej literatury gotyckiej. Podobnie jak w wielu innych książkach Poe, także w tym wypadku autor zapożycza wiele z powieści gotyckiej. G. R. Thomson pisał we wstępie do Great Short Works of Edgar Allan Poe, że dzieło dawno zostało okrzyknięte arcydziełem gotyckiego horroru, jest nim również w odniesieniu do dramatycznej ironii i symbolizmu strukturalnego".
Dodajmy, że to opowiadanie zostało opublikowane w 1839, a ja czytam stary przekład Bolesława Leśmiana (1877-1937)
Wszyscy treść znają i straszny koniec, a ja dalej nie wiem, czy słusznie rozumiem, że cała ta makabra to kara za kazirodczy stosunek bliżniaków – Rodericka i Magdaleny, czy poczucie winy doprowadziło ich do choroby psychicznej, a jego w dodatku do pochowania żywej kochanki-siostry? A, że chałupa się rozleciała to kara Boska?
Za taką interpretacją przemawia skrajny purytanizm amerykański, który utrzymywał się jeszcze przez ponad 130 lat.

Edgar Allan Poe - "The Murders in the Rue Morgue
Morderstwa przy rue Morgue"

Jak przy "Złotym Żuku" wersja dwujęzyczna, więc jeszcze raz gratulacje dla Wydawnictwa 44.pl. Opowiadanie to, wg Wikipedii, podawane jest...
".... jako pierwsze dzieło detektywistyczne, postać Dupina stała się wzorem dla wielu przyszłych fikcyjnych detektywów jak Sherlock Holmes czy Herkules Poirot. Utwór wyznaczył również wiele toposów, które stały się popularnymi elementami w obrębie gatunku: ekscentryczny, ale błyskotliwy detektyw oraz narracja pierwszoosobowa prowadzona przez bliskiego przyjaciela. Poe przedstawia również policję w mało sympatycznym świetle jako kontrast do figury detektywa"

Jako, że już w młodości miałem od Lecha Pijanowskiego legitymację Eksperta Rozkoszy Łamania Głowy (lata 60-te), nie mogę nie zacytować fragmentów pierwszego akapitu:
"Właściwości umysłu zwane analitycznymi same w sobie z trudem poddają się analizie. Poznajemy je wyłącznie po efektach działania. Wiemy na przykład, że dla osoby posiadającej je w stopniu ponadprzeciętnym zawsze stanowią źródło największej przyjemności...... ..Przyjemność sprawiają mu hieroglify, łamigłówki, zagadki, do rozwiązania których potrzebna jest pewna doza przenikliwości, sprawiająca dla zwykłego śmiertelnika wrażenie nadnaturalnej...."

Logika, a w szczególe dedukcja święci triumfy, również i w tym opowiadaniu, a ja pozostaję z dziwnym samopoczuciem własnej ułomności, bo skoro wszystko okazuje się być takie proste, łatwe i logiczne, to dlaczego ja samodzielnie nigdy bym nie wpadł na prawidłowe rozwiązanie?
I znowu, przy ocenie trzeba wziąć pod uwagę czas powstania opowiadania (1841), bo dzisiaj zamiast małpy byłby np dron.

Edgar Allan POE - "Hop-frog. Ropuch"

Nieustające brawa dla Wydawnictwa 44.pl za przemyślne wydanie dwujęzyczne.
To opowiadanie jest jednym z jego ostatnich (1849), znane jest również pt "Żabi skoczek". Wg Wikipedii:
"...główny wątek noweli oscyluje wokół motywu zemsty. W obu przypadkach morderca unika też kary za popełnioną zbrodnię. Jednak, podczas gdy w 'Beczce Amontillado' ofiara jest ubrana w strój błazna, w 'Żabim skoczku' to zabójca nosi go na sobie.. Zgrzytanie zębów w noweli jest symbolicznym elementem i ma miejsce na krótko przed wymyśleniem morderczego planu zemsty przez błazna, jak i zaraz po jego wykonaniu. W utworach pisarza symbolizują one moralność."
Jest to opowieść o zemście poniewieranego kaleki, w formie baśniowej. Mnie zdziwiła jedna kwestia, a mianowicie to, ze "trunkowy" Poe pisze:
"...alkohol nadmiernie go pobudzał, a szalona ekscytacja nie jest stanem przyjemnym...".
W tej materii jestem przeciwnego zdania, a pozytywem jest, że nawet kaleki błazen może mieć swoją, kochającą Trippettę


JA - "W wigilię 22"

W WIGILIĘ 22 LIPCA

W internecie znajduję kilka stron z tytułem lub pierwszymi słowami tekstu:
Najważniejsze święto PRL obchodzono 22 lipca
Forma bezosobowa, to sposób na wymigiwanie się od odpowiedzialności; zresztą tyle lat minęło, że istnieje możliwość nieuczestniczenia autora tych słów, w powszechnym święcie, ze względu na wiek. Ja, stary, muszę jednak pisać zgodnie z rzeczywistością w jakiej żyłem tzn:
Najważniejsze święto PRL obchodziliśmy 22 lipca
Nim powspominam, zacytuję Wikipedię:
„Narodowe Święto Odrodzenia Polski - najważniejsze polskie święto państwowe w okresie Polski Ludowej, obchodzone co roku 22 lipca (do 1989), na pamiątkę rocznicy ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku...
Dnia 22 lipca 1944 roku, po prawie 5 latach II wojny światowej, ogłoszony został Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego...
Dzień 22 lipca ustanowiono świętem narodowym (i dniem wolnym od pracy) ustawą Krajowej Rady Narodowej w dniu 22 lipca 1945, czyli rok po podpisaniu Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego...
Na dzień 22 lipca starano się wyznaczać ważne rocznice i wydarzenia. W ten dzień otwarto m.in. Trasę W-Z (1949), Pałac Kultury i Nauki w Warszawie (1955), rozpoczęto produkcję Fiata 126p (1973), a także oddano do użytku Trasę Łazienkowską w Warszawie (1974)....”
No cóż, uprawiana „polityka historyczna” posunięta jest do takich absurdów, że nawet Wikipedia zachowując swoistą „political correctness” nie wspomina o najważniejszym wydarzeniu dla co najmniej dwóch pokoleń tj uchwaleniu Konstytucji PRL w dniu 22 lipca 1952 r.
Przez 44 lata świętowałem 22 lipca, radosne święto, dla szarego człowieka - utęskniony karnawał zabaw i rozrywek, CAŁKOWICIE ODERWANY od realiów i propagandy politycznej. Tzn ludzie się świetnie bawili, a aktywowi partyjnemu wybaczali celebrowanie, bo rozumieli, że takiej obłudy Moskwa oczekuje. Dyrektorzy fabryk, układając roczne plany produkcji, zabezpieczali część jej na „czyny” ku czci 1 maja czy też 22 lipca, a jeszcze na jesień, na rocznicę Rewolucji Pażdziernikowej.
Ale kto się tym przejmował? I czy się podoba propagandzistom z IPN czy nie, CAŁA POLSKA się bawiła, czyli tańczyła i ostro chlała. Na wszystkich placach, skwerach, w Domach Kultury i remizach ludzie się bawili, Żałujcie młodzi, bo dzisiaj gromadnie to możecie iść tylko na pielgrzymkę, a jeden lokalny Woodstock czy Jarocin to nie ta skala.
Nie żądam celebrowania tej rocznicy, ale zmowa milczenia wokół tego dnia jest żałosna. Jeszcze raz podkreślam: nie chodzi mnie o politykę. „zniewolenie” etc, ale takie głupie zacieranie ważności tego dnia nie przyniesie żadnych efektów. Naśladujecie władców PRL-u, którzy zmienili na warszawskim Grochowie ulicę Żymirskiego na Międzyborską, bo pomylili bohatera 1830 r. z Rolą-Żymierskim.
Ponadto brak logiki: dlaczego zachowujecie milczenie 17 stycznia („wyzwolenie” Warszawy), a nagłaśniacie 1 września ? Po cholerę męczycie dzieci rozbiorami Polski, i to aż trzema datami ?
Trochę finezji, psia krew. Uczcie się od Kościoła, który nawet 1 maja zrobił dniem „wspomnienia dowolnego Świętego Józefa Rzemieślnika”.
Apeluję: REAKTYWUJCIE 22 LIPCA ŚWIĘTO MOJEJ MŁODOŚCI pod płaszczykiem: 1.Dnia aproksymacji Pi (22/7); 2.Dzień Świętej Marii Magdaleny; 3. Dzień Bł. Augustyna Fangi; bądż 4. Dzień Nicefora od Jezusa i Marii
.

Saturday, 18 July 2015

Stefan ZWEIG - "Dziewczyna z poczty"

Stefan ZWEIG - "Dziewczyna z poczty"

Zweig był i jest przede wszystkim dla młodych, bo nadzieja i desperacja to tematy najbardziej ich frapujące. Jedną z najpoczytniejszych książek mojej młodości był zbiór opowiadań pt "24 godziny z życia kobiety", a tej, obecnie omawianej, jakoś nie czytałem. Przeczytałem dokładnie notkę na okładce i już wiem; bo wydana została, w formie niedokończonej, pośmiertnie, 40 lat po samobójczej śmierci autora, a w Polsce następne 30 lat póżniej. 61-letni pisarz (1881-1942), austriacki Żyd, popełnił samobójstwo wraz z żoną w Brazylii, w 1942 roku, w proteście przeciw hitleryzmowi, co, jak się okazało, było krokiem bezsensownej desperacji, bo niczym nie skutkowało. Dodajmy jeszcze, że był pod silnym wpływem Freuda, co jest w jego twórczości wyczuwalne.
Oczywiście "Dziewczynę z poczty" (na LC 656/30/7,5) Państwu polecam, ale również wspomniany zbiór "24 godziny.." (9/7,19) oraz "Niecierpliwość serca" (14/7,03). To naprawdę dobra i ciekawa literatura dostępna dla każdego.

