Monday, 25 November 2013

RECENZJE





                                       
     

                                     
                                 RECENZJE   NATYCHMIASTOWE


Przerażony  wpisami  “na  internecie”,  decyduję  się  na  najkrótsze  recenzje  przeczytanych  książek  na  swoim  blogu.

1. 25.11.2013;  MURAKAMI,  „Przygoda  z  owcą”:  Jestem  pełen  podziwu  dla  autora,  bowiem  to  sztuka  tak  dokumentnie  spieprzyć  dobry  początek.  Ciekawy  alegoryczny  pomysł,  nagle  w  końcówce  „zagęścił”  i   zawiesił  w  niedopowiedzeniu,  które  można  by  zaakceptować,  gdyby  nie  to  właśnie  zagęszczenie.  Szkoda,  bo  nieżle  się  czytało

2. 26.11.2013;   SARAMAGO,  „Baltazar  i  Blimunda”ARCYDZIEŁO!!!. Zgodnie  z  tytułem  strony,  przystępuję  do  pisania  „natychmiast”  po  lekturze,  a  jest  to,  w  tym  przypadku  niezmiernie  trudne,  gdyż  jestem  podekscytowany,  a  myśli  się  kłębią  i  wymagają  uporządkowania. Zacznijmy  od  tego  czym  książka  nie  jest.  Otóż,  na  pewno,  wbrew  licznym  recenzjom  i  komentarzom,  NIE  JEST  historią  pięknej  miłości.  Dalej,  mimo  tytułu  oryginału – Memorial  do  Convento,  NIE  JEST  „kroniką  klasztoru”  w  Mafrze.  Postacie  historyczne  /król  i  cały  dwór  portugalski,  pionier  awiacji,  Domenico  Scarlatti  etc/  są  TYLKO  TŁEM,  a  najważniejszą  rolę  powierzył  autor  NARRATOROWI,  który  m.in.  informuje  nas  o  wydarzeniach  z  przyszłości.  O  słuszności  tych  spostrzeżeń  przekonany będzie  każdy,  kto  dobrnie  do  końca  mojej  recenzji.  Teraz,  tylko  nadmienię,  że  Saramago,  aby  przedstawić  swoje  filozoficzne  poglądy,  nie  był  limitowany  miejscem  i czasem  akcji,  gdyż  są  ogólnoludzkie  i  „ponadczasowe”.  Mało  tego,  jedynie  auto  da  fe  wyznacza  granice  czasowe  wydarzeń. No  to  juz  czas  powiedzieć,  czym  „to”  jest ?  A  to  zależy  od  punktu  widzenia.  Dla  większości  - BLUŻNIERSTWEM,  dla  mnie -  satyrą  na  kler,  traktatem  filozoficznym  na  temat  spójności /a  raczej  jej  braku/  doktryny  judeochrystianizmu,  ale  przede  wszystkim  rozwinięciem  /może  lepiej -  swoistym  komentarzem/  schopenhauerowskiego  rozumienia  Ding  an  sich.

Aby  wyjaśnić  blużnierstwo,  wybiegnimy,  wzorem  autora,  w  przyszłość. „Baltazara  i  Blimundę”  wydano  w  1982  roku,  a  dziewięć  lat  póżniej  jego  „Ewangelię  wg  Jezusa  Chrystusa”,  którą  ogłoszono,  wszem  i  wobec,  BLUŻNIERSTWEM,  a  autora  wykreślono  z  listy  pretendentów  do  jakichkolwiek  europejskich  nagród  literackich.  Obudzili  się  z  ręką  w...Ręką,  a  no  właśnie:  gdy  Baltazar  wyciągnął  żebraczą  rękę,  natychmiast  otrzymany  datek  ukradł  mu  mnich,  chucie  mnichów  i  kurewstwo  mniszek  przewija  się  przez  całą  książkę,  by  apogeum  osiągnąć  w  końcowej  scenie  gwałtu  Blimundy  przez  mnicha.  Szkoda  mojej  ręki  na  takie  dyrdymały;  nawet  wywód  o  jednorękim  Bogu  /bo  po  co  Mu  lewa  ręka,  skoro  wszyscy  siedzą  „po  prawicy”/  zaliczam  do  dowcipnych,  lecz  nie  decydujących  o  wartości  książki.  Już  o  wiele  ciekawsza  jest  rozterka  ks. Bartłomieja,  czy  Bóg  jest  jednoosobowy  czy  też  „jeden  w  trzech  osobach”  i  kiedy  się  zmienił?  Jednakże  istotą  tego,  niewątpliwie,  DZIEŁA  jest  podkreślenie  dominującej,  najwyższej  siły  jaką  jest  WOLA.  O  zbieraniu  ludzkiej  woli  do  flakoników  z  bursztynami  czytamy  m.in  na  str.:146, 150, 151, 189, 191, 194 i  203;  i  o  dziwo!,  w  żadnej  ze  znalezionych   „na  internecie”  recenzji,  w  żadnym  komentarzu  nie  znalazłem  o  tym  słowa.  O  wadze  tego  niech  świadczy  cytat  ze  str.203: 
„..a  jeśli  zechcą  się  dowiedzieć,  dzięki  czemu  maszyna  szybuje  w  przestworzach,  to  przecież  nie  powiem  im,  że  kule  są  wypełnione  ludzką  wolą,  dla  świętego  Oficjum  nie  istnieje  nic  takiego  jak  wola,  według  nich  istnieje  tylko  dusza,  uznają  więc,  że  więzimy  chrześcijańskie  dusze,  uniemożliwiając  im  wstąpienie  do  raju..”   /podkr. moje/

U  Schopenhauera  ŚWIAT = WOLA =  Ding  an  sich.  Nie  miejsce  tu  na  dyskusje  o  WOLI.  Zainteresowanych  zapraszam  do  tekstu  pt  „Wola..”  na  moim  blogu.  Zwróćmy  natomiast  uwagę  skąd  wziął  się  pomysł  łowienia  ludzkiej  woli.   Zauważmy,  że  przed  podróżą  do  Holandii,  ks. Bartłomiej  mówi  tylko  o  „substancji  eterycznej”,  która  miałaby  zrównoważyć  siłę  grawitacji,  a  po  powrocie  już  o  niej  nie  wspomina.  A  więc  przejście  z  alchemii  do  transcendencji.  I  co  Wy  na  to? 
            

