Tuesday, 12 November 2013

EPIKUREISM


                                      EPIKUREISM                                         4.04.2011                                                                                          


Trzy  tygodnie   temu  profesor  filozofii  z  Krakowa  –  Jan  Hartman  wywołał  burzę wyzywając   młodych  ludzi  od  „EPIKUREJCZYKÓW”  i  to  w  tym  gorszym,  potocznym  znaczeniu  tzn  ludzi  dążących  do  używania  życia, ceniących  ponad   wszystko   uciechy     i   wygody,  inaczej  mówiąc   HEDONISTÓW   i   SYBARYTÓW.  . Znęcając  się  nad dzisiejszą  młodzieżą, pisał /w Tygodniku Powszechnym/:
„Młodzi  torturują  siebie i  nas trywialnym  NIHILIZMEM,  wypranym  z  jakiejkolwiek  idei  moralnej”
 oraz dalej: [dla młodzieży]
LICZY  SIĘ   JEDNO:   PRZYJEMNE,  DAJĄCE   WIELE   RADOŚCI  ŻYCIE /podkr. moje/.
 Nie  jestem  nihilistą  /który  lubi  i  z  ta, i  z tą – parafraza  Sztaudyngera/ ale  wiem,  że  liczy  się  jedno: przyjemne,  dające  wiele  radości  życie.
Nie  wiem  natomiast, ile  wiosenek  liczy sobie Pan Profesor; wiem  natomiast, że  psychicznie jest starym  RAMOLEM   i   SAFANDUŁĄ,  gdyż   upierdliwe   narzekanie na  młodzież, tudzież   idealizowanie  czasów  swojej  młodości  ciągnie  się  od  demokracji ateńskiej  i  zawsze  jest  oznaką  uwiądu  starczego. /Znalazłem   wiek  p.  prof.  -  44/  
W  moim  długim  życiu  byłem świadkiem  ataków  na  boogie-woogie,  kapitalistę  Augusta  Bęcwalskiego [karykaturalna postać  brzuchacza  z cygarem  w  zębach]  i  wściekłego psa imperializmu Józefa Broz-Tito, potem  na  bikiniarzy  w  kolorowych  skarpetkach  i  w  butach  na  słoninie; gdy   miałem  15  lat  przyszedł   rock’n’roll i  plereza  a la Elvis, do  tego  piwnice  i  prywatki, aż  w  końcu  hippies, Czerwone  Brygady  i  światowy  bunt  młodzieży w 1968 roku. Dalej nie będę  wymieniał  bo  stałem się  dorosłym  i  automatycznie  przeszedłem  na  stronę „narzekaczy”. Taka  to  już  reguła, że  niespełnieni „starzy” krytykują „młodych”. A  że  z  każdej   lektury   można  wyciągnąć  korzyści, to  ta  stała  się  dla  mnie  inspiracją  do skreślenia  paru  uwag  o epikureizmie  wogóle,  jak  i  w  „Kosmosie” Gombrowicza, w „Dniu  Świra”  Koterskiego  oraz  w  moim  własnym  starczym  życiu.                                                                                                                                  
            Aby  pozostać  w  zgodzie  z  przyjętą  przeze  mnie  metodologią  pisania, wyjaśniam, że „ramol” wywodzi  się  z  francuskiego „ramolli” /zidiociały/, a „safanduła” to  tyle  co mantyka,  nudziarz,  zrzęda  czy  tetryk.  Co  do  HEDONISTY  to  wywodzi  się  z  greckiego „hedone” /przyjemność,  rozkosz/, a  hedonizm  to  doktryna  etyczna  stworzona  przez  Arystypa  z  Cyreny /IV w.pne/,  uznająca  przyjemność  za  cel  i  najwyższe  dobro człowieka,  jak  również  za  główny  motyw  działania, a  uniknięcie  przykrości za  warunek szczęścia.  SYBARYTA   zaś   to  człowiek  rozmiłowany w  zbytku  i  wygodzie,  a  nazwa pochodzi  od  greckiej  kolonii  w  płd. Italii  Sybaris , której  mieszkańcy  byli  smakoszami  i  w  VII w.pne   napisali  pierwszą  książkę  kucharską. Obawiając  się  własnej  sklerozy wspomnę  tu,  że  właśnie  na  bazie  hedonizmu  i  epikureizmu  powstał  w  XVIII w. UTYLITARYZM.  /Bentham,  Mill&Mill/ głoszący, że  celem  wszelkiego  działania  powinno  być  największe  szczęście  największej  liczby  ludzi.                 .
         