Friday, 17 July 2015

Józef HEN - "Nowolipie. Najpiękniejsze lata"

Józef HEN - "Nowolipie. Najpiękniejsze lata"

Józef Hen (ur. 1923) jest pisarzem niedocenionym, bo jest ofiarą historii. Józek Cukier, chłopak z warszawskiego Nowolipia, spędził wojnę w ZSRR, a do Polski przyszedł z Berlingiem, co za mojej młodości nazywano bohaterską Armią Kościuszkowską, zwycięską w Bitwie pod Lenino, a teraz opluwa się, mówiąc, że ta zbieranina polskich zesłańców i łagierników to "czerwona zaraza, która na sowieckich bagnetach przyniosła Polsce zniewolenie". A wśród niej Żyd Cukier, który w końcu dosłużył się stopnia kapitana. Zaczął pisać, a w szkołach jako lekturę przerabiano jego "Kwiecień". Niestety dla niego po 1956 roku, zaczęła się frakcyjna walka w PZPR pomiędzy antysemickimi "natolińczykami" (Aleksander Zawadzki i ska) a żydowskimi "puławianami" (Zambrowski i ska). Antysemityzm zaostrzył się, gdy w latach 60-tych z "natolińczyków" wyłonili się "partyzanci" (Moczar, Korczyński), którzy odnieśli sukces w 1968 r., zubożając polską naukę i kulturę poprzez przymusowe opuszczenie Polski przez znaczną część intelektualistów pochodzenia żydowskiego. Ci, co zostali, byli wściekle atakowani, a wśród nich Hen. No i tak się stało, że mimo zróżnicowanych zainteresowań, mimo ciekawych książek i scenariuszy, popularność Hena jest niewielka. Polecam szczególnie recenzowane przeze mnie: biografię Boya, „Twarz pokerzysty” i "Pingpongistę".

Ta książka to piękna opowieść o swoim dzieciństwie i latach młodzieńczych, która jest w pewnym sensie komplementarna z "Dziewczętami z Nowolipek" Gojawiczyńskiej. Ta sama dzielnica, te same ulice, ten sam świat, ale widziany różnymi oczami. Wartość omawianej książki podnosi kunszt pisarski autora, jego życzliwe podejście do ludzi, ironia i umiejętność eksponowania elementów groteskowych. Zacierające się wspomnienia z dzieciństwa komentowane przyjażnie przez mądrego Starca, czyta się w sielskim nastroju z wielką przyjemnością. A temat nieistniejącej już Warszawy jest, sam w sobie, atrakcyjny.

Druga część pt „Najpiękniejsze lata” to okres 1939 – 1943 spędzone w ZSRR, tak barwnie opisane, że nie sposób od książki się oderwać. Ujawnienie szczegółów zepsułoby Państwu lekturę, przeto tylko powiem: gorąco polecam !!!

PS Pisząc recenzję nie miałem swoich notatek, bo je pogubiłem, a teraz po znalezieniu muszę dodać choć jeden istotny cytat ze str.81, gdzie autor opisuje swoje pojmowanie religii w wieku dziecięcym:
"...nabrałem pewności, że Abraham od początku nie wątpił, że Pan Bóg w ostatniej chwili uratuje jego syna. Przecież Abraham wymyślił nową religię i zawarł przymierze z Panem. Możliwe, że optymizm tej opowieści wielu ludzi zgubił..."
Taka interpretacja zaprzecza wszystkiemu co dotąd głoszone. Proszę porównać np z wersja podaną w "Ks. Tischner czyta katechizm"

Kathryn STOCKETT - "Służące"

Kathryn STOCKETT - "Służące"

Stockett (ur.1969) zadebiutowała tą książką (ang. "The Help") w 2009 roku i było to "wejście smoka". O ile wiem nic więcej do tej pory nie napisała.
Przy tym ogromie słów jakie wypisano o autorce i jej książce, chcę zaprezentować swoje, inne, oryginalne podejście. Ze względu na tematykę i popularność ta książka jest trzecim milowym słupem w tej materii, po Harriet Beecher Stowe "Chacie wuja Toma" (1851) i Margaret Mitchell "Przeminęło z wiatrem" (1936) z legendarną Mammy wychowującą białe dzieci.
Następną istotną sprawą jest kontekst socjologiczno-polityczny, tzn umiejscowienie akcji w czasie. Najlepiej charakteryzuje to fragment opisujący myśli Białej podczas wizyty u Czarnej (str.187):
"...Siedzimy cicho i zupełnie nieruchomo. Co by się wydarzyło, gdyby jakiś biały odkrył, że przyszłam tu w sobotni wieczór i rozmawiam z nieformalnie ubraną Aibileen? Czy wezwałby policję, doniósł o podejrzanym spotkaniu ? Nagle nabrałam pewności, że tak właśnie by się stało. Zostałybyśmy aresztowane, bo takie są procedury. Oskarżono by nas o pogwałcenie zasad integracji, ciągle o tym czytam w gazetach. Biali nienawidzą białych, którzy widują się z kolorowymi..."

Polecam ten cytat bezkrytycznym polskim piewcom amerykańskiej demokracji. To jest rok 1962 na rok przed słynnym przemówieniem Martina Luthera Kinga (1929-1968) w Waszyngtonie zaczynającym się od słów: "I have a dream", na 6 lat przed jego zamordowaniem, 4 lata po delegalizacji Ku Klux Klanu. Białych ogarnia obsesja własnego wychodka; za nieświadome skorzystanie z kibla białych, bestialsko biją czarnego doprowadzając go do utraty wzroku. Ale wyczerpmy temat tej wzorcowej demokracji, która obecnie, 50 lat póżniej, przynosi żniwo w postaci kilku "Afro-Amerykanów" zabijanych co roku przez policję, gwarantuje konstytucyjne prawo do torturowania podejrzanych i toleruje ok 5 000 tys. członków zdelegalizowanego Ku Klux Klanu.

I tu czas na podważenie wiarygodności autorki. Wydaje mnie się, że nawet dzisiaj, w 2015, tj 53 lata po czasie akcji książki, jakakolwiek Biała miałaby problem na Południu, z przekonaniem jakiejkolwiek Czarnej, w ogóle, do spowiedzi, a tym bardziej do tak skrajnie krytycznej wobec białych. Natomiast wiarygodny jest obraz poziomu umysłowego Amerykanów, wyjątkowo bezmyślnych prymitywów, zainteresowanych tylko swoją pracą i footballem bądż baseballem zależnie od Stanu.

Książka "chwyciła", bo napełnia optymizmem, bo, jak czytamy na okładce:
"....przyniosła radość, bo pokazuje, że ludzie powoli, ale konsekwentnie przezwyciężają nienawiść i strach..."

Tylko, że to jest tylko pobożne życzenie, amerykańskie wishful thinking, co potwierdzają choćby tegoroczne, nieustające zadymy po ukatrupieniu przez policję kolejnego "Afro-Amerykanina". Zmianie ulega tylko miejsce zbrodni.

Ale to przecież Ameryka wymyśliła konieczność "Happy Endu", i słusznie, bo klient płaci za książkę czy bilet do kina, by się wzruszyć, by przeżyć empatię i na koniec fabuły poczuć optymizm, uśmiechnąć się i podbudowany, być przygotowany na starcie z ponurą rzeczywistością.

Moje uwagi nie wpływają na ocenę książki, bo daję jej 7 gwiazdek za humanitarne przesłanie, za podjęcie wspomnianej frazy z przemówienia Kinga "I have a dream", za moje przyjemne dwa dni spędzone z nią, mimo wspomnianych naiwności i nadmiernego optymizmu autorki, powyżej udowodnionego.

Na koniec chcę zwrócić uwagę na transformację rasizmu, który wskutek masowego przechodzenia "Afro-Amerykanów" na islam, przyjmuje formę wojny religijnej, pod propagandowym hasłem walki z muzułmańskim terroryzmem. (Aha, zapomniałem wspomnieć, że praktyka obecnego amerykańskiego rasizmu, jaki i Ku Klux Klanu propaguje obecnie, i antysemityzm, o czym już wspominała Stockett na stronie 259). Zdolni jesteśmy w niszczeniu "innych", mamy przecież w dorobku choćby "Noc św. Bartłomieja" (1572).

PS. Stosuję cudzysłów przy "Afro-Amerykanach", bo mimo 25 lat pobytu w Kanadzie, dalej po polsku używam określenia Murzyni bądż Czarni, a po angielsku unikam konieczności użycia jakichkolwiek określeń
PS 2 Z posłowia autorki o służącej Demetrie, pierwowzorze Constantine:
"..Latami byłam przekonana, że spotkało ją niesłychane szczęście, bo ma nas, stabilną pracę w ładnym domu i może sprzątać po białych chrześcijanach..."

Wednesday, 15 July 2015

Eugeniusz PAUKSZTA - "Icj trzech i dziewczyna"

Eugeniusz PAUKSZTA - "Ich trzech i dziewczyna"

Nadmiernie płodny Paukszta (1916-1979) zaserwował tym razem (w 1967 roku), powieść młodzieżową, której nikt nie czytał w momencie wydania, (co innego mieliśmy w głowach), a tym bardziej nie polecam jej dzisiejszym młodym.
Trójkąt uczuciowy nadaje książce charakter romansu, a przemyt skradzionych ikon do Szwecji - kryminału. Całość infantylna na poziomie dziesięciolatka, ugrzeczniona, epatująca dobrocią, że aż mdło. Typowy przeciętniak.

