Saturday, 31 January 2015

Wojciech Gieryński - "Puzzle z piasku"

Wojciech GIERYŃSKI - „Puzzle z piasku”

Z okładki:
„Debiutujący powieścią „Puzzle z piasku” Wojciech Gieryński jest psychiatrą i psychoterapeutą. Obecnie pracuje jako konsultant psychiatra we wschodniej Anglii...”

Jego bohater – Wojciech też, a więc sam autor sugeruje wątki autobiograficzne. A to niedobrze, bo człowiek o takim poziomie samoświadomości nie może nikomu pomóc, a nawet sam wymaga pomocy specjalistycznej. 42-letni maminsynek, zawsze samotny, do bólu pedantyczny, bez ustabilizowanego życia seksualnego uważa się za normalnego. A Pan Bóg powiedział: „Kochajcie i rozmnażajcie się”. Czy permanentny onanista /bo przy kilku kontaktach przez 25 lat, takowym musi być/ może komukolwiek cokolwiek poradzić? Poza tym, akurat ten zawód wymaga wszechstronnej wiedzy, a beznadziejna głupota bohatera powala: /str.39/

„Nie miałem wprawdzie pojęcia o islamie, ale sama myśl, że może się w jakimś punkcie zazębiać z chrześcijaństwem, wydawała mi się całkowicie abstrakcyjna..”

Panie Wojciechu, tym „zębem” jest wspólny tatuś - ABRAHAM.

Wiesław DYMNY - "Droga na Dziki Zachód"

Wiesław DYMNY - „Droga na Dziki Zachód”

Dymny /1936-1978/ to legenda „Piwnicy pod Baranami”, bohemy krakowskiej, a i mąż Anny. Jego odejście w pełni sił twórczych /42 lata/ okryło żałobą nie tylko Kraków. Omawiana książka, to coś w rodzaju scenariusza serialu TV /1974/, i z tego wynika dominacja dialogów, ale to właśnie one świadczą o jego nieprzeciętnym talencie. Na str.7 czytamy:

„Wiesław Dymny nazwał ten tekst „Krótkim streszczeniem scenariusza seryjnego filmu telewizyjnego o przeprowadzce rodziny Macieja Pokornego ze Wschodu na Ziemie Zachodnie”. Scenariusz, który po raz pierwszy ukazuje się drukiem, napisał w 1974 roku dla Zespołu Filmowego X”

Tytuł określa treść scenariusza, którego bohater został przewrotnie obdarowany nazwiskiem Pokorny, aby na zasadzie kontrastu podkreślić jego nieustępliwość, honor i dumę. Czyta się łatwo i przyjemnie, lecz w gruncie rzeczy, prawdziwą wartością samą w sobie jest przypomnienie autora, artysty barwnego, którego nagła śmierć wstrząsnęła całą ówczesną Polską. I to ze względu na jego osobę, a nie dość banalny scenariusz dałem 7 gwiazdek.

Friday, 30 January 2015

Alix Girod de l'Ain - "Po nie swoich stronach łóżka"

Alix Girod de l'Ain - „Po nie swoich stronach łóżka”

W innym wydaniu to „Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus”. On 42, ona 36, teściowa 62. On od 15 lat rozwija przedsiębiorstwo wynajmu maszyn budowlanych, ona, w chwilach wolnych od zajęć domowych, handluje sztuczną biżuterią. Jest jeszcze pies, dwoje dzieci i ciągnący się remont chałupy. Ona znużona codziennymi domowymi obowiązkami wpada na pomysł zamiany z mężem zajęć i pozycji zawodowych. Takie sobie qui quo pro, które miało rozśmieszyć czytelnika.

Tylko, że od samego początku coś tu nie gra. Bo już na 20 stronie poznajemy atmosferę w tej rodzince:
„Bokserski hak, który wylądował na słowiańskich kościach policzkowych Hugona wraz z okrzykiem: „Masz, palancie!”, jasno wykazał, że, po pierwsze, Ariana postanowiła od tej chwili walić pięścią, a po drugie - u Marsiaców zanosiło się na okres silnych turbulencji”.

Turbulencje to są w samolocie, a tu jest rynsztok. Sam nie wiem dlaczego dalej „to-to” czytałem, ale skoro już przeczytałem to się z Państwem podzielę, aby ustrzec Was przed tym dyskomfortem. Otóż Ariana, po zostaniu dyrektorem firmy, wykorzystała seksualnie podległego pracownika, a w przedszkolu, do którego uczęszczały ich dzieci, rozpuściła plotkę, że jej mąż to pedofil. Hugo, z kolei, został męską dziwką, by skłonić do zakupu biżuterii zwiędłe staruszki. Do tego 62-letnia teściowa kopuluje z małym, młodym Marokańczykiem.
TO NIE JEST ŚMIESZNE, TO JEST OBRZYDLIWE, /a w dodatku beztalencie/

Thursday, 29 January 2015

Magda DYGAT - "Biedna pani Morris"

Magda DYGAT - „Biedna pani Morris”

Magda Dygat /ur.1945/, córka sławnego pisarza Stanisława Dygata, żona znanego plastyka Andrzeja Dudzińskiego, z którym napisała dowcipny „Mały alfabet Magdy i Andrzeja Dudzińskich” /Wyd.Lit. Kraków 2009/, popełniła 6 lat wcześniej omawianą książkę. W 1970 r Dudzińscy wyjechali do Nowego Jorku i długie lata tam spędzili, stąd świetna znajomość amerykańskich realiów. A sedno życia tam autorka trafnie ujmuje: /str.116/

„.....nie interesują jej cudze problemy. Zawsze udawało jej się wykręcić od współczucia, bo pieniądze były barierą oddzielającą ją od nieprzyjemnych sytuacji.. ..Wpajano jej od dziecka, że pieniądze dają przewagę nad tymi, którzy ich nie mają. Eliminują sentymenty... ...brak zaufania i podejrzliwość doprowadziły ją do izolacji. Zapomniała o jednym przeciwniku, z którym się nie wygrywa. Zignorowała czas..”

Czas wygrywa z bogiem Mamoną, a rezultatem jest samotność starego człowieka. I o tym jest ta książka. Znam to z autopsji, bo mieszkam w kanadyjskim Senior House /Domu Starców/ i obserwuję przerażające osamotnienie większości współmieszkańców. Odwiedzani są raz do roku na Thanksgiving Day, z obowiązkowym indykiem. Ewenementem jest brak parkingu dla „visitors”, bo projektanci przewidzieli brak takowych.

Autorka pokazuje kształtowanie postaw egoistycznych od najmłodszych lat, które sprzyjają przebojowości i modnej obecnie asertywności, czyli przepychaniu się łokciami przez życie, bez zastanawiania się nad nieuchronnym tragicznym finałem. Wtedy niektórzy uciekają od rzeczywistości w alkoholizm czy narkomanię.

Ale my - społeczeństwo jesteśmy wspaniałomyślni i podamy pomocną dłoń staruszce, pod warunkiem, że jest już na kompletnym dnie. Tylko, czy nie za póżno? /str 147/

„..Co stanie się teraz? Czeka ją samotność. Bez rodziny i przyjaciół. Wytrzeżwieje, żeby skonfrontować swoje życie z prawem do wolności i do podejmowania decyzji,,,
..Podważyłam jej prawo do ucieczki od rzeczywistości. Chciałam na siłę uszczęśliwić człowieka, który nie potrafi już być szczęśliwy. Może powinnam była pozwolić jej zapić się na śmierć i nie narażać na powrót do świata, w którym nie ma nic oprócz klęski”.

Bardzo ciekawa książka, napisana świetnym językiem i stylem. Należałoby może wysłać większość naszych pisarzy na długoletni pobyt poza Krajem, w celu podniesienia ich umiejętności wysławiania się do poziomu Magdy Dygat.gd

Wednesday, 28 January 2015

Bruno SCHULZ - "Jesień"

Prześliczna miniaturka artysty

"Jesień to tęsknota duszy ludzkiej do materialności, do istotności, do granic. Gdy z niezbadanych przyczyn metafory, projekty, marzenia ludzkie zaczynają tęsknić do realizacji, przychodzi czas jesieni..."
Zaczynam cytatem z krótkiego opowiadania Schulza /z 1936 r./, by zachęcić do zawarcia z nim znajomości, tych z Państwa, którzy mieli trudności w akceptacji udziwnionych: "Sanatorium pod klepsydrą" czy "Sklepów cynamonowych".
Takich krótkich plastycznych, literackich obrazków Schulza jest więcej na portalu "wolne lektury", i tam gorąco zapraszam. A póżniej ochota na najsłynniejsze jego dzieła sama przyjdzie.

Mendele Mojcher SFORIM - "Podróże Benjamina Trzeciego"

Mendele Mojcher-Sforim /1835-1917/ właśc. Szalom Jaakow Abramowicz to najstarszy z klasyków nowoczesnej literatury jidysz. I dlatego "Podróże Beniamina Trzeciego" traktuję z pewną wyrozumiałością i sympatią; perfekcję bowiem osiągneli dopiero następcy, tacy jak Singer, Perec, Asz, Perle czy Alejchem.
Tytułowy bohater jest leniwym marzycielem: /57/
"Nigdy nie śmierdział groszem. Całymi dniami, zupełnie bez powodu, przesiadywał w bożnicy. Dom utrzymywała żona. Prowadziła tak zwaną „mokrą apteczkę”, coś w rodzaju kramu lub małego szynku. Zajęła się tym w momencie, gdy dobiegł końca jej bezpłatny wikt u rodziców. Zresztą, pożal się Boże, co to był za interes! Gdyby nie dorabiała szyciem i darciem pierza podczas długich zimowych nocy lub gdyby nie wytapiała gęsiego smalcu na święta wielkanocne, albo nie zawierała transakcji ze znajomymi chłopami, to doprawdy nie można by było wyżyć..."
On z kolegą mają inne zmartwienia /70/:
"— Senderl — zaczął Beniamin. — Powiedz mi, czy ty wiesz, co jest po drugiej stronie Tuniejadówki?
— Wiem, tam jest karczma, gdzie czasem można dostać szklankę dobrej wódki".
Beniamin przekonuje do podróży Senderla:/88/
"Może byśmy razem odbyli tę podróż? Słuchaj, Senderl, wierzaj mi, masz świetną okazję. Właśnie tam wyruszam. Zabieram cię ze sobą. We dwójkę jest raźniej. Jeśli, a wszystko się może na tym świecie wydarzyć, zostanę tam królem, to uczynię ciebie moim zastępcą, wicekrólem. Masz na to moją rękę. Jak długo chcesz tu tkwić i znosić niewolę twojej małżonki? "
Z ich rozmów, typowo żydowskich, wybrałem jedna o niedostępności Raju dla gojów: /230/
„Trud twój daremny, chcesz bowiem wedrzeć się do Przybytku Pańskiego, w którym przebywać mogą tylko jego słudzy, synowie Abrahama, Izaaka i Jakuba”. Rozumiesz już, zakuty łbie, dlaczego Aleksander Macedoński nie mógł tam wejść? "
Świetna rozrywka, dostępna na "wolne lektury"

Tuesday, 27 January 2015

Horrory

Carmilla
Autor: Joseph Sheridan Le Fanu
Seria: Fantastyka i Groza
DZIESIĘĆ GWIAZDEK BO TO PROTOTYP OPOWIEŚCI O LESBIJKACH WAMPIRZYCACH.
Le Faru /1814-73/ zapoczątkował "Carmillą" /1871/, nie tylko opowieści o wampirach, lecz również jako pierwszy wprowadził elementy lesbijskie. Inspirował Henry Jamesa /"The Turn of the Screw" - "W kleszczach lęku" ; 1898/, jak i Brama Stokera /"Dracula", szczególnie I rozdział,...
pokaż więcej

Zez
Autor: Stefan Grabiński
An-ski spopularyzował DYBUKA, więc "ZEZ" Grabińskiego już aktualnie tak bardzo nie przeraża, bo to coś pokrewnego. Ale ten kwadrans na przeczytanie warto poświęcić

Monday, 26 January 2015

William WHARTON - "Spóżnieni kochankowie"

William WHARTON - "Spóżnieni kochankowie"
Wharton to ten niedoceniony w Stanach Zjednoczonych, a bardzo lubiany w Polsce. No i dobrze. Bo on dla prostaków amerykańskich zbyt SUBTELNY, zbyt DELIKATNY. Recenzowałem tylko "Opowieści z Moulin du Bruit" i byłem zachwycony /9 gwiazdek/. W tej chwili jestem na 55 stronie i zaraz wracam do lektury, która mnie zafascynowała. Au revoir.
Skończyłem czytać i zacząłem szukać przyczyn wzajemnej niechęci Whartona i lobby wydawniczego w Stanach Zjednoczonych. Otóż Wharton /1925 w Filadelfii - 2008 w Kalifornii/ nazywał się naprawdę Albert du Aime, pochodził z rodziny francuskiej i nie znosił amerykańskiego prostactwa. Wg Wikipedii:
"W 1960 rodzina Whartona przeniosła się do Europy, chcąc uchronić dzieci przed zgubnym wpływem amerykańskiej popkultury, a zwłaszcza telewizji. Przez lata mieszkał w Paryżu, utrzymując się z malowania obrazów oraz wynajmowania remontowanych przez siebie mieszkań w paryskich kamienicach. Wydarzenia te opisał w powieściach "Spóżnieni kochankowie" oraz "Werniks"."
A książka? Przepiękna opowieść o wysublimowanej więzi duchowej możliwej tylko między wysoce kulturalnymi ludżmi. A erotyka? Najwykwintniejsza forma opisu najintymniejszych uniesień. Uczcie się zboczeńcy tacy jak Philip Roth i cała zgraja z płd. Ameryki z Vargasem, Coelho i Marquezem na czele, na jakie szczyty można się wspiąć w Europie !!
Omawiając zasady życia rodzinnego w Stanach, Wharton użył przymiotnika "wygodny", pewnie obecnie by użył określenia "political corectness", co oznacza sztuczność oraz dostosowywanie się do obowiązujących norm bez zastanawiania się nad nimi. Dodam jeszcze, że dał mnie do myślenia stwiedzeniem, że /str.67/
"Prawdopodobnie człowiek, który ma w życiu wystarczająco dużo miłości i akceptacji, nigdy niczego nie stworzy, nic nie zrobi".
Toć to mowa o bergsonowskim elan vital !!!
Jeszcze zakończenie. Zrozumiałem, że Jacques już nic wartościowego nie namaluje.

Isaac Bashevis SINGER - "Spuścizna"

Isaac Bashevis SINGER - "Spuścizna"
Omawiając poszczególne utwory Singera /1902-1991/, /laureata Nobla 1978/, gubimy filozofię jaką wyznawał i uprawiał, bez której nie można w pełni zrozumieć głębi jego utworów. Dlatego uważam za wskazane podanie paru szczegółów o jego "guru", do którego wielokrotnie się przyznawał. A był nim Baruch SPINOZA /1637-77/, o którym piszę na podstawie artykułu Leszka Kołakowskiego.
Już na wstępie Kołakowski podkreśla skrajną rozbieżność opinii o Spinozie: od bezbożnika i wroga Boga, poprzez panteistę, utożsamiającego Boga z Naturą, aż po człowieka opętanego Bogiem, głęboko religijnego.
Spinoza uważał, że istnienie Boga wynika z Jego istoty, czyli z definicji. Przyczynowość w świecie jest absolutna, nie zachodzą przypadki; wolna wola jest przesądem gminu. /Kamień, co ze skały spada, gdyby myślał także mógłby wyobrażać sobie, że z własnej woli, na własne życzenie spada. Nasza wolność mniemana nie różni się od tego kamienia wolności/.
Nasuwa się, w związku z powyższym, pytanie: czy wolno nam karać ludzi za ich występki, wiedząc, że rządzi ich czynami nieuchronna konieczność? Tak, tępimy przecież jadowite węże, nie pytając, czy mają wolną wolę, i podobnie, w imię zbiorowego interesu, musimy karać przestępców.

Rozumem obdarzeni są nieliczni. Gdy rozum nami włada, gdy znamy siebie i świat, rodzi się w nas umiłowanie Boga. Jest to miłość szczególnego rodzaju, nie taka zwyczajna, ale miłość, której ni naruszyć nie może, miłość intelektualna. Gmin rozumu nie ma, a jeśli przestrzega reguł moralnych, to zwykle ze strachu marnego przed piekłem. I właśnie tu pojawia się rola religii: zalecanie godziwego życia. Problem w tym, aby owa religia głosiła pokój i pojednanie ludzi, a nie budziła fanatyzm, nienawiść do innych i rządy despotyczne.

Kołakowski tradycyjnie kończy omówienie poglądów filozofa pytaniami. W przypadku Spinozy one brzmią:
Gdy się głosi bezwzględną, bezwyjątkową władzę naturalnej przyczynowości i nieobecność wolnej woli w naszych uczynkach, czy można bez sprzeczności wierzyć, że jest zło i dobro moralne w ludzkim świecie?
Czy można prawdziwie żywić miłość do Boga jeśli wiemy, że jest to moc bezosobowa, z konieczności własnej natury działająca? I w jakim sensie bezosobowy Bóg może być nazwany dobrym ?
Czy gdy znamy przyczyny naszych namiętności i afektów, one znikają? Czy na przykład, jak sądził Spinoza, smutek znika, gdy wiemy skąd pochodzi?

A książka, jak wszystko Singera, według mnie - znakomita.