              Wracając  do  tematu;  czyż marzenie  „o przyjemnym, dającym wiele radości życiu” jest  zarezerwowane  dla „młodzieży”?  A „dorosłemu” nie  wolno  pomarzyć?  Nie  mówię już  o „starych”, bo  im z  reguły  doskwiera  ból,  który  jest  negacją  przyjemności. Istnieją bowiem  dwa  stany  czuciowe:  przyjemność  i  ból. I  conditio sine qua non /warunkiem nieodzownym/ zaznania  przyjemności jest brak cierpienia. Do  osiągnięcia najwyższego celu, jakim  jest  szczęście  prowadzi  dobro  najwyższe,  jakim  są  przyjemności,  które  dostępne są  tylko  w  ATARAKSJI  tj  w  spokoju  i  równowadze  ducha  wobec  zdarzeń zewnętrznych,  a  zwłaszcza  przeciwności  losu  powodujących  szczególnie  ból  lub  strach przed  bogami  i  śmiercią.

 Ból  cielesny  możemy  próbować  usunąć  środkami  fizycznymi, natomiast  do  usunięcia  strachu  przed   bogami  i  śmiercią  konieczny  jest  rozum. To rozum,  który  sobie  zdaje  sprawę  z  tego,  jaki  jest cel  i  jakie  są  granice  ciała,  może  nas  uwolnić  od  strachu  przed  nieskończonością,  przez  co  zapewni  nam  życie  doskonałe,  tak,  że  odtąd  nie  będziemy  odczuwać  już  potrzeby  wiecznego trwania. Mędrzec   nie  unika  przyjemności,  a  strach  przed  bogami  czy  też śmiercią  się  go  nie ima, bo  jak  tłumaczy  Epikur:

 „Bogowie  wszakże  istnieją,  i  wiedza  o  tym  jest oczywista; nie  istnieją  jednak  w  ten sposób,  jak  to  sobie  tłum  wyobraża.....Wszak  sądy  tłumu  nie opierają  się  bynajmniej  na  wyobrażeniach  pojęciowych, lecz  na  fałszywych  domysłach. Stąd  też  wywodzi  się  przekonanie, że  bogowie  zsyłają  na  złych  największe nieszczęścia, a  dobrym  świadczą  największe  dobrodziejstwa.  Ludzie  zapatrzeni  bez  reszty we własne zalety,  uważają  bogów  za  podobnych  do  siebie, a  to, co  jest od  nich  różne – za obce”.

  Do  tego  dodam  swoje  trzy  grosze, że  skoro  nieszczęścia, jak i dobrodziejstwa  rozdzielane  są  przez  bogów  autorytarnie, to  jakakolwiek  modlitwa  jest  ewidentną głupotą,  a  ponadto  bezczelnością. Z  pewnym  wyprzedzeniem  wspomnę  tu „Dzień Świra”,  w  którym  kato-Polacy  modlą  się,  by  wszelkie  nieszczęścia dotknęły  nie  ich, lecz  sąsiadów.