Magdalen TULLI - Szum"

Magdalena TULLI - "Szum"

Magdalena Tulli (ur.1955) zdobyła popularność "Włoskimi szpilkami" (7,23 na LC), których nie czytałem, a teraz (2014) powędrowała żdziebko wyżej na 7,24. Jestem zaskoczony i zdumiony, ale nim przedstawię swoje trzy grosze skonfrontuję swój pogląd ze słowem już napisanym.
Na okładce czytam:
„Najnowsza powieść jednej z najwybitniejszych polskich pisarek”.
Wolność jest i w reklamach różne idiotyzmy się wypisuje, toteż wydawca może zaliczać autorkę do „najwybitniejszych”, ale nie akceptuję takiego zachowania ze strony redaktorów LC. Jeśli nie macie czasu na zweryfikowanie opinii, to zostawcie puste miejsce!!
Po proteście teraz czas na moją pełną akceptację opinii moich kolegów z LC:

BagatElka:
Kolejne dziwadło,które mnie zniechęciło już od pierwszych zdań.
Specyficzny styl w tym wypadku nie zachwyca ani nie zaciekawia.
Zupełnie niezrozumiała historia,która właściwie jest o niczym.

Booka:
Specyficzny styl autorki początkowo był ciekawym zabiegiem, z czasem jednak zaczął mnie irytować. Natomiast rozmowy głównej bohaterki z wyimaginowanymi postaciami (Lisem i zmarłymi osobami) - z biegiem czasu skutecznie mnie znudziły.

Krótki fragment wypowiedzi Barneyo (Uwaga: polecam lekturę całej recenzji):
„Znudziłem się tą książką. Cholernie znudziłem. Nie sposób powiedzieć, że Tuli pisze źle. Byłoby to kłamstwem. Pisze jednak w sposób, który absolutnie do mnie nie przemawia. Jej styl jest leniwy, a przez to – w miarę lektury – coraz bardziej nużący.
Zawarte w książce prawdy o życiu i człowieku również nie wydają mi się szczególnie odkrywcze. Że nie umiemy sobie radzić z traumami? Żadna nowość. Że zmartwienia i problemy rodziców często najsilniej oddziałują na dzieci? Również nic niesamowitego. Że miło jest leczyć własne kompleksy na innych? Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci oburzonym komentarzem.
Nie znaczy to jednak, że Szum jest jednoznacznie zły. Nie jest. Jest książką, która ani mnie ziębi, ani grzeje. Taki literacki bezrękawnik. Ucieczki młodej bohaterki w głąb siebie, do wyimaginowanych lub nieżyjących już towarzyszy, mogą dla wielu być czymś godnym uwagi. Mnie dość szybko zaczęły nudzić....”

To teraz ja. Wyjaśnienie tytułowego „Szumu” znalazłem na stronie 160:
„-Mam mnóstwo pracy.. ..Właściwie wszystko tu jest takie samo jak tam, tylko bez tego szumu. Bez niego łatwiej rozumiem.
-Co rozumiesz?
-Wszystko – odpowiedziała miękko.
Życie nazwała szumem! Lecz jeśli tak, czym miało być 'wszystko'?”.

Nie wiem, może Tulli wie. W każdym razie opcję „mnóstwa pracy” w zaświatach zdecydowanie odrzucam, bo byczę się od 8 lat na emeryturze, więc tam liczę na to samo plus atrakcyjne rozrywki, a nie pracę.
Pod zacytowanymi opiniami podpisuję się, więc pozostaje mnie podsumowanie. Książka niby jest o oklepanym wyobcowaniu i „dziecięcym piekle”. Tylko, że ci którzy tak twierdzą, to nie mają zielonego pojęcia jakie koszmarne bywa dzieciństwo. Bo właśnie dlatego ta książka jest banałem o NICZYM. Niejedno dziecko byłoby szczęśliwe na miejscu bohaterki, której nie brakowało nawet fontanny z wodotryskiem, bo miała ją u dziadków we Włoszech. Również życie osobiste do POZAZDROSZCZENIA: dwóch amantów w trakcie nauki, porządny mąż, dwoje zdrowych dzieci!!!.
Kochani, nie wmawiajcie sobie, że to udana książka, bo nie wierzę by kogokolwiek w trakcie lektury nie ogarnęła senność.

Tuesday, 14 July 2015

Bartosz ŁAPIŃSKI - "Beczka soli"

Bartosz ŁAPIŃSKI - "Beczka soli"

Łapiński (ur. 1974), z wykształcenia ekonomista, zadebiutował "Beczką soli" w 2005 r., a ona uzyskała na LC 6,03. Wyszukałem, że tworzy scenariusze do seriali telewizyjnych "Na Wspólnej" i "Samo życie". I tego powinien się trzymać, bo telewidzowie są przyzwyczajeni do serialowych głupot, podczas gdy książka, nawet najgorsza, przewyższa je wymaganiami, bo zmusza czytelnika do aktywowania wyobrażni, która weryfikuje wiarygodność. Do negatywnej oceny przyczynia się debiut, bo jeśli już pierwsza książka jest kompletnym niewypałem, to co będzie z następnymi. Wniosek: Łapiński, skoro już musi, to niech tworzy bzdurne seriale, a z pisania tzw książek winien zrezygnować. Alternatywnie, mógłby wrócić do wyuczonego zawodu, bo w ekonomicznych profesjach nieudacznictwo jest dość powszechne.

Michał WITKOWSKI - "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna - Szczakowej"

Michał WITKOWSKI - "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna Szczakowej"

Wychodząc z założenia, że większość z Państwa nie miała tej książki w ręku, przepisuję słowa "mojej" wspaniałej prof. Marii Janion (tej od "Niesamowitej Słowiańszczyzny") słusznie umieszczone na okładce:
"Przeczytałam 'Barbarę Radziwiłłównę z Jaworzna-Szczakowej' jako opowieść o zachłannym kolekcjonerze z czasów naszego przełomu kapitalistycznego. Właściciel lombardu gromadzi skarby i śmiecie. Kontemplacja szkatuły ze sztabkami złota i studolarówkami daje mu prawdziwą lacanowsko – żiżkowską rozkosz. Śmiecie zalegają całą Polskę. Śmieciowata jest też wyobrażnia narratora, Polaka – katolika, Sarmaty – Żyda, Słowianina – poganina pielgrzymującego do Lichenia. W tej bardzo udanej trawestacji gawędy szlacheckiej i ballady podwórkowej, przetykanej parafrazami romantycznych wierszy i pozytywistycznych nowelek, pojawia się idealny kochanek - piękny, młody, dziki Ukrainiec, genetowski bandyta. Wszystko jednak kończy się żle - tak jak w powieściach rówieśników Witkowskiego traktujących o Polsce po transformacji"

Maksimum treści w minimalnej ilości słów. Pani Profesor (ur. 1926) jest starsza ode mnie o 17 lat, mam więc jeszcze trochę czasu, by zostać jej wyróżniającym się uczniem.
Na temat książki nie mam nic do dodania, poza tym, że świetnie się bawiłem oraz że zdziwiony jestem niskimi ocenami na LC wszystkich książek Witkowskiego (żadna nie osiąga 7). Dawno temu czytałem jego "Lubiewo", innych utworów nie znam więc wezmę się za niego, a Państwu omawianą polecam z przekonaniem, że warto.

Monday, 13 July 2015

Dorota TERAKOWSKA - "Władca Lewawu"

Dorota TERAKOWSKA - "Władca Lewawu"

Po przeczytaniu "W krainie kota" chciałem przeczytać coś więcej Terakowskiej, a że w Bibliotece nic innego nie było to cieszę się tym co zdobyłem. Sam pomysł czytania wspak nie jest nowy, bo od setek lat dzieci się tak bawiły. Ja trochę byłem wykluczony, bo jak przeczytać Hceicjow Iskweibęłog ? Szczęśliwie w wersji potocznej byłem łatwiej wymawialny: Ketjow Bąłog.

A teraz na poważnie. Tym razem alternatywny świat to idealny świat pozbawiony negatywnych uczuć, osiągnięty za cenę zniewolenia. Mieszkańcy tego świata, Allianie, są szczęśliwi, bo do niewoli i strachu przed tyranem Nienazwanym się przyzwyczaili. Terakowska zapewne znała ks. Józefa Tischnera "Nieszczęsny dar wolności", jak i Leona Kruczkowskiego "Pierwszy dzień wolności" i dlatego na str, 99 pisze:
"Większości Allian odpowiada życie w niewoli. Nie wiedzieliby, co począć z wolnością.."

Autorka jest optymistką i dlatego uparła się jednak "uszczęśliwić" Allian wolnością; teraz próbuje swoje dobre chęci, które przyniosą niewiadome skutki usprawiedliwić: (str. 109 -110)
"Allianie dopiero uczą się tego, że są wolni. Za długo byli niewolnikami Nienazwanego, by umieli od razu mądrze wykorzystywać swą wolność. Co jakiś czas wybuchają wśród nich spory i kłótnie. Swój świeżo zrodzony gniew i bunt jeszcze nie zawsze umieją opanować. Bardzo często w sporach górę biorą nie najmądrzejsi, lecz najbardziej hałaśliwi, i oni próbują narzucić reszcie swoje racje. Ale pomimo to głęboko wierzę..... ..że Allianie powoli nauczą się wszystkiego....."

No cóż, podobno "wiara czyni cuda". Tylko, że "wszystkiego" oznacza to dobro, które wskutek transformacji utracili.
Terakowska napisała to w 1982 roku, w epoce marzeń, a ja piszę w 2015, obserwując efekty 25 lat uczenia się.
Polecam, i to przede wszystkim dorosłym, bo dzieci nie zrozumieją, a od ohydnych pajęczaków będą się w nocy moczyć.

Amos OZ - "Nagle w głębi lasu"

Amos OZ - "Nagle w głębi lasu"

Dziękuję wszystkim Państwu, którzy zechcieliście być moimi "znajomymi" bądż "obserwującymi", bo dzięki tak licznemu gronu, mam śmiałość promować moje ulubione książki. Przy okazji przypominam o "Timbuktu" Paula Austera, a teraz już o autorze tej omawianej książki.