Sunday, 25 January 2015

Stefan GRABINSKI - "Po stycznej"

Stefan GRABIŃSKI - "Po stycznej"
Jeszcze jedno opowiadanie nestora polskiej grozy Stefana Grabińskiego. Na paru stronach bohater, w trakcie rekonwalescencji po chorobie GANGLIONÓW, dowiaduje sie o samozatruciu wężów, spotyka ofiarę pojedynku amerykańskiego oraz zszokowany jest wiadomością, że Walek powiesił się z głodu. Największy problem leży w tym, że

GLECZERY BYTU KWEFY MGIEŁ STULIŁY

Kto chce dowiedzieć się więcej musi wejść na "wolne lektury", odnależć Grabińskiego "Na wzgórzu róż", nacisnąć i dopiero wtedy ukaże się "Po stycznej". Zapewnić sobie spokój na 10 minut i przystąpić do lektury. Satysfakcja zapewniona dzięki sylogizmom.

Jerzy ŻUŁAWSKI - "Stara Ziemia"

Jerzy ŻUŁAWSKI - „Stara Ziemia”
W drugiej części Roda i Mataret ukradli Zwycięzcy – Markowi statek kosmiczny i niechcący lecą na Ziemię. Zresztą treść jest drugorzędna, powiedzmy tylko, że otacza ich opieką przyjaciel Marka, uczony i filozof Jacek, dzięki któremu Marek mógł zrealizować swoją podróż; /Jacek kocha Azę, a Aza kocha Marka/.
Najważniejsze są rozmowy. Recenzenci podkreślają dekadentyzm Żuławskiego i najczęściej tym terminem kwitują jego poglądy. A ja widzę zbieżność najważniejszej rozmowy ze zdaniem ks. Józefa Marii Bocheńskiego, który uważał za kluczowe słowo CHCĘ i wg którego AKT WOLI nadawał wierze sens. Rozmawia Jacek z mędrcem hinduskim Nyanatiloka: /280/

„- Wierzyć, to mało — szepnął Nyanatiloka, patrząc przed siebie szeroko rozwartymi oczyma. — Trzeba wiedzieć koniecznie.
-A ty wiesz?
-Wiem
-Skąd? Jak?
-Bo chcę
-….Czyż wiedza może być od woli zawisła?
-Tak, jest od woli zawisła..”

Żuławski swoje credo wkład w usta mistrza Jacka, lorda Tedwena, który nota bene powraca na łono Kościoła, u schyłku życia. Lord Tedwen mówi: /234/
„—....Przekonałem się jeno, że dla ustroju społecznego nic zrobić nie można. Społeczeństwo nie jest wytworem rozumnym i dlatego doskonałe nigdy nie będzie. Wszelka utopia, od najstarszych platońskich począwszy, przez ciąg wieków aż po dni dzisiejsze, ...utopią na zawsze pozostanie: dopóki się roi po książkach, buduje się gmach z kart, nie dbając o prawo ciężkości, ale z chwilą gdy się rękę do dzieła przyłoży, widzi się nowe zło, które na miejscu dawnego, usuniętego powstaje. Współżycie ludzi doskonałe, ustrój idealny to problemy z natury swej niedające się rozwiązać. Zgoda jest pojęciem sztucznym, wyrozumowanym; w przyrodzie, wszechświecie i ludzkiej społeczności istnieje tylko walka i przemijająca, pozorna równowaga prących na siebie sił przeciwnych. Sprawiedliwość jest postulatem uwodzącym i niezmiernie popularnym, gdyż właściwie z ludzkiego stanowiska nic rzeczywistego nie oznacza i każdy może ją sobie inaczej rozumieć, i słusznie, gdyż właściwie dla każdego powinna by być inna sprawiedliwość, a tymczasem społeczeństwo jest jedno lub chce być jednym przynajmniej. W końcu to obojętne, czy włada lud czy tyran, mędrcy wybrani czy szalona zgraja krzykaczy: zawsze ktoś jest uciśniony, zawsze komuś jest źle, zawsze jakaś krzywda się dzieje.
Ktoś zawsze musi cierpieć. W jednym wypadku większość cierpi, w innym nieliczni, ale może najlepsi, a zresztą chociażby jeden tylko cierpiał pokrzywdzony, ten właśnie, któremu kazano być „równym”, gdy on się przypadkiem na samowładcę urodził. Któż oceni, kiedy większa krzywda się dzieje, i kto wymierzy prawo, jakie człowiek każdy na świat ten ze sobą przynosi? Oddanie słuszności jednej zasadzie jest pogwałceniem drugiej, nie mniej „sprawiedliwej”, i tak zawsze, bez końca.....”

Odniosłem wrażenie, że Żuławski chce załagodzić stosunki z Kościołem, niewątpliwie nadszarpnięte częścią drugą, poprzez poniższe: /26/

„I jak przed wiekami, przed dawnymi wiekami, tak wstają i dzisiaj prorocy i niosą Objawienie, mające ludziom, chcącym i zdolnym wierzyć, uprościć wszelkie myślenie i serce uspokoić, i na pytania wszelkie odpowiedź dać ostateczną. Religie są, jako były zawsze, mimo że im tyle razy zachód i zgubę przepowiadano — silniejsze dzisiaj może niż kiedykolwiek, jeno że zmienił się ich zakres i znaczenie. Tłumy przestają wierzyć i bóstwa szukać za błękitami, te tłumy olśnione wiedzą, której nie rozumieją, zaślepione blaskiem skarbów przez najwyższe duchy zdobytych, z których korzystają, zgoła myśli do ich nagromadzenia nie przyłożywszy.
Ale za to ci najmędrsi, ci, którzy niegdyś w czasie nadmiernej w siły swe ufności pierwsi religię jako „zabobon”, jako rzecz zbyteczną i ciemną rozbijać poczęli, teraz chronią się pod jej skrzydła — jeden po drugim — z lękiem jakimś w oczach, co zbyt blisko w nierozwiązywalne tajemnice patrzyły, i z pragnieniem ukoju w wysilonych mądrością sercach”.
Wydaje mnie się, że wyciągnąłem wszelkie wartości z tej zdecydowanie nieudanej, anachronicznej i chwilami rozbrajająco naiwnej trzeciej części, w której nawet la femme fatale jest nieporadna. A 7 gwiazdek, by nie psuć całości, no i że to 105 lat temu było pisane.

Saturday, 24 January 2015

Jerzy ŻUŁAWSKI - "Zwycięzca"

Jerzy ŻUŁAWSKI - „Zwycięzca”

Nieznana mnie kontynuacja kosmicznego bestsellera „Na srebrnym globie” Jerzego Żuławskiego, bestsellera pokolenia mojej babci, mojej mamy, a i mojego. Dopiero po inicjacji legendarnym Żuławskim sięgało się po Lema. Zaczynam lekturę z pewną rezerwą, bo wydaje mnie się dziwne, że przez 70 lat nie słyszałem o tych dwóch dalszych tomach. Również na „lubimy czytać” omawiana druga część doczekała się tylko 3 opinii, wobec 21 - pierwszej.

I wszystko okazało się jasne, bo ta część jest ANTYKLERYKALNA. Jest nieprofesjonalnym TRAKTATEM SOCJOLOGICZNYM I TEOLOGICZNYM, ale przede wszystkim to STUDIUM WODZENIA MOTŁOCHU /zwanego ludem/ ZA NOS, INDOKTRYNACJI I MANIPULOWANIA NIM. Wszyscy zauważą analogie do KOŚCIOŁA RZYMSKIEGO, jego doktryn, dogmatów i „nauczania”, ja natomiast mam przed oczami wydarzenia świeckie, w których uczestniczyłem: więc poparcia dla Gomułki w 1956, i opluwanie go w 1970, oraz daty 1970 i 1980, gdy idol Gierek stał się złodziejem w opinii bezmyślnego tłumu..

Na pocieszenie naczelny „czarny” /Elem/, też znajduje pogromcę w swoim podwładnym /Sewin/.

Pierwszy tom zakończył się odejściem Starego Człowieka /Boga/, a drugi - zaczyna się oczekiwaniem na jego paruzję /powrót/ w odmłodzonym ciele Zwycięzcy. Społeczności zniewolonej przez Szernów przewodzi Malahuda /analogia do sytuacji Żydów w Cesarstwie Rzymskim, w I w n.e./ , który utracił wiarę /12/ i stał się realistą, podczas gdy lud pielgrzymuje../15/

„Nie w mocy Malahudy było zakazać tych pielgrzymek, tradycją wieków uświęconych, choć niechętnym na nie patrzył okiem, widząc, jak Bracia lud demoralizują i odciągają od zadań życia realnych, obiecując mu rychłe już przyjście Zwycięzcy...”
Coś na wzór problemów ziemskich. Ale Zwycięzca ponoć przybył: /30/
„..błysła ponad ich głowami lśniąca kula ogromna i spadła na sam środek biegunowej równiny i.. .wyszedł z niej człowiek jasnowłosy, do księżycowych ludzi podobny, jeno dwakroć przenoszący ich wzrostem i dziwnie jasny, śmiejący się a mocarny..”.
Malahuda zdaje sobie sprawę, że.../36/
„....że żaden Zwycięzca nigdy przez nikogo naprawdę nie był przyobiecany i że wszystkie proroctwa były jeno wyrazem tęsknoty ludu, uciemiężonego.....”
Przeto Marka, uważanego za Zwycięzcę /Zbawiciela/ ostrzega: /98/
„...pamiętaj, że od dzisiaj, kiedy ty przyszedłeś, nie ma już nadziei, a więc musi być jawa!”

Oczywiście, natychmiast narasta konflikt między Państwem a Kościołem /Malahudą a mnichem Elemem/. Malahuda odchodzi, Marek rozgramia szernów , a potem prowadzi z kapłanką, wnuczką Malahudy - Ihezal, gadkę rodem z Junga:

„-Słuchaj! czy ty wierzysz, że ja jestem owym, przez proroków waszych zapowiedzianym Zwycięzcą? Wierzysz naprawdę?
Ihezal spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczyma
-Ja WIEM o tym — odrzekła”.
Marek daje jej pierścień upoważniający do reprezentowania oraz …..poczucie wstydu.
Nie będę dalej zdradzał treści, która jest inspirowana Biblią i stanowi jej alternatywę. Jak wiemy głównym problemem religii judeo-chrześcijańskiej jest kwestia podejścia do przyjścia Mesjasza, po grecku Chrystosa, a u Żuławskiego przedstawia się tak: /225/
„Wyście tam już Zwycięzcę powitali — ja czekam na niego dopiero. Nie tak, jak Choma, który, jako mnie słuchy dochodzą, tego uznać nie chce i wieści przybycie innego, prawdziwego Zwycięzcy. Nie — ja czekam, aby ten, który przybył, stał się Zwycięzcą. Niemniej przeto czekam”.

Jedni stale czekają na mesjasza, a inni już się doczekali, ale ilość opcji jest o wiele większa, a sprowadzają się one do cynicznej walki o władzę, w czym przoduje mnich Elem. Stronę dalej Malahuda wygłasza cenne credo: /226/

„Starość moja nauczyła mnie jednej rzeczy wielkiej: każde przedsięwzięcie jest błogosławione, gdy skutek je uwieńczy pomyślny i błogi. Zbyt wiele klęsk i upadków w życiu widziałem, aby się cieszyć zamiarami albo zaliczać wdzięczność i uwielbienie z góry na poczet czynów, które mają być spełnione dopiero”.

Ukoronowaniem aluzji do katolicyzmu jest zdanie: /517/

„.....dziewica Ihezal; wielkie jest prawdopodobieństwo, iż w nagrodę cnotliwego życia swego wzięta była żywcem na Ziemię, gdzie mieszka Stary Człowiek i duchy dobre, opiekujące się pokoleniami ludzkimi na Księżycu...”

Koniec Zwycięzcy Marka poznajemy w trzech wersjach, skrajnie się różniących w interpretacji wydarzeń, przy czym trzecia jest parodią Ewangelii, a najlepsze jest to, że skarłowaciali ludzie księżycowi chętnie politykują cy i stwarzający łatwo różne frakcje mówią PO POLSKU.
Drugi tom jest znacznie lepszy od pierwszego, a przede mną - trzeci.
A jeszcze płynąca z książki nauka: /517/
„Tak tedy skończył marnie człowiek, który narobił tyle mętu na Księżycu, jak nikt przed nim i z pewnością nikt po nim nie narobi. Nauka stąd wielka a zbawienna, że władzy we wszystkim trzeba być posłusznym i nie wierzyć nowatorom, którzy ino ku złemu a ku nieszczęściu ludzi nakłaniają i wiodą...”

Thursday, 22 January 2015

Vladimir NABOKOV - "Ada albo Żar"

Vladimir NABOKOV - „Ada albo Żar”
Kronika rodzinna

Z licznych moich lektur Nabokova /1894-1977/ na pierwszym miejscu stawiam „Maszeńkę” /1926/, pisaną jeszcze po rosyjsku. Wyraziłem to 10 gwiazdkami w swojej opinii na „lubimy czytać”. Oprócz niej recenzowałem tylko „Bend sinister” /1947/, wydawany w Polsce pod różnymi tytułami m.in. jako „Nieprawe godło”, zbyt szczodrze obdarowując go gwiazdkami w ilości 6. Natomiast świadomie nie napisałem nic na temat „Lolity”/1955/, bo i tak moje recenzje wzbudzają kontrowersje, a musiałbym w recenzji wyrazić swój protest przeciw pedofilii i pojęciu „nimfetek”. Argumenty IDIOTÓW, że Najświętsza Maria Panna powiła Jezusa w wieku zbliżonym do Lolity czy też, że naszą 12-letnią Hedwig tzn Jadwigę oddano staremu Jagielle, pozostawiam bez komentarza.

Przypomnijmy, że Nabokov nie miał szans na wydanie tej opowiastki o obsesyjnym libido 37-letniego pisarza do zmanierowanej 12-letniej dziewczynki w pruderyjnych wówczas Stanach Zjednoczonych, toteż wydał ją w Paryżu, a następnie dzięki niejawnej, acz szerokiej reklamie połączonej z przemycaniem pojedynczych egzemplarzy, wytworzono sensacyjną atmosferę i chory popyt, który zamienił się w sukces, również finansowy, co pozwoliło pisarzowi opuścić Stany i resztę życia spędzić w Europie. Przyznam uczciwie, że sam emocjonowałem się tym utworem na przełomie lat 50 i 60 ubiegłego wieku, ale za „wczesnego Gomułki” podniecaliśmy się wszystkim, co amerykańskie. Szybko zresztą mnie to przeszło, bo rynek czytelniczy zdominowały książki o tematyce erotycznej, Erskine'a Caldwella.

Niestety, obecnie omawiana książka znowu bazuje na dewiacji, tym razem kazirodztwie. Zajrzyjmy do „Posłowia”: /str.807/

„...Morris Dickstein w tekście zatytułowanym „Nabokov's Folly” /Szaleństwo Nabokova/ nazwał „Adę” najbardziej przecenioną książką dziesięciolecia, rozdętą, pretensjonalną i pełna zawiłości, „Ulissesem” dla ubogich... ...Za Brianem Boydem można też przytoczyć dalsze opinie odsądzające autora „Ady” od czci i wiary. Angielski prozaik, poeta i krytyk Philip Toynbee „uznał ją za przerażający przykład nieustannego ekshibicjonizmu. Dwa lata później Mary McCarthy stwierdziła, że ponieważ powieść jest wyjątkowo niedobra, będzie musiała ponownie ocenić wcześniejsze utwory Nabokova...”.

Nabokov, aby osiągnąć założoną objętość, powpychał, jak do worka, co się da, czyli różne publikacje z ubiegłych lat. Według Wikipedii:

„Rozważania o czasie (rozbudowywane przez pisarza jeszcze w latach 1963–1965) zostały potem przez niego włączone do Ady jako „Faktura czasu” – opowiadanie napisane przez głównego bohatera. Z kolei „Listy na Terrę” to tytuł napisanej przez bohatera powieści”.

Lekturę tej kolubryny utrudniają podwójne przypisy: autorskie pod anagramowym imieniem VIVIAN DARKBLOOM, oraz bardzo cenne, Leszka Engelkinga, tłumacza i autora posłowia. Bez nich zrozumienie książki jest możliwe tylko w pojedynczych przypadkach. I właśnie w związku z tym naszła mnie pewna wątpliwość: czy wszyscy czytelnicy oceniający książkę na „lubimy czytać”/151/, których ocena decyduje o szokująco wysokiej średniej /7,56/, przestudiowali 95 stron przypisów, jak i 45 stron posłowia ? Bo jeśli nie, to ta średnia jest niewiarygodna. KSIĄŻKA JEST BARDZO TRUDNA, a sytuacja przypomina trochę wspomnianego wyżej „Ulissesa”, którego wszyscy znają i rozumieją, ale fragmentarycznie tzn marzenie erotyczne pani Bloom i przebieg pobytu Blooma w domu publicznym.

Ja wiem jedno, że jeśli Nabokov miał coś odkrywczego do przekazania ludzkości, której czuję się elementem, to mu się nie udało, bo wszystko tak mądrze napisał, że NIC NIE ZROZUMIAŁEM; w związku z tym solidaryzuję się z czytelnikami „NELLANNA” i „KOMAGA” tzn daję PAŁĘ.

PS Przez sklerozę umknął mnie najpoważniejszy zarzut: Nabokow cynicznie drwi z czytelnika zmuszając go do gry pt "Jaki ja mondry?", i jak widać po recenzjach powpędzał wielu czytelników w kompleksy. TO JEST NIEUCZCIWA GRA, bo nie możemy się zrewanżować. Pamiętam, że za podobne zagrania odrzuciłem Saula Bellowa i wielu innych, w tym niektóre utwory Miłosza. Wszyscy oni mieli ewidentne skłonności do NARCYZMU.

