Thursday, 21 November 2013

Hans Urs von Balthasar

Hans   Urs   von    BALTHASAR   /1905 – 88/

                                                                                                                                          20.03.2012

Od   dawna  o  nim   słyszałem   -   przede    wszystkim   czytając   książki   mego    guru  tj   ks.  Józefa   TISCHNERA,   który   odwoływał   się   często   m.in.   do   jego  „Teologii  dramatu”,  -  wiadomości   zbierałem   -   m.in.  o   jego   duchowym   związku   z   mistyczką   Adrienne   von   Speyr  /1902-1967/   czy  też   jego   biografii   napisanej   przez   ks.  Eligiusza   Piotrowskiego,  no  i,   oczywiście   o   wydaniu   przez   krakowski   WAM   trzech   tomów   „TEOLOGIKI” /”Theologik”/,   składającej   się  z  „Prawdy   świata”,  „Prawdy   Boga”  oraz   „Ducha   Prawdy”,  stanowiącej   ostatnią   część   16-sto   tomowej     trylogii,    której   pierwsza   to   siedmiotomowa   „CHWAŁA” /”Herrlichkeit”/,   a   druga  -   pięciotomowa  „TEODRAMATYKA”  /”Theodramatik”/,   -   notowałem   skrzętnie   anegdoty   -   jak  ta  o   miganiu   się   von   Balthasara   od   nominacji   kardynalskiej,   które   miałoby   doprowadzić  go  do   zejścia   /26.05.1988/,   by   uniemożliwić   wręczenie   kapelusza   kardynalskiego  przez   JP  II  zaplanowane  na   28  bm,   -    ciekawość   swoją   systematycznie  pobudzałem,   aż   wreszcie,  po   otrzymaniu   przesyłki   od   K.K,   zawierającej   dwa   tomy   „Pism   Wybranych”  /Wyd.  WAM  2006/   przystąpiłem   do   czytania   i   się   srodze   rozczarowałem,  o   czym   będzie   poniżej.

Pozwolę   sobie   nadmienić,   że   powyższe   zdanie   było   etiudą   doskonalenia   mojej  stylistyki,   przeto   proszę   o   ponowne    jego   przeczytanie.   Kto   chce   może  jeszcze   raz   je   przeczytać   mając  na   uwadze,   że   to   jedyny   owoc   mojej   tygodniowej   intensywnej   pracy.  

A   więcej   było,  tylko,   że   się   zmyło   tzn,   że   jednym   kliknięciem   unicestwiłem   cztery   strony   mego   dzieła,   bo   przeogromne   przerażenie   mnie   ogarnęło,   że  bezwiednie   naśladuję   mistrza   słowotoku,   naszego   imć   Balthasara,   który   niewiele   mając   do   przekazania   napisał   85  opasłych   książek,   tysiące    artykułów   oraz   60   „dyktatów”   inspirowanych   widzeniami   Adrienne.   A,   że   w   założeniu   moja   pisanina   ma   służyć   poszerzaniu   wiedzy   w   sposób   nader   przyjemny,   nadto   skojarzeniowy,   a   czasem   i   anegdotyczny,   to  dzisiaj,   tj   26 bm,   usłyszawszy    podczas   drzemki   głos  „stamtąd”:   „Wojciechu   i   Sabo !  Nie   idż   tą   drogą”,   do    polecenia   się   zastosowałem,  dotychczasowy   tekst   zlikwidowałem   i   do   „lekkiego”   pisania    niniejszym    przystępuję.

