Wednesday, 6 November 2013

APOLOGIA

APOLOGIA 26.05.2011

UWAGA napisana 30.10.2013 roku pańskiego:
Dwie wielkie rzeczy mnie się przytrafiły w owym, 2013-ym roku, niechybnie zdążającym do końca: pierwsza to łaska jaka spłynęla na mnie poprzez moich Braci – Janusza i Tomasza, którzy nie dość, że dali się po ok. 30-stu latach odnależć, to ścisłe kontakty ze mną utrzymują, a ponadto do euforii mnie doprowadzają, czytając i komentując moją pisaninę, której są /po mojej żonie/ pierwszymi i jedynymi czytelnikami. Druga – to szalejąca zaraza – internetem zwana, która również mną owładnęła. One obie, razem, jak i każda z osobna, zobligowały mnie do czytania i ewentualnej korekty tekstu przed wysłaniem, bo nieśmiałbym Braciom niezweryfikowanego tekstu wysyłać, a z drugiej strony wspomniana zaraza daje możliwość dokonania takiej weyfikacji. Niestety mnogość danych w internecie niebotycznie utrudnia sformułowanie racjonalnego poglądu. Problem pojawia się już przy podstawowych definicjach. Udało mnie się jednak przedrzeć przez kopalnię informacji i nabrać przekonania, że tekst sprzed dwóch lat nie wymaga żadnej korekty,


APOLOGIA to obrona sprawy, zasady albo osoby, najczęściej wątpliwej kondycji, bo niewątpliwa apologii nie potrzebuje. Celem jej jest IDOLATRIA, czyli stworzenie kultu, w którym szerokie kręgi publiczności, złożonej z MIZOLOGÓW, tzn wrogów rozumu i OBSKURANTÓW, tzn ludzi ciemnych, zacofanych, będą oddawać cześć osobom wskazanym przez sprytnych konfabulatorów i doktrynerów. Aby ten cel osiągnąć, apologia posługuje się:
IDEALIZOWANIEM, tj przypisywaniem apologowanemu obiektowi własności doskonalszych od tych, które naprawdę posiada,
MISTYFIKACJĄ, tj oszukiwaniem, wprowadzaniem w błąd łatwowiernego pospólstwa,
SYMBOLIZMEM, tj nadawaniem przedmiotom, zdarzeniom superważnego czy charazmatycznego znaczenia oraz
ELIMINACJĄ, tj pominięciem wszystkiego co mogłoby przyćmić świetlistość wizerunku kreowanego idola.

Aby ożywić tę nadętą pisaninę, zajmijmy się na chwilę fałszowaniem wzrostu „WIELKICH” kurdupli. A mamy ich całkiem sporo, np Napoleon, który usłyszawszy, że jakiś oficer to WIELKI chłop, zripostował, że WIELKI to on sam - CESARZ, a tamten to najwyżej DŁUGI; dalej Hitler, Stalin, aż po niezbyt wielkiego Sarkozy’ego, któremu w trakcie wizytacji jakiejś fabryki przedstawiano roboli tylko od niego niższych. Problem ten dotyczy wszelkich sfer, w tym oczywiście również aktorów, jak np naszego Adama Ferency’ego, grającego role wielkich, ciemnych typów, przez co uwierzyłem w jego „słuszny” wzrost, do momentu „ujawnienia” jego postury w „Nianii”.

Rozważmy teraz parę klasycznych przykładów apologii. Zacznijmy od najpopularniejszego tj religii chrześcijańskiej i osoby Jezusa. Tu formalna uwaga: Kościół Rzymski lubuje się w stwarzaniu odrębnego języka, i tak w odniesieniu do religii chrześcijańskiej wprowadzono APOLOGETYKĘ, zamiast to samo znaczącej APOLOGII. No cóż, taka ich maniera. Sądzę, że stwarzanie odrębnego języka służy nie tylko chęci podkreślania swojej wyjątkowości, lecz również wprowadzeniu pewnej tajemniczości, pewnej niezrozumiałości, aby spokornić „lud boży”.

Nie miejsce tu na podważanie, reinterpretację czy wykazywanie niezgodności z historią Nowego Testamentu, lecz o wykazanie apologetycznej, FAŁSZYWEJ INTERPRETACJI tego, co tam już zostało zapisane. Przypomnijmy, że stosowane doktrynerstwo doprowadziło do odejścia z Kościoła katolickiego wielu wybitnych uczonych, np ks. prof. Węcławskiego, specjalizującego się w chrystologii. A zaczęło się wszystko od prześladowcy Jezusa, supercwanego Szawła co się przemianował na PAWŁA [polecam mój esej „Św.Paweł”], który wyczuł koniunkturę na RELIGIĘ NIEWOLNIKÓW, bo tylko taka miała szansę szybkiego rozprzestrzenienia się w ówczesnym Cesarstwie Rzymskim. Wystarczyło sugestywnie obiecać słodkie, wieczne życie pozagrobowe w „niebiesiach”, aby nakłonić wykluczonych, do potulnej akceptacji niewolniczego, doczesnego bytowania na Ziemi. Służyło temu skupienie się, tylko i wyłącznie, na zbawieniu ludzkości przez ukrzyżowanie Jezusa i jego zmartwychwstaniu, przecierającemu drogę do nieba nam wszystkim.