Magdalena SAMOZWANIEC - "Zalotnica niebieska"

Magdalena SAMOZWANIEC - „Zalotnica niebieska”

Czyli rzecz o rodzonej siostrze Lilce tj Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej /1891-1945/, ale i o całej rodzinie Kossaków, o braciach bliżniakach Wojciechu i Tadeuszu, o córce tego ostatniego Zosi tj pisarce Zofii Kossak-Szczuckiej i innych ciekawych postaciach, ale przede wszystkim o poezji tak efektywnie uprawianej przez Lilkę, już od wczesnego dzieciństwa.

Pięćdziesiąt lat temu zachwycałem się „Marią i Magdaleną”, a dzisiaj tym jej rozbudowaniem i uzupełnieniem. Samozwaniec /1894-1972/ pisała omawianą książkę pod koniec życia tzn wtedy, gdy idealizujemy wspomnienia z przeszłości, a zżymamy się i krytykujemy terażniejszość, bo po prostu tęsknimy za własną młodością. Również apoteozujemy tych bliskich, którzy znacznie wcześniej odeszli, bo czas nam w tym pomaga. Dlatego też wyczuwam dużą różnicę między „Marią i Magdaleną” /wyd. 1956/, w której dominuje dowcip i ironia, a „Zalotnicą niebieską” /wyd. pośmiertne, 1973/ nasyconą poezją i sentymentalizmem. Mógłby ktoś powiedzieć, że i tu jest ironia, i miałby rację, bo jest, lecz to zasługa nieodłącznego stylu Samozwaniec, słynnego choćby z powieści brydżowej „Maleńkie karo karmiła mi żona”.

Ale dobrze się stało, bo jestem przekonany, że większość czytelników tej książki, sięgnie po tamtą, no i vice versa. Bo epoka i „skamandryckie” towarzystwo gwarantują atrakcyjność lektury.

Dodatkową wartość stanowią wiersze poetki, które chcąc, nie chcąc, uczciwie przeczytałem, a po które pewnikiem bym nie sięgnął, jako że z zasady poezji unikam.

Życie i trzy małżeństwa poetki to jedno, a cenne, cięte, często cyniczne uwagi autorki to drugie, które mnie, starego satyra, szczególnie cieszą, jak chociażby o wierności małżeńskiej naszych babć: /str.68/

„Zrażone do igraszek miłosnych pierwszą nocą poślubną z niekochanym facetem, często pozostawały mu wierne do końca życia..”.

Czy też o patriotyzmie pierwszego męża Lilki - Bzowskiego /i nie tylko jego/: /str.77/

„Władek od czasu do czasu staje przed komisją wojskową, udaje wciąż chorego, aby tylko nie iść na front, Jak wielu austriackich oficerów, ma w wielkiej pogardzie Legiony i pragnie tylko siedzieć sobie spokojnie na własnej d... „.
Żeby wszystko było klarowne, to mowa o „legendarnych” legionach Piłsudskiego.

No i jeszcze jeden znakomity pomysł: autentyczne listy z tamtej epoki tj sprzed ca 100 lat. Genialny styl, składnia i wyrażenia!!! Np /str.76/

„...Jestem pogrążona w speszeniu że Momo ma jakąś chorość..”

A i nauka jak żonie miłość listownie wyznawać. Pawlikowski pisze: /str. 110/

„Z każdym dniem, z każdym nowym przeżyciem, z każdym Twoim słowem uczę się Ciebie coraz lepiej. Zdaje mi się, Najdroższa, że Cię przez całe życie będę poznawał, a wraz z Tobą moją własną duszę, która przecież już niczym nie jest, jak jedną miłością Ciebie.....”.

Nie można nie zauważyć też drwiny autorki z odwiecznej obłudy Kościoła, który udziela rozwodów, śmiesznie nazywając to unieważnieniem małżeństwa, na podstawie lipnego oświadczenia jakoby np. pięcioletnie pożycie z jurnym ułanem Bzowskim zostało „non consummatum” /str,117/

„....Nieoceniony kochający Tatko działa... ..wydaje na ten cel mnóstwo pieniędzy, i gdyby nie on, ta zakochana para nigdy by się nie doczekała rozwodu kościelnego. Rozwody istniały wówczas tylko dla ludzi, którzy mogli rozporządzać dużymi sumami pieniężnymi i mieli znajomości wśród kleru... ..Lilka musiała udawać dziewicę...”

A w ogóle znowu za dużo gadam psując Państwu obowiązkową lekturę, obowiązkową choćby ze względu na liczne wiersze poetki, na których się nie znam, lecz brzmią bosko i dlatego książka nie może dostać mniej gwiazdek niż 10.!!

Wednesday, 21 January 2015

Jeffrey ARCHER - "Dziennik więzienny II"

Jeffrey ARCHER - „Dziennik więzienny II”

Nie znam „Dziennika więziennego I”, nie wiem też za co siedział; znam natomiast jego „Ewangelię wg św, Judasza” oraz „Kane i Abel”, jak i kontynuację tzn „Córkę marnotrawną”. Ze zdziwieniem zauważyłem w tym momencie, że na „lubimy czytać” jest moja recenzja tylko tej pierwszej książki /7 gwiazdek/. No to będzie druga, ale niezbyt przyjemna.

Jedyna śmieszna sekwencja w książce to fragment listu: /str.13/

„Jeżeli nie dostałeś tego listu, daj mi znać, to przyślę ci drugi”.

Autor opisuje 67 dni pobytu w luksusowym areszcie śledczym, tak luksusowym, że przypominają mnie się opowieści starościca Wolskiego, w których szlachcic wybierając się do odsiedzenia wyroku brał z sobą kuzyna, „panienki” i zapas jadła i napitków. Bo kłopoty autora-więżnia są żenujące:

str.28: „...tygodniowo przysługują mi tylko dwa cienkie i małe ręczniki /trzy stopy na jedną/. Jeżeli zamierzam chodzić na gimnastykę pięć dni w tygodniu i za każdym razem brać później prysznic,,,”
str.32: „...w wielu więzieniach na jedna celę z jedną toaletą przypada trzech skazańców...”
str.42: „..Czternaście godzin w celi, przypominam, siedem na sześć kroków...”
str.43: „Śniadanie. Płatki Sugar Puffs /moje/, mleko /od nich/. Jajko na grzance /od nich/ i druga grzanka /od nich/ z dżemem /moim/.
Str.64: „Raz na tydzień należy się zgłosić na zmianę prześcieradeł, poszewek, ręczników i stroju gimnastycznego. Mam teraz sześć ręczników i do wymiany niosę cztery. Dostaję cztery czyste...”

Do tego otwarte cele, luksusowa sala ćwiczeń, olbrzymi spacerniak, telewizor w celi - tyle atrakcji, że brakuje czasu na sensowne pisanie. Bo Z DOBROBYTU PANU AUTOROWI WE ŁBIE SIĘ POKRĘCIŁO!!

Czyli Archer zakpił z czytelnika, połączył przyjemne /więzienne luksusowe sanatorium/ z pożytecznym /dochody z omawianej książki/, a bezczelność swoją i żądzę mamony rozszerzył do 3 tomów swojej odysejki.

Doris LESSING - "O kotach"

Doris LESSING - „O kotach”

Siódma książka Lessing, którą czytam i oceniam; dotychczas było świetnie, mimo dwóch wpadek. Nieznana mnie wcześniej pisarka dostała ode mnie raz - dziesięć gwiazdek za „Opowieści afrykańskie”, trzy razy – osiem, za „Podróż Bena”. „Mężczyznę i dwie kobiety” oraz „Piąte dziecko”, a z kronikarskiego obowiązku wymieniam też wpadki, którymi są „Szczelina” i „Lato przed zmierzchem”.
A teraz mieszane uczucia, bo niby ładnie, że Lessing poświęciła czas wspomnieniom o swoich kotach, no i miło, że w ogóle takie wspomnienia miała, ino, że one nudnawe i sztampowe, o czym mogę autorytatywnie wyrażać opinie, bo od zawsze miałem koty, „żyłem z nimi i kochałem je”. Obecnie mam dwie „abisynki”, maścią jednakie, a różne charakterami. I na przekór książce, jedna - wysterylizowana jest szczupłą, bardzo ruchliwą trzpiotką, a ta druga - niewysterylizowana, spasła się i nawet na zabawy nie ma ochoty. A, że wśród znajomych i rodziny mam dużo „kociarzy”, to opowieści o kotach mógłbym snuć więcej niż autorka i o wiele ciekawszych niż zawarte w książce.

Dodatkowym minusem są drastyczne opisy z koegzystencji zwierząt i ludzi na afrykańskiej farmie na pierwszych stronicach książki, jak i zbyt częste opisy „kocenia” się w całości. Oczywiście w porównaniu z paskudnym „Auteczkiem” Hrabala jest to sympatyczna książeczka, niemniej arcydziełem też nie jest.

Tuesday, 20 January 2015

Jerzy ŻUŁAWSKI - "Na srebrnym globie"

Jerzy ŻUŁAWSKI - „Na srebrnym globie”

Aby w pełni docenić wartość tej książki, napisanej 114 lat temu, czytelnik winien dysponować wyobrażnią /i dobrą wolą/ aby uwspółcześnić założenia i rozwiązania techniczne proponowane przez autora, gdyż i tak cała ta podróż na Księżyc jest jedynie pretekstem do przedstawienia problemów, nazwijmy to skrótowo - duchowych CZŁOWIEKA. Zamieńmy więc Księżyc na jakąś tam alfę czy betę, napęd pojazdu kosmicznego na jakiś hybrydowy, a bohaterów wyposażmy w lasery. Czyli inaczej ujmując, nie czepiajmy się naiwności technicznych, a skupmy się na wartościach humanistycznych, bo naprawdę warto. A poruszonych problemów niemało.

Np. samotność, w szczególe Jana Koreckiego. Część recenzentów uważa ją za zasadniczy problem bohatera. Oczywiście tak, ale to nijak nie wiąże się z wyprawą; to jest SKRZYWIENIE jego osobowości. Wystarczy jeden cytat:

„Pali mnie jakaś straszna gorączka, gdy na nich patrzę, gdy myślę o nich. Żyjąc na Ziemi przez trzydzieści sześć lat, należałem do tych — przyznaję dziś — szaleńców, dla których istnieje jedna tylko miłość: wiedzy, i jedna tęsknota: za prawdą. Teraz zaczynam tęsknić za tą wielką tajemnicą wieczystego życia, którą ma w sobie kobieta, i za tym świętym obłędem, w którym się owa tajemnica objawia — za miłością...”
Trzydziestosześcioletni prawiczek !!! On sam skazał się na samotność ZAWSZE i WSZĘDZIE. Konsekwencje tego spaczenia obserwujemy już na Księżycu, gdy jego libido ukierunkowuje się obsesyjnie w stronę jedynej kobiety tam obecnej:
„Kochałem tę kobietę, kochałem ją nawet więcej, niźli to zdolny jestem dziś wyrazić, ale miłość to była jakaś dziwna...”
Bo to nie miłość, a niezaspokojony popęd płciowy plus opóżniona, o jakieś 20 lat, fascynacja cudownością KOBIETY.
Autor, a za nim niektórzy recenzenci, wciskają nam wizję „skarłowaciałego” fizycznie i psychicznie księżycowego społeczeństwa, wskutek ponoć wad genetycznych przyniesionych z Ziemi, jak i rozmnażania się w rodzinie. Jest to prymitywne odczytanie BIBLII, jako, że wszyscy jesteśmy potomkami Adama i Ewy, ale o rzekomym kazirodztwie w Piśmie będzie później, a teraz przyjrzyjmy się tym „niedobrym” kanonom zasad życia społecznego. Proszę Państwa! Czytajcie uważnie! To NIE GENY, a księżycowa EWA, matka całego księżycowego ludu naucza syna:
„-Mamo, a co ja będę robił z tymi siostrzyczkami?
-Co ci się spodoba, mój maleńki, będziesz je bił, kochał, drapał, pieścił, wszystko, co ci się spodoba! A one będą cię słuchały i pracowały za ciebie, gdy dorosną, wiesz?
A dziewczątka... Tak mi się zdaje, że dziewczątka te są stworzone na to, aby podlegały. Nie będą może nawet rozumieć swej krzywdy — szczęśliwe, gdy ich brat, mąż i pan będzie czasem wobec nich łaskawy...”
To jakich norm społecznych się spodziewać, gdy wodzem zostaje tak nauczany syneczek?
Ale przejdżmy do Boga-Koreckego, nazywanego Starym Człowiekiem i mechanizmu tworzenia się religii. Jest ON - INNY; jest Kapłanka i jest SŁOWO. SŁOWO - LOGOS objawiane przez Boga i księgi przywiezione z Ziemi. Tylko, że zdolność percepcji nowego ludu bożego jest zerowa. IM TYLKO WYDAJE SIĘ, ŻE WIEDZĄ, CO GŁOSI SŁOWO. Sprecyzuję to per analogiam.
Żydzi czytają Torę ponad 2000 lat, chrześcijanie stworzyli hermeneutykę i egzegezę, aby zrozumieć Biblię, a mój Wielki Nauczyciel ks, J. Tischner mówi....
/Cytuję fragment mojej recenzji „Tischner czyta Katechizm”/
„I jak ja mam nie kochać Tischnera, gdy czytam jego słowa: „POKUSA TOTALITARNA JEST W GRUNCIE RZECZY POKUSĄ RELIGIJNĄ” i podpiera się KIERKEGAARDEM: „To Kierkegaard mówi, że w IMIĘ RELIGII ZAWIESZASZ MORALNOŚĆ”.

Tischner mówi też o niebezpieczeństwie płynącym z błędnego zrozumienia przesłania Boga. Zaczyna od ofiary Abrahama:

„...Abraham próbował przełożyć wezwanie Boga na język WŁASNEJ WYOBRAŻNI......i usłyszał „DAJ SYNA”.....Tak Abraham usłyszał....Bo co POWIEDZIAŁ PAN BÓG, tego NIE WIEMY... DLACZEGO TAKA MYŚL W OGÓLE W CZŁOWIEKU POWSTAŁA? .......była to pierwsza pokusa religijna”
.
Wprawdzie wg św.Tomasza „nie możesz być pewien co naprawdę Bóg do ciebie powiedział, w gruncie rzeczy pewne jest tylko, żę ty tak usłyszałeś, że tak GO zrozumiałeś”; przeto powinieneś poradzić się „MĄDRYCH”, jednakże wg Tischnera:
„.....problem polega na tym, że kiedy masz takie /tj „daj syna”,”zabij sąsiada”, „daj komuś po łbie” –przyp.mój/ religijne przeżycie, to już Tomasza nie czytasz. Bierzesz łom i walisz..”.

„A wracając do Abrahama i nie tylko, pokusa złożenia ofiary jest pokusą wszelkiego totalitaryzmu. Bo TOTALITARYZM polega na PODPORZĄDKOWANIU JEDNEJ WARTOŚCI - WSZYSTKIE POZOSTAŁE”

I na tym polega rozpacz Boga, który dał ludziom jedynego swojego syna Logos, a oni nie są w stanie go zrozumieć. Podług tego wzoru Żuławskiego - Stary Człowiek uświadamia sobie, że lud księżycowy nie jest w stanie go zrozumieć. I odchodzi.

Sunday, 18 January 2015

Gabriela ZAPOLSKA - "Pani Dulska przed sądem"

Gabriela ZAPOLSKA - “Pani Dulska przed sądem”
Krótka kontynuacja „Moralności pani Dulskiej”, w której dalej wiele śmiechu i wesela z kołtuńskiego drobnomieszczaństwa, jak np z przestrzeganych zasad dotyczących mycia się:
„...Wszak dziś środa, nie sobota. W sobotę myje się szyję i uszy i „do pół pasa”. O tym wszyscy porządni ludzie wiedzą…”

No i Dulska wyszykowała się do sądu, i sprawa się zaczęła, a kiedy rozsiadłem się w fotelu, gotowy na wysmienitą rozrywkę, to tekst się skończył i poczułem się zawiedziony.... Finita la commedia
Tekst dostępny na „wolne lektury”

Saturday, 17 January 2015

Ignacy KARPOWICZ - "Balladyny i romanse"