Pierwsze   skojarzenie   wywołuje   samo   nazwisko.   Jest   jednym   z   tych,   które   wskutek   brzmienia  /czego   przykładem  niewątpliwie  pozostaje  toast  „Jan   Sebastian   Bach”/   bądż   skojarzeń   /np  Fałat,  Gomółka-Gomułka   czy   Ziobro-Żebro/  przyswajane   są   łatwo  przez   nasze   zmysły.   A  do   tego   jeszcze  VON   plus   tajemnicze   imię   URS  /a   URSUS  to   niedżwiedż/.  Omawiane  nazwisko   kojarzy   mnie  się  /poza   Trzema   Królami  -  Kasper,  Melchior,  Baltazar/  z   Ucztą   Baltazara.   No   i   właśnie   w   ramach   misji   edukacyjnej   /”miłej,   łatwej   i   przyjemnej”/   zapytajmy   co   oznaczają   słowa   MANE   TEKEL   FARES ?  Każdy   je   słyszał,   lecz   kto   pamięta   czemuż  to,   ach,   czemuż  są   zapowiedzią   klęski,   nieszczęścia ?   Otóż  wg    Biblii    /Daniel,5,1-31/    Baltazar,  ostatni   król   Babilonii,   syn   Nabuchodonozora, wydał   bałwochwalczą    ucztę   podczas   której   używano   naczyń   skradzionych   ze   świątyni   jerozolimskiej;   w   trakcie   uczty,    na   oświetlonej  ścianie   ukazała  się   ręka   ludzka,   pisząca   Mane,  thekel,   fares,   które   przełożył   /z  aramejskiego/ i  znaczenie   wytłumaczył   wezwany   prorok   Daniel:  Policzono,   zważono,   rozdzielono.   Policzył   Bóg   królestwo   twoje   i   kres   mu   położył.   Zważony   jesteś  i   znaleziono   za  lekkim.   Rozdzielono   królestwo   twoje  i  dano  je  Medom  i   Persom”.   Tejże   nocy   zabito   Baltazara,  a   tron   przejęli   Medowie.  Dodajmy,  iż   najsłynniejszy   obraz   zainspirowany  tym   wydarzeniem   namalował   Tintoretto,  a   kompozycję  w  formie   oratorium   stworzył   Haendel.

Teraz,  kiedy nazwisko   zapadło   już  nam   w  pamięć,  to   możemy   omówić   curriculum   vitae.  Urodził   się   5.08.1905  r.,   w   szwajcarskiej   Lucernie,   jako   syn   nauczycielki   i   architekta.   Jako   czterolatek   rozpoczął   naukę   gry   na   fortepianie,  a   po   pierwszych   fascynacjach   Schubertem  i  Czajkowskim   przyszedł  okres   przedzierania   się   przez   „gąszcz”   muzyki   Straussa,  Mahlera,  Mendelssona   i   Schónberga /umlaut/,  by   dotrzeć  wreszcie   do   muzyki  Bacha  i   Mozarta,   których   zwał  „wiecznymi   gwiazdami”.   Gwoli   ścisłości   odnotujmy  też   trwały  jego   zachwyt   Haydnem.      Najważniejszą  jednak  była  dla  niego  muzyka  MOZARTA,   której   pozostał  wierny   do  śmierci.   Muszę  tu   pozwolić   sobie   na   dygresję,   iż   do   grona   wielkich   mędrców,   których   urzekło   piękno   dzieł   MOZARTA  należy   RATZINGER,   który   w  1985  r.  zorganizował   w   Bazylice   św. Piotra   wykonanie   Mszy  koronacyjnej  C-dur   Mozarta   przez   Orkiestrę   Filharmoników   Berlińskich   pod   batutą  Herberta   von  Karajana,  i   który   pisał: 

 „Muzyka   Mozarta   wnikała   w   nas  gdzieś   od   samych   korzeni   i  wciąż  do   głębi   mnie   porusza,   bo   jest   tak   olśniewająca,   a   zarazem   tak   głęboka.      ......słychać   w   niej   cały   tragizm   ludzkiego   bytu”.  

Co   do   samego   von   Balthasara,  to   dziękując  za   przyznanie   mu   Nagrody  im   Wolfganga   Amadeusza   Mozarta   w   roku  1987,   wyznał: 
 
„Jak   drogimi  nie   pozostaliby   dla  mnie  w   dojrzałych   latach   Bach   i   Szubert,  to   Mozart   był   niewzruszoną   Gwiazdą   Polarną,   wokół   której   krążyli   dwaj   pozostali  /Wielka  i  Mała   Niedżwiedzica/”

.  Dodajmy  jeszcze,   że   z   miłości  do   muzyki   Mozarta   zrodziła   się   znajomość  z   Karlem   BARTH-em /1886-1968/,  wielkim  szwajcarskim   protestanckim  teologiem,   który   jest   autorem   m.in.   sławnego   zdania:

 „Nie  jestem   zupełnie   pewien,   czy   aniołowie,   kiedy   chwalą   Boga,  grają   akurat  Bacha  -  jestem  za  to  pewien,   że   kiedy   są   sami,   grają   Mozarta,   a   miły   Bóg   przysłuchuje   się   im  wówczas   szczególnie   chętnie”.