3.  29.11.2013   VARGAS  LLOSA,  “Rozmowa  w  “Katedrze””:  DUŻA  rzecz  -  całe  732 strony.  Żmudnie  przebrnąłem.  I  nie  mogę  pojąć  zachwytów  nad  tym  przeobszernym  tomiskiem,  pardon  „monumentalnym  dziełem”.   Zacznijmy  od   hobby  Gombrowicza  -  FORMY.  Nie  wiem,  czy  Vargas  znał  poszukiwania  Gombrowicza,  ale  wiem,  że  przebywał  w  Paryżu,  gdy  niepodzielnym  idolem  był  Sartre.  Przypomnijmy,  że  tenże  Paryż,  Paryż  wczesnych  lat  60-tych,  wpłynął  na  twórczość  Cortazara,  który  zaproponował  „nową”  /dla  mnie  niestrawną/  formę  w  „Grze  w  klasy”.  „Przenikanie”  rozmów  w  „Rozmowie..”    kupili  łatwo  przychylni  mu  krytycy  i  nazwali  stwarzaniem „illusion  of  flashback”.  /Dla  rozmów  toczących  sie  równolegle  nie  wykuli  już  nowego  określenia/.  Mnie  to  „nowatorstwo”  tylko  utrudniało  lekturę,  nie  zauważyłem  żadnych  tego  „pozytywów”.  Odniosłem  wrażenie,  że  i  autor  zmęczył  się  narzuconą  sobie  formą:  sukcesywnie  zmniejszał  udział  „dziwactw”,  by  w  IV  części  prawie  całkowicie  od  nich  odejść.
Czytając  Vargasa,  Cortazara  i  wielu  innych  pisarzy  Ameryki  Poludniowej,  odnoszę  wrażenie,  że  przestrogi  Gombrowicza  przed  pisaniem  „pod  Paryż”  nie  przyniosły  żadnego  skutku.  Również  treściowo  „Rozmowa...”  zachwycić   musiała  przede  wszystkim  lewicujących  francuskich  intelektualistów.  Bo,  dla  „wiekowych”  /jak  ja/  Polaków  jest  sprawnie  napisaną  parafrazą  wydarzeń  w  moim  ojczystym  kraju.  My  to  wszystko  znamy.  Bagaż  „poznania  aposteriorycznego”  sprzyja  wywołaniu  w  leciwym  czytelniku  swoistego  deja  wu. Mało  tego,  wydaje  mnie  się,  że  polski  poligon  walki  politycznej  jest  barwniejszy  od  peruwiańskiego.  Tam   podział  na  „białych”  i  innych  /Indian,  Murzynów,  mieszańców/,  wykształconej  elity  i  biedoty  jest  zasadniczo  trwały,  podczas  gdy  u  nas  PRL-owski  „awans  społeczny”   zniszczył  wszelkie  normy  świata  cywilizowanego.  Na  ponad  700 stronach  mamy  właściwie  jeden  przypadek  awansu  społecznego -  Bermudeza,  który  zresztą,  przy  pierwszej  okazji,  staje  się   kozłem  ofiarnym  elit,  a  u  nas...   Po  niego  przyjeżdża  Jeep,  a  u  nas  królowała  czarna „cytryna”,  która  uwoziła  delikwenta  w  nieznane,  z  którego  w  ogóle  nie  wracał,  bądż  wracał  z  teką  ministra.  Ale  najbardziej  rozczarowuje  świat  kurew:  wszystkiego  CZTERY.  To  nam  pozostały,  na starość,  o  wiele  bogatsze  reminiscencje.

Reasumując:  mam  uznanie  dla  wartkiej  akcji,  sprawnego  pióra  autora,  lecz  żadnych  wartości  poznawczych  ta  lektura  mnie  nie  przyniosła.  Może   młodsi,  bez  empirii  PRL-u  i  czasu  trasformacji,  czerpią  z  niej  korzyści,  może...   




4. 3.12.2013;  MARQUEZ“Miłość  w  czasie  zarazy”;  orig „El  amor  en  los  tiempos  del  colera”.  Najpierw  charakterystyka  utworu  w „jednym”  słowie: TARGOWISKO  /p/RÓŻNOŚCI,  a  teraz  systematycznie  począwszy  od  tytułu.  I  co ?  I  znowu  mamy  z  „porażającą” /modne  slowo,  nie?/  głupotą  tłumacza,  wydawcy  etc.,   bo  o  ile  zamiana  autorskiego  porównania  MIŁOŚCI   do  epidemii  CHOLERY,  na  ZARAZĘ  wydaje  się  dopuszczalna,  to  pominięcie  poprzez  błędny  tytuł    drugiego  znaczenia  tj  ludzkiej,  bezradnej  wściekłości  jest  niewybaczalne. /Przecież  Florentina,  i  nie  tylko,  cholera  bierze,  a  nie  zaraza/. A  o  tym  właśnie  jest  książka.  Acha,  jeszcze  retoryczne  pytanie  kapitana  na  ostatniej  stronie  książki:  „A  jak  pan  myśli,  jak  długo  możemy  pływać  w  to  cholerne  tam  i  z  powrotem?”.  Wydawca  tego  nie  zauważa,  dla  niego  to  „powieść  o  miłości”  i  lansuje  swoj  pogląd  umieszczając  na  okładce  cytat  z  Pilcha,  który  twierdzi,  że  „..to  romans  wszechczasów”.  No  cóż,  wolność  mamy,  więc  i  Pilch  może  się wypowiadać...
Ad  rem.  Zacznę  od  wątku  polskiego.  Uważny  „niepolski”  czytelnik  dowie  się  /wreszcie  - i  to  bez  ironii/  od  Marqueza,  że  Conrad  to  Polak, bo  na  str. 461  przeczyta:  „...Lorenzo  Daza  pośredniczył  między  rządem  liberalnego  prezydenta  Aquileo  Parry  a  niejakim  Josephem  Korzeniowskim, Polakiem  z  pochodzenia,  który  stacjonował  tu  przez  wiele  miesięcy w  charakterze  członka  załogi  statku  handlowego  „Saint  Antoine”, plywajacego  pod  banderą  francuską,  i  usiłował  doprowadzić  do  sfinalizowania  niezbyt  jasnej  transakcji  bronią.  Korzeniowski,  nieco  póżniej  sławny  na  całym  świecie  jako  Joseph  Conrad...”.  Chwała  za  to  Marquezzowi,  a  ja  dodam,  że  Auileo  Parra  był  prezydentem  w  latach  1876-8,  a  przyszły  Conrad  pelnił  funkcję  stewarda  na  wspomnianym  statku  mając  18  lat.
Przeczytałem  dziesiątki  recenzji  i  komentarzy  dostępnych  dzieki  internetowi  i  nie  widzę  sensu  powtarzania  wielu  słusznych  uwag  zamieszczonych  tamże.  Chciałem  natomiast  rozbudować  wątek,  nazwijmy  to   -  „Lolity”.  Juz  nieraz  pisałem  o  manierze  autorów  poludniowo-amerykańskich  „pisania  pod  Paryż”  i  nie  mogę  sie  oprzeć  wrażeniu,  że  ta  przypadłość  dotknęla  również  Marqueza.  Bo  czymże  innym  wytłumaczyć  opis  obrzydliwego  związku  ok. 70-letniego  Florentina  z  Ameryką Vizuną?  Chciał  przebić  Nabokova,  w  zapale  zapomniał,  że  Humbert  miał  zaledwie  37  lat,  więc  dwukrotnie  mniej  niż  jego  bohater.  Lolita   przeszła  do  historii  literatury,  Tropic  of  Cancer  Millera  również,  lecz  wszelkie  próby  naśladowania  ich  poniosły  klęskę.
Niesmak  wzbudzają  też  we  mnie   opisy  aktów  kopulacyjnych  ludzi  „niemłodych”,  a  mam  prawo  to  krytykować  ze  względu  na  swoj  wiek  i  wynikajace  z  tego  aposterioryczne  poznanie,  które  prowadzi  do  jakże  słusznej  maksymy,  że  „to  się  robi,  ale  mówić  nie  wypada”. Ciekawy  jestem  co  na  temat  autora /notabene  blisko 70-letniego  w  momencie  pisania/  powiedzieliby  geriatrzy,  co  powiedziałby  Lew  Starowicz?/
  