Ignacy KARPOWICZ - “Balladyny I romance”
Po nieudanej randce z jego „Gestami”, uległem namowom Pawła, mojego znajomego z „lubimy czytać” i podjąłem próbę weryfikacji swojego zdania na temat Karpowicza. Przyznaję uczciwie, że Paweł zachwalał tylko „Sońkę”, a z kolei na „Ości” narzekał. Natomiast ja znalazłem w torontańskiej bibliotece tylko „Balladyny i romanse”, których objętość mnie przeraziła /prawie 600 stron/.
Są wśród czytelników sympatycy jego książek, jak i przeciwnicy. Argumentację jednych i drugich możecie Państwo wyczytać z ich licznych recenzji. Nie zamierzam też przytaczać słów krytyki z mojej recenzji „Gestów”. Chcę natomiast wyrazić głębokie wyrazy współczucia młodemu człowiekowi, jakim jest niewątpliwie Karpowicz /ur.1976/, że ma spaczone wyobrażenie o sztuce uprawiania seksu.
Tak, bo seks jest dziedziną sztuki uprawianej poniekąd instyktownie, której arkana są dostępne samoistnie tylko wąskiemu gronu estetów, a innym dopiero po zgłębieniu pomocy naukowych, poczynając od „Kamasutry” a na Aretina „Nannie, co swą córeczkę Pippę na kurtyzanę kształciła” kończąc.
Mam prawo autorytatywnie wypowiadać się w tej materii, bo to moje roczniki wprowadzały swobodę seksu, /dyskryminowanego do 1956 roku/, „na salony”.; bo należę do pokolenia „prywatkowiczów” i „balangowiczów”; bo uczestniczyłem w prywatkach, gdzie, na wzór szwedzki, uczestnicy rozbierali się kompletnie tuż po wejściu do mieszkania; bo to wtedy modny był dowcip o kolorowym synku pytającym się swojej białej mamy, dlaczego jest czarny? Na co mama odpowiadała: „To była taka balanga, że ciesz się, że nie szczekasz”.
My uprawialiśmy seks, kochaliśmy go i doprowadzaliśmy do perfekcji, i pozostały w nas te talenty do póżnej starości. U Karpowicza seks jest brudny i pospieszny, bez jakiejkolwiek gry wstępnej, bez wspólnego orgazmu; JEST ODRAŻAJĄCY. Parę przykładów:
1. Seks małżeński /str.110/
„..Rozpięła mu rozporek. Na początku chyba się bał, miękki i nieprzydatny, wreszcie zesztywniał. Doszedł, długo to trwało. Kama myślała, że zapadnie na chorobę morską od kolebania własną głową wte i nazad.
-Dzięki - powiedział Artur, gdy wstawała..”
2. Subtelność wyrażeń w sytuacji intymnej: /str.74/
„Jego członek, wrażony w jej ciało, zachował twardość.
- Ogródek przekopany - powiedziała. – Wyciągaj szpadel..”
3. W internacie: /str.57/
„Małolat ją obmacywał, acz nie postawił kropki nad „i”, małolat sflaczał...”
4. Doświadczenia małolata: /str.51/
„Dwa razy masturbował się z kolegą w trakcie oglądania jakiegoś pornosa, dzieląc uwagę na troje, między telewizor, własnego chuja i chuja kolegi, wyrażnie mniejszego, zauważył z satysfakcją, kątem oka, ślepa plamka. Trzy razy jakaś lachon trzymała jego prącie w swoich ustach w heroicznej i chybionej próbie sprawienia komuś przyjemności”.
Do tego onanizm: /str.45/ „Janek nie potrafił powstrzymać ręki, wybuch rozkoszy wyrzucał go na wyspę kaczeńców”. DLACZEGO KACZEŃCÓW? oraz pięciominutowy seks Artura i Anki w stodole. I to wszystko na 110 stronach!! Poznawać dalszych 500 nie zamierzam.
A jeszcze SUPERIDIOTYZM /str.67/:
„Fascynowały ją zwłaszcza kobiety w wieku jej matki, które nic nie wiedziały o wyższości orgazmu łechtaczkowego nad pochwowym, ponieważ realny socjalizm stawiał przed nimi inne wyzwania, najczęściej - pustą lodówkę”
To ZDANIE ROKU, bo w jednym zdaniu tyle BZDUR umieścić to sztuka. Po pierwsze w okresie realnego socjalizmu mało kto miał lodówkę; po drugie - niedostateczne odżywianie, głód wzmaga popęd płciowy, jak i zainteresowanie technikami zaspakajania jego; po trzecie - brak autorowi doznań seksualnych ze starszymi kobietami, bo na orgazmie zawsze lepiej znały się „nasze matki”, a jeszcze lepiej babki, nie mówiąc już o lubieżnych prababkach, i tak do Lilith czy Ewy.
Panie Karpowicz, odpocznij pan z pisaniem, masz pan 39 lat, więc podoświadczaj pan seksu z górnej pólki, póki nie jest za póżno, i dopiero wtedy przelewaj swój experience na papier. Tak panu zaleca aposterioryczny koneser.

Friday, 16 January 2015

Richard WILHELM - "I CING"

Richard WILHELM - “I-cing”
Chodzi o chińską Księgę Przemian, którą polscy tłumacze, nie wiadomo dlaczego przetłumaczyli z niemieckego „I Ging” na tytułowe „I-cing”, znane w internecie jako „I ching”, a w Wikipedii jako „Yijing”. Wg tej ostatniej:
„Yijing, Księga Przemian jest jednym z najstarszych chińskich tekstów klasycznych, reprezentujących rdzennie chińską kosmologię i filozofię. Jest księgą kanoniczną taoizmu i konfucjanizmu.
Księga była i jest używana do wróżb, które w starożytnych Chinach pełniły wyjątkową rolę m.in. przy sprawowaniu władzy, organizowaniu ceremonii, wypraw wojennych itd. W tym charakterze była używana przez władców dynastii Zhou, dlatego nazywa się ją także Zhouyi - Przemiany Zhou”.
Przekładając z polskiego na nasze, to odpowiednik żydowskiej KABAŁY, do której mnie bliżej, niż do wierzeń chińskich. Kiedyś, dawno temu, niejaki Pan Umberto Eco zdenerwował mnie i skłonił do zajęcia się Kabałą, bym mógł zrozumieć cokolwiek z jego książki o „pedałach” w habitach /”Imię róży”/. Długie tygodnie mnie to zajęło i dalej „wiem, że nic nie wiem”, a jedynym efektem był mój krótki esej na ten temat /blog wgwg1943.blogspot.ca/.. Ze względu na „ograniczenie czasowe” /mam 72 lata/ polecam książkę młodym, sam ograniczając się do przekartkowania i skopiowania uwagi z Wikipedii:
„Yijing pojawia się w powieści Philipa K. Dicka „Człowiek z Wysokiego Zamku” (1962), będącej historią alternatywną, w której Trzecia Rzesza i Japonia wygrały II wojnę światową. Bohaterowie korzystają z księgi, podejmując w oparciu o nią ważne decyzje, co ma być wpływem kulturowym zwycięskiej Japonii. Posługując się chińską księgą występujący w powieści pisarz nazwiskiem Abendsen pisze książkę „Utyje szarańcza”, która przedstawia wersję historii bliższą, choć nadal różną od naszej rzeczywistości (zwycięstwo aliantów po trwającej dłużej wojnie, Franklin Delano Roosevelt nie startuje po raz trzeci na prezydenta).
W innej powieści Dicka, "Labiryncie śmierci", odpowiedzi udzielane bohaterom przez lina są wzięte z Yijing
W „Mrocznych materiach” Philipa Pullmana Yijing pojawia się jako alternatywa dla Aletheiometru (czytnika prawdy) w naszym świecie. W obu przypadkach odpowiedź zapewniać miał Pył, cząsteczka posiadająca samoświadomość.
W „Cyklu Barokowym” Neala Stephensona Gottfried Leibniz używa Yijing do szyfrowania korespondencji.
Książka pojawia się również wśród tytułów książek odczytywanych z półki w komputerowym świecie filmu ‘Tron: Dziedzictwo’.”.

Albert CAMUS - "Obcy"

Albert CAMUS - “Obcy”
Opowiadanie zajmuje 75 stron, ale najgorsze następuje po nim. To się nazywa „Posłowie” a jego autorką jest Urszula Klatka. Otóż ta pani nie dość, że wypisuje niesłychane bzdury, bo to jej wolno, skoro wolność jest, ale z determinacją wartą większych przedsięwzięć, uparła się opowiedzieć szczegółowo treść książki. Nie streścić, lecz precyzyjnie opisać szczegóły z zaleceniem, jak je czytelnik ma zrozumieć. Np Klatka na str.89 podaje przebieg bójki:
„Dochodzi do potyczki między Rajmundem a jednym z Arabów. Arab zostaje ranny. Rajmund krwawi....”
A Camus pisze /str.38/:
„..Rajmund.. wymierzył cios i ten drugi miał twarz we krwi... ..Krzyknąłem: ‘Uwaga, on ma nóż’, ale Rajmund miał już rozpłatane ramię i pokiereszowane usta.. ..Rajmund ściskał ramię ociekające krwią...”
To mi jakoś wychodzi, że ranny to był Rajmund, a Arab jeno w japę zarobił...
Nawet w tej wydawałoby się banalnej czynności popełniła jednak błędy. Nie udało jej się mnie zaszkodzić, bo pamiętam szczegółowo treść z pierwszej lektury, która miała miejsce ponad 50 lat temu. Może nie pomyślała o tym, że spora część czytelników zaczyna, jak ja, od posłowia, szczególnie gdy nie ma przedmowy.
Teraz z Wikipedii dowiedziałem się, że czytałem wersję ocenzurowaną przez wredny reżim. Szkoda, że nie mam skąd się dowiedzieć jakie ujemne skutki przyniosło to gomułkowskie ocenzurowanie. Bo ja nie zauważyłem ani jednego słowa, ani jednej sceny, którą PRL-owscy kaci mieliby unicestwić.
Co do samej książki, to już tylu mądrych szumnie się wypowiedziało, używając górnolotnych słów i uczonych kwalifikacji /np czy to egzystencjalizm czy tylko absurdyzm, a i jeszcze alienacja/, że ja ograniczę się do wniosków, jakie wysnuliśmy z moją śp Mamą, po wspólnej lekturze, 50 lat temu. A właściwie był jeden, i to oczywisty truizm: że trzeba DBAĆ O POZORY. Bo decydujące znaczenie dla werdyktu miały zeznania strasznych staruchów o „obcości” OBCEGO, wobec śmierci kochanej mamusi. Bo gdyby nie zachowywał się naturalnie, lecz trochę choć poudawał rozpacz po stracie tej praktycznie obcej staruszki, to proces by się potoczył inaczej. Szczerość nie popłaca.
Przypomnę jeszcze, że Camus wydał omawianą książkę w 1942 roku, w okresie zażyłej znajomości z Sartrem, i że żadnej sensacji ona nie wzbudziła, bo sławę zdobył dopiero 5 lat póżniej, gdy jego „Dżumę” zinterpretowano jako „zarazę polityczną” przemianowaną w latach 50-ych na totalitaryzm.
Niemniej ja się „Obcym” zachwyciłem już wtedy, czego świadectwem jest moja sklerotyczna pamięć wszystkich szczegółów. A to znaczy, że to ARCYDZIEŁO.
PS Nie znam francuskiego, ale angielska nazwa STRANGER lepiej mnie brzmi niż polska, bo tak jakoś w OBCYM brakuje mnie elementu dziwności, samotności.

Thursday, 15 January 2015

Alter KACYZNE - "Dziwny Żyd", "Stare miasto" "Remedium dla literatów"

Alter KACYZNE - “Dziwny Żyd”
KRÓCIUTKIE DOSTĘPNE NA „WOLNE LEKTURY”, BARDZO DOBRE
Po niezbyt zachwycających /6 gwiazdek/ „Chorych perłach” liczę na silniejsze doznania. I są. Kwintesencję znajdziemy w tym wywodzie:
„— Rewolucja, Niewola, Chłop. Co do problemu utworzenia warstwy chłopskiej w społeczności żydowskiej, mam pewne wątpliwości. Rozumiem, że Grecy musieli mieć niewolników-barbarzyńców, Amerykanie Murzynów, feudałowie rodzimych, swojskich niewolników. Dzisiejszy chłop to przecież w prostej linii prawnuk owych rodzimych niewolników. Ty zaś chcesz przeprowadzić na Żydach, o których powiadasz, że to naród posiadający tylko głowę, małą operację. Chcesz im odjąć głowę i przyprawić nogi. To nie ma sensu. Realizacja tego ideału skończyłaby się upadkiem Żydów. Raczej powinieneś wskazać narodowi żydowskiemu, jaką część głowy należy mu usunąć. Może należałoby zebrać razem wszystkich Chaimów Luriów i dać im do ręki łopaty? Skądże! Chaimowie Luriowie powinni pisać książki o problemie chłopów. Cały naród żydowski powinien siedzieć przy stole i pisać książki o doniosłości chłopskiego stanu”.
Co autor powiedziałby po doświadczeniach izraelskich kibuców?
Ale należy wspomnieć o znakomitym tłumaczu Michale FRIEDMANIE. Pisałem o nim w recenzji „Opowieści chasydskich i ludowych” Pereca. Dzisiaj tylko dodam: /Wikipedia/
„W setną rocznicę urodzin 17 stycznia 2013 roku jego wnuk Marek Friedman powołał Fundację im. Michała Friedmana, której celem jest popularyzacja literatury żydowskiej w Polsce”.

"STARE MIASTO"

Alter KACYZNE - "Stare miasto"
Akcje Kacyzne idą w górę. Tym razem kunszt w opisie i w dialogu, choć nie wiem w jakim stopniu pomógł tłumacz, znóe Michał FRIEDMAN

Alter Kacyzne - "Remedium dla literatów"
Niby groteska, ale fragment tak krótki, że pozostaje wyobrażnia. Tradycyjnie - tłumaczenie Friedmana.

Rafał ZIEMKIEWICZ - "Michnikowszczyzna"

RECENZJA DOZWOLONA OD LAT 18
Adam Michnik to NAJINTELIGENTNIEJSZY człowiek w Polsce, a o Ziemkiewiczu kopiuje notkę ze swojego "Pod Ręcznika"

ZIEMKIEWICZ Rafał - wyjątkowo swołocz, autor m.in.. równie jak on plugawej „Michnikowszczyzny”; doczekał się rzetelnej riposty od Urbana po swoim ataku na Palikota: /NIE 49/2012/ „Uzdolniony do wszystkiego red. Rafał A. Ziemkiewicz z „Gazety Polskiej” ocenia /”Wszystko się zgadza”, „GP” z 21 listopada/: Palikot to już nie baran, to bydlę... ..Ziemkiewicz mniema, że potrafi pluć wyżej niż ja. Otóż błądzi..... ...Rafał A. Ziemkiewicz jest spiralnym chujem prawoskrętnym jak korkociąg. Z jego zgniłych jaj wylęgają się jadowite węże. Pierdolone to gady ! Zamiast krwi, którą Ziemkiewicz powinnie codziennie przelewać za Polskę, w żyłach jego płynie mocz pełen nieakceptowalnych zarazków. W głowie Ziemkiewicza polskie wszy i pluskwy walczą zajadle o kazdy gram złośliwego raka, który nosi zamiast mózgu. Ziemkiewicz wylęgł się na świat z pizdy zdechłej świni uwalanej gównem szczurów. Pisząc, pierdoli, a pierdoląc, zaraża HIV, syfem, patriotyzmem i rzeczączką.... ...Z bydlęcych ślepi Ziemkiewicza cieknie ropa pełna radosnych gonokoków.... ....A to jakim naprawdę Ziemkiewicz jest gnojem i odbytem ludzkosci, zachowam w myślach, gdyż opisując, mógłbym go obrazić.... ...ja.. ..okazuję powściągliwość, komplementując Ziemkiewicza słowem „CHUJ” zaledwie”.

Że takie kreatury jeszcze pętają sie potym świecie. PODKREŚLAM, ŻE ZIEMKIEWICZ OBLIZAŁ SIĘ I URBANOWI PROCESU NIE WYTOCZYŁ

Alter KACYZNE - "Chore perły i inne opowiadania"

Alter KACYZNE - “Chore perły i inne opowiadania”
Alter Kacyzne /1885-1941, zamordowany w Tarnopolu/, uczeń An-skiego i Pereca, to jeszcze jeden wspaniały twórca w jidysz. Tylko, że kiepsko trafiłem, bo ten zbiorek siedmiu opowiadań jest, nazwijmy to delikatnie, dość przypadkowy. Co gorsza indywidualnie, również żadnego z tych opowiadań nie zaliczyłbym do perełek literatury pisanej w jidysz. A ja lubię żydowskich pisarzy i już wielu recenzowałem począwszy od Singera, poprzez wymienionych wyżej do Perlego. O tym zbiorku nic więcej nie mam do powiedzenia, więc polecę najwyżej przeze mnie ocenione: Jehoszua Perle „Żydzi dnia powszedniego” /10 gwiazdek/; Singer „Śmierć Matuzalema i inn” /9/ oraz „Opowieść o Królu Pól”/9/, Szolem Alejchem „Kasrylewka”/9/ oraz „Tewje Mleczarz”, Icchok Lejb Perec „Opowieści chasydzkie i ludowe”/9/, An-ski / może być pod Rapaport/ „Dybuk”.
A Altera Kacyzne zaczynam następne książki , z nadzieją, że zasłużą na lepsze oceny.