Amos Oz , właściwie Klausner, (ur. 1939 w Jerozolimie), pochodzący z rodziny polsko-litewskich Żydów jest moim faworytem, obok Murakamiego i Kundery, do Nobla. Boleję nad tym, że na LC widzę tylko 140 opinii dla jego 26 książek i dlatego wzywam do czytania Oza, a zacząć najlepiej od tej, właśnie omawianej pozycji.

Ta książka (2005/6) powstała pomiędzy "Panterą w piwnicy" (1999), a "Rymami życia i śmierci" (2008). Jest to piękna baśń dla wszystkich, bez ograniczeń wiekowych, o RŻYCY tj byciu innym. Aby jednak zrozumieć przesłanie trzeba troszkę pomyśleć, bo nie jest to bajeczka o znikających zwierzątkach. Ujmę to przesłanie Oza trzema słowami: TOLERANCJA ZAMIAST SZYDERSTWA. Miłej lektury!

Sunday, 12 July 2015

Bolesław PRUS - "Placówka"

Bolesław PRUS - "Placówka"

Bolesława Prusa (1847-1910) cenię za "Kroniki" publikowane w "Kurierze Warszawskim", które doczekały się wydania książkowego w latach 1953-70, w ilości 20 tomów. Są one niezrównanym świadectwem epoki. Natomiast "Placówka" była obowiązkową lekturą szkolną, którą jako jedną z nielicznych przeczytałem. Do nigdy przeze mnie nieprzeczytanych w okresie szkolnym należała "Stara Baśń", "Nad Niemnem" i "Noce i dnie" i wcale się tego nie wstydzę.

Teraz, po prawie 60 latach przeczytałem ją ponownie i nieżle się bawiłem, mimo szmirowatego „happy endu”. Znalazłem receptę na jej czytanie: to nastawienie jak do utworów Czechowa. Naturalizm naturalizmem, realizm realizmem, a my wychwytujmy elementy groteskowe. A najlepszym przykładem tego jest możliwość okazyjnego kupna łąki przez Ślimaka od dziedzica, który zgodził się na sprzedaż za symboliczną cenę, by swojemu socjalizującemu kuzynowi wybić z głowy mrzonki o sensowności „pracy od podstaw” z ciemnym, podejrzliwym ludem. Kmiot zawsze będzie nieufny, konserwatywny, ksobny i strachliwy. Nienaruszalność status quo, a wtedy „chłop potęgą jest, i basta”.
Nieprawdą jest narzucany (za moich czasów) w szkole pogląd, że chłop ostoją polskości jest, bo w przeciwieństwie do dziedziców, nie chce Niemcom sprzedać ziemi. To nie patriotyzm nim kieruje, a przywiązanie do swojej własności, otrzymanej od ojców. Za długo był niewolnikiem u polskich panów, tym bardziej, że uwłaszczenia doczekał się z ręki cara, który zrobił „panom” na złość.

Jill GREGORY, Karen TINTORI - "Księga Imion"

Jill GREGORY, Karen TINTORI - "Księga imion"

Autorem tłumaczenia jest Piotr AMSTERDAMSKI, a wydał to-to "Świat Książki". Niestety, byli leniwi i dlatego już w pierwszym zdaniu, ale i wielokrotnie póżniej czytamy o "LAMED WOWNIKACH". A wystarczyło wystukać te dwa słowa na wyszukiwarce i z Wikipedii uzyskaliby następującą wiadomość:
"Łamed wownik (jid. "jeden z trzydziestu sześciu") – według wierzeń folkloru żydowskiego 36 sprawiedliwych, od których zasług zależy los świata i ludzkości. U źródeł tej legendy leży talmudyczny zwrot mówiący o istnieniu 36 sprawiedliwych, którzy codziennie obcować mają z Szechuiną. Jednemu z nich ma być dane zostanie Mesjaszem, jeśli tylko pokolenie okaże się tego godne. Łamed wownicy żyć mają – nie wyróżniając się niczym – pośród innych Żydów, dzieląc z nimi dole i niedole wygnania. Pod groźbą śmierci nie wolno im ujawniać swojego prawdziwego oblicza, tylko w przypadku zagrożenia gminy stają na jej czele i przejmują rolę przywódczą. Gdy zagrożenie mija z powrotem stają się anonimowymi i nie wyróżniającymi członkami społeczności żydowskiej.
Wszystkich 36 łamed wowników swojego pokolenia znać miał i udzielać im materialnej pomocy Israel Baal Szem Tow. Wielki przeciwnik chasydów mitnagdim Eliasz ben Salomon Zalman jednego łamed wownika o imieniu Lejb pracującego w gorzelni."
Różnica między "lamed" a "łamed" jest porównywalna do różnicy między "Lachem" a "łachem", lub "laską" i "łaską". Skoro więc tłumacz i wydawca nie wiedzą o czym to jest, to i potencjalni czytelnicy niech pozostaną w błogiej nieświadomości i rąk sobie tym gniotem nie brudzą. Proszę docenić moje poświecenie, że dojechałem do 99 strony i dzięki temu mogę powiedzieć, że autorki są na tym samym poziomie co tłumacz i redaktor, a ściślej to, że o Kabale pojęcia nie mają.
Nie damy sobie kitu wciskać, bo twórca chasydyzmu Israel Baal Szem Tow, w skrócie BeSzT, to "nasz", z Rzeczypospolitej chłopak, a jego prawnukiem był sławny Nachman z Bracławia.

Saturday, 11 July 2015

Anne APLEBAUM - "Iron Curtain" (wersja skrócona)

NIE ZGADZAM SIĘ!! Od tych słów zamierzam ponownie opublikować moje recenzje książek, których Państwo nie czytacie, a co do których wartości jestem głęboko przekonany. Ta idea powstała, gdy, dość przypadkowo, przejrzałem moje recenzje, które dostały najmniej plusów. Ale problem wnet okazał się o wiele poważniejszy, bo dotyczy książek za których recenzje dostałem od Państwa satysfakcjonującą ilość plusów, a mimo to poczytność tych naprawdę wartościowych pozycji jest znikoma. Wybieram tylko pozycje interesujące i zrozumiałe "dla każdego", a cykl zaczynam od utworów ks. Jana Twardowskiego.

Tym razem głównym powodem przypomnienia książki nie jest mała ilość recenzji (choć jest ich zaledwie 14), lecz rozbieżność między średnią oceną – 7,44. a moją -3. Sam temat jest niezwykle ciekawy i dlatego książkę gorąco polecam, mimo jej kontrowersyjności.

Anne APPLEBAUM - "Iron Curtain" The Crushing of Eastern Europe, 1944-1956
("Za Żelazną Kurtyną. Ujarzmienie Europy Wwschodniej 1944 - 1956")

UWAGA: Poniżej używam pisowni „prawdziwych polaków”, przez małe „p”, gdyż nie chodzi w tym zwrocie o narodowość, lecz o mentalność. (por. w potocznej mowie „żyd” - jako określenie osoby przebiegłej i skąpej).

Czytelnicy wysoko oceniają omawiane opracowanie (7,57), więc ja winien jestem uzasadnić moją negatywną ocenę (3)
Zakładam, że czynnikami wpływającymi na charakter wypowiedzi autorki nie jest zła wola czy nieuctwo, a pozycja męża, Radka Sikorskiego, oraz jej pochodzenie żydowskie. Powodują one strach przed narażeniem się katolickiemu narodowi „prawdziwych polaków”, a skutkiem tego jest chęć zademonstrowania specyficznej political correctness, skutkującej głoszeniem poglądów a k c e p t o w a l n y c h przez środowiska skrajnie prawicowe, antysemickie i antyrosyjskie. W efekcie pominięcie wielu istotnych wątków, bądź sygnalizowanie ich w „ochronnych rękawiczkach”.
BRAK u niej adekwatnego opisu stanu (ducha i ciała) polskiego społeczeństwa po traumach doznanych w II RP i w czasie okupacji hitlerowskiej;
BRAK opisu tego niesamowitego e n t u z j a z m u, radości i n a d z i e i na ponowną budowę wolnej Ojczyzny, lecz innej niż ta przedwojenna, słusznie nazywana „DOMKIEM Z KART”. Tak, wielkiego, masowego entuzjazmu, radości i nadziei, mimo zależności od sowietów. A tego nie wolno pomijać, bo to było siłą napędzającą spontaniczną pracę społeczeństwa na rzecz odbudowy i modernizacji kraju.
BRAK: Nie można też pomijać opisu s p u ś c i z n y II RP, tj społeczeństwa ogarniętego wszawicą, gruźlicą i analfabetyzmem, wsi bez elektryczności, chałup pokrytych słomianymi strzechami, gdyż wtedy idee s k o k u c y w i l i z a c y j n e g o, awansu społecznego czy też budowy np Nowej Huty wydają się irracjonalne.
Dalej, BRAK podkreślenia przez autorkę polskiego a n t y s e m i t y z m u „wyssanego z mlekiem matki”, skutecznie propagowanego przez polski Kościół wraz z zabobonami o krwi polskich dzieci przetaczanej przez Żydów na macę, co ilustrują kościelne malowidła jak np do dziś te wiszące w Sandomierzu czy ostatnie wydarzenia w Poznaniu, którymi oburzył się nawet konserwatywny abp Gądecki
BRAK ten nie pozwala na zrozumienie skali nienawiści do PRL-owskiego aparatu, w których prym wiedli Żydzi jak Berman, Minc czy też „krwawa Julka” Brystygierowa oraz bracia Goldberg znani jako Różański i Borejsza.
BRAK: Nie wiem też dlaczego autorka ani słowem nie nadmieniła o stworzeniu z niczego Welfare State, wspaniałego Państwa Opiekuńczego, w którym udostępniono wszystkim pracę i naukę /w tym również darmowe wyższe studia z darmowym „wiktem i opierunkiem”/, opiekę zdrowotną, żłobki, przedszkola, wczasy, a nawet sanatoria. Czy pani Applebaum pomieszkując w Polsce nie słyszy obecnych t ę s k n o t Polaków za tymi udogodnieniami bezpowrotnie utraconymi w ciągu dwudziestu lat „wolnej” Polski ? Kołakowski wiele pisał o sprzeczności między „wolnością a bezpieczeństwem” (w tym socjalnym), o tym „coś” za „coś”, więc tam czytelnika odsyłam.
BRAK: Autorka nie definiuje też jakie nurty dominowały w nienawiści do władz: antysemityzm ? niechęć do bolszewickiego okupanta ? , czy też sam w sobie antykomunizm ? A może to odwieczny podział, tkwiący głęboko w polskiej mentalności, na „my” i „oni”