Nie  jestem  w  stanie  zaakceptować  niczemu  nie  służących  wulgaryzmów  jak  /str262/:  „Świat  dzieli  się  na  tych,  co  srają  dobrze  i  na  tych,  co  srają  żle”; /str301/: „Oszczać  wachlarz,  bo  wiatr  wieje”;  czy  też  przebłysków  dowcipu  i  inteligencji  autora  /str286/:  „Miłość  duszy  od  pasa  w  górę  i  miłość  ciała  od  pasa  w  dół”.  Żenujące,  a  w  dodatku  nieprawdziwe.         
No  to  przybliżmy  teraz  bohatera  tego  „romansu  wszechczasów” /p.Pilch/ /str.315/: Florentino  „przeszedł..  ..sześć  rzeżączek,  choć  lekarz  twierdził,  że  nie  sześć,  ale  jedną  i  tę  samą,  powracającą  po  każdej  przegranej  batalii. Poza  tym  chorował  raz  na  kiłęczterokrotnie  na  szankier  i  sześciokrotnie  na  ziarnicę..”.  Wynalazek  Ehrlicha /salwarasan/  jeszcze  do  Kolumbii  nie  dotarł.  Ponieważ  wykaz  chorób  dotyczy  naszego  superamanta  w  wieku  40  lat,  to  oznacza,  że  w  wieku  70  lat  winien  cierpieć  /conajmniej/  na  paraliż  postępowy,  a  wszystkimi  tymi  dobrodziejstwami  częstował  i  „nimfetkę”  Amerykę,  i  staruchę  Ferminę.    

Pozostaje  mnie  życzyć  czytelnikom  Marqueza  pozostawania  w  zachwycie  i  wzruszeniu  ta  „sentymentalną  opowieścią  o  mocy  trwałej  prawdziwej   miłości”