Tuesday, 13 January 2015

Philip K. DICK - "Valis"

Philip K. Dick - “Valis”
Valis to podobno: Rozległy Czynny Żywy System Informatyczny czyli np sam autor, który z kolei tłumaczy postać główniego bohatera: /22/
„Koniolub Grubas to ja, piszę to w trzeciej osobie, żeby uzyskać niezbędny dystans”.
Z przedmowy Lecha Jęczmyka /tłumacza/ dowiaduję się, że niejaka Ursula le Guin /ur.1929/, autorka bardzo miernych książek sci-fi, uważa, że Dick zwariował. Nie sądzę, raczej kontynuuje swoją grę z czytelnikiem z „Ubika”. Miesza groch z kapustą, by czytelnik dostał kociokwiku, zawrotów głowy, omamów, ogólnie stanu postnarkotykowego, posthalucynogennego bez spożywania jakichkolwiek używek. Metoda polega na nadmiarze informacji bardziej lub mniej istotnych, najczęściej cząstkowych, ale na pewno świetnie dobranych, a następnie manipulowanych, by pozbawić czytelnika zdolności racjonalnej oceny tego szokującego zestawu jednostkowych prawd. Przy tym wszystkim jest rozbrajająco szczery, gdy stwierdza, że /48/..
„...istotą świata jest informacja..”
No to, oprócz mianowania jego na Dostojewskiego sci-fi, zasłużył też na tytuł Goebbelsa sci-fi. Odnoszę wrażenie, że on stara się „pogrążyć w entropii” nie swojego bohatera, a czytelnika. Przypominam, że entropia jest miarą stopnia nieuporządkowania układu. Równocześnie sam wciska czytelnikowi kit, że jest wariatem, bo to jest zasłona dymna, skoro: /45/
„Chorzy umysłowo nie stosują zasady brzytwy Ockhama.. ..Oni ulatują w barok..”
Przecież to jawne samousprawiedliwianie swojego snucia często sprzecznych poglądów, czyli legitymizowanie gadania wszystkiego, co ślina na język przyniesie. Bardzo sprytne!!! A wszystko pod superatrakcyjnym płaszczykiem „poszukiwania Boga”.
Proszę mnie nie posądzać o jakieś negatywne uczucia do Dicka, bo jest wręcz odwrotnie: czytam drugą /po „Ubiku”/ jego książkę i jestem wstrząśnięty, jak i zachwycony, i właśnie w celu lepszej percepcji usiłowuję go „zdemaskować”.
Doceniam dopracowaną formę, sprytną konwencję „dwoistości” bohatera, ale nie mogę też nie zauważyć wciskania na siłę swoich „fiszek”. Jak wiemy, ostatnie książki Dick pisał w niebywałym tempie i usiłował umieścić w nich jak najwięcej swoich ciekawostek odnotowywanych przez lata w notatniku. Teraz przerzuca notatnik, znajduje coś ciekawego i bach! Ładuje do książki, dopisując ad hoc argumentację uzasadniającą obecność notki akurat w tym miejscu. Ja nic nie mam przeciw temu, po prostu odczuwam sztuczność konstrukcji. To „upychanie” prowadzi do wielkich trudności czytelnika w podążaniu za autorem, który np na połowie 83 strony „załatwia” Heraklita, Kanta, Junga, Spinozę, buddystów, teofanię, noos, deus absconditus i in. Ile czasu musiałbym poświęcić, by wyrobić w sobie uzasadniony pogląd na beztrosko rzucone tam przez autora słowa? Zmuszony jestem do rezygnacji z głębszej analizy, bo przy takim epatowaniu ilością zagadnień, życia /i chęci/ by mnie nie starczyło na zgłębienie poruszanej tematyki.
Sam dla siebie prowadzę od lat „Mój Pod Ręcznik”, gdzie umieszczam wyczytane ciekawostki, i bez żadnego mojego intelektualnego udziału, powstała, sama z siebie, arcyciekawa lektura. Widzę analogię do notatek Dicka, wciśniętych w książkę.
Na koniec wypada odnieść się do pytania ukrytego w przedmowie: wariat czy hochsztapler ? Moim zdaniem: ani wariat, ani hochsztapler, a po prostu jeszcze jeden inteligentny facet z jajami, który nigdy nie nudził się sam z sobą, bo miał /i umiał/ o czym myśleć. Jednocześnie ostrzegam, że przedstawione poglądy filozoficzne, teologiczne etc Dick uprościł i potraktował wedle własnych potrzeb, wybiórczo, przeto nie są dla ich twórców w pełni reprezentatywne.
Acha, mnie - wychowanemu w kulturze chrześcijańskiej spodobał się wywód: /146/
„..Jeżeli Logos jest racjonalny i Logos równa się Bogu, to Bóg musi być racjonalny. Dlatego właśnie stwierdzenie Czwartej Ewangelii o identyczności Logosu jest tak ważne: Kai theos en ho logos, czyli „i Bogiem było słowo”......”.
A czy Logos = Zebra = Valis odpowiedzcie sobie sami.
PS Z opinii „Darka” na „lubimy czytac”/którą podzielam/: „..I choć można go przyrównać do filozoficzno-teologicznego bełkotu, jest pozycją niezwykle silnie oddziałującą na czytelnika...”.

Monday, 12 January 2015

Tadeusz DOŁĘGA - MOSTOWICZ - "Świat pani Malinowskiej"

Tadeusz DOŁĘGA – MOSTOWICZ - „Świat pani Malinowskiej”
Jak zwykle u Dołęgi książka dobrze, żywo napisana, tylko, że „porażająco” /modne słowo użyłem!!/ banalna. Niech czytają kobiety, bo jest ona przestrogą: KOCHAJCIE ŚLICZNYCH „CHŁOPCZYKÓW”, LECZ SIĘ Z NIMI NIE WIĄŻCIE !! A już uzależnić się od takiego zadufanego w sobie ślicznotka, to lepiej zaaplikować sobie sepuku lub harakiri, niż znosić dręczenie i pomiatanie.
W moim długim życiu wielu takich Malinowskich spotkałem, którzy w większości przypadków zawsze spadali na cztery łapy /pardon, na dwa zgrabniutkie nóżęta/; a jaki koniec Dołęga zaserwował, przekonajcie się sami.
Dołęga plastycznie opisał idee fixe Malinowskiego:
„Im dłużej żył, tym jaskrawiej przedstawiał mu się świat jako szerokie koryto, do którego trzeba się dopchać, nie żałując swoich łokci i cudzych żeber, a uczepić się mocno i póty jeść, aż się stanie tak ciężkim, że już trudno człowieka ruszyć z miejsca. Ci, najbliżsi koryta, rządzą światem, dalsi zadawalają się ochłapami i służą tamtym, odgradzając ich od wygłodniałego tłumu na peryferiach, gdzie z braku dostępu do koryta, ludzie wymyślają sobie idee, filozofię, sztukę, teorie polityczne, wzniosłe hasła, słowem namiastki pożywnego karmu: pieniędzy, władzy, znaczenia”.

Miłej lektury!

Sunday, 11 January 2015

Tadeusz DOŁĘGA - MOSTOWICZ - "Kariera Nikodema Dyzmy"

Tadeusz DOŁĘGA – MOSTOWICZ - „Kariera Nikodema Dyzmy”
Przypadkowo zacząłem czytać recenzje tej książki i poczułem się sprowokowany do dorzucenia swoich trzech groszy, bo:
1. Oceniają bardziej film niż książkę. Zresztą i w tej materii wyrażam zdziwienie, że przede wszystki mówi się o Wilhelmim, rzadziej o Pazurze, a ADOLFA DYMSZĘ kompletnie pomijają.
2. Porównują II RP z III-ą, sugerując, że obecnie Dyzmów na kopy. Jest to twierdzenie BEZSENSOWNE, bo aby cham mógł wniknąć do elit, to konieczne są one same w sobie. A ich po prostu obecnie NIE MA, bo profesorów nie znających języków obcych czy profesorki zachowujące się gorzej niż baby z przysłowiowego magla, trudno nazwać elitą, co najwyżej „ELYTĄ”.
3. Pomijają osobę najwybitniejszego stratega i ekonomisty książkowej II RP tj Kunika. A to z nim związany jest NAJWIĘKSZY BŁĄD SYSTEMOWY II RP, polegający na tym, że dla ludzi z niższych klas społecznych, droga awansu była szczelnie zamknięta, bez względu na ich wybitne zdolności i umiejętności. Pomysły Kunika, podpowiadane Dyzmie, były GENIALNE, ale bez Dyzmy-ofiary losu, nie miały szans przebicia się.
4. Nie zauważają, że Dyzma jest poniekąd ofiarą losu, jak napisałem w poprzednim punkcie, siłą inercji pchaną do przodu. Jest hochsztaplerem mimowolnym, wplątanym w bewzględne koło młyńskie polityki, nieświadomym walki politycznej piłsudczyków, głoszących hasło sanacji, z całą skrajnie nienawistną opozycją. I tylko tu można mówić o pewnej analogii do III RP, chociaż dzisiaj, tak naprawdę, żadna ze stron nie ma jakiejkolwiek spójnej ideologii.
5. Nie podkreślają, że ta książka to pierwowzór, prototyp z 1932 r. , który posłużył do totalnej krytyki II RP, tak w ostatniej książce Dołęgi pt „Pamiętnik pani Hanki” /1939/, jak i w książkach innych autorów, jak np w dramacie Zegadłowicza „Domek z kart”.
A sama książka ? Genialna: 10 gwiazdek

Maria De La FAYETTE - "Księżna de Cleves"

Maria de la FAYETTE - “Księżna de Cleves”

Książka Marii de la Fayette /1634-93/ uznawana za prototyp francuskiej powieści psychologicznej jest obowiązkową lekturą we francuskich szkołach średnich i jej znajomość jest wymagana przy egzaminie na stanowisko urzędnika państwowego. Już z tych powodów warto przeczytać książkę, by wiedzieć do czego są zmuszani młodzi ludzie we Francji.
Dodatkowo mamy motyw polski, bo Andrzej Żuławski zrealizował uwspółcześnioną adaptację tej książki w 2000 roku i nadał filmowi tytuł „Wierność”.
Bo o tym jest ta książka: o wierności dotrzymanej mimo miłości. Rzecz się dzieje na dworze Henryka II, od pażdziernika 1558 do listopada 1559. Wulgaryzując to mamy trójkąt, mąż i ten drugi kochają ją, ona kocha tego drugiego, lecz jej lojalność wobec męża sięga poza śmierć. Nie doprecyzuję ostatniego sformułowania, by nie popsuć Państwu tej lektury, dostępnej na „wolne lektury”.
Wszystko w tej książce jest wykwintne, więc i opisywana miłość zyskała to miano: „miłość wykwintna”. Mnie się bardzo podoba.
Aby przybliżyć epokę przypomnę, że Henryk II /1519-1559/ w wieku 14 lat poślubił Katarzynę Medycejską, a rok póżniej zaczął romans ze starszą o 20 lat, Dianą de Poitiers, obecną dalej w tej powieści. Miał kupę bachorów, a wśród nich Henryka III, który zmuszony do zasiędniecia na tronie polskim, wsławił się ucieczką z tego zacofanego kraju. /por. „Pamiętniki” Paska/
Należy podkreślić wartość przekładu, którego dokonał Tadeusz Boy- Żeleński, dostosowując język polski do wykwintności charakteryzującej ten utwór, a o której nadmienialiśmy wyżej. Ta boyowska polszczyzna to dodatkowy atut książki.
Nic więcej dobrego nie da się już o tym romansie powiedzieć, więc czas na podsumowanie. Ono jest krótkie: NUDY NA PUDY. Spowolniona akcja, rozstrząsanie każdego gestu, każdego słowa to fajne w XVI wieku, ale nie w XXI.

Saturday, 10 January 2015

Lynn CULLEN - "Córka Rembrandta"

Lynn CULLEN - “Córka Rembrandta”
LEKTURA ZALECANA DLA CZYTELNIKÓW W WIEKU 12-18
Niestety, ani Wydawnictwo, ani redakcja naszego portalu „lubimy czytać” nie raczyła mnie poinformować o przeznaczeniu książki. Zaskoczony poziomem zacząłem grzebać w internecie i dowiedziałem się, że ta książka w 2008 roku znalazła się na liście 85 książek Best Books for Young Adults. Są to książki przeznaczone dla amerykańskich teenagerów, którzy mylą Holland z Poland i nigdy o Rembrandt-cie nie słyszeli. Podaję dewizę jury:
“The books, recommended for those ages 12-18, meet the criteria of both good quality literature and appealing reading for teens”
I dobrze, bo takie książki są potrzebne, a ta całkiem wiarygodnie przedstawia życie w XVII-o wiecznej Holandii i przybliża malarstwo Rembrandta.
Natomiast redakcja szokuje sformułowaniem:
„...coraz bardziej szalonym artystą..”
bo Rembrandt nigdy szalonym nie był, ino rozgoryczonym bankrutem, jak i kuriozalnym odkryciem o losie ojca i małoletniej córki:
„..Losy Cornelii nieodłącznie splatają się z losami Rembrandta..”
Faktycznie, to rodzinny ewenement !! Reasumując książka nie dla mnie, ale skoro innym dobrze się czyta to sentymentalne bla-bla, to nie będę szokował i dam kompromisowe 5 gwiazdek
.

Anders de la MOTTE - "[geim]"

Anders de la MOTTE - “[geim]”

Anders de la Motte /ur.1971/ napisał trylogię, a ja zaczynam czytać jej pierwszą część, która dostała od Państwa średnią ocenę, śmiesznie niską 6,64 wskutek 626 ocen i 132 opinii. Ja, oczywiście daję jej 10 gwiazdek, bo jest arcydziełem w SWOJEJ KLASIE, TJ POWIEŚCI SENSACYJNYCH I THRILLERÓW.
Ci z Państwa, którzy ocenili ją podobnie jak ja, mogą czuć się połechtani, a ci, ktorzy ocenili niżej, niech zostaną przy swoim zdaniu, bo nikogo przekonywać nie mam zamiaru. Powiem tylko, że forma, czyli przyjęta konwencja jest perfekcyjna.
Entuzjaści powiedzieli już wszystko, wiec ja zajmę się CLOU, przedstawionym na str.397:
„Media, zwłaszcza tabloidy, rzecz jasna oszalały: ‘Atak terrorystyczny powstrzymany!’, ‘To Al-Kaida!’..”
Piszę te słowa 10 stycznia 2015 roku, o godz 6 czasu kanadyjskiego tj w samo południe w Polsce, słuchając równocześnie wiadomości z PR 1. Główny temat wydarzenia terrorystyczne we Francji. BOŻE MÓJ!! CO ZA PYCHA!! Z góry wszyscy wszystko wiedzą. Wyrok wydany: cokolwiek złego gdziekolwiek się wydarzy to winna Al-Kaida, ogólniej „muslimy”, „brudni muzułmanie”. Nie będę wymieniał wszystkich zbrodni przypisywanych „muslimom”, ale zapytam się głupio:
„Czy wojna szczególnie w Afganistanie, ale równiez w Iraku, Syrii, Libanie etc toczy się bez udziału USA i Rosji, o Unii Europejskiej nie wspominając? Czy wojny w Korei, Wietnamie też powodowali islamscy terroryści?”
Bo ja żyję długo i jestem przekonany, że bez USA i Rosji /symbolicznie upraszczając/, to mogą się wyrzynać w Sudanie Płd, albo jakieś Tutsi z Hutu i vice versa. Przytoczmy rozmowę bohaterów książki: /str.186/
„- To czemu uczepiłeś się akurat islamu? - ciągnął dalej HP... - W sensie... na świecie jest przecież mnóstwo religii - dodał
- A czemu nie ? Dawanie ubogim, przedkładanie duchowości nad cielesność, pomaganie braciom w potrzebie... Czego tu nie lubić? - uśmiechnął się krzywo Mange...
- Kobiet w chustach, żywych bomb, świętej wojny. Masz w czym wybierać.
Mange westchnął głęboko.
- To w dużej mierze NIE MA NIC WSPÓLNEGO Z RELIGIĄ. Wystarczy się zagłębić w temat. FANATYCY ISTNIEJĄ WSZĘDZIE, ale my na Zachodzie bardziej się boimy facetów z brodami, którzy palą flagi w Damaszku, niż ogolonych chłopaków... , którzy wysadzają w powietrze kliniki aborcyjne w Detroit.
- Czyli sądzisz, że PROBLEM DŻIHADU TO KWESTIA ZŁEJ PRASY?
- Coś w tym rodzaju.... ...KORAN, DOKŁADNIE TAK JAK BIBLIA... ..MÓWI O TYM, ŻEBY ŻYĆ GODNIE, SKUPIAĆ SIĘ NA MIŁOŚCI I WSPÓŁCZUCIU, BYĆ DOBRYM CZŁOWIEKIEM..” /podk.moje/
I HP na koniec konkluduje:
„...WIELCY BRACIA z wszystkich krajów ZARABIAJĄ na tym, że wzajemnie się straszymy?” /podk.moje/
Obserwuję wpływ Zachodu na opinię w Polsce i podziwiam jak zaciera się dotychczasowy aksjomat, że wszystkiemu winne „MASONY, ŻYDY I CYKLISTY”.
A więc powieść sensacyjna, mimo uproszczeń i naiwności samej fabuły, może nieść również MĄDRE UWAGI. Z chęcią przeczytam następne tomy. Acha, jeszcze pochwała dla tłumacza, Pawła Urbanika, bo wydaje mnie się /staremu/, że wiarygodnie odtworzył współczesny język młodych.



Thursday, 8 January 2015

Sławomir GÓRZYŃSKI - "Kompozytor"

Sławomir GÓRZYŃSKI - “Kompozytor”

Sławomir Górzynski, ur.1962 - jest w Wikipedii, ale to nie ten. Tamten jest historykiem, a „nasz” muzykiem i mieszka w Finlandii. I „nasz” jest MOIM WIELKIM ODKRYCIEM, bo dawno nie doznałem takiego silnego odczucia estetycznego, jak przy lekturze tej książki.
Na pierwszy rzut oka, to Dyzma w świecie muzyki. Człowiek-nikt, mimo pozornych oporów, nie waha się w wykorzystaniu nadarzającej się okazji, by wskutek mistyfikacji zabłysnąć jako genialny kompozytor. Ale to za mało bym książkę wychwalał.
No to dodajmy alkohol, narkotyki i piękne kobiety. Za mało. Dalej peanów nie śpiewam
Ale PRZEŻYCIA MISTYCZNE - to jest to!! Mnie tam nic nie nawiedza, toteż nie zostałem ani kompozytorem, ani malarzem, ani rzeżbiarzem, ani poetą, ale wydaje mnie się, że warunkiem sine qua non w tej materii jest NATCHNIENIE, WENA, Bergsona ELAN, DAR BOŻY, Witkacego NIENASYCENIE lub coś podobnego.
Nie mogę za wiele mówić, bo żywię nadzieję, że Państwo sięgniecie po omawianą książkę, lecz clou są różne koncepcje co do autorstwa ostatniego utworu i dlatego po zakończeniu lektury wpadłem w długą zadumę.
I jeszcze jeden ciekawy cytat, choć pokrętny stylistycznie: /str.61/
„...żyć warto dopóty, dopóki człowiekowi tak bardzo na czymś zależy, że gotów jest odebrać sobie życie, jeśli to się nie uda”.