Natomiast głupot Applebaum napisała dużo (ciekawym proponuję moją pełną recenzję na http://wgwg1943.blogspot.ca/search?q=Anne++Applebaum), ale szczytem jest poniższy fragment:

„Aby trzymać dzieci i młodych robotników z dala od kontaktów ze środowiskami reakcyjnymi, instytucje wychowawcze stwarzały ogromny program poza szkolnych i wieczornych klubów, drużyn i organizacji, wszystkich pod państwową kontrolą, choć nie koniecznie polityczną. Niektóre z tych oficjalnych poza szkolnych programów były nawet rozmyślnie apolityczne, wliczając w to wszystko: od muzyki i tańca ludowego po malowanie i szydełkowanie. Kluby szachowe były wyjątkowo popularne. Ideą było ściągnąć dzieci w miejsce gdzie mogłyby poddane misternym wpływom. Już z tego organizatorzy mieli satysfakcję tj ze świadomości, że dzieci śpiewają, szyją albo grają w szachy w jednym z pokojów, gdzie portret Stalina wisi na ścianie, i pod czujną opieką ideologicznie godnych zaufania wychowawców. Wszystkie te zajęcia były bezpłatne, i dlatego były atrakcyjne dla pracujących rodziców”.
Cha!! Cha!! Ale wredna bolszewicka indoktrynacja !!

Dlaczego więc dałem 3 gwiazdki zamiast pały? Bo ją uwielbiam za walenie w Hannah Arendt i jej wyznawcę Timothy Snydera, ośmieszając pojęcie totalitaryzmu i stwierdzając:

„...Arendt niesłusznie uważała, że...
„Nazistowskie Niemcy i Związek Radziecki, oba były reżimami totalitarnymi i to o wiele bardziej do siebie podobnymi, niż różnymi” (tak też uważa Snyder), gdyż n i e były podobnymi, a ponadto ograniczanie rozważań o totalitaryzmie do tych dwu państw, z pominięciem choćby maoistowskich Chin podważa solidność tezy Arendt”.

Ian McEwan - "Na plaży Chesil"

Ian McEWAN - "Na plaży Chesil"
Uparty i uwikłany ten nasz Ian, a jak już nasz, to mówmy Jasio. Uparty, bo mimo ostrej mojej krytyki dalej pisze, a uwikłany to w seks, który jego bohaterom nie wychodzi. Bo jak nie wytrysk przedwczesny, to mąż w szafie albo podpatrująca 13-stka, a gdy wreszcie złuda spełnienia nadeszła, to w towarzystwie czterech kochanków.
Tym razem pan Jasio zajął się zgubnym wpływem angielskiego elitarnego wychowania na akt płciowy
Najtrafniejsza recenzja znalazła się na okładce: "A story of lives transfomed by a gesture not made or a word not spoken" /”Historia żywotów zmienionych przez niewykonane gesty lub niewypowiedziane słowa”/. Dwoje młodych ludzi rozchodzi się po nieskonsumowanej nocy poślubnej. Ach, czemuż, ach czemuż to ich spotkało? Jest to „...the tail end of a religious prohibition, their ENGLISHNESS and class...” . To ładne: “...konkluzja /wynik/ religijnych zakazów, ich /bohaterów/ angielskości i ich klasy”, które, wszystkie razem do kupy prowadzą do przysłowiowej angielskiej sztywności i uniemożliwiają wykonanie stosownego gestu czy też podjęcia w miarę szczerej rozmowy.
DZIEWIC i dziewica, oboje w wieku 24 lat /!!!/, spędzają poślubną noc w eleganckim, nadmorskim motelu. Ona, w dobrej wierze, bierze go za „fiuta” /tj penisa/, on ma natychmiast „EIACULATIO PRECOX”. Ona ubrudzona i ZNIESMACZONA ucieka na tytułową plażę, gdzie po ochłonięciu, w obawie przed skandalem, wysuwa propozycję kontynuacji małżeństwa, lecz bez seksu. Wskutek odmowy małżeństwo zostaje unieważnione, jako „non consummatum”. Po wielu, wielu latach nasz nieudacznik przyjeżdża na plażę, /czort wie po co?/ i dowiadujemy się, że on miał żonę i dzieci, a ona „oddała się” karierze skrzypaczki, a ściślej poruszaniu smyczkiem. Jedyny pozytyw książki to wykpiwanie ENGLISHNESS tj etykiety wyższej klasy angielskiej. Aby uatrakcyjnić niniejszą opowieść o zgubnych skutkach brania za „fiuta” wspomnę o jednej pani, która po wizycie w „ZACHĘCIE” opowiadała sąsiadce, że, tamże, niejaka Kociubińska WZIĘŁA KOSSAKA ZA FAŁATA. Sąsiadka spąsowiała i wydukała: „Jak to, tak publicznie? Ale świnia!”. Tak więc smyczek bezpieczniejszy.

Friday, 10 July 2015

Ian McEwan - "Niewinni"

Ian McEwan - "Niewinni"

McEwan to mój ulubiony pisarz, bo przewidywalny. Z góry wiem, że zasłuży na dwójkę, z możliwym odchyleniem plus/minus jeden. Z pięciu książek przeze mnie ocenianych trzy dostały 2 gwiazdki, jedna 1, a jedna 3. Tak samo schemat każdej opowieści jest przewidywalny. Zaczyna się nudnym wprowadzeniem (około 60 stronicowym), potem krótkie wydarzenie, a dalej skutki, przeplatane myślami autora, któremu wydaje się, że tryska intelektem. Każdą z tych "stories" Irek Iredyński opowiedziałby na 7 stronach, a ja będę lepszy, bo przedstawię Państwu, w fascynujący sposób, na niecałej stronie.

Dwudziestopięcioletni (!!!) DZIEWIC, poderwany przez trzydziestolatkę „po przejściach” ma „EIACULATIO PRECOX”. To pomysł już wykorzystany w opowiadaniu „On Chesil Beach”. Tym razem doświadczona „ona” kształci niedojrzałego kochanka i uprawiają seks systematycznie i efektywnie, aż pewnego dnia znajdują w szafie jej małżonka. On żąda forsy, oni odmawiają, więc dochodzi do bójki, w której małżonek ginie. Kochankowie rżną zwłoki piłą i umieszczają w dwóch skrzyniach należących do CIA. On pęta się z tymi skrzyniami po całym Berlinie, aż umieszcza je w tunelu drążonym przez Amerykanów do strefy sowieckiej. Tu, gwoli jasności, nadmienię, ze on jest brytyjskim specjalistą od telefonów i korzystając z podkopu ma się „wpiąć” w tajne sowieckie linie telefoniczne, by Ruskich podsłuchiwać. Żeby było śmieszniej, Ruskie od DWÓCH LAT o wszystkim wiedzą i chichocząc czekają na ukończenie tunelu. Teraz, do tunelu wchodzą i nadprogramowo stają się właścicielami skrzyń z poćwiartowanym mężem. W ramach współpracy okupantów, przekazują feralne skrzynie Amerykańcom, którzy w obawie przed rozgłosem sprawę wyciszają. W międzyczasie nasz bohater traci ochotę na seks i wyjeżdża do mamusi, do Anglii. „JĄ” zabiera do Ameryki jego przełożony, żeni się, robi dzieci i umiera. Po ok. 30 latach nasz Anglik przybywa do Berlina /czort wie po co?/ i pęta się po wysypisku nad tunelem wspominając NAJWAŻNIEJSZY w jego życiu SEKS. Aby uatrakcyjnić książkę szerokie opisy dziczy sowieckiej, która rabowała i WSZYSTKIE Niemki gwałciła. /W przeciwieństwie do amerykańskich Murzynów, którzy prostytuującym się niemieckim rasistkom odwdzięczali się parą nylonów - p. Hans Habe „Off Limits”/. Gwoli prawdy podkreślmy, że ani dzicz sowiecka, ani Amerykanie mężów nie ćwiartowali.

Mikołaj GRYNBERG - "Oskarżam Auschwitz"

Mikołaj GRYNBERG - "Oskarżam Auschwitz"
Opowieści rodzinne
Ze wstępem Anki Grupińskiej

UWAGA!! LEKTURA POLECANA DLA MŁODZIEŻY, KTÓRA NIE PRZEKROCZYŁA SIEDEMDZIESIĄTEGO ROKU ŻYCIA !!!

Bo w tym właśnie sęk. Zbiór rozmów z potomstwem ofiar Holocaustu, które NIE MOGŁO być wychowane przez NORMALNYCH ludzi (gdyż po symbolicznym Auschwitz NIKT normalnym nie mógł być) stanowi wartościową reminiscencję Zagłady i jej skutków. To gorsze niż choroba popromienna po wybuchu nuklearnym, bo nęka drugie i dalsze pokolenia ofiar, lecz dla innych staje się marudną prehistorią. A do tego nie wolno dopuścić!
Siedemdziesiąt lat od zakończenia II w. św., to szmat czasu osłabiający wrażliwość na tamtą tragedię. To jak opowieści o Powstaniu Styczniowym dla mojego pokolenia, które nas nudziły i nie wzbudzały żadnego zrozumienia ani zaciekawienia. Jednakże wyjątkowość Zagłady narzuca na na obowiązek propagowania jej skutków, jako przestrogę dla wszystkich i po wsze czasy.