5. 11.12.2013. MURAKAMI  “Kronika  ptaka  nakrętacza”: WIELKI  SKOK  INTELEKTUALNY  autora,   od  „Przygody z owcą”  /1985/ /p.poz.1/   do   „Kroniki..” /1995/.  Nie  można  pominąć  też  wielkiego  sukcesu  tłumaczki – Anny  Zielińskiej-Elliott,  która  wypracowała  drogę  umożliwiającą  polskiemu  czytelnikowi  przyswojenie,  niuansów,  jakże  odległej,  mentalności  japońskiej.  I  od  tego  chyba  trzeba  zacząć.  Aby  umożliwić  sobie  rozkoszowanie  się  lekturą  trzeba  zaakceptować  aksjomat,  iż  rolą  kobiety  w  społeczeństwie  japońskim  /jak  i  w  wielu  innych,  szczególnie  azjatyckich/  jest  „uprzyjemnianie”  życia  mężczyżnie,  o  czym  wiemy  w  przypadku  kształconych  w  tym  kierunku  gejsz,  lecz  w  o  wiele  mniejszym  stopniu  dochodzi  to  do  naszej możliwości  percepcji  w  przypadku  „szarych”  ludzi.  O  nierównym  statusie  kobiety  i  mężczyzny   świadczy  humorystyczna  scenka,  w  której  zakup  papieru  toaletowego  w  kwiatki,  niebieskich  chusteczek  oraz  smażenie  wołowiny  z  papryką  przez  naszego  bohatera  nie  spotykają  się  z  akceptacją  żony;  ba!  zaczyna  się  bunt,  a  więc  sygnał  rozkładu  związku. Po  sześciu  latach  małżeństwa  mąż  nic  nie  wie  o  żonie,  ani  o  jej  gustach. A  ona,  pracując  zawodowo  od  świtu  do  nocy,  wie  gdzie  się  zapodział  jego  krawat  w  kropki. Dowiadujemy  się,  że  i  w  łóżku  ważne  jest,  tylko  i  wyłącznie,  doprowadzenie  męża  do  wytrysku, w  opisie  którego,  notabene,  autor  się  lubuje.
Użyłem  nieopatrznie  w  poprzednim  zdaniu  słowo  „bohater”, czym  sam  spowodowałem  konieczność  zajęcia  się  nim.
W  przeciwieństwie  do  licznych  recenzji,  które  skupiają  się  na  jego  osobie,  na  jego  miłości  do  Kumiko  i  chęci  jej  odnalezienia,  jak  i  uporczywym  używaniu  przymiotnika  „oniryczny”,  twierdzę,  że  Okada  nie  jest  bohaterem,  /m.in. wrodzone  lenistwo  mu  na  to  nie  pozwala/,   co  więcej  nie  jest  nawet  główną  postacią;  on  jest  zaledwie  KLAMRĄ  spinającą   przeliczne  wątki  opowieści.  To  tak  jak  w  serialu  „Polskie  Drogi”  Niwiński  jest  pretekstem,  sposobem  na  przedstawienie  wydarzeń,  które  łączy  tylko  tytuł. Ponadto  Okada  jest „spowiednikiem”  wszystkich. Autor  wymyślił  trick polegający  na  tym,  że  wszyscy ,  bez  żadnego  racjonalnego  powodu  powierzają  swoje  najgłębsze  tajemnice  niezbyt  rozgarniętemu  facetowi,  co  „ma  w  głowie  siano”.„oniryczny”?  Czy  wielość  rzeczywistości  zasługuje  na  ten  przymiotnik?  O  tym  póżniej,  a  teraz  główny  bohater:
Na  imię   mu  ZŁY,  którego  odnajdujemy  w  Naboru  Watai  i   Borysie  Oprawcy.  Oczywiście,  nad  wszystkim,  a  więc  i  nad  nimi,  jest  „ptak  nakręcacz”,  którego  ja  odczytuję  jako  FATUM.  Fatum  czyli  los. Okada  też  przyjmuje  imię  Ptaka  Nakręcacza,  lecz  wyczuwam  tu  kpinę  autora,  bo  to  Ofiara  Losu;  przecież  on  jest  jedną  wielką  NIEMOŻNOŚCIĄ.  Zadowolenie  z  liczenia  łysych  ujawnia  jego  naturę,  a  potem  bezproduktywnie  się  tylko  szwenda,  obserwuje  ludzi  i  biernie  czeka  na  zrządzenie  losu.
A  autor  pyta:  czy  można  walczyć  ze  złem;  czy  można  walczyć  z  FATUM;  czy  też  należy  przyjąć  postawę  Hioba.  Mamy  dwa  najważniejsze  zdarzenia;  dwie  próby  zabicia  ZŁEGO.  Pierwsze  autor  opisuje  szczegółowo:  odważny,  zdeterminowany,  „oświecony” przez  pobyt  w  alegorycznej  studni – porucznik  Mamiya  zostaje  owładnięty  NIEMOŻNOŚCIĄ;  nie  może  zabić  Borysa.  O  drugim  dowiadujemy  się  post  factum:  Kumiko  zabija  brata.  Tylko  czy  to  Kumiko?  I  czy  to  brat?  Zauważmy,  przewijające  się  w  powieści  kobiety  pozbawiane  są  imion;  mamy  tylko  jakies ułatwiające  identyfikaję  przezwiska:  Malta,  Korsyka, Gałka  itd.  Wszystkie /w ten  czy  inny  sposób/  zostały  „zbrukane”  przez  mężczyzn.  Nie  zapomnijmy  też  opisu  Chinek  gwałconych  przez  Japończyków, Mongołów,  swoich  a  w  końcu  przez  przedstawicieli  wszystkich  narodów  Związku  Radzieckiego.  Pamiętajmy,  że  i  Korsyka, i  Kumiko  uprawiały  prostytucję;  dalej,  że  do  Okady  wydzwania  niezidentyfikowana  kobieta,  a  w  przeróżnych  scenach  odbywających  się  w  ciemności,   kobiety  „podmieniają”  się.  Żeby  postawić  kropkę  nad  „i”  mają  podobne  wymiary,  dzięki  czemu  ubiory  jednej  doskonale  leżą  na  innych.  Nie  potrafię  inaczej  tego  odczytać  niż  jako  zamiar  stworzenia  wizerunku  głównej  bohaterki – jednej  KOBIETY-SYMBOLU  z  elementów  z  różnych  rzeczywistości.  I  to  właśnie  TA  KOBIETA  potrafi  z  pełną  świadomością  zabić  ZŁEGO,  bez  przebywania  w  symbolicznej  „studni”.  Tak  więc  Murakami  składa  hołd  KOBIETOM.
Z  wielością  rzeczywistości  mamy  do  czynienia  m.in.  przy  „przechodzeniu  na  drugą  stronę”, jak  również  w  przypadku  pobicia  kijem  baseball-owym  Noboru  Watai.  Odrzucenie  tej  alternatywy  spowodowane  jest   niemożnością  Okady,  lecz  w  „innej  rzeczywistości”,  „w  innym  wymiarze”  może  ona  zaistnieć.  Nieskończoność  dopuszcza  wielokrotne  zaistnienie  wszelkich  wariantów.   Z  kolei  erotyczne  „marzenia  senne”  przestają  być  „ONIRYCZNE”,  gdy  dowiadujemy  się  o  ŚWIADOMYM  udziale  w  nich  np  Krety.

Wielowątkowość  powieści,  jak  i  rozmaitość  poruszanych  zagadnień,  których  nie  rozwiąże  ani  Murakami,  ani  Gołebiewski,  jest  przeogromna  i  pozwala  na  pisanie  recenzji  „bez końca”,  jednakże  moim  celem  jest  tylko zasygnalizowanie  mego,  specyficznego   spojrzenia  i  to  w  możliwie  najkrótszej  formie.  No  i  właśnie,  znów  Murakami,  który  podkreśla,  że  punkt  widzenia  zależy  od  punktu  siedzenia.  Dlatego  też  Okada  chcialby  zostać  ptakiem,  by  z  góry  ocenić  sytuację.  Gorąco  POLECAM  omówioną  tu  książkę.