Wednesday, 7 January 2015

Adam HANUSZKIEWICZ - "Kobieto! Boski diable"

Adam HANUSZKIEWICZ - “Kobieto! Boski diable”
W rozmowie z Renatą Dymną i Januszem B. Roszkowskim
W posłowiu wydanej pośmiertnie książki Hanuszkiewicz /1924-2011/ mówi:
„Ci wszyscy, o ktorych wspomniałem w toku tych rozmów, są przecież moim wyobrażeniem o nich samych, więc jeżeli przez moje okulary widzę ich właśnie tak, jak widzę, to będę winien błędnego ich obrazu, jesli poczują się dotknięci jakimś moim fałszywym osądem”.
To ważna i ASEKURACYJNA uwaga, a ja z kolei „przez moje okulary” widzę Hanuszkiewicza jako obiekt marzeń dziewcząt z mojego pokolenia tj urodzonych, jak ja, koło 1943 roku. Bo w Łapickim gustowały starsze panie, a Pluciński nie osiągnął tej klasy jak tych dwóch amantów. Dodajmy, że Hanuszkiewicz zachował grono wielbicielek nawet wtedy gdy pojawili się Cybulski i Hłasko. A to duża sztuka !!
Bazą książki są rozmowy toczone w czasie wakacji 2001 roku, ktore opracowane i dopieszczone przez artystę, zostały wydane dopiero pośmiertnie, zgodnie z jego wolą. W ostatnim okresie teatralnej twórczosci Hanuszkiewicz przeżywał fascynację ojcem współczesnego teatru, Augustem Strindbergiem /1849-1912/, którego obsesyjna nienawiść do kobiet zaczęła się prawdopodobnie od porzucenia przez „la femme fatale” Dagny /1867-1901/, póżniejszą Stanisławową Przybyszewską. Kto nie zna jej tragicznego końca z ręki Emeryka, niech koniecznie się tym zainteresuje, bo historia tej MUZY jest arcyciekawa. To o wiele ciekawsze niż ostatnio recenzowana przeze mnie „Rebeka” du Maurier.
Po przeczytaniu zrozumiałem STRACH Hanuszkiewicza przed publikacją tych rozmów za jego życia. Bo to jest jedna, wielka KOMPROMITACJA. Bo to jest już, nie pokaz MIZOGINII, lecz CHAMSTWA. Bo wyrażanie się o kobietach per BABY, chamstwem niewątpliwie jest. Bo dwóch facetów, aktor-reżyser i tłumacz ze szwedzkiego POZJADALI WSZYSTKIE ROZUMY i wyrażają autorytatywne zdanie na każdy temat.
Jeden - bez matury, przyszedł do Polski z Berlingiem, czyli jak OBECNIE parszywie niektórzy mówią, z „sowieckim okupantem” i zdał eksternistyczny egzamin „na aktora” w 1946 r. Drugi /ur.1940/ - studiował /jak długo? - wikipedia nie podaje/ polonistykę na Uniwersytecie Toruńskim. Wolność jest, więc podobno każdy ma prawo gadać, co mu ślina na język przyniesie, choć nie ma ku temu legitymizującego wykształcenia. Tak i mnie wolno wytknąć wypowiadane autorytatywnie bzdury. Ograniczę się do dwóch, przejrzystych dla każdego.
Na stronie 87, Roszkowski powołując się na Starowicza, twierdzi, że
„...aż 90 proc. Polek i Polaków uważa seks przedmałżenski i pozamałżeński za niemoralny..”
Tymczasem na SKRAJNIE PRAWICOWYM portalu Fronda.pl czytam:
„Stosunki przedmałżeńskie. Za niemoralne uważa je 22 proc. Polaków. Za rzecz obojętną moralnie uznaje je 21 proc. badanych, za akceptowalną - 44 proc....
Seks pozamałżeński. Nie zgadza się z nim 71 proc. naszych obywateli...”.

Na stronie 38 czytam:
„...Homoseksualne zachowania są wśród niemal WSZYSTKICH zwierząt na porządku dziennym...” /podk.moje/

A w internecie znajduję:
„ Dr. Antonio Pardo, profesor bioetyki na Uniwersytecie Nawarra w Hiszpanii wyjaśnia:
Mówiąc poprawnie, homoseksualizm NIE WYSTĘPUJE wśród zwierząt... Ze względów przetrwania gatunku instynkt rozrodczy jest zawsze ukierunkowany ku osobnikowi odmiennej płci. Dlatego zwierzę nie może być nigdy homoseksualne samo w sobie. Jednakże interakcja z innymi instynktami (w szczególności z instynktem dominacji) może mieć skutek w postaci zachowań pozornie homoseksualnych. Zachowanie to nie musi odpowiadać homoseksualizmowi zwierzęcemu. Oznacza to tyle, że zachowania seksualne zwierząt zawierają aspekty wykraczające poza reprodukcję”. /podk.moje/
Do tego wszystkiego dwóch obleśnych starców stojących nad grobem debatuje „nad minetą w burdelach”, odgrzewa stare dowcipy i dykteryjki, wykazując ukontentowanie sobą. Nie rozumiem uczestnictwa kobiety, Renaty Dymnej, w tym żałosnym spektaklu.
Na koniec przypomnę, że Hanuszkiewicz był przez „warszawską ulicę” wielokrotnie krytykowany za traktowanie kolejnych żon.
KSIĄŻKA NIEPOTRZEBNA, PSUJĄCA DOBRE WSPOMNIENIA O NIEWĄTPLIWIE WYBITNYM REŻYSERZE.

PS. Znalazłem jeden pozytyw /str.19/
„Mąż powinien mieć wyrobione zdanie o wierności żony - wolno mu się mylić, nie wolno mu się wahać”

Joanna CHMIELEWSKA - "Jak wytrzymać z mężczyzną"

To koszmar, że tak uwiebianej przeze mnie Chmielewskiej muszę postawić drugą PAŁĘ!! Czy ona zatraciła zdolność samokrytyki, czy też chętne zarobku wydawnictwa nakłaniały ją do druku byle czego, grunt by firmowała to swoim nazwiskiem. /Przypomnę, ze Martin Eden popełnił samobójstwo w podobnej sytuacji/. To jest gorsze nawet od Skody piszącej donosy!! /p. poprzednia recenzja/

Stefan GRABIŃSKI - "Projekcje"

Znalazłem na portalu "wolne lektury" to króciutkie opowiadanie, a że było już na naszym portalu, to informuję, że nim zdążyłem się przestraszyć, to się skończyło. Ale tego "polskiego Poe" - Grabińskiego /1887-1936, w nędzy, na grużlicę/ i tak lubię. A Państwa zachęcam, bo "wolne lektury" macie w zasięgu ręki, a cała lektura zajmie Wam góra 15 minut.

Joanna CHMIELEWSKA - "Jeden kierunek ruchu"

Uwielbiam Chmielewską, zawsze dawałem 10 gwiazdek, a dzisiaj wypadek przy pracy, bo jedną. Komu innemu może bym dał i 6 albo więcej, ale noblessee oblige. Sam pomysł ujdzie, choć ta Skoda wrednie kapuje i jest upierdliwa. A jeszcze coś z latami pokręcone, bo czytam wydanie z 2005 roku, czujnie odkrywam, że nie jest to pierwsze /było w 1994/, akcja dotyczy lat siedemdziesiątych, bo dużo syrenek, warszaw i mikrusów, a kłopoty z parkowaniem są rodem z lat 90-ych, lub póżniejszych. Ponadto humor z reperacją ówczesnych samochodów mało dowcipny, bo sam jestem gotów opowiedzieć masę ciekawszych dykteryjek, chociażby z rajstopami używanymi za pasek klinowy. Ale tamte anegdoty to tylko dla starych /jak ja/, którzy to przeżyli, a młodzi pewnych absurdów PRL-u nie zrozumieją.

Tuesday, 6 January 2015

Fryderyk HEBBEL - "Judyta"

Fryderyk HEBBEL - “Judyta”. Tragedia w pięciu aktach
ZWRÓĆCIE PAŃSTWO UWAGĘ NA RÓŻNICĘ W NAGŁÓWKACH, BO DALEJ SIĘ OKAŻE, ŻE O RÓŻNYCH DZIEŁACH MÓWIMY /U nich jest Friedrich i tragedyja/
Nim zacznę opiniować ten dramat, spróbujmy przy pomocy Wikipedii „wejść w temat”:
„Holofernes (hebr. הולופרנס) – postać biblijna, bohater Księgi Judyty, wódz Nabuchodonozora, oczarowany pięknością Judyty zamierzał ją posiąść, lecz gdy upił się w czasie uczty, został przez nią zamordowany; obcięła mu głowę, którą zaniosła do oblężonej Betulii. Głowę Holofernesa wywieszono na murach miejskich, co spowodowało popłoch w obozie licznych wojsk asyryjskich, ich ucieczkę i pogrom przez Izraelitów..”.
Czytam „Judytę” Hebbela /1813-63/ na portalu „wolne lektury”, w tłumaczeniu Kazimierza Kaszewskiego, ale nie mogę nie wspomnieć o pierwszym tłumaczeniu dokonanym przez mojego ulubionego Karola Irzykowskiego /1873-1944/.
Redakcja naszego portalu powołuje się na Wikipedię i pisze:
"W 1840 r. Friedrich Hebbel w tragedii "Judyta" przedstawił niezgodną z biblijnym przekazem wizję zwycięstwa Judyty. Nie była już cnotliwą wdową działającą zgodnie z Boską wolą, ale została ukazana jako kobieta niespełniona, swoista femme fatale. Zamiast, jak w opowieści biblijnej, być waleczną wdową zabijającą Holofernesa, jest ofiarą gwałtu i urażonej ambicji zabijającą w poczuciu krzywdy i bezsilności."
A ja przecieram oczy ze zdumieniem, dwukrotnie wracam do tekstu i twierdzę, że ktoś szaleju się najadł, bo nie dość, że Judyta jest cnotliwą wdową, to jej małżeństwo było non consummatum, ponadto nikt jej nie zgwałcił, a zabija w poczuciu misji, wobec inercji i tchórzostwa jej ziomków.
Teraz już Państwo rozumiecie zasadność mojej uwagi na początku opinii. Jakby mało tych różnic, to ja zauważyłem, że Holofernes jest gotowy dla Judyty „na wszystko”, a w tym nawet przyjąć jej wiarę, a Judyta, jako kobieta, podziwia /libido!!/ zwierzęcą męskość Holofernesa, ponoć karmionego w wieku niemowlęcym przez lwicę.
Potwierdzenie moje własnego zdania znalazłem u Kopalińskiego w „Słowniku mitów i tradycji kultury” /str.443/:
„Dramat /1841/ Friedricha Hebbla; tragiczna postać „DZIEWICZEJ WDOWY”, OFIARY KONFLIKTU MIĘDZY NATURĄ KOBIETY I POSTAWIONYM PRZED NIĄ ZADANIEM HISTORYCZNYM” /podk.moje/
A najlepiej przekonajcie się Państwo sami, a do tego trzeba wejść na „wolne lektury” i mieć koło trzech godzin czasu.
Nie znam originału, ani tłumaczenia Irzykowskiego, a w tym pobudzały mnie do śmiechu „rymy częstochowskie” w I akcie, ale dalej już było lepiej. Nie jestem znawcą poezji, więc ostatnią uwagę traktujcie z przymrużeniem oka. No i DOBREJ ZABAWY, BO TO JEST „FAJNE”!!

Stanisław BRZOZOWSKI - "Legenda Młodej Polski"

Stanisław BRZOZOWSKI - „Legenda Młodej Polski”

Myśl niewątpliwie ciekawego, kontrowersyjnego Brzozowskiego przywoływana jest przy wielu okazjach i przez wielu „wielkich” /Kołakowski, Miłosz czy Michnik/. Najczęściej zainteresowanie nim pojawia się, gdy następuje CYKLICZNA moda na młodego Marksa, tzn gdy nie znał „złego ducha” marksizmu - Engelsa, a że właśnie teraz /2014/ to obserwujemy postanowiłem krótką notatkę na ten temat sporządzić.
Zacznijmy od etosu pracy /Brzozowskiego, z omawianej książki/:
„Człowiek musi sam stworzyć sobie swój posłuszny świat. Praca ukazuje się jako jedyny fundament myśli. Myśl żyje w świecie, o ile utrzymywana jest na jego powierzchni przez wysiłek życia. Sama przez się nie ma żadnej władzy”.
Okazuje się, że na naszym portalu /”lubimy czytać”/ jedyną opinią „Pamiętnika” Brzozowskiego jest MOJA, a i tak NIKT JEJ NIE CZYTA /9 like’ów/, przeto zdecydowałem się przytoczyć jej istotny fragment teraz, gdy mam już wielu znajomych i obserwujących:
„I tak, ze względu na to, że trend czczenia Brzozowskiego wśród intelektualistów nadal obowiązuje zacznę od przeciwnej strony tj jego przeciwników. O sporze Irzykowski-Brzozowski raczej póżniej, teraz opinia Jerzego STEMPOWSKIEGO, wyrażona w liście do GIEDROYCIA:
„Mnie odstręczała od Brzozowskiego niekonsystencja jego myśli, której - jak w bouillabaisse - pływa czternaście gatunków ryb i wszystkie niedogotowane. Tu kawałek Marksa, tu kawałek Macha, tu kawałek Newmana...”.
„Przeintelektualizowanie” Brzozowskiego wykpił najdobitniej satyryk, autor bajek, Jan LEMAŃSKI /1866-1933/ w wierszu „ERUDYTA”. Oto fragment:

„Co stworzyli Fichci, Hegle,/ Kanci, Comci - umiem biegle./ . Wszystkie zagraniczne „geisty” /. Znam: Ibseny, Marksy, Kleisty ./ I Amiele i Sorele:/ Wszystkich, wszystko na proch mielę./ . Wiem, co płonie, a co tli się/ W Goethem, w Heinem, w Novalisie;/ Co w Shakespearze, w Macauleyu,/ W Millu, w Keatsie i w Shelleju/ Wiem, co Dante rzekł, Carducci;
Wiem, co Machiavel uczy./ Nikt nie żywił się tak niczem,/ Jak ja Fryderykiem Nietzschem./ Wiem, co Budda, co Mahomet;/ Co jest Krishna, co Bafomet;/ Wiem, co pisał Tomasz z Kempis;/ Wiem, kto kocha zło, kto tępi;/ Wiem, gdzie zła, gdzie dobra rola,/ Jak jaki Savonarola.... Tak, lecz MOJE własne DZIEŁO/ - Moje własne - LICHO WZIĘŁO” /podkr.moje/

Jak mówiłem o Brzozowskim WYPADA mówić DOBRZE, lecz dobrze nie wyklucza różnie. Sam Brzozowski podkreśla nieustannie swoją katolickość, podkreśla tak żarliwie, a wręcz zbyt żarliwie, aby kato-Polak mu uwierzył. Podobny efekt wywołuje swoimi wyznaniami Miłosz, nie wspominając o Michniku, który tak „czarnych” się boi, że przyznaje wprawdzie w końcu I tomu, że „nakreśliłem obraz Kościoła zbyt rozjaśniony”, lecz w sześciu dalszych lizusostwo kontynuuje. Co do opinii o Brzozowskim, zacznę od Normana Daviesa, który widzi w nim JEDYNEGO PIONIERA POLSKIEGO MARKSIZMU. Dodajmy, że wg tegoż Daviesa, polski marksizm wydal ZALEDWIE dwóch myślicieli dużej klasy: Adama Schaffa /ur.1913/ i jego ucznia, Leszka Kołakowskiego /ur.1927/, obu wyrzuconych póżniej z Partii. Giedroyć z kolei wielokrotnie powtarza, że „wychował” się na lekturach Brzozowskiego i Żeromskiego. /Wymienia również Potockiego, Micińskiego i Berenta/. Wg Wyki, „pisma Brzozowskiego odegrały /wielką rolę/ w ukształtowaniu światopoglądu filozoficznego tzw „warszawskiej szkoły idei”...... Do szkoły tej należeli: Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Andrzej Walicki, Jerzy Szacki, Zygmunt Bauman i inni. „Patronem” ich był Juliusz Kroński, heglista, filozof, który wpłynął równie zdecydowanie na światopogląd wybitnego pisarza - czyli Czesława Miłosza w jego wojennym i bezpośrednio powojennym okresie. Młodych filozofów „warszawskiej szkoły idei” pociągnął przede wszystkim historyzm Brzozowskiego i jego nieustanne próby związania jednostki z dziejowym światem. To właśnie w tym kręgu filozoficznym doszło do pierwszego po II wojnie tak dynamicznego odrodzenia pisarstwa filozoficznego Brzozowskiego, a także jego „filozofowania” rozumianego jako sposób życia duchowego, będącego w nieustannym ruchu. Najważniejszą pracą, jaka powstała w tym kręgu wybitnych brzozowszczyków, była książka Andrzeja Walickiego „S. Brzozowski - drogi myśli” /1977/”.
Ze względu na normatywną długość recenzji powiem tylko, że Brzozowski pastwił się nad Sienkiewiczem, jako szkodnikiem społecznym, a moje zdanie nt książki zastąpię bardziej kompetentnym, z którym sympatyzuję
Na portalu culture.pl czytamy:
„ ‘Legenda Młodej Polski’ tworzy w naszym piśmiennictwie własny, nie mający poprzedników i nie dający się zapewne powtórzyć, gatunek rozprawy krytyczno-kulturalnej” - pisał Andrzej Mencwel. Książka jest tak pomyślaną krytyką współczesnej świadomości historycznej i kulturalnej, by krytyczne przepracowanie łączyło się w niej z pozytywnym projektem filozoficzno-antropologicznym. Szczególnie istotne dla czytelników „Legendy” pozostają studia „Kryzys romantyzmu” (krytyka romantycznego stanu świadomości i obraz relacji między romantyzmem a Młodą Polską); „Polskie Oberamergau” (o niewykorzystanej szansie romantyzmu); „Nasze ‘ja’ i historia” (o relacji między historią a życiem).
W „Kryzysie romantyzmu” pisał krytyk: „Na czem polega romantyzm? Na tem, że człowiek próbuje stworzyć świat, w którym jego ‘ja’ nie byłoby bezmyślnym widzem, chce stworzyć świat posłuszny naszej woli, odpowiadający naszej myśli, psychice”. Tę konstatację można by uznać za oś myślową książki: niezależnie od tego, czy Brzozowski będzie pisał o Norwidzie, Wyspiańskim czy Żeromskim, powróci do wątku przełamywania niemocy, samodzielnego stwarzania sobie świata: podstaw do życia i myślenia. Co ważne: słynna formuła „Romantyzm to bunt kwiatu przeciwko swym korzeniom” ilustruje taką sytuację duchową, w której nie ma szans na zmierzenie się z życiem realnym, a nie z jego jakkolwiek pomyślaną hipostazą. A ta gotowość stanowi dla Brzozowskiego niezwykle istotne kryterium wyłonienia formacji, które mogłyby sprostać wymaganiom czasów. Młoda Polska nie była w oczach krytyka pozytywnym przezwyciężeniem romantyzmu, przeciwnie: odziedziczyła większość jego słabości, tracąc wiele z potencjału buntu i zmiany. Znakomite studia o Wyspiańskim czy Żeromskim to ważne demaskacje wewnętrznego zniewolenia i „podcięcia” przez romantyzm uwewnętrzniony, który z idei staje się fantazmatem i pułapką. Albo: który w kulturze polskiej ma zarazem jasny, konstytuujący ją i inspirujący awers idei oraz ciemny rewers: „klątwę bezczynu” z”Wyzwolenia”.”