Wróćmy do Epikura i zobaczmy, dlaczego strach przed śmiercią, dla  mędrca,  jest  bezsensowny.   Pisze   on:

 „Staraj się oswoić z myślą, że śmierć jest dla nas niczym, albowiem wszelkie dobro i zło wiąże się z czuciem; a śmierć jest niczym innym, jak właśnie całkowitym pozbawieniem czucia. Przeto owo niezbite przeświadczenie, że śmierć jest dla nas niczym, sprawia, że lepiej doceniamy śmiertelny żywot, a przy tym ....wybija nam z głowy pragnienie nieśmiertelności.
W istocie bowiem nie ma nis strasznego w życiu dla tego, kto sobie dobrze uświadomił, że przestać życ nie jest niczym strasznym. Głupcem jest atoli ten, który mówi, że lękamy się śmierci nie dlatego, że sprawia nam ból, gdy nadejdzie, lecz, że trapi nas jej oczekiwanie. Bo zaiste, jeśli jakaś rzecz nie mąci nam spokoju swoją obecnością, to niepokój wywołany jej oczekiwaniem jest zupełnie bezpodstawny. A zatem śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nia ma. ......Tłum raz stroni od śmierci jako od największego zła, to znowu pragnie jej jako kresu nędzy życia. Atoli mędrzec, przeciwnie, ani się życia nie wyrzeka, ani się śmierci nie boi, albowiem życie nie jest mu ciężarem, a nieistnienia nie uważa wcale za zło. Podobnie jak nie wybiera pożywienia obfitszego, lecz smaczniejsze, tak też  nie  chodzi  mu  bynajmniej  o  trwanie  najdłuższe, lecz  najprzyjemniejsze”.                  

Epikur,  pozostając  konsekwentny  swoim  poglądom,  gdy  zmogła  go  kamica nerkowa, cierpiał  zaledwie  12  dni,  poczym  wszedł  do spiżowej  wanny  z  ciepłą  wodą,  napił  się mocnego  wina  i  zmarł.
.                                                                                                                                        
Nie  boimy  się  już  bogów  ani  śmierci, przeto,  aby  osiągnąć ATARAKSJĘ  tj  stan szczęścia  wskutek  błogosławionego  spokoju, NIEZMĄCYWALNEGO  czynnikami zewnętrznymi,  musimy  już  tylko  zaspokoić  nasze  pożądania. A te są:

„..NATURALNE   I   KONIECZNE   oraz   NATURALNE   I   NIEKONIECZNE, są  wreszcie  i  takie,  które  nie są  ANI   NATURALNE,   ANI   KONIECZNE,  a  są  tylko  wytworem  czczych  urojeń”.

 Do  osiągnięcia  szczęścia  wystarcza  zaspokojenie  pożądań „naturalnych i koniecznych” tj tych,  które  przynoszą  ulgę  w  cierpieniach, np  picie  gaszące  pragnienie  czy  jedzenie usuwające  głód.  Obżarstwo  czy  też  nadmierne  picie  jest  naturalne,  lecz  niekonieczne,   a  tezauryzacja  wzorowana  na  Midasie – i nienaturalna i niekonieczna, więc  jest   wytworem  „czczych  urojeń”. Konieczne  wydaje  się  podkreślić,  że  pożądania  materialne są   nieograniczone, więc  nie  warte  zbędnych  starań.  Jak  widać,  epikureism  przedstawia program  poniekąd  minimalistyczny, bo  wg  niego  szczęście  jest  dostępne   dla  każdego obdarzonego  rozumem, bez  względu  na  status  majątkowy.