 Przypomnijmy   jeszcze,   że   reżyserem   słynnego   filmu   o   Mozart-cie   pt   „Amadeus”   byl   Milos   Forman,  a  główną   rolę   grał   F. Murray   Abraham   /3 Oscary   w  1984 r/.

Fascynacja   Mozartem   warta   jest   zauważenia,   gdyż    znajdujemy   jej  oddżwięk   w  licznych  tekstach   von   Balthasara,   jednakże   moje   odchodzenie   od   narzuconej  sobie   dyscypliny   trzymania   się   głównego   wątku,   może   doprowadzić   do   „wylewności”  i   przez  to  „obfitości”  przewyższającej   twórczość  bohatera   niniejszego   eseju,  a   ta   właśnie   nadmierna   elokwencja   jest   istotnym   elementem   mojej   krytyki.

Wracamy   więc   do   curriculum   vitae.   Studiował   filologię   w   Wiedniu   i   Berlinie,   a   w   1928  r.,  w  wieku  23   lat,   obronił   doktorat.   Tytuł   jego   pracy   doktorskiej  „Historia  problemu   eschatologicznego   w   nowożytnej   literaturze   niemieckiej”  /eschatologiczny  znaczy   pośmiertny/   wskazuje   na   zainteresowania   bliskie   teologii,   a   tytuł   wersji   poszerzonej   „Apokalipsa   niemieckiej   duszy”   zawiera   aż   dwa   wyrazy   o  ściśle   religijnych  konotacjach.  /Przypomnijmy,   że  apokalipsa   to    OBJAWIENIE,  to  wizja   eschatologicznego   końca   świata,  patrz  m.in.   Apokalipsa   św. Jana.   Podkreślone   słowo   jest   kluczem   do   całej   twórczości   von   Balthasara,  lecz   o   tym   póżniej.   Oj,   gaduła,   gaduła   z   tego   Wojciecha/.

   Nie   dziwi   więc   specjalnie   wstąpienie   jego  do   nowicjatu   Towarzystwa   Jezusowego   w   roku   następnym  i    intensywne   dalsze  kształcenie   pod   wpływem  poznanych   tam   Ericha   Przywary  /1889-1972/  i   Henri   de   Lubaca /1896-1991/.  Ci   dwaj  wielcy  jezuiccy  myśliciele  zasługują  na  szczegółowe  omówienie,  lecz  tu  tylko  sygnalizuję  ich  „ważność”  dla  teologii  XX wieku.   Święcenia   kapłańskie   otrzymał  von Balthasar  w   1936,   a   w   1940   został   duszpasterzem   akademickim   w   Bazylei,   gdzie   poznał  o  trzy   lata   starszą   mistyczkę   Adrienne   von   Speyr  /1902-67/,   z   zawodu   lekarkę,   protestantkę,   która   wprawdzie   przeszła   na  katolicyzm,   lecz   /na   mój   niewyrafinowany,   chłopski   rozum/   po  to,   by   naszego   Hansa   „owinąć   sobie  wokół   palca”.

Przeglądając  niniejszy  tekst  dostrzegłem  potrzebę  umieszczenia  w  tym  miejscu  ostrzeżenia  przed  dalszym  czytaniem  moich  „bezeceństw”,  tych  czytelników,  którzy  bezkrytycznie  ufają  aktualnemu  dyktatowi  Watykanu  i   nie  chcą,  bądż  nie  są  w  stanie  zauważyć,  zmienności  „aury”  przez kolejnych  papieży  roztaczanej,  wskutek  czego  słusznośc  przysłowia  „łaska  pańska  na  pstrym  koniu  jeżdzi”   potwiedzają  losy  np  de Lubaca, von  Balthasara,  Rahnera,  Newmana  czy  też  ojca  Pio.

 „Dziś  przeklęte,  jutro święte”   to  powtarzająca  się  dewiza  Watykanu.  Ale  nie  moja.  I  dlatego  też  nie  zgodzimy  się  w  ocenie  „genialnego”  von  Balthasara.