Monday, 5 January 2015

Julian BARNES - "Pod słońce"

Julian BARNES - “Pod słońce”
Daję drugą szansę Barnes-owi po nieudanym „Jeżozwierzu” /1 gwiazdka/.
I teraz mam dylemat, bo mamy kombinatoryjkę składającą się z trzech elementów: Barnes jest głupi, jego bohaterka jest superidiotka, ja jestem tępy. W celu analizy wszytkich kombinacji przeczytałem WSZYSTKIE recenzje dostępne w internecie i znalazłem jedno ciekawe zdane:
“It will be seen that this novel takes great liberties with the handling of time”.
Ponieważ, ni diabła nie rozumiem co to znaczy, wysuwam wniosek z kombinatoryjki, że to JA JESTEM TĘPY, czego też Państwu z całego serca życzę.

Sunday, 4 January 2015

Daphne du MAURIER - "Rebeka"

Daphne du Maurier - “Rebeka”
Zainteresowałem się du Maurier /1907-89/ z trzech powodów: po pierwsze - została uhonorowana tytułem Dame Commander of the Order of the British Empire; po drugie - jej „Rebeka” i „Ptaki” stały się inspiracją dla Hitchcocka do stworzenia filmów o tych samych tytułach; a po trzecie – została trzykrotnie oskarżona o plagiat, w tym o „Rebekę”/1938/ przez brazylijską pisarkę Carolinę Nabuco, gdy film Hitchcocka pojawił się w Brazylii.
„Rebekę” ponadto poleciła mnie moja żona, stwierdzając, że czyta się przyjemnie, a najlepsze jest zakończenie. A że, delkatnie określając, liczę się ze zdaniem żony, dziarsko przystąpiłem do lektury. I pół niedzieli czytałem o jeszcze jednej la femme fatale. Czytało się dobrze, bo o takich kobietach zawsze czyta się z zainteresowaniem, a jeszcze chętniej by się je poznało w realu.
Przyznaję, że to jedna z lepszych książek tego gatunku, ale jest do cna NIEMORALNA, a dlaczego, to nie mogę zdradzić, by nie popsuć Państwu lektury. Mogę natomiast powiedzieć, że czuję idiosynkrazję do obgryzania paznokci, a to właśnie jest dodatkowym /poza niemoralnością/ minusem tej książki.

Saturday, 3 January 2015

Tadeusz DOŁĘGA_MOSTOWICZ - "Znachor"

Tadeusz DOŁĘGA-MOSTOWICZ - „Znachor”
Dołęgę-Mostowicza /1989-1939/ nazywano „doskonałym rzemieślnikiem” bądż pisarzem „PIERWSZORZĘDNIE DRUGORZĘDNYM”. Tylko nie zapominajmy, że GOMBROWICZ mówił podobnie o SIENKIEWICZU:
„...nigdy nie było tak pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego. To HOMER drugiej kategorii..”.
Minęło 75 lat od bohaterskiej śmierci Dołęgi; śmierci żołnierza broniącego Ojczyzny. Zginąl w wielu 41 lat, po zaledwie siedmioletniej karierze pisarskiej, a jego książki są chętnie czytane do dzisiaj. Wymienię tylko 7 najpoczytniejszych: „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Prokurator Alicja Horn”,”Doktór Murek zredukowany”, „Drugie życie doktora Murka”, „Znachor”, „Profesor Wilczur”, „Pamiętnik Pani Hanki”. Trzynaście filmowych adaptacji jego utworów, w tym dwie omawianego „Znachora”: przed wojną /1937/ z Kazimierzem Junoszą-Stępowskim i Elżbietą Barszczewską oraz w 1981, przez Hoffmana z Jerzym Bińczyckim i Anną Dymną. Który z polskich pisarzy może pochwalić się porównywalnym dorobkiem ?
Czy może nie za łatwo przyzwyczailiśmy się do powtarzania pogardliwych sądów wykreowanych przez „elyty” II RP, obrażone ich groteskowym obrazem przedstawionym w „Karierze Nikodema Dyzmy” /1932/, jak i „Pamiętniku pani Hanki” /1939/, który stał się gwożdziem do zamykanej już trumny II RP.
Sienkiewicz wykreował na bohatera narodowego Rusina z domieszką krwi rumuńskiej, Jeremiego Wiśniowieckiego, który wg Normana Daviesa /”Boże Igrzysko” str.437/:
„...był pospolitym bandytą, łupieżcą wdowich majątków, renegatem i zdrajcą...”
Natomiast Dołęga stworzył Dyzmę, archetyp prostackiego karierowicza, który ma rację bytu tylko w państwie pozbawionym solidnych struktur czyli w zegadłowiczowskim „Domku z kart”, tworzonym po 1920, 1945 i 1989 roku. Nie oburzajcie się, Państwo, bo ceniony i szanowany przeze mnie za pracę nad sobą, śp Andrzej Lepper, był jednak Dyzmą.
Ale czas już na omawianą powieść. Wszyscy treść znają, bądż z lektury, bądż z którejś wersji filmowej, więc bezsensowne byłoby się nią zajmować. Mam więc tylko jedno pytanie: czy komuś z Państwa nie zakręciła się łza w oku w trakcie lektury bądż projekcji ? Bo ja płakałem, jak przy „Trędowatej” i wcale się tego nie wstydzę. I powieść ta nie propaguje taniego sentymentalizmu, lecz pokazuje ile może zdziałać DOBRO.
Zgodzicie się Państwo, że DOBRO jest największą WARTOŚCIĄ, więc zmuszeni jesteście stawiać, jak ja, 10 gwiazdek.

Jan HARTMAN - "Głupie pytania. Krótki kurs filozofii"


Jan HARTMAN - “Głupie pytania”
Prof. Zbigniew Mikołejko na stronie wyborcza.pl pisze:
„O takich jak Jan Hartman mówiono kiedyś l'enfant terrible, straszny bachor. Knąbrny i niewygodny, nieraz bezczelnie rozstawiający po kątach. Suwerenny i niezależny. W swoim myśleniu najszczerzej inny od nakazów obiegowej, tandetnej wiary, czy zwyczajów tej albo innej "wsi spokojnej". Także filozoficznej. Tacy jak on są potrzebni jak tlen naszej kulturze: ospałej i zadowolonej z siebie, na powierzchni której królują niemrawe zbiorowe atawizmy i przymus poprawności, a we wnętrzu kotłuje się barbarzyństwo i głupota”

Sam Hartman /ur.1967, polski uczony, prof.zw.,dr hab., absolwent KUL-u, Żyd/ zauważa:
„Myśli przychodzą i odchodzą, potem przychodzą znowu i znowu odchodzą, a życie toczy się, jakby ich wcale nie było. Życie przecież nie jest myśleniem. Myślenie jest raczej przerwą w życiu niż jego integralną częścią” .
Przykro mnie, ale moim zdaniem jest czasem odwrotnie tzn, że myślenie jest integralną częścią życia tych NIELICZNYCH /wg św. Augustyna/, którzy zostali obdarowani łaską rozumu.
Autor podjął niezwykle trudną i ryzykowną próbę przedstawienia uargumentowanych odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, nurtujące ludzi „od zawsze”, w sposób zrozumiały dla szarego człowieka, nieprofesjonalisty. I już za ten trud należy mu się chwała!!!
Jak można się było spodziewać zaczyna od zasadniczego pytania: CZY ISTNIEJE BÓG? I zaczynają się schody, bo: /32/
„nie bardzo.. ..wiadomo, o co pytamy, pytając o istnienie Boga..”
Wydaje się konieczne doprecyzowanie podmiotu pytania, bo nie wiemy /27/
„co należy rozumieć pod pojęciem Boga albo co znaczy słowo „Bóg”....”
No i Hartman przedstawia nam - laikom, całą historię MYŚLI LUDZKIEJ na ten temat, w sposób cudownie przejrzysty, kompletny i maksymalnie skondensowany. Radzę Państwu pójść w moje ślady i przestudiować ten rozdział trzykrotnie, bo bez wątpienia jest najważniejszy.
Autor konkluduje: /59/

„Zdanie „Bóg nie istnieje” jest semantycznie kalekie i paradoksalne, więc trudno byłoby podać je jako konkluzję naszych analiz. Możemy natomiast powiedzieć tyle, że pojęcie Boga jest wieloznaczne, a sens zdania „Bóg istnieje” (a więc nie tylko zdania „Bóg nie istnieje”) jest wysoce problematyczny, a w konsekwencji problematyczna jest również SENSOWNOŚĆ SAMEGO PYTANIA o istnienie Boga....”./podk.moje/

Drugie pytanie to: CO BĘDZIE PO ŚMIERCI ? Hartman udowadnia, że jesteśmy poniekąd nieśmiertelni. Aby zrozumieć jego wywód konieczne jest przyswojenie: /87/ „czujnie egzystującego ja /czy DASEIN - jak brzmi słynny termin Heideggera/”. Dodajmy, że to również „konik” ks. Tischnera, i właśnie w celu oswojenia się z tym pojęciem radzę mego „guru” poczytać Na obecną chwilę podaję z Wikipedii:
„Dasein (niem. dasein - dosł. tu-bycie) – w filozofii Heideggera: fenomen w znaczeniu zwykłym tzn. sposób ujawniania się rzeczy (byt). Obok Dasein, Heidegger mówi o fenomenie w sensie ścisłym tzn. o byciu (sein - zasadzie istnienia przedmiotu). Powołaniem człowieka jest rozumienie swojego bycia; w ten sposób transcenduje (wykracza poza) swój byt”.
Drugim pojęcie niezbędnym do przyswojenia wywodu Hartmana są „leibnizowskie monady”, których definicję, w celu ułatwienia lektury, podaję również za Wikipedią:
„Monady – byty duchowe; nie mają charakteru czasowego (nie mogą powstawać w sposób naturalny drogą złożenia ani rozkładać się, ale mogą być w jednej chwili w całości unicestwione lub stworzone) ani przestrzennego.
"Tam zaś, gdzie nie ma części, nie jest możliwa ani rozciągłość, ani kształt, ani podzielność. Monady te są tedy właściwymi atomami natury i jednym słowem pierwiastkami rzeczy." (G. W. Leibniz, Monadologia, , teza nr 3.)”.
A ponad wszystko, wydaje mnie się istotne przypomnienie przy tej lekturze, uwagi nieodżałowanego ks. Twardowskiego na temat etymologii słowa „zwłoki”. Bo właśnie on odrzucał dualizm „ciało-dusza”, twierdząc, że są nierozerwalne, a „zwłoki” wywodzą się od „zwlekania”, pozbawiania się czegoś zbędnego.
Odpowiedzi jednoznacznej Hartman nie udzielił, bo nie mógł, lecz ja odniosłem wrażenie, że w tej materii /i nie tylko/ wszystko skomplikował Kant. No cóż, Kołakowski wymieniał go za jeden z filarów filozofii. Przypomnijmy z „Mojego Pod Ręcznika”:

„FILOZOFIA - pięć nazwisk wyznacza wielkie etapy filozofii: PLATON /onto-teologia/, KANT /filozofia transcendentalna/, HEGEL /rozum jako historię/, BERGSON /czyste trwanie/, HEIDEGGER /fenomenologię bycia odróżnionego od bytu/”
Poduczony, lecz nieusatysfakcjonowany, przechodzę do trzeciego pytania: SKĄD WZIĄŁ SIĘ ŚWIAT ? Ponownie Hartman zaczyna od kwestii zasadniczej: /129/
„... pytając o pochodzenie świata, zakładamy, że istnieje coś takiego jak świat. Co to jednakże znaczy „świat” i co to znaczy, że „istnieje”? .”.
Autor snuje historię, nazwijmy to, semantyczną od zarania ludzkości robiąc przerywnik na istotnym XVII wieku: /136/
„Aż wreszcie, w XVII w., przyszli Galileusz z Kartezjuszem i definitywnie „odczarowali” świat materialny. To od nich pochodzi tak dobrze znane nam wyobrażenie świata jako pustego, głuchego kosmosu, zawierającego bezmyślne kule ognia, bezmyślne kamienne kule planet i równie bezmyślny eter, wypełniający przestrzeń (z eterem akurat już się rozstaliśmy niespełna sto lat temu). I dopiero zupełne zeświecczenie pojęcia świata doprowadziło do postawienia owego pytania: czy umysły (jaźnie, świadomość) należą do świata? Odpowiedź mogła być tylko jedna: nie należą, bo świat jest zbiorem przedmiotów mających swoje rozmiary, a umysł jest podmiotem i żadnej charakterystyki przestrzennej nie posiada. Jak to ujął Kartezjusz, świat to res extensa (coś rozciągającego się w przestrzeni), a umysł to res cogitans (coś myślącego)”.
Przejrzystość wykład traci z chwilą przejścia do Wielkiego Mąciciela Kanta, bo wprowadzenie „transcendencji” oraz „Ding an sich”, pojęć notabene wielokrotnie semantycznie zmienianych, zwiększa niebezpiecznie ilość poruszanych aspektów, tak, że zaczynamy zapominać o istocie naszego pytania. Niemniej wydaje mnie się na miejscu przytoczenie tu fragmentu mego eseju pt „Wola, niewola, Ding an sich” /p.blog wgwg1943/, aby oswoić niektórych z Państwa z tymi pojęciami. Wg Kanta:

„...„Niezależnie od świata doświadczenia istnieje świat „rzeczy samych w sobie” /Ding an sich/. Nie są one dostępne w poznaniu opartym na doświadczeniu, nie mogą więc być przedmiotami poznania ani dla zmysłow, ani dla intelektu. Do ich poznania pretenduje czysty ROZUM, nie jest jednak w stanie spełnić tego zadania i wikła się w PARALOGIZMY i ANTYNOMIE /paralogizm - błędne rozumowanie, błąd logiczny mimowolny i nieświadomy; antynomia - sprzeczność między dwoma twierdzeniami, z których każde wydaje się prawdziwe. - przyp. mój/. Założenie istnienia „rzeczy samych w sobie” /Ding an sich/ jest jednak konieczne; bez nich nie dałoby się wyjaśnić pochodzenia wrażeń zmysłowych, niemożliwe byłoby także uzasadnienie postulatów praktycznego rozumu, w tym istnienia Boga i nieśmiertelności duszy ludzkiej...”.
Tak więc „Ding an sich” to realna, lecz niepoznawalna rzeczywistość, zewnętrzna wobec ludzkiej świadomości, niedostępna dla ludzkiego umysłu. To co możemy poznać to FENOMENY. Pozorne poznanie możliwe jest dlatego, że umysł ludzki narzuca niepoznawalnym „Ding an sich” /„rzeczom samym w sobie”/ APRIORYCZNE /pochodzące z samego umysłu/ formy i kategorie.
Hartman pozostawia mnie w niedosycie przelatując nad Bing Bangiem i „osobliwością początkową” /168/
„Miejsce newtonowskiego czasu zajęło w fizyce pojęcie czasu związane z teorią względności i innymi, późniejszymi teoriami fizykalnymi. Z braku kompetencji nie możemy ich tutaj komentować, niemniej jednak należy zauważyć, że występujące w fizyce współczesnej pojęcie czasu dzieli los całej aparatury pojęciowej fizyki, która bardzo luźno i tylko pośrednio odnosi się do świata, tak jak go potocznie rozumiemy, a więc do przyrody jako zbioru kamieni, roślin, zwierząt, planet i gwiazd. Teorie fizyki, w których jest mowa o jakichś osobliwościach, czyli szczególnych stanach wszechświata, które można kojarzyć jakoś z „początkowością” (np. teoria Big Bang – Wielkiego Bum), są wyłącznie rekonstrukcjami jakichś hipotetycznych wydarzeń w pewnej warstwie świata zaludnionej przez różne dziwne obiekty, jak kwarki, bozony czy „oddziaływania”, co do których generalnie wierzymy, że pozostają w jakimś związku z tym, co nazywamy krzesłami, górami albo rzekami. Lecz to, na czym ten związek polega, „to już jest kwestia filozoficzna”, czyli notorycznie nierozstrzygalna i skazana na arbitralne dość spekulacje”.