Moja początkowa uwaga wynika, nie z niechęci czy braku zainteresowania tematem, lecz z mojego wieku, gdyż wszystko co w tej wartościowej książce zostało przedstawione znam z autopsji, począwszy od pierwszej fali emigracyjnej Żydów w 1949, gdy odprowadzanym przyjaciołom skradziono dwie z dwudziestu czterech walizek na Dworcu Głównym w Warszawie, poprzez transfer Żydów rosyjskich przez Warszawę na Zachód, z kilkumiesięcznym przerwą w Polsce, po pożegnania na Dworcu Gdańskim, po marcu 1968 r.

Walorem książki jest brak agresji, bo trudno byłoby za jej przejaw uznać poniższy aksjomat o Polakach: (str.274)
„Oczywiście, że byli tacy, którzy pomagali, ale więcej osób zajmowało się donoszeniem niż ratowaniem...”

Książkę wziąłem do ręki sugerując się nazwiskiem autora, którego już cztery razy recenzowałem, a okazało się, że to nie Henryk (ur.1936), a Mikołaj (ur.1966), i w dodatku nie wiem nic o ich ewentualnym pokrewieństwie. A może syn?

Thursday, 9 July 2015

Józef HEN - "Błazen - wielki mąż"

Józef HEN - "Błazen - wielki mąż"
Opowieść o Tadeuszu Boyu – Żeleńskim

Rozumiem Józefa Hena, prawdziwe nazwisko Cukier, że pomija żydowskie pochodzenie Boya, ale nie mogę tego zaakceptować, gdyż, gdzie jak gdzie, ale w BIOGRAFII takiego istotnego faktu nie można pomijać. Matka Boya, podobnie jak jej siostra - matka Kazimierza Tetmajera, de domo Grabowskie, wywodzą się z rodziny żydowskiej zasymilowanej w XVII wieku. Nie jestem antysemitą, ani filosemitą, tylko podziwiając POLSKĄ NAUKĘ I KULTURĘ, chcę mieć świadomość pochodzenia jej twórców. Nic nie ujmuje polskości kompozycjom Chopina, że jego ojciec był Francuzem, a matka miała żydowskie korzenie; nic nie szkodzi naszemu malarstwu historycznemu, że jego głównym twórcą był Czech Matejko, i nic nie jest w stanie zaszkodzić Boyowi, którego większość Polaków (w tym ja) ubóstwia, a kołtun i tak zawsze będzie go nienawidził.

Hen wykazał się niezwykłą pracowitością w zbieraniu materiałów, ale przyniosło to ujemne skutki. Tekst, przeładowany szczegółami, stał się nużący, a najlepszymi okazały się cytaty z Boya, jak dla przykładu ów: (str. 33)
"Kiedy byłem w szkole - wspomina pisarz w rewoltującym szkicu 'Mickiewicz a my' - budzili we mnie szczerą antypatię owi filareci, filomaci i promieniści, którzy wypisywali sobie jako godło 'naukę i cnotę'. To są rzeczy, które starsi zalecają młodym, a przeciw którym młodzi się buntują lub sobie z nich kpią; ale żeby młody sam sobie stawiał za ideał naukę i cnotę, to mi się wydało potworne".

Naukę w szkole wieńczy matura, a o niej Boy jakże prawdziwie zauważa: (str.40)
".....wszyscy są w cichej zmowie: uczniowie, wożny, nauczyciel, dyrektor i wizytator. Kogóż się tedy oszukuje, skoro wszyscy są w spisku? M a t u r ę".

I teraz, pamiętając, że moim zadaniem nie jest zachwycanie się Boyem, a ocena książki Hena, chcę podkreślić specyfikę tej biografii. Wydarzenia z życia Boya są bowiem, dla autora, jedynie bazą do snucia własnych refleksji. Np temat matury umożliwia mu rozważania na temat wykształcenia w ogóle, kończące się prowokacyjnym, retorycznym pytaniem, czy Boy – lekarz, mógłby w PRL-u być dziennikarzem, bez formalnych uprawnień do wykonywania tego zawodu ?

Hen nie zachowuje chronologii, kojarzy zdarzenia i słowa z bardzo różnych lat, to wybiega w przyszłość, to się cofa albo skacze w bok swoimi dykteryjkami, przez co wymaga dużej uwagi czytelnika. Pozostaje rozważyć czy to jest plus czy minus tej biografii?
Dla czytelnika przywykłego do standardowych biografii zachowujących chronologię i w których nie wraca się do lat już "odfajkowanych", jest to utrudnienie zasługujące na minus. Ale cel uświęca środki, a nim jest stworzenie prawdziwego wizerunku nieprzeciętnego człowieka, aby w czytelniku wyrobić przekonanie, że odpowiedż na prowokacyjne pytanie, jakie stanowi tytuł tej biografii, jest tylko jedyna.
Ta biografia to hołd, jaki składa Hen - pisarz swojemu starszemu koledze. I za to mu chwała !!

Wednesday, 8 July 2015

Wojciech CEJROWSKI - "Kołtun się jeży"

Wojciech CEJROWSKI - "Kołtun się jeży"

Nie należę do wielbicieli Cejrowskiego, bo ani propagowany przez niego polskokatolicyzm, ani wykazywane w reportażach tendencje rasistowskie, nie wzbudzają mojego entuzjazmu. Stać mnie jednak na w miarę obiektywną ocenę jego książki.
Niestety agresja Cejrowskiego nie pozwala na obojętność. Nie poniżę się do omawiania tego bełkotu nienawiści, lecz tylko odpowiem na deklarację Cejrowskiego ze wstępu:

"Nie jest moją Polska Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego, Humera, Oleksego, Urbana, Sekuły, Rakowskiego, Millera i ich żon. Nie jest i nigdy nie będzie".

Proszę zwrócić uwagę, jak wrednym trzeba być by w tym zestawie ludzi godnych najwyższego szacunku umieścić ubeka Humera. Ta ww Polska jest moją Polską, natomiast moim nie jest ciemnogród Rydzyka i Kaczyńskiego ziejących nienawiścią do bliżniego. Bo już Ojcowie Kościoła nauczali, że kochać przyjaciół umie każdy, a chrześcijanin winien kochać każdego, wroga TYŻ

Khaled HOSSEINI - "Tysiąc wspaniałych słońc"

Khaled HOSSEINI - "Tysiąc wspaniałych słońc"

Zachwycony "Chłopcem z latawcem", długo się zbierałem, aż w końcu kupiłem drugą książkę Hosseiniego z 2007 roku i teraz będę ją czytał.
Mariam jest harami (bękartem), matka miała w sobie dżina i się powiesiła, a TRZY macochy decydują o wydaniu jej, 15-letniej za zgreda szewca. A tak poważnie, to już od pierwszych stron czyta się świetnie. Lajla i beznogi Tarigh kochają się, a tytuł jest fragmentem wiersza z XVII wieku o Kabulu:
"Nikt nie policzy księżyców, co lśnią na jego dachach,
ani tysiąca wspaniałych słońc, co kryją się za jego murami".
Dla przymusowych uciekinierów z miasta ogarniętego wojną plemienną, ten wiersz jest wyrazem miłości, tęsknoty i nadziei na powrót.
Mała dygresja polityczna: paradoksem wojen toczonych obecnie w Azji, jest fakt, że Stany Zjednoczone wraz z poplecznikami, prowadzą je z "terrorystami", których sami uzbroili. Afgańczycy mówią: (331)
"- Jeśli chcesz znać moje zdanie, Amerykanie uzbroili niewłaściwego człowieka. Cała ta broń, którą CIA dała Hekmatjarowi w latach osiemdziesiątych do walki z Sowietami. Sowietów już nie ma, ale on nadal ma broń i teraz kieruje ją przeciw niewinnym ludziom, takim jak twoi rodzice. I nazywa to dżihadem. Co za farsa! A co dżihad ma wspólnego z zabijaniem kobiet i dzieci?"

Nasze bohaterki, Mariam i Lailę, połączył ciężki los, któremu towarzyszyły zmiany wprowadzone przez talibów. Pamięć jest zawodna, więc przypomnę restrykcje wprowadzone przez nich wobec kobiet, które do tej pory żyły jak w Europie, pracując w różnych zawodach np jako lekarki czy studiując na różnych kierunkach. Z dnia na dzień wprowadzono dekret wg którego: (425)

"Będziecie przez cały czas w domach. Rzeczą niewłaściwą jest, by kobiety chodziły bez celu po ulicach. Jeśli wychodzicie, musi towarzyszyć wam mahram, mężczyzna będący członkiem waszej rodziny. Jeśli zostaniecie złapane same na ulicy, będziecie bite i odesłane do domu.
Nie będziecie, bez względu na okoliczności, pokazywały twarzy. Na zewnątrz będziecie osłaniały się burkami. W przeciwnym razie zostaniecie zbite.
Kosmetyki są zabronione.
Biżuteria jest zabroniona.
Nie będziecie nosiły strojnej odzieży.
Nie będziecie się odzywały, o ile ktoś nie odezwie się do was pierwszy.
Nie będziecie nawiązywały kontaktu wzrokowego z mężczyzną.
Nie będziecie śmiały się w miejscach publicznych. Jeśli to zrobicie, będziecie bite.
Nie będziecie malowały paznokci. Jeśli to zrobicie, stracicie palec.
Dziewczynkom zabrania się chodzić do szkół. Wszystkie szkoły dla dziewcząt zostaną natychmiast zamknięte.
Kobietom zabrania się pracować.
Jeśli popełnisz cudzołóstwo, zostaniesz ukamienowana".
Najmądrzejszą uwagę, którą wszystkim Paniom dedykuję, dotyczącą wyznawców WSZYSTKICH RELIGII na tym świecie, zdominowanym przez mężczyzn, znalazłem na stronie 556:
„Tak jak igła kompasu zawsze wskazuje północ, tak oskarżycielski palec mężczyzny zawsze znajdzie kobietę. Zawsze...."
A, że o walorach książki piszę mało? Po prostu brak mnie słów, bo przeżyłem ją głęboko, a jedynie „cukierkowaty” koniec jest według mnie zbyt słodki.
Na koniec jeszcze dygresja, bo ja, stary dziad, obserwuję niebywały fenomen przenikania arcydzieł literatury azjatyckiej na najwyższe półki literatury światowej. To już nie tylko moi ulubieni Murakami i Mo Yan, ale jak najbardziej Hosseini i kilku innych.