6. 20.12.2013,  STYRON,   “Sophie’s  Choice”; 82  pozycja na  liście  Le  Monde  100 Books  of  the  Century.  W ogóle  nie  powinno  jej  tam  być.  NIEWYPAŁ.  De  mortuis  aut  bene  aut  nihil.  Nie  mogę  się  do  tego  dostosować,  a  jedyną  moją  winą  niech  będzie  fakt,  że  nie  napisałem  tej  recenzji  nim  autor  odszedł   /2006/.   Muszę  zabrać  głos,  bo  nikt  dotąd  nie  zaprotestował  przeciw  bezkrytycznemu  wychwalaniu  książki,  jednej  z  wielu,  które  zdobywają  popularność  przez  żerowanie  na  stereotypie  „the  brute  Polak”/zbydlęconego Polaka/,  przedstawiciela  „nation  which  practically  invented  anti-Semitism” /narodu, który  faktycznie  wymyślił  antysemityzm/ i  „ghetto..   .originated” /zapoczątkował  tworzenie  gett/,/str.516/.  Ponoć  i  ideę  „final  solution” kwestii  żydowskiej  mieliśmy  wynależć  wg  Styrona  na  długo  przed  Hitlerem /str.300/.
Dyskutować  z  tak  absurdalnymi  twierdzeniami  nie  zamierzam,  a  zainteresowanym  polecam  przeczytanie  rozprawy  dr  Danushy  Gos/h/ki  z  Indiana  University, Bloomington  pt  „BIEGANSKI: The  Brute  Polak  Stereotype  in  Polish-Jewish  Relations and  American  Popular Culture”.Tak, tak  to  ten  Biegański  z  „Sophie  Choice”;  ojciec  Zofii,  karykatura  „endeka”,  dzięki  ktorej  Roman  Dmowski  przewraca  się  w  grobie,  a  rodzina  Giertychów  zwija  się  w  paroksyzmach  śmiechu.  Podkreślmy  tu,  że  Styron  tak  bardzo  nam – Polakom  zaszkodził,  że  postać  Biegańskiego  stała  się  negatywnym  archetypem  Polaka  w  Ameryce /ku  radości  tutejszych  Żydów/
Bo  „endek” Biegański,  chłopak  z  LUBLINA,  w  którym  wraz  z  bratem  Stanislawem /obecnie  ułanem  w  stopniu  pułkownika/,  bronił  Żydów  przed  kozackim  pogromem,  Polak-katolik,  teraz  jako  profesor  Uniwersytetu  Jagielońskiego  używa  w  domu  głównie  języka  niemieckiego  /żona ,  też  prof.UJ,  polska  katoliczka  z  Łodzi/,  do  tego  stopnia,  że  mała  Zosia  lepiej  zna  niemiecki  niż  polski  i  dlatego  też  bajki  czyta  po  niemiecku!!!  Nie  stosując  chronologii  podam,  ze  Styron  posunął  się  jeszcze  dalej,  bo  syn  Zofii  i  chłopaka  z  Brześcia,  Jan, urodzony  w  1933 jest „bilingual” i  to  nie  rosyjsko-polski  jak  można  by  przypuszczać  mając  na  względzie  pochodzenie  ojca – Kazimierza,  lecz  niemiecko-polski,  choć  „strasznego”  dziadzia  widział  ostatni  raz  w  wieku  sześciu  lat.  Acha,  dodajmy  jeszcze,  że  w  wychowaniu  Jasia  uczestniczy  socjalista,  pół-Niemiec,  żołnierz  AK,  który  wykonuje  wyroki  śmierci  na  „szmalcownikach”, a  głupie  niemce  podrzynują  mu  gardło  rękami  Ukraińców  zamiast  go  wziąć  na  Pawiak  lub  na  Szucha.  O  zniemczeniu  polskiej  „endecji”  niech  świadczy  jeszcze  fakt,  że  Biegański  z  polską  arystokracją,  w  tym  z  księżną  Czartoryską,  rozmawia  wyłącznie  po  niemiecku.  A  przecież  „endecja”  była  antyniemiecka,  a  nasi  arystokraci  lubili  paplać  po  francusku.
Teraz  czas  na  PiłsudskiegoProf. Biegański  patologicznie  nienawidził  również  Rosjan;  można  byłoby  się  spodziewać,  że  pokocha   więc  Piłsudskiego.  O  nie!  Na  str.87  czytamy: „My  father  hated  Pilsudski.  He  said  he  was  a  worse  terror  for  Poland  than  Hitler,  and  drunk  a  whole  lot  of  schnapps  to  celebrate  the  night  Pilsudski  died.  He  was  a  pacifist..” /podkr.moje/./Moj ojciec  nienawidził  Piłsudskiego.  Mówił,  że  stworzył  gorszy  terror  w  Polsce  niż  Hitler,  i  wypił  masę  wódki  celebrując  noc  śmierci  Piłsudskiego.  On  był  pacyfistą../ Te  słowa  dotyczą  1935 r.  To  o  co  Styronowi  chodzi? Przecież  Hitler  do  Polski  wkroczył  dopiero  cztery  lata  póżniej,  a  Biegański  nic  nie  zdążył  wtedy  powiedziec  bo  go  zabrali  do  obozu.  Tenże  Biegański  miał  jednoczesnie  być  pacyfistą  i  propagować  eksterminację  Żydów?  Na  str  357  Styron  przypisuje  światowy  fenomen „ghetto benches”  /getta  ławkowego/  okresowi  po  śmierci  Marszałka,  bo  póki  żył  to  „protected  Jews” /ochranial  Żydów/.  Absolutne  kłamstwo:  moj  śp  Ojciec  doswiadczył  getta  ławkowego  w 1933 r.  na  Wydz. Historii  Uniwersytetu  Warszawskiego,  a  podobieństwo  do  Żyda  było  spowodowane  podwójnymi  soczewkami  w  okularach o  sile  -17 dioptrii. By  zakonczyć  ten  akapit  wspomnę,  że  socjalistka  z  AK,  przekazując  broń  Żydom  z  warszawskiego  getta  przestrzega  ich  przed  kontaktami  z  podziemiem  komunistycznym,  bo  Żydów  zabijają.  Antysemici  byli  wszędzie,  ale  nie  odwracajmy  kota  ogonem,  panie  Styron.