Zainteresowanym polecam lekturę książek ks. prof. Michała Hellera, kosmologa i filozofa, który dokładnie te zagadnienia wyjaśnia, a przede wszystkim bezkolizyjność kreacjonizmu i ewolucjonizmu. /Przypominam, że niejaki Dawkins nazwał JP II hipokrytą za akceptację ewolucjonizmu/
Konkluzja Hartmana jest ponura: /175/

„Pytając, skąd wziął się świat, instynktownie kierujemy się ku granicy możliwości zapytywania o cokolwiek. Ku granicy sensu. Ku granicy bytu i nicości. Naiwna myśl o „początku świata”, który tłumaczyłby jego naturę i losy, o prawdziwe arche, jak każda myśl pierwotna, nomen omen archaiczna, powraca, ilekroć rozum, zagłębiając się w siebie, idzie drogą powrotną ku swym źródłom i korzeniom. Nic tu się nie może więcej wydarzyć. Arche, początek świata, przełom Nicości i Bytu, nie może zjawić się jako żadna określoność (bo tak czy inaczej określone rzeczy są tylko częściami świata). A powiedzenie, że jest ono nieokreślone, czy też że jest nieokreślonością, apeironem, tyleż cokolwiek tłumaczy, co nie tłumaczy niczego..”.

Czwarte pytanie brzmi: CO TO JEST PRAWDA ? Z szerokiego wywodu odnotowałem, że do prawdy prowadzi np heglowska „wiedza absolutna” /213/, którą najprościej sobie uzmysłowić jako „bożą wszechwiedzę”, no i że prawda jest subiektywna, czyli jak mówił ks.J.Tischner są trzy prawdy: moja prawda, twoja prawda i g...o prawda, a w ogóle: /293/

„Nie ma dobrej uniwersalnej teorii prawdy i być nie może. Słowo „prawda” znaczy różne rzeczy i jego znaczenie nie mieści się w jednym, spójnym pojęciu. Jednocześnie słowo to opisuje bardzo różne zjawiska i doświadczenia, jak doświadczenie realności czegoś, doświadczenie oczywistości albo spójności logicznej pewnego zespołu treści. Jeśli próbujemy za pomocą jednej kluczowej intuicji oddać wszystkie racje i okoliczności, w których poprawnie, prawomocnie czy też tylko „mając dobre po temu powody” posługujemy się terminami „prawda”, „prawdziwy”, to nieuchronnie poniesiemy klęskę...”

I jeszcze:
„Dla życia etycznego, w sferze prywatnej i publicznej, największe znaczenie spośród wszystkich znaczeń słowa „prawda” ma właśnie to, które dochodzi do głosu w słowie „prawdomówność”. Mowa szczera i sprawiedliwa jest prawdomówna – choćby nie była wolna od fałszu. W sensie etycznym prawdziwy jest taki sąd, który wypowiedzieliśmy, uczyniwszy wszystko, co w naszej mocy, by rozeznać się w danej kwestii, traktując ją bezstronnie, uważnie, z dużą dozą krytycyzmu wobec samych siebie”

I już następne pytanie, piąte: CZY JESTEŚMY NAPRAWDĘ WOLNI.? To pytanie przypomina mnie stwierdzenie ks.J.Tischnera w „Nieszczęsnym darze wolności”, że..

„..wolność to sposób istnienia dobra..”.

Hartman zaczyna od dokonywania wyborów jako przejawu, jak i nakazu wolności, a więc wyrażaniu swojej woli. Pozwalam sobie przypomnieć, że relację wola-wolność omawiałem w wyżej wspominanym eseju pt „Wola, niewola, Ding an sich”. Następnie omawia:/257/

„..ów paradoks wolności, która zawsze doświadczana jest dwoiście: jako mogę i jako muszę, jako splot wybierania i konieczności. Bez wątpienia istota wolna musi podejmować jakieś decyzje, dokonywać jakichś wyborów i następnie wcielać je w czyn. Skoro tak, to musi być zdolna do zastanowienia, do refleksji, do analizy i oceny. Musi być rozumna. Bez tego, a więc działając bezmyślnie, tak jak zapewne czynią niżej zorganizowane zwierzęta, mogłaby co najwyżej afirmować swe stany wewnętrzne i działania, a więc cieszyć się nimi, nie mogłaby jednak uznać się za sprawcę swych działań. Aby być wolnym, trzeba mieć zdolność do uświadomienia sobie własnej wolności...”

Omowienie relacji wola-wolność z uwzględnieniem ww tezy z Tischnera, Hartman kończy uwagą: /281/

„Co wybieram, wybierając? Ku czemu kieruje się moja wola i moja wolność? Zwykle powiada się w filozofii, że przedmiotem wyboru jest dobro, a ściśle – to, co wydaje mi się dobre. Ta odpowiedź niewiele jednak mówi, bo słowo „dobro” nie znaczy nic innego niż cel działania. „Działanie kieruje się ku celowi działania” – to jałowa tautologia. Ślad odpowiedzi znajdujemy wszelako w platońskiej „Uczcie” i całej tradycji z niej się wywodzącej. Otóż odpowiedź, jaką daje ta tradycja, jest taka, że człowiek wybiera lepsze, to znaczy, że cele, które sobie obiera, wyznaczone są przez zanegowanie tego, co jest, i wychylenie ku temu, co będąc jakoś podobne i porównywalne z tym, co jest, jawi się jednak jako doskonalsze. To wychylenie ku lepszemu jest postacią woli przeżywaną jako nadzieja. Wola dobra, wybierająca lepsze, każe układać życie w serię wyborów na osnowie nadziei”.
I robi się nudno, bo jest to temat rzeka i można go ciągnąć w nieskończoność, rozważając kolejno wolność jednostki, wolność społeczną czy polityczną. Staram się wyłowić istotne próby podsumowania: /298/

„Dopiero w społeczeństwie opartym na symetrycznym uznawaniu wzajemnym równych sobie osób wolność pojawia się jako uświadomiona wartość, którą trzeba chronić. Najprostszym, naiwnym wręcz sposobem ochrony wolności jest prawne i obyczajowe zdefiniowanie pola autonomii i swobody wyboru dla każdego członka społeczeństwa. Jeśli te pola są podobne dla wszystkich, bez różnicy płci, wyznania czy zamożności, uważamy takie społeczeństwo za sprawiedliwe i wolne. Wszak granice wolności jednostki wyznaczone są w nim przez wolność innej jednostki, w imię równości. Kto jednak i wedle jakich kryteriów wyznaczył owe względnie równe pola autonomii jednostek? Uczyniła to arbitralna władza, uzurpująca sobie prawo do określania granic wolności, oddzielania dobra od zła, odróżniania prawidłowego korzystania z wolności od jej nadużywania. Tej władzy wszyscy muszą być posłuszni, jeśli chcą cieszyć się tym zakresem swobody, jaki im wyznaczyła..”.

Jako samozwańczy uczeń Tischnera nie mogę być takim optymistą jak Hartman i nie przemawia do mnie konkluzja, która brzmi jak „socrealistyczna agitka”; /311/

„Tak, prawdziwa wolność jest możliwa. Nie jest jednak czymś danym nam – ani nam jako jednostkom, ani naszym społeczeństwom. Trzeba ją tworzyć wspólną pracą. Nawet ci spośród nas, którzy cieszą się największym nieskrępowaniem i najbardziej wszechstronnymi możliwościami wybierania, nie są naprawdę wolni, jeśli nie współtworzą wolnego społeczeństwa i wolnego państwa. Wolność moja jest podłożem wolności naszej, a ta jest dopiero podstawą wolności politycznej. Ta pierwsza, konstytutywnie pierwotna warstwa wolności nie może się utrzymać i wypełnić jako świadome życie wolnego ja bez tej drugiej i tej trzeciej. Jednakowoż wolność społeczna i wolność polityczna nic by nie znaczyły, jeśli nie powracałyby znów do jednostki, na grunt jej prywatnego, intymnego doświadczenia – jako ogólne i realne warunki jej wolności wewnętrznej i osobistej”.

Szóste pytanie: JAK ODRÓŻNIĆ DOBRO OD ZŁA ? jest dla mnie dziwne, bo analogicznie można pytać jak odróżnić ciepło od zimna. Przecież zgodnie z brzytwą Ockhama „zło” i „zimno” to byty zbędne. Pojęcie zimna wyeliminowała skala lorda Kelvina, a zło wg wielu filozofów i teologów, to tylko brak dobra, a ściślej obecność dobra w mniejszym wymiarze. Hartman zauważa: /324/
„Transcendentalna teoria dobra dokonuje czegoś więcej niż obiektywizacji dobra – ona dobro absolutyzuje. Dobry sam w sobie, wzorczo, jest tylko Bóg, a wszystko inne jest dobre wprawdzie pochodnie, ale rzetelnie i realnie, bo naprawdę zostało zechciane i za dobre uznane przez Stwórcę...”

Niewątpliwie ma rację, tylko, że trochę nie na temat, bo przecież pytanie dotyczy kryteriów rozdziału, a one są ekstremalnie subiektywne. Pierwsza próba odpowiedzi Hartmana na postawione pytanie trochę mnie przeraża, bo jednoznacznie kojarzy mnie się z wszechwładnym „kolektywem” z mojej PRL-owskiej młodości:

„Gdyby więc ktoś chciał „odróżniać” dobro od zła, to nie ma co liczyć na żaden zestaw cech czy kryteriów, które mógłby zastosować do różnych rzeczy, by dokonać ich selekcji i podziału na dobre i złe. Pomimo tego, że ze względu na nasze potrzeby mamy skłonność ku przedmiotom posiadającym określone cechy, na przykład pożywnym, żadna cecha ani zbiór cech nie zastąpi predykatu „dobry”. Do żadnych neutralnych, opisowych określeń nie da się dobra sprowadzić. Wobec tego wyrażenie „odróżniać dobro od zła”, jeśli w ogóle ma mieć jakiś sens, musi oznaczać coś innego: zdolność doświadczania dobra i zła w sposób wychodzący poza horyzont osobistego upodobania czy pragnienia ku wspólnej z innymi, publicznej albo kolektywnej, obiektywizacji. Komu posmakował nowy owoc, ten ma szansę uczynić go dobrym. Musi zanieść go innym i zaproponować, by także uznali go za dobry. Wspólnie mogą tego dokonać. Mogą ustanowić nowe dobro w swoim świecie”.
I przychodził druh Boruch, aktywista ZMP bądż lektor partyjny i indoktrynował, propagował, a w końcu przekonywał, że socjalizm jest największym DOBREM, a bazą jego jest TRZY „P” /przyjażn, przykład, pomoc/ ze Związkiem Radzieckim. I ustanawialiśmy „nowe dobro w swoim świecie”.
Przepraszam za kpinę, ale tak to odebrałem, co jest dowodem na możliwość zejścia na manowce wykładu Profesora. A przecież odpowiedż jest prosta: Kali ukraść - dobrze, Kalemu ukraść - żle. Hartman konkluduje: /369/

„Na pytanie, w jaki sposób odróżnić dobro od zła, udało się nam odpowiedzieć dość jednoznacznie: trzeba wychowywać w sobie cnotę roztropności. Życie moralne polega na działaniu i ocenianiu działania, czyli formułowaniu przekonań etycznych. Nie można ich uzasadniać w sposób dedukcyjny, gdyż oceny i postulaty nie wynikają z żadnych zdań twierdzących. Można jednakże konfrontować je ze sobą, badać ich zależności wzajemne, motywacje, które za nimi stoją, konsekwencje, do których prowadzą. Można je więc oceniać, a na gruncie tych ocen przyjmować je bądź odrzucać albo modyfikować”
.
Kolejne pytanie: JAK ŻYĆ pobudza do śmiechu, bo kojarzy się każdemu z „paprykarzem” i premierem Tuskiem. U Hartmana odpowiedż na to pytanie, bazuje na dotychczasowym wykładzie: /377/

„Właściwie wiemy już niemało o tym, jak żyć. Dotychczasowe rozważania doprowadziły nas przecież do kilku tez o kluczowym znaczeniu dla kwestii dobrego życia. Wiemy, że decydujące znaczenie ma dla wartości naszego życia utrzymanie wolności oraz roztropność, wyrażająca się w dbałości o to, by nasze przekonania etyczne były słuszne, a nasze postępowanie zgadzało się z tymiż słusznymi przekonaniami. Wiemy też, że rozpoznawanie dobra i praktykowanie wolności wymaga pewnego stopnia posłuszeństwa wobec wspólnoty, w której żyjemy, jakkolwiek jednocześnie wymaga pewnej zdolności do kwestionowania jej praw i obyczajów tam, gdzie okazują się one niesprawiedliwe. Wolność zawieszona jest pomiędzy niewolą kaprysów i namiętności oraz niewolą posłuszeństwa autorytatywnym instancjom naszej społeczności – roztropność nakazuje przeto szukanie równowagi między zachowawczością a nowatorstwem i transgresją. A wszystko to w imię więzi wspólnotowej, w której to definiuje się dobro i poza którą dobro – także moje dobro indywidualne – istnieć nie może. Takie są konkluzje wcześniejszych naszych rozważań. I tak wyposażeni możemy udać się w dalszą drogę w poszukiwaniu dobrego życia”.

Podstawową wskazówką do przepisu na życie jest hasło „poznaj samego siebie”. To typowe podejście filozofa, ja bym przed tym ostrzegał, bo zgodnie z parafrazą Pascala może to doprowadzić do rozpaczy. Cała rozważanie Hartmana jest idealistyczne: /382/

„Otóż każdy ma jedno życie i ma prawo przeżyć je najlepiej, jak to tylko możliwe. Każdemu człowiekowi należy się szansa na to, by mógł rozwinąć swoje zdolności i nabyć umiejętności zgodne ze swymi predyspozycjami. Każdy ma prawo do szczęścia. Aby być szczęśliwym, trzeba się wszechstronnie rozwijać i wykonywać pracę, która daje satysfakcję. Do szczęścia niezbędne są też godziwe warunki materialne. Najważniejsze jest jednak zdrowie oraz budowanie dobrych relacji z innymi ludźmi, a zwłaszcza miłość. Każdy ma prawo do miłości, każdemu wolno kochać i każdy może znaleźć kogoś, kto pokocha jego. Trzeba mocno wierzyć w siebie i być asertywnym. Tylko mając pozytywny stosunek do rzeczywistości i wytrwale pracując na spełnienie swoich marzeń, można osiągnąć sukces i być szczęśliwym. Szczęście polega na życiu pełnią życia, na czerpaniu radości z pracy i z miłości, na ciekawości świata i poznawaniu jego barw. Radość, którą daje miłość, twórcza i ciekawa praca, zdrowie i poznawanie świata, względna zamożność i wolny czas, w którym można oddawać się swojemu hobby i spotykać się z przyjaciółmi – to wszystko stanowi o dobrym życiu. Należy tak żyć, tak sobą kierować, żeby te wszystkie rzeczy, na ile to tylko możliwe, osiągnąć. Nie wolno bać się marzyć i za tymi marzeniami podążać. Na tym polega samorealizacja. Nie wolno przegapić swojej szansy i całe życie poświęcać się dla innych. Trzeba myśleć o innych, lecz także o sobie. Każdy bowiem ma prawo do szczęścia!”.

Nie dość, że to czcza teoria, to prosi się ona, by dodać: a za to znojne życie, ograniczone zakazami i nakazami, czeka ciebie Niebo, o ile istnieje!! Niby czemu hedonistyczny sposób na życie miałby być gorszy ? Sam Hartman wielokrotnie podkreśla, że mamy jedno życie, a skrajne przeciwstawne sposoby jego przetrwania to ponury ascetyzm z mantrą: „Memento mori” contra radosny hedonizm. Mamy też mniej radykalną epikurejską ataraksję. Nie przejmujmy się radami filozofów; wybór należy do nas. „Zabawowych” czeka ciekawsza starość, bo będą mieć co wspominać. Całe szczęście, że w końcowej konkluzji tego rozdziału znajduję zdanie: /417/
„W kwestii „jak żyć?” odpowiedzi całkowicie uniwersalnej być nie może. To pytanie każdy zadaje sobie osobiście, w intymności własnej egzystencji – i taka też, bardzo osobista, musi być na nie odpowiedź...”

Ósme z kolei pytanie to JAK DOBRZE URZĄDZIĆ TEN ŚWIAT ? Tak, jak się spodziewałem Hartman nie udzielił żadnej odpowiedzi, bo bezsens tego pytania jest oczywisty. Od czasów prehistorycznych ludzkie „urządzanie świata” jest ściśle ograniczone do postępu cywilizacyjnego, technicznego, co zresztą dość szczegółowo przeanalizował. Autor podaje przykład zmartwienia paryżan z powodu wzrastającej niepokojąco ilości łajn końskich na przełomie XIX i XX wieku. Dzisiaj ten problem przestał istnieć, ale problemy „urządzania” świata zostały. Wszystkie koncepcje filozoficzno-socjologiczne głosi się sobie a muzom, natomiast my zamiast „urządzać” świat działamy ad hoc w sytuacjach kategorycznych

Prof. Jan Hartman zakończył swój wykład miłym zakończeniem, motywując mnie do tego samego. A więc, ja skromny laik, pozwoliłem sobie na pewne uwagi nt lektury, niemniej jestem pełen uznania dla jego dzieła. Bardzo potrzebne są książki popularyzujące myśl ludzką wśród czytelników, którzy nie są przygotowani do studiowania rozpraw profesjonalnych. W moim przypadku rolę popularyzatorską spełniły przede wszystkim książki ks.Tischnera, ks.Hellera i ks.Halika. Odniosłem również korzyści z lektury „Świata Zofii” Gaardera. Poza tym profesjonaliści debatują na tematy bardzo wyszukane, a Hartman omówił najistorniejsze, podstawowe problemy wywołane fundamentalnymi pytaniami, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi; i dlatego nazwał je prowokacyjnie PYTANIAMI GŁUPIMI.