Tuesday, 7 July 2015

Mika WALTARI - "Kto zabił panią Skrof ?"

Mika WALTARI - "Kto zabił panią Skrof ?"

Jego "Egipcjanin Sinuhe" gości, na mojej liście ulubionych książek pisarzy obcych, w pierwszej czterdziestce, ale rozumiem, że z jednej, a nawet z paru, książek historycznych trudno żyć w luksusie, a kryminałki forsę napędzają. Mamy rodzimy przykład Słomczyńskiego, który pracując nad przekładem "Ulissesa", zarabiał pisząc kryminały jako Joe Alex.
No to wziąłem i przeczytałem. Czytało się dobrze, oceniam też dobrze, zakończenie fajne, ale niczym "to" się nie wyróżnia wśród setek kryminałów na podobnym poziomie.

Od pierwszych stron sylwetki zarysowane tak wyrażnie, że akcję łatwo było przewidzieć; pachniało od początku romansidłem z trupem Cioci w tle. Szczegóły zakończenia przewidziałem na stronie 178, czyli 115 przed zakończeniem, czego Państwu nie życzę, bo będziecie się nudzili.

Saturday, 4 July 2015

William STYRON - "Wybór Zofii" wersja poprawiona (4.07.2015)

PAŁA ZA OPLUWANIE POLSKI
ZDUMIONY DO GŁĘBI INNYMI RECENZJAMI PODDAŁEM SWOJĄ WERYFIKACJI 4.07.2015, KORYGUJĄC PRZY OKAZJI BŁĘDY
20.12.2013, STYRON, “Sophie’s Choice”; 82 pozycja na liście Le Monde 100 Books of the Century. W ogóle nie powinno jej tam być. NIEWYPAŁ. De mortuis aut bene aut nihil. Nie mogę się do tego dostosować, a jedyną moją winą niech będzie fakt, że nie napisałem tej recenzji nim autor odszedł /2006/. Muszę zabrać głos, bo nikt dotąd nie zaprotestował przeciw bezkrytycznemu wychwalaniu książki, jednej z wielu, które zdobywają popularność przez żerowanie na stereotypie:
„.. the brute Polak/zbydlęconego Polaka/, przedstawiciela „nation which practically invented anti-Semitism” /narodu, który faktycznie wymyślił antysemityzm/ i „ghetto.. .originated” /zapoczątkował tworzenie gett/,/str.516/. Ponoć i ideę „final solution” kwestii żydowskiej mieliśmy wynależć wg Styrona na długo przed Hitlerem /str.300/.
Dyskutować z tak absurdalnymi twierdzeniami nie zamierzam, a zainteresowanym polecam przeczytanie rozprawy dr Danushy Gos/h/ki z Indiana University, Bloomington pt:
„BIEGANSKI: The Brute Polak Stereotype in Polish-Jewish Relations and American Popular Culture”.
Tak, tak to ten Biegański z „Sophie Choice”; ojciec Zofii, karykatura „endeka”, dzięki której Roman Dmowski przewraca się w grobie, a rodzina Giertychów zwija się w paroksyzmach śmiechu. Podkreślmy tu, że Styron tak bardzo nam – Polakom zaszkodził, że postać Biegańskiego stała się negatywnym archetypem Polaka w Ameryce /ku radości tutejszych Żydów/
Bo „endek” Biegański, chłopak z LUBLINA, w którym wraz z bratem Stanisławem /obecnie ułanem w stopniu pułkownika/, bronił Żydów przed kozackim pogromem, Polak-katolik, teraz jako profesor Uniwersytetu Jagielońskiego używa w domu głównie języka niemieckiego /żona , też prof.UJ, polska katoliczka z Łodzi/, do tego stopnia, że mała Zosia lepiej zna niemiecki niż polski i dlatego też bajki czyta po niemiecku!!! Nie stosując chronologii podam, ze Styron posunął się jeszcze dalej, bo syn Zofii i chłopaka z Brześcia, Jan, urodzony w 1933 jest „bilingual” i to nie rosyjsko-polski jak można by przypuszczać mając na względzie pochodzenie ojca – Kazimierza, lecz niemiecko-polski, choć „strasznego” dziadzia widział ostatni raz w wieku sześciu lat. Aha, dodajmy jeszcze, że w wychowaniu Jasia uczestniczy socjalista, pół-Niemiec, żołnierz AK, który wykonuje wyroki śmierci na „szmalcownikach”, a głupie Niemce podrzynają mu gardło rękami Ukraińców zamiast go wziąć na Pawiak lub na Szucha. O zniemczeniu polskiej „endecji” niech świadczy jeszcze fakt, że Biegański z polską arystokracją, w tym z księżną Czartoryską, rozmawia wyłącznie po niemiecku. A przecież „endecja” była antyniemiecka, a nasi arystokraci lubili paplać po francusku.
Teraz czas na Piłsudskiego. Prof. Biegański patologicznie nienawidził również Rosjan; można byłoby się spodziewać, że pokocha więc Piłsudskiego. O nie! Na str.87 czytamy:
„My father hated Pilsudski. He said he was a worse terror for Poland than Hitler, and drunk a whole lot of schnapps to celebrate the night Pilsudski died. He was a pacifist..” /podkr.moje/./Moj ojciec nienawidził Piłsudskiego. Mówił, że stworzył gorszy terror w Polsce niż Hitler, i wypił masę wódki celebrując noc śmierci Piłsudskiego. On był pacyfistą../
Te słowa dotyczą 1935 r. To o co Styronowi chodzi? Przecież Hitler do Polski wkroczył dopiero cztery lata póżniej, a Biegański nic nie zdążył wtedy powiedzieć bo go zabrali do obozu. Tenże Biegański miał jednocześnie być pacyfistą i propagować eksterminację Żydów? Na str 357 Styron przypisuje światowy fenomen „ghetto benches” /getta ławkowego/ okresowi po śmierci Marszałka, bo póki żył to „protected Jews” /ochraniał Żydów/. Absolutne kłamstwo: moj śp Ojciec (jak Piszczyk z „Zezowatego szczęścia”) doświadczył getta ławkowego w 1933 r. na Wydz. Historii Uniwersytetu Warszawskiego, a podobieństwo do Żyda było spowodowane podwójnymi soczewkami w okularach o sile -17 dioptrii. By zakończyć ten akapit wspomnę, że socjalistka z AK, przekazując broń Żydom z warszawskiego getta przestrzega ich przed kontaktami z podziemiem komunistycznym, bo Żydów zabijają. Antysemici byli wszędzie, ale nie odwracajmy kota ogonem, panie Styron.

No i czas na Polski antysemityzm. Wyssałem go z mlekiem matki i wiedziałem, że Żydówki „mają w poprzek”, że „Żydzi zabijają polskie dzieci na macę” oraz, że należy ich „wysłać na Madagaskar”. Nie było w polskiej tradycji mowy o „final solution”, czyli eksterminacji Żydów, ani też o wielkich przyrodzeniach czy też rozwiązłości seksualnej /str.301/. Fantazje Zofii o zgwałceniu jej siostry przez żydowskiego rzeżnika jeszcze można zrozumieć, natomiast jej znajomość bzdur głoszonych przez obsesyjnego Juliusa Streichera /1886-1944/, notabene o najniższym IQ wśród sądzonych w Norymbergi, jest co najmniej dziwna. Ale o jej „kłamstwach” póżniej, a teraz skończmy z polskim antysemityzmem, którego czołowym populistycznym sloganem jest: „To Żydzi nam naszego Pana Jezusa zamordowali”. Nie będę się nad tym rozwodził, ino wspomnę, że winniśmy im wdzięczność, za wzięcie na swoje barki tej konieczności dziejowej. Przecież ktoś musiał Go ukrzyżować.

Ukazywaniu polskiego antysemityzmu towarzyszy paralelne przedstawianie rasizmu na południu St. Zjednoczonych. Wzmóc ma to porównanie purytanizmu drobnomieszczańskiego Krakowa z kalwińskim protestantyzmem Karoliny i sąsiednich stanów. Aberracja umysłowa autora. Na polski antysemityzm wpłynęły sytuacja geograficzno-socjalna oraz katolicyzm. Żydzi po pogromach w zachodniej Europie znależli swoją Ziemię Obiecaną w Europie Wschodniej. To tu powstała „Jerozolima Północy” - Wilno, to tu powstały „STETLE”/sztetle/, niespotykane nigdzie indziej osady i miasteczka żydowskie. To w Warszawie, Łodzi i innych polskich miastach Żydzi stanowili istotną tkankę organizmu miejskiego. W warstwach kupieckich, bankowych czy właścicieli nieruchomości Żydzi zaczęli dominować, co stało się pretekstem do krzewienia populistycznych ideologii nacjonalistycznych i antysemickich. Jednocześnie Kościół, i to od tysiąca lat, wciskał ciemnocie przekaz o zamordowaniu naszego Pana Jezusa przez Żydów. A jakie ideologiczne uzasadnienie rasizmu mają Amerykanie? Przecież Murzyni nikogo nie zamordowali, banków nie prowadzili, ani nie eksmitowali biedaków z kamienic. To co tu porównywać?

A i z tym purytanizmem Styronowi nie wyszło, bo u nas zawsze był i jest pozorny. Dominuje „moralność pani Dulskiej” i zamiatanie „pod dywan”, jednym słowem obłuda. Dowodem - choćby odwieczna kwestia „skrobanek”, obecnie zwanych aborcją. Wszyscy wiedzą, że Polki dokonują grubo ponad sto tysięcy rocznie, ale polskokatolicka „correctness” nakazuje twierdzić, że problemu nie ma. Natomiast protestancki purytanizm zbudowany został na bazie „etosu pracy” i etyki z niego wynikającej.