Według NIETZSCHEGO, za dzisiejszy, od dwóch tysięcy lat, utrwalany, z pożałowania godną konsekwencją, obraz chrześcijaństwa odpowiada św. PAWEŁ. To on swego Pana „nadział” na Krzyż, czyniąc z Ukrzyżowania prawdę o Zbawieniu...To, że Bóg stał się człowiekiem wskazuje, iż człowiek nie powinien szukać swojego zbawienia w tym, co nieskończone, lecz oprzeć swoje niebo na ziemi...Ten „radosny zwiastun” umarł tak, jak żył, nie aby „zbawić ludzi”, lecz pokazać, jak należy żyć...
Chrześcijaństwo, jakie znamy, rządzi się własną logiką i własną inercją. Jego żródłem jest „dobra nowina”, a więc ZDEFORMOWANY PRZEKAZ O ŚMIERCI I DZIAŁALNOŚCI JEZUSA....

Modny Emile M. CIORAN uważa, że „św. PAWEŁ to przypadek kliniczny, zgorszenie dla zdrowego rozsądku, urąganie poczuciu smaku. W końcu to on - PAWEŁ - uczynił z chrześcijaństwa religię nieestetyczną i odpychającą..”.
Wydaje mi się, że spokojną, wyważoną kwintensencję daje Alain BADIOU w swoim dziele „Święty Paweł. Ustanowienie uniwersalizmu”: „Świadectwo PAWŁA jest całkiem nieewangeliczne. Pawła nie obchodzi życie Jezusa - cuda, których dokonał, miłość do ludzi, przyjażnie, wreszcie Jego męczeństwo. Obchodzi go wyłącznie śmierć i żmarwychwstanie”.
Wykazaliśmy, że apologetyka Zbawienia i Zmartwychwstania usunęła w kąt całe nauczanie Jezusa. Po co czytać PISMO, skoro już mamy załatwiony pobyt w Raju. Warto tu chyba zaznaczyć, że w Nowym Testamencie jest dokładnie 1050 nakazów i zakazów, których dobry chrześcijanin powinien przestrzegać. Jezus mówi: „Jeżeli mnie kochacie, będziecie zachowywać moje nakazy”. Ale, jak je mamy zachowywać, skoro ich nie znamy?

Możemy teraz gładko przejść do następnego przykładu apologii - Karola WOJTYŁY. Co pozostało z jego nauk, z jego apeli o solidarność, o miłość bliżniego, o zaniechanie antysemityzmu itd? Absolutnie nic. Ważne stało się tylko to, co wykreowała idolatria, czyli Papież-POLAK. Do tego idiotyczne pseudo-SYMBOLE jak „okno papieskie”, „wadowickie kremówki” czy przewracane kartki książki leżącej na trumnie. No i jeszcze Matka Boska, lecz nie Królowa Polski, nie Ostrobramska, nie Jasnogórska, nie Ludżmierska czy Kalwaryjska, lecz Fatimska, co uratowała JP II od śmierci, jakby Następcy Piotra nie mógł ustrzec sam Bóg w trzech osobach jedyny.