No  i  czas  na  Polski  antysemityzm.  Wyssałem  go  z  mlekiem  matki  i  wiedziałem,  że  Żydówki „mają  w  poprzek”,  że  „Żydzi  zabijają  polskie  dzieci  na  macę”  oraz,  że  należy  ich  „wysłać  na  Madagaskar”.  Nie  było  w  polskiej  tradycji  mowy  o  „final  solution”,   czyli  eksterminacji  Żydów,  ani  też  o  wielkich  przyrodzeniach  czy   też  rozwiązłości  seksualnej /str.301/.  Fantazje  Zofii  o  zgwałceniu  jej  siostry  przez  żydowskiego  rzeżnika  jeszcze  można  zrozumieć,  natomiast  jej znajomość  bzdur  głoszonych  przez  obsesyjnego  Juliusa  Streichera /1886-1944/,  notabene  o  najniższym  IQ  wśród  sądzonych  w  Norymbergii,  jest  conajmniej  dziwna.  Ale  o  jej  „kłamstwach”  póżniej,  a  teraz  skończmy  z  polskim  antysemityzmem,  którego  czołowym  populistycznym  sloganem  jest:  „To  Żydzi  nam  naszego  Pana  Jezusa  zamordowali”.  Nie  będę  się  nad  tym  rozwodził,  ino  wspomnę,  że  winniśmy  im   wdzięczność,  za  wzięcie  na  swoje  barki  tej  konieczności  dziejowej.  Przecież  ktoś  musiał  Go  ukrzyżować.

Ukazywaniu  polskiego  antysemityzmu  towarzyszy  paralelne  przedstawianie  rasizmu  na  poludniu  St.Zjednoczonych.  Wzmóc  ma  to  porównanie  purytanizmu  drobnomieszczańskiego  Krakowa  z  kalwinskim  protestantyzmem  Karoliny  i  sasiednich  stanów.  Aberracja  umysłowa  autora.  Na  polski  antysemityzm   wpłynęły  sytuacja  geograficzno-socjalna  oraz  katolicyzm.  Żydzi  po  pogromach  w  zachodniej  Europie  znależli  swoją  Ziemię  Obiecaną  w  Europie  Wschodniej.  To  tu  powstała  „Jerozolima  Północy” -  Wilno,  to  tu  powstały  „STETLE”/sztetle/,  niespotykane  nigdzie  indziej  osady  i  miasteczka  żydowskie. To  w  Warszawie,  Łodzi  i  innych  polskich  miastach  Żydzi  stanowili  istotną  tkankę  organizmu  miejskiego.  W  warstwach  kupieckich,  bankowych  czy  właścicieli  nieruchomości   Żydzi  zaczęli  dominować,  co  stało  się  pretekstem  do  krzewienia  populistycznych  ideologii  nacjonalistycznych  i  antysemickich.  Jednocześnie  Kościół,  i  to  od  tysiąca  lat,  wciskał  ciemnocie  przekaz  o  zamordowaniu  naszego  Pana  Jezusa  przez  Żydów.  A  jakie  ideologiczne  uzasadnienie  rasizmu  mają  Amerykanie?  Przecież  Murzyni  nikogo  nie  zamordowali,  banków  nie  prowadzili,  ani  nie  eksmitowali  biedaków  z  kamienic.  To  co  tu  porównywać?

  A i  z  tym  purytanizmem  Styronowi  nie  wyszło,  bo  u  nas  zawsze  był  i  jest  pozorny.  Dominuje  „moralność  pani  Dulskiej”  i  zamiatanie  „pod  dywan”,  jednym  słowem  obłuda. Dowodem -  choćby  odwieczna  kwestia   „skrobanek”,  obecnie  zwanych  aborcją.  Wszyscy  wiedzą,  że  Polki  dokonują  grubo  ponad  sto  tysięcy  rocznie,  ale  polskokatolicka  „corectness”  nakazuje  twierdzić,  że  problemu  nie  ma.  Natomiast  protestancki  purytanizm  zbudowany  został  na  bazie  „etosu  pracy”  i  etyki  z  niego  wynikajacej.

Styron  zdecydowanie  nas  nie  lubi.  Wkłada  w  usta  Zofii  niby  naszą  samoocenę:  „...poor  country  and  suffer  from an inferiority  complex” /biedny  kraj  cierpiący  na  kompleks  niższości/  /str.85/. Nie  cierpię  i  nie  podzielam  takiej  opinii.  Jeżeli  już,  to  mamy  DWA  kompleksy:  niższości  wobec  Zachodu  i  wyższości  wobec  Wschodu Europy,  ktore  w  pewnym  sensie  się  rownoważą.  A kompleksy  winni  mieć  Amerykanie  tak  ze  względu  na  swoją  historię,  jak  i  poziom  Kultury /przez  duże  K/.  Kraj  marzeń  biedoty  całego  świata  poprzestał  w  dziedzinie    masowej  kultury   na  poziomie  niższym  od  całej  Europy.

Nim  przejdę  do  trójki  głównych  bohaterów,  dwa  słowa  o  wizerunku  Rudolfa Hessa.  Jaki  to  miły,  kulturalny,  wykształcony  Niemiec.  Lubi  żonę,  dzieci,  konie,   nawet  do  Żydów  nic  nie  ma.  On  tylko  jest  zdyscyplinowanym  wykonawcą  „góry”.  Nie  lubi  tylko  Polaków,  żle,  on  gardzi  nimi: „there in  them  an  ingrated  loutishness.  Most  of  the  women  are  merely  ugly” /Jest  w  nich  zakorzenione  prostactwo. Większość  kobiet  jest  po  prostu  brzydka/ /str.303/.  Dziękuję,  Mr. Styron.