Klasycznym  przykładem  powyższego  jest  epikureism uprawiany przez  Leona  w „Kosmosie”  Gombrowicza.  Emerytowany  urzędnik   bankowy  w  prowincjonalnej  filii banku,  zdominowany  przez  żonę  w  związku  trwającym,  podobnie  jak  praca  w  banku 35 lat, stwarza  „SWÓJ   INTYMNY   MAŁY   ŚWIAT”, w  którym  jest  szczęśliwy. Radość daje  mu  rytualne  mlaskanie,  infantylne  zdrabnianie  słów,  a  przede  wszystkim  lepienie kulek  z  chleba.  On  czerpie  ze  wszystkiego  przyjemność. A  do  tego  mitologizacja najważniejszego  wydarzenia  w  jego  życiu: zbliżenia  fizycznego  na  wrzosowisku z  kuchtą  z  pobliskiego  pensjonatu  przed  27  laty. Ten  jedyny „skok na bok”  urasta  do  aktu strzelistego,  bo  był  jedyną  jego  próbą  wyłamania  się  z  konwenansów. To  jego tajemnica,  którą  otacza  się  jak  murem przed  siłami zewnętrznymi  zagrażającymi jego ataraksji.

U  Koterskiego  mamy  ten  sam  „INTYMNY   MAŁY   ŚWIAT”.  Świr,  grany  przez   Marka  Kondrata,  to  sfrustrowany  gimnazjalny polonista,  starający odizolować  się  od wpływu  sił  zewnętrznych,  destrukcyjnych  dla  jego  spokoju. Wszystkie  czynności, wykonywane  rytualnie  mają  doprowadzić  go  do  ekstatycznego  stanu  upojenia  lekturą „Stepów  Akermańskich” Mickiewicza.  Niestety,  groteskowo  potraktowane  czynniki zewnętrzne  uniemożliwiają  mu  izolację.

W  życiu  podobnie  bywa.  U  zmierzchu  życia  mój  Ojciec  głosił  dewizę:

 „Przynoście  mi wiadomości  tylko  dobre;  złe  zakłócają   mój  święty  spokój,  a  poza  tym  wobec  złych  i tak  jestem  bezradny”.

 I  ja, na  starość, też  ją  wyznaję.  Jestem szczęśliwy, bo mam spokój. A  ściśle  walczę  o  święty  spokój.  Rytuałów   przestrzegam od  czwartej  rano: oporządzić koty,  przygotować  żonie  I i II  śniadanie,  kawę,  umyć się,  wysłuchać  dziennika  o 5  rano, podnieść  hantle  dokładnie  197  razy, w  międzyczasie  obejrzeć  kanadyjskie  wiadomości, skoczyć  do  maszyny  po darmową  gazetkę,  obejrzeć w TV Polonia  wiadomości o 6, potem „Plebanię”, rozwiązać  krzyżówkę  i sudoku  z gazetki,  wypić  kawę  i porozmawiać  z  żoną, o  7  dziennik  i  W11,  a  o  wpół  do  dziewiątej  przegląd prasy.  Potem  róznie  bo  i  spacer na  Pape, /6 km/, /ostatnio  nie  za  bardzo  bo  z  nogami  kiepsko/, i  zakupy, i  pranie, lecz przede  wszystkim  czytanie  lub  pisanie,  czasem   drzemka.  Od  17  do  18.30  telewizja,  do  dziennika  gra w  tysiąca, dziennik,  a od 20 do 22 moja żona zalicza seriale, a  ja  pasjanse i kakuru. O 22  gaszę  światło  i  w  trakcie  kryminałka kanadyjskiego zasypiam. Porządek dzienny /i  nocny/ uzupełniają  dwie  kocice, które  albo  mają  chcicę, albo chcą  się  bawić,  a  w  nocy  buszują  i  gryzą  w  palce  u  nóg. I  tak  ja  również osiągnąłem ataraksję  i  mam „SWÓJ  INTYMNY  MAŁY  ŚWIAT”.


Dopisek  2,5  roku  póżniej  tj  12.11.2013:   Hantli  już  nie  podnoszę,  na  spacery  nie  chodzę,  TV-nie  oglądam,  ale  mam  /ostatnio/ -  internet,  a  nieustannie  „swoj  intymny  mały  świat”,  z  którego  wynurzam  się,  by  na  blogu  zamieścić  moją  pisaninę