Zostawiając Kościół w spokoju, polecam zainteresowanym moje uwagi o fałszywym wizerunku ks. Twardowskiego [p. wypracowanie „Ks.Jan TWARDOWSKI”], a ja przechodzę do przykładu wzorcowej apologii tj apologii MARSZAŁKA. Tu też odsyłam czytelnika do mojego eseju, tym razem zatytułowanego „PIŁSUDSKI”, a w tym wypracowaniu ograniczę się do symboli. No więc zacznę od Kasztanki. Ta chociaż istniała, w przeciwieństwie do mesjanistycznego BIAŁEGO KONIA, na którym Anders miał nas wyzwolić spod bolszewickiej okupacji. Lecz najważniejsza do dziś pozostała pieśń „legionowa” - „My, Pierwsza Brygada”, którą Piłsudski usłyszał i mianował hymnem Legionów w 1924 roku, czyli w siedem lat po rozwiązaniu tychże. Przypomina to historię z mieczem Bolesława Chrobrego, który miał być wyszczerbiony o Bramy Kijowa, ino, że leniwe Rusy nie zdążyli Bram postawić. Ponieważ Piłsudski w I Wojnie Swiatowej się nie nawojował, bo służył w armii austriackiej tzn nie dość, że walczył po „niewłaściwej” stronie, nie dość, że sam, z własnej woli zaciągnął się do armii okupanta, [przecież na logikę powinien wzniecić powstanie przeciw tej armii i wyzwolić Galicję spod panowania okupanta, jakim oczywiście niewątpliwie był cesarz Franz Joseph] to cała ta armia była parodią wojska - patrz Szwejk, CK Dezerterzy, etc, przeto w apologii trzeba było wyeksponować Wojnę Polsko-Bolszewicką 1920 r. A to jest już poruszanie się na przedpolu paranoi, bo „Cudu nad Wisłą” żadnego nie było, a uciekający ks. Skorupka zginął od kul idących do przodu Polaków. I tu muszę zwrócić uwagę na niespójnośc toku myślenia Polaków. Nie, żle, o myśleniu bezrozumnego motłochu nie można mówić. Przyjmijmy niespójność, a nawet sprzeczność mitów. Bo, albo Piłsudski „wielkim wodzem był” i my bohaterscy Polacy pokonując „bolszewicką hołotę”, obroniliśmy Europę; ergo Najświętsza Panienka nie była potrzebna, albo Piłsudski i jego wojsko było warte „funta kłaków” i tylko interwencja Matki Boskiej sprawę załatwiła. Nie rozumiem wprawdzie dlaczego miałaby spowodować klęskę czcącego Ją ludu rosyjskiego, ale to już inna sprawa.

Było natomiast 100 000 rosyjskich żołnierzy wziętych do niewoli, z których duża część zginęła, z głodu i z chorób, w obozach jenieckich, [toć HAŃBA!!! - gdzież, ach gdzież POLSKA RYCERSKOŚĆ szacowna ze względu na ATENCJĘ dla pokonanych] co stało się pretekstem dla Stalina do swoistego rewanżu tj zbrodni katyńskiej. Lecz wracajmy do apologii. Jak pisałem wyżej, w apologii bardzo ważna jest eliminacja przez wyciszenie, zapomnienie czynów haniebnych. I tu muszę jednoznacznie określić mój stosunek do Piłsudskiego. A więc nie mam żadnej wątpliwości, że PIŁSUDSKI WIELKIM CZŁOWIEKIEM BYŁ i właśnie dlatego apologiczne ukrywanie jego haniebnych czynów tylko mu szkodzi. A było tego, było.. począwszy od rabunkowego napadu na pociąg, poprzez zamach majowy, w którym zamordował 300, a zranił około 1000 polskich żołnierzy broniących wiernie, zgodnie z przysięgą prezydenta prof. Wojciechowskiego, poprzez Berezę Kartuską i haniebny proces brzeski, po porzucenie katolicyzmu, by zawrzeć kolejny związek małżeński. Tak, apologia jest wielką siłą, skoro pozwala tak modlitewnemu narodowi czcić RENEGATA.

Od „wzorcowej” apologii Marszałka przejdżmy do „tragikomicznej” Małego Rycerza, który POLEGŁ w katastrofie smoleńskiej. Nie ma znaczenia pytanie, jaki interes miałby Putin, by zorganizować zamach - bo „politycznie nie ma to sensu żadnego, ale ma sens metafizyczny!”. Bo ofiara ma sens metafizyczny. W zamian za krew ofiary otrzymujemy misję, szansę, że gdy już Polska się wyzwoli, stanie się nowym Jeruzalem. Misję, która jest do wypełnienia. Naczelny Apologeta, brat „ofiary” mówił na Krakowskim Przedmieściu: „...świat, który wydawał się wam absurdalny, w którym samolot z prezydentem Polski spada bez powodu i bez sensu, jest światem iluzji. A prawda jest taka, że oto toczy się napowietrzna walka o narodowość naszą. OFIARĄ TEJ WALKI I RYCERZEM BYŁ ŚP. LECH KACZYŃSKI. On został zamordowany i wy doskonale o tym wiecie. A ZOSTAŁ ZAMORDOWANY, BO BYŁ GROŻNY. Był zaś grożny, ponieważ sprzeciwiał się siłom, które rządzą tym światem. Co więc mamy zrobić? - Realizować jego testament, czyli też sprzeciwiać się siłom, które rządzą światem”. I tak z „kartofla”, kompletnego zera, sterowanego przez brata, ograniczonego w dużym stopniu umysłowo, bez znajomości języków i prawa, mimo tytułowania się profesorem, doktorem i to habilitowanym w tej dziedzinie, i w dodatku popieranego, w chwili katastrofy, przez około 20% społeczeństwa tzn ścisły elektorat PiS-u, głównie „moherowe berety”, wykreowaliśmy apolegetycznego idola, o którym, w miarę dobrze, wypowiada się „większa” połowa populacji.