Omówienie  bohaterów  zacznę  od  najmniej  ciekawej  postaci – alter ego  Autora – tj  22-letniego  onanisty,  dziewica  imieniem  Stingo.  To  juz  n-ta  anglojęzyczna  książka,  w  której  znajduję  ludzi  wygłaszających  mądrości  na  każdy  temat,  bez  znajomosci  podstawowej  dziedziny  w  egzystencji  człowieka  tj  „łóżka”.  Tak  ad  hoc pamiętam  celującego  w  „dziewicowatości”  Iana  McEvana /p.  na  blogu  mój esej/.  A  ja   ponad  70-letni  starzec pozostaję  pewien, że  znacząca  większość  „normalnych” młodzieńców  zaczyna  życie  płciowe  przed  ukończeniem  20-ego  roku  życia.  Jego  niewyżycie  seksualne  znajduje  ujście  w  wyjątkowo  brudnym  dobieraniu  się  do  kobiety  swego  „guru”,  co  gorsza  sponsora. Po  modnym /w pisarstwie/ „ejaculatio  precox”,  w  końcu  odnosi  sukces,  ktorego  pewnie  długo  nie  powtórzy,  bo  partnerka  samobójstwo  popełniła.  A  w  ogóle  najtrafniej  określa  go  Nathan: „sneaky  Southern  shitass” /nieprzetłumaczalne/ /str.480/
  Tą  partnerka  była  Zofia,  kobieta  po  przejściach,  która  czternaście  lat  wcześniej  urodziła  pierwsze  dziecko /bo  w  1943 r.  Jan  ma  10  lat – p.str.309/.  I  tu  nie  mogę  się  połapać.  Styron  podkreśla,  że  Zofia  jest  rówieśniczką  wolnej  Polski.  Czyżby  więc  córka  profesorska  powiła  w  wieku  15 lat?   Co  więcej  o  niej  wiemy?  Jest  bardzo  ładna,  więc  nie  odpowiada  stereotypowi  Polki,  toteż  autor  przy  każdej  okazji  robi  z  niej  Szwedkę.  W  wieku  16  lat  opanowała  maszynopisanie  i  stenografię,  czemu  się  zdziwiłem,  bo  toć  córka  profesorska,  więc  sztukami  bardziej  wzniosłymi  wypadałoby  się  zajmować.  W  seksie  jest  przedsiębiorcza,  a  z  Nathanem  łączy  ja  ewidentny  związek  sado-macho. Poza  tym  notorycznie  kłamie.  Jak  to Polka,  chla  jak  szewc i  szybko  staje  się  zdeterminowaną  alkoholiczką,  nie  liczącą  sie  z  nikim  i  z  niczym. Ujawnione  w  końcu  książki  wydarzenia  na  rampie,  pobyt  w  obozie,  potem  w  Szwecji  i  w  końcu  w  Stanach,  pozbierane  razem,  dają  obraz  schizofreniczki.  Może  się  mylę,  psychiatrą  nie  jestem,  lecz  trudno  mnie  się  pogodzić,  że  Nathan  nim  jest,  a  ona  nie.
Bo  o  chorobie  Nathana  dowiadujemy  się  dopiero  od  jego  brata,  a  zdarzenia  dotychczasowe  świadczą  bardziej  o  jego  wrażliwości  niż  chorobie. Przeczytałem  ponownie  scenę,  w  której  Nathan  wyobrażając  sobie  Zofię  jako  Irmę  Grese,  piękną najmłodszą  oprawczynię,  skazaną  w  Norymberdze  w  wieku  22 lat, stwarza  pretekst  do  sadystycznego  seksu.   Nie  przekonuje  mnie  ta  scena  o  chorobie;  a  może  to  jest  wyrafinowana  gra  seksualna ?
Relacja  między  katem  a  ofiarą,  problem  obojętności  Stanów  Zjednoczonych,  w  tym  lobby  żydowskiego,  wobec  raportu  Karskiego,  wobec  Holocaustu  została  opisana  wiarygodnie  w  wieku  książkach,  i  to  przez  ludzi,  którzy  lepiej  rozumieją  antysemityzm  europejski,  jak  i  pożogę  wojenną,  a  Styron  opiera  się  na  autobiografii  Hessa  i  publikacjach  nielubianej  przeze  mnie  Hannah  Arendt,  która  przysłużyła  się  przede  wszystkim  mccarthysmowi.  Cytaty  nawet  z  Simone  Weil  nie  uratują  książki,  gdy  się  nie  wyczuwa,  nie  przyswaja  specyfiki  aury.
Co  do  tytułowego  wyboru,  to  jest  on  tak  wydumany,  że  aż  niewiarygodny.  Czy  trzeba  wymyślać  sfiksowanego  pijanego  szwaba,  by  powiększać  bezkresny  ogrom  ludzkich  tragedii  w  Auschwitz-Birkenau ?  Dla  mnie  pomysł  wyimaginowanego  wyboru  alternatywnej  śmierci  dla  własnych  dzieci  jest  chory. 