Styron zdecydowanie nas nie lubi. Wkłada w usta Zofii niby naszą samoocenę:
„...poor country and suffer from an inferiority complex” /biedny kraj cierpiący na kompleks niższości/ /str.85/.
Nie cierpię i nie podzielam takiej opinii. Jeżeli już, to mamy DWA kompleksy: niższości wobec Zachodu i wyższości wobec Wschodu Europy, ktore w pewnym sensie się rownoważą. A kompleksy winni mieć Amerykanie tak ze względu na swoją historię, jak i poziom Kultury /przez duże K/. Kraj marzeń biedoty całego świata poprzestał w dziedzinie masowej kultury na poziomie niższym od całej Europy.

Nim przejdę do trójki głównych bohaterów, dwa słowa o wizerunku Rudolfa Hessa. Jaki to miły, kulturalny, wykształcony Niemiec. Lubi żonę, dzieci, konie, nawet do Żydów nic nie ma. On tylko jest zdyscyplinowanym wykonawcą „góry”. Nie lubi tylko Polaków, żle, on gardzi nimi:
„there in them an ingrated loutishness. Most of the women are merely ugly” /Jest w nich zakorzenione prostactwo. Większość kobiet jest po prostu brzydka/ /str.303/. Dziękuję, Mr. Styron.

Omówienie bohaterów zacznę od najmniej ciekawej postaci – alter ego Autora – tj 22-letniego onanisty, dziewica imieniem Stingo. To juz n-ta anglojęzyczna książka, w której znajduję ludzi wygłaszających mądrości na każdy temat, bez znajomosci podstawowej dziedziny w egzystencji człowieka tj „łóżka”. Tak ad hoc pamiętam celującego w „dziewicowatości” Iana McEvana /p. na blogu mój esej/. A ja ponad 70-letni starzec pozostaję pewien, że znacząca większość „normalnych” młodzieńców zaczyna życie płciowe przed ukończeniem 20-ego roku życia. Jego niewyżycie seksualne znajduje ujście w wyjątkowo brudnym dobieraniu się do kobiety swego „guru”, co gorsza sponsora. Po modnym /w pisarstwie/ „ejaculatio precox”, w końcu odnosi sukces, ktorego pewnie długo nie powtórzy, bo partnerka samobójstwo popełniła. A w ogóle najtrafniej określa go Nathan: „sneaky Southern shitass” /nieprzetłumaczalne/ /str.480/
Tą partnerka była Zofia, kobieta po przejściach, która czternaście lat wcześniej urodziła pierwsze dziecko /bo w 1943 r. Jan ma 10 lat – p.str.309/. I tu nie mogę się połapać. Styron podkreśla, że Zofia jest rówieśniczką wolnej Polski. Czyżby więc córka profesorska powiła w wieku 15 lat? Co więcej o niej wiemy? Jest bardzo ładna, więc nie odpowiada stereotypowi Polki, toteż autor przy każdej okazji robi z niej Szwedkę. W wieku 16 lat opanowała maszynopisanie i stenografię, czemu się zdziwiłem, bo toć córka profesorska, więc sztukami bardziej wzniosłymi wypadałoby się zajmować. W seksie jest przedsiębiorcza, a z Nathanem łączy ja ewidentny związek sado-macho. Poza tym notorycznie kłamie. Jak to Polka, chla jak szewc i szybko staje się zdeterminowaną alkoholiczką, nie liczącą sie z nikim i z niczym. Ujawnione w końcu książki wydarzenia na rampie, pobyt w obozie, potem w Szwecji i w końcu w Stanach, pozbierane razem, dają obraz schizofreniczki. Może się mylę, psychiatrą nie jestem, lecz trudno mnie się pogodzić, że Nathan nim jest, a ona nie.
Bo o chorobie Nathana dowiadujemy się dopiero od jego brata, a zdarzenia dotychczasowe świadczą bardziej o jego wrażliwości niż chorobie. Przeczytałem ponownie scenę, w której Nathan wyobrażając sobie Zofię jako Irmę Grese, piękną najmłodszą oprawczynię, skazaną w Norymberdze w wieku 22 lat, stwarza pretekst do sadystycznego seksu. Nie przekonuje mnie ta scena o chorobie; a może to jest wyrafinowana gra seksualna ?
Relacja między katem a ofiarą, problem obojętności Stanów Zjednoczonych, w tym lobby żydowskiego, wobec raportu Karskiego, wobec Holocaustu została opisana wiarygodnie w wieku książkach, i to przez ludzi, którzy lepiej rozumieją antysemityzm europejski, jak i pożogę wojenną, a Styron opiera się na autobiografii Hessa i publikacjach nielubianej przeze mnie Hannah Arendt, która przysłużyła się przede wszystkim mccarthysmowi. Cytaty nawet z Simone Weil nie uratują książki, gdy się nie wyczuwa, nie przyswaja specyfiki aury.
Co do tytułowego wyboru, to jest on tak wydumany, że aż niewiarygodny. Czy trzeba wymyślać sfiksowanego pijanego szwaba, by powiększać bezkresny ogrom ludzkich tragedii w Auschwitz-Birkenau ? Dla mnie pomysł wyimaginowanego wyboru alternatywnej śmierci dla własnych dzieci jest chory.
Tym, co jeszcze nie czytali książki, stanowczo odradzam

PS Czytając inne recenzje, doszedłem do wniosku że muszą istnieć dwie różne książki o tym samym tytule.

Tadeusz BOY - ŻELEŃSKI - "Flirt z Melpomeną"

Tadeusz BOY – ŻELEŃSKI - "Flirt z Melpomeną"

Boy prezentuje zbiór recenzji teatralnych z sezonu 1919/20, pogłębionych o szersze refleksje, które zobrazuję na przykładzie "Dziadów":
" 'Dziady' poznajemy po raz pierwszy, niestety, w szkole, to jest w owej atmosferze nudy, przymusu i bakałarskiego komentarza, w której sam bóg poezji, gdyby zstąpił na ziemię, zmieniłby się w kawał marynowanej tektury. (Mówię oczywiście jedynie o szkole z moich czasów; przypuszczam, że obecnie jest zupełnie inaczej). Później poemat ten staje się dla nas jednym z wersetów wspaniałej mszy żałobnej, jaką kazaliśmy poezji naszej odprawiać na grobie narodowych nadziei. To była rola, przeciw której Wyspiański targnął się zuchwale ustami Konrada w 'Wyzwoleniu'. Mam uczucie, iż z narodzinami wolnej Polski wielka poezja nasza wchodzi w nową fazę; nie stanie się nam dalszą; przeciwnie, raczej bliższą! — ale inaczej: z zasunięciem się na drugi plan czynników dydaktyczno-narodowych, tym bardziej dotykalne staną się jej wartości ludzkie i artystyczne..."

Po prawie 100 latach widzimy, że nic się nie zmieniło, że nadzieje Boya okazały się ułudą, co obecnie zwykliśmy nazywać 'wishful thinking', identycznie jak w kwestiach praw kobiet, aborcji i w ogóle wszelkich poglądów głoszonych przez polskiego kołtuna.
Jak doszło do systematycznego recenzowania Boy podaje w przedmowie:
"...pewnego dnia, okrągło rok temu, zatelefonował do mnie redaktor „Czasu'', czybym w zastępstwie nieobecnego recenzenta nie zechciał się podjąć zdania sprawy z przedstawienia Molierowskiego 'Świętoszka'. Zasiadłem tedy przygodnie w aksamitnym fotelu krytyki; nie śmiem twierdzić, iżby tą drogą wniknęło zeń we mnie owo światło, którego, idąc do teatru, nie czułem w sobie jeszcze ani promyczka; ale spostrzegłem, iż teatr, oglądany pod tym kątem, z przymusem ujmowania i formułowania wrażeń, może stanowić miłą rozrywkę i zbawienną odtrutkę na miazmaty bibliotecznych pyłów, którymi oddychałem wyłącznie od lat kilku. Zacząłem tedy, na wpół dla siebie, pisywać te gawędy teatralne, w których starałem się trzymać jak najdalej od ducha krytycyzmu, nie chcąc nim mącić zabawy sobie i drugim; że zaś zyskały one — może właśnie dla swej bezpretensjonalności — pewną poczytność i poza rogatkami Krakowa, pozwalam sobie przedłożyć je publiczności w tym zbiorku. Podaję te felietony — pisane z dnia na dzień, od ręki — w ich pierwotnej formie, bez zmian, z wyjątkiem bardzo drobnych skreśleń; stanowią one wierną kroniczkę wydarzeń teatralnych naszego miasta w ubiegłym roku. A ponieważ omawiając przy sposobności te lub owe zagadnienia teatralne, raczej ocieram się o nie, niż wnikam do wnętrza, sądziłem, iż nie mogę dać książeczce niniejszej trafniejszego tytułu, niż mieniąc ją skromnie 'Flirtem z Melpomeną'..."

Wspomniany "winowajca", redaktor "Czasu" to, jak czytamy w przypisie 4:
"redaktor 'Czasu' - wówczas (a w ogóle od czerwca 1901 roku) funkcję tę sprawował przyjaciel Boya — Rudolf Starzewski (1870–1920), pierwowzór postaci Dziennikarza z 'Wesela' Wyspiańskiego; podobno przyczyną samobójczej śmierci Starzewskiego było niespełnione uczucie do Zofii Pareńskiej, żony Boya."

Wśród recenzowanych sztuk znajdujemy obecne lektury szkolne, co polecam uwadze uczniom, a większość repertuaru grana jest z powodzeniem do dzisiaj. Boya nie wypada zachwalać, więc powiem tylko: ŻYCZĘ WYŚMIENITEJ ZABAWY