Zajmijmy się teraz paroma przykładami z rodzimej literatury. Na wstępie zauważmy, że apologia nie zaszczyciła żadnego z moich trzech wielkich [Witkacy, Gombrowicz, Schulz], a wręcz przeciwnie zawzięcie wytykano przywary - odpowiednio: narkomanię, homoseksualizm czy też żydowstwo. Te same „przywary” pominięto przy stwarzaniu apolegetycznego wizerunku innych twórcow. I tak, pozostającej zawsze „na topie” Dąbrowskiej nie wypomina się trwałego lesbijskiego związku z Anką Kowalską, ani wieloletniej przyjażni z mistrzem loży masońskiej - Stanisławem Stempowskim, a bałwochwalczy, kondolencyjny list po śmierci Stalina uważa się za „wypadek przy pracy”. DĄBROWSKA WIELKĄ PISARKĄ JEST i basta. Wprawdzie jej arcydzieło „Noce i dnie” należy do arsenału książek nigdy przeze mnie nieprzeczytanych do końca, [mimo wielu usilnych prób], „Ludzie stamtąd” to chała, czyli knot, a „Dzienniki” nudzą, lecz wybitną była i już. Następny nasz „WIELKI” - Iwaszkiewicz umiał chociaż pisać, lecz za to był wyjątkowo odrażającym pedałem [p. związek z robolem Błeszyńskim], poza tym ożenił się dla pieniędzy z Lilpopówną, którą szybko ubezwłasnowolnił i umieścił w wariatkowie, a kolaborując z komuną zeszmacił się doszczętnie. Czarnego humoru dodaje fakt, że kazał pochować się w mundurze górnika, w dowód miłości do Gierka.

Uznanych za największych pisarzy omówiliśmy, no to czas na „wielkiego, poetę katolickiego, piewcę i bohatera Powstania Warszawskiego, który zginął na jego szańcach”. I tu mego czytelnika rozczaruję, bo ani jednego słowa prawdy w tym nie ma, a po szczegóły proszę zajrzeć do mego wypracowania pt „BACZYŃSKI Krzysztof Kamil 1921-1944”. Aby, jednak w pewnym stopniu ciekawość Waszą zaspokoić powiem w jednym zdaniu, że: poetą dość zdolnym był, wiersze „katolickie” pisał, lecz tylko i wyłącznie z miłości i szacunku dla swojej matki, 100%-ej Żydówki, która przechrztą była, i jak często z takowymi bywa, dewotką się ostała; dalej, piewcą Powstania był tylko NIE TEGO, ino Żydowskiego w Warszawskim Getcie, przez które JA się urodziłem [27.04.1943], a Kamil miał wyrzuty sumienia, że swych pobratymców w walce nie wsparł, a co do śmierci, owszem zginął, lecz nie na „szańcach”, lecz w eleganckim salonie, gdy siadano do suto zastawionego kryształami stołu, a on, schorowany astmatyk, się ociągał, podszedł jeszcze do okna i BĘC....przypadkowa kula jego żywot zakończyła. Mogę jeszcze dodać, że jego żonka nie zginęła jako sanitariuszka w Powstaniu, bo nie brała w nimże udziału, ino wyszła z piwnicy, w której się z rodzicami kryła i na podwórzu szyba jej na głowę spadła, i zabiła. Co do Kamila, nurtuje mnie pytanie, jak taki skrajny ENDEK jak Andrzejewski mógł darzyć patologiczną wręcz, a w dodatku pedalską miłością - ŻYDA.

Oczywiście, temat apologii można ciągnąć bez końca, lecz ja postanowiłem go teraz zamknąć specjalnym rodzynkiem: Adamem co WIESZCZEM NARODOWYM był. Wobec nakazu głoszenia powyższego, nauczany w szkołach byłem, że „Pan Tadeusz” to piękna epopeja narodowa, a dopiero dziesiątki lat póżniej, przypadkowo, doszło do mnie, że to satyra. Pół-Żyd, po matce „frankistce” /Frank Jacob wł. Jankiel Lejbowicz, p. esej „Kabała, Chasydzi, Frankiści”/ Majewskiej, ADAM MICKIEWICZ uchylał się od wzięcia udziału w Powstaniu Listopadowym, był członkiem loży masońskiej, popadł w konflikt z katolickimi księżmi w Paryżu, nigdy nie był w Warszawie, ani w Krakowie, nigdy nie widział Tatr ani Bałtyku, a koniec żywota spędził w Turcji, gdzie tworzył Legion Żydowski [a nie Polski] i gdzie umarł w ramionach swego przyjaciela, Żyda, Armanda Levy’ego. Mimo to wszystko MICKIEWICZ WIESZCZEM NARODOWYM JEST, co świadczy o POTĘDZE APOLOGII.