Tym,  co  jeszcze  nie  czytali  książki,  stanowczo  odradzam





7.  30.12.2013;  CANETTI“Auto-da-fe”.  LEKTURA   SUPERCIĘŻKA;  najwyższych  lotów,  tryskająca  groteskowym  i  sarkastycznym  humorem,  lecz  chwilami  nużąca  i  „przeintelektualizowana”.  Poświęciłem  jej  dużo  czasu,  gdyż  w  celu  dokładnego  zrozumienia  wszystkich  wątków  przestudiowałem  wiele  opinii,  artykułów  i  recenzji,  w  tym  najcenniejszą,  281-no stronicową,  dostepną  w  internecie,  pt  „End  of  Modernism:  Elias  Canetti’s  Auto-da-fe”  Willama  Collinsa  Donahue  /2001  The  University  of  North  Carolina  Press/.  Przyznam  szczerze,  że  jeszcze  jej  nie  przetrawiłem,  więc  wnioski  z  niej  przedstawię  póżniej,  gdyż,  z  założenia,  moja  natychmiastowa  recenzja  czekać  nie  może.
Lektura  wszystkich  innych  to  zbiór  banalnych  zachwytów,  przywoływanie  Kafki,  a  w  jednym,  jedynym  przypadku  Bruna  Schulza.  Nie  zauważyłem  natomiast  nigdzie,  choćby  wzmianki,  o  BIBLIOTECE   BORGESA,  którą  do  rangi  symbolu  wyeksponował  Umberto ECO  „Imieniu  Róży”.  Zdziwiłem  się,  tym  bardziej,  że  Canetti,  juz  na  str.67,  wspomina  wielkiego,  niewidomego,  bibliotekarza  z  Aleksandrii -  ERATOSTENESA /3 w. pne/,  który  zauważywszy,  w  wieku  80  lat,  postepującą  utratę  wzroku,  uniemożliwiającą  studiowanie  papirusów,  popelnił  samobójstwo  przez  zagłodzenie  się.
Nie  znalazłem  również  towarzysza  w  skojarzeniu  postaci  naszego  sinologa  Kiena  z  Sylwestrem  BONNARD,  powołanym  do  życia  przez  Anatola  FRANCE’a;  a  przecież  to  ciekawa  alternatywa   skutków  zniszczenia  spokoju  samotnego  bibliofila.
Przejdżmy  juz  do  samej  książki,  tradycyjnie  zaczynając  od  tytułu. Pomijam  pierwotne  tytuły  omawiane  szeroko  w  innych  recenzjach  skupiając  się  na  porównaniu  nazw  z  wydania  niemieckiego  z 1935 r  i  wydania  angielskiego:  niemieckie  Die  Blendung  to  dla  mnie  ZAŚLEPIENIE  prowadzące  do  egotyzmualienacji,  wyznaczenia  sobie  priorytetów  i  stworzenia  wyimaginowanego  swojego  „małego  światka  Sammy  Lee”.  „Zaślepiony”   jest  Kien, rozmawiający  z  książkami  i  imitujący  głosy  chińskich  filozofów  w  wyimaginowanych  dysputach;  „zaślepiony”  jest  Fischerle  w  dążności  do  zniwelowania  swego  kalectwa  fizycznego  mitem  arcymistrzostwa  w  szachach;  „zaślepiony”  jest  psychopata  Pfaff,  starający  się  przewagą  fizyczną  przykryć  swoje  kompleksy  wynikające  z  ubogiej  sfery  umysłowej.  Właściwie  „zaślepieni”  są  wszyscy  w  swoich  marzeniach:  i  Theresa /pieniądze,  lecz  również  adorator/,  i  Niewidomy  /wielość  kochanek/,  a   nawet  George  Kien -  karierowicz.
Całkowicie  inaczej  wygląda   sprawa  z  ogólnie  rozpowszechnionym  tytułem  Auto-da-fe.  Dosłownie  oznacza  akt  wiary /port./;  w  praktyce  -  ceremoniał  procesu  publicznego  inkwizycji  przeciw  heretykowi  i ogłoszenia  wyroku;  również  -  spalenie  na  stosie  heretyka  albo  zabronionych  książek.  Określenie  końcowej  sceny  podpalenia  książek  i  samozagłady   Kiena  mianem  auto-da-fe  jest  dla  mnie  nieprzekonywujące.  Wydaje  mnie  się,  że  jest  to  chwyt  marketingowy  angielskiego  wydawcy,  wykorzystujący  post  factum  palenie  książek  przez  hitlerowców  i   modny  po  II w.św.  passus  z  Heinego: „Gdzie  książki  palą  tam  w  końcu  ludzi  palić  będą”.
Nie  przekonuje  mnie  również  nota  wydawcy  na  umieszczona  na  obwolucie  okładki,  że  „błąd  diagnostyczny  znakomitego  psychiatry,  George’a  Kiena  przyspieszył  straszny  koniec,  nieodwracalne, tytułowe  auto-da-fe”.
Widocznie  nie  zrozumiałem,  bo  w  ogóle  nie  wiem  dlaczego  tak  postąpił.
Wolność  pisarza,  to  i  wolność  czytelnika.  Czy  Kein  musiał  tak  skończyć?  A  właściwie  dlaczego  tak  skończył?  Po  wszystkich  makabrycznych  przejściach,  dzięki  bratu,  wyszedł  z  dołka,  odzyskał  wszystko  i  mógłby  w  idealnym  spokoju  podjąć  swoją  ukochaną  pracę.  Ale  tak  postawione  pytania  domagają  się  zasadniczego:  jak  brak  katastroficznego  zakończenia  książki  wpłynąłby  na  jej  wartość?  Retoryczne  pytanie?  Może,  ale  wg  mnie  koniec  nie  ma  zasadniczego  znaczenia.
Książka  składa  sie  z  trzech  części  o  bardzo  istotnych  tytułach:  „A  HEAD  WITHOUT  A  WORLD”  /”Głowa  bez  Świata”/  -  o  alienacji,  o  zamknięciu  sie  przed  światem;  „HEADLESS   WORLD” /”Świat  Bez  Głowy”/  -  o  brutalności  bezrozumnego  świata  oraz  „THE  WORLD  IN  THE  HEAD” /”Świat  w  Głowie”/ -  próba  /skazana  na  niepowodzenie/  zrozumienia  otaczającego  świata.
Warstwa  fabularna  książki  jest  schematyczna  i  przewidywalna.  Ze  względu  na  swoją  odmienność  fizyczną,  Kien  jest  prześladowany  od  wczesnego  dzieciństwa.  Jest  typową  ofiarą,  skazaną  na  samotność  i  wyobcowanie.  Szuka  schronienia  wśród  książek  i  coraz  bardziej  oddala  się  od  świata  realnego.  Staje  się  łatwym  łupem  dla służącej-żony,  obwiesiów  w  knajpie,  dla  wybawcy  z  ich  rąk -  garbusa,  a  skończywszy  na  dozorcy.   Przyjeżdża  brat  z  Paryża  wyciąga  go  z „dołka”,  a  on  się  unicestwia. 
Druga  warstwa  to  świat  wyimaginowany,  świat  infantylnych  wyobrażeń,  snów  i  wydarzeń  weń  przeżywanych,  świat  Kafki,  Schulza,  Canettiego  i  nie  tylko;  świat  wyjątkowej  wrażliwości  nabytej  wskutek  tragicznej  historii  „narodu  wybranego”.  I  tę  warstwę  ubarwia  specyficzny  humor  żydowski  posługujący  się  sarkazmem  i  bawiący  ukazywaniem  absurdu.  Wspominając  o  absurdzie   weszliśmy  w   trzecią,  najważniejszą  warstwę  -  w  krąg  rozważan  filozoficznych,  które  pozwalają  na  zaliczenie  tej  książki  do  nurtu  abstrakcyjnego  idealizmu.  Lecz  o  tym  kiedy  indziej,  gdy  będę  omawiał  publikację  wspomnianego  wcześniej  Donahue. 
Polecając  Auto-da-fe  pozwolę  sobie  zakończyć  cytatem /str.410-11/:  „..education  is  in  itself  a  cordon  sanitaire  for  the  individual  against  the   mass  in  his  own  soul”