Natomiast  pewne   jest,   że  von  Balthasar    uwierzył   w   Adrienne  „widzenia”   i   zaczął   je   spisywać,   co   dało   łącznie  60   dyktatów.   Pewne    jest   również,   że   ulegając   jej   naleganiom założył   w   1943 r.   Wspólnotę  Świętego   Jana,   której   jezuici   nie   chcieli   wziąć   pod   swoje   skrzydła   i   co  stało   się   główną   przyczyną   porzucenia   Zakonu   w   1950 r.    Stworzył   własne   wydawnictwo  - Johannnes   Verlag,   by   w   samozadowoleniu   wydawać   swoją   i   Adrienne   twórczość.   Podkreślmy,   że   nie   był   zaproszony   na    Sobór   Watykański  II,   a   nazwiska   jego   próżno   szukać   w   almanachach   czy   Websterze.   Doszedłem    do   wniosku,   że   został   w   dużym   stopniu   wypromowany   przez   JP  II  i   Tischnera,   a   dlaczego   -   to   spróbuję   zaraz   wyjaśnić,   ino   przedtem   mała   dygresja.

Nie   bez   powodu   popularne   jest   przysłowie   „Gdzie   diabeł   nie   może,   tam   babę   pośle”,  które  szczególnie   dotyczy   prób   podważania   autorytetu   i   nieomylności   Kościoła   przez   „prywatne   objawienia”  bab,   często   niezaspokojonych   seksualnie,   nawiedzanych    bądż   przez   „oblubieńca”   Jezusa   bądż   matkę   Jego  -   Marię.   I   tak,   obok   omawianej   Adrienne,   wspomnę   kłopoty    z   Faustyną,   mateczką   Kozłowską   czy   przeoryszą  z  Loudun,  sparafrazowaną   przez   Iwaszkiewicza  na   „Matkę   Joannę   od   Aniołów”   z   kresowego  Ludynia,  a  sfilmowaną   przez   Kawalerowicza   w  1961  r   z   Winnicką   I   Voitem   w   rolach   głównych.   W   każdym   z   powyższych   przypadków   „nawiedzoną”   wspomagał   cwany   klecha,   który   nadawał   mistycznym   widzeniom   spójny   kształt,   łatwiejszy   do   propagowania.   Historia   w  Loudun  skończyła   się   spaleniem   na   stosie,   a   sprawa   mateczki   Kozłowskiej   -   ekskomuniką. 

  O   tej  ostatniej   przypomnę   parę   faktów.   Była   klaryska,   Feliksa   Kozłowska  /1862-1921/   założyła   w   1893 r.,  w  Płocku,   tajny   Zakon   Nieustającej   Adoracji   Najświętszej   Marii   Panny,   znany   pózniej   pod   nazwą   mariawitów.   Zainteresowanie   widzeniami   mateczki   Feliksy   wkrótce   zmieniło   się   w   skandal,   gdy   zakon   wybrał   własnego   biskupa.   Ekskomunikowany   zakon   rozpadł   się  na   Starokatolicki   Kościól   Mariawitów   z   siedzibą  w   Płocku   oraz   wyznający   bardziej   rygorystyczne   reguły   Katolicki   Kościół   Mariawitów   w    Felicjanowie.  /Oba  funkcjonują   do   dziś/.   W  setną   rocznicę   ekskomuniki  /5.04.2006/,  na   sympozjum   ekumenicznym,   katolicki   biskup  Bronisław   Dembowski   podkreślił,   że   Kościół   zawsze   był   bardzo   ostrożny   w   przyjmowaniu   objawień   prywatnych,  o   czym   świadczą   choćby   losy   „Dzienniczka”   św.   Faustyny,   a   dr   Sławomir   /nomen-omen/   Gołębiowski   zwrócił   uwagę,   że    przyczyną   niechęci   ówczesnego   duchowieństwa   rzymskokatolickiego   do   mariawitów   był   fakt,  iż   nie   pobierali   oni   opłat   za   posługi   religijne.  Ślub   kościelny   kosztował   wówczas   100   rubli,  a   wystawny   nawet  1000  rubli   /dla   porównania   robotnik   zarabiał   20-30   rubli   miesięcznie/.   Księża   rzymskokatoliccy   słusznie    obawiali   się   więc,    że   wskutek   konkurencji   utracą   zarobki;   przeto   aby   wzniecić   „gniew   ludu”   oskarżyli   mariawitów  /tj   stricte   jedyny   kościół   o   zabarwieniu   narodowym/    o   kolaborację   z   caratem,   co   wystarczyło   polskiemu   motłochowi   do   zbrojnych   akcji   m.in.   w   Lesznie   pod   Warszawą,   gdzie   w   ataku   gawiedzi   na   kościół   mariawicki   zginęło   12   osób.   Podkreślmy,   że   nawet   wspomniane,  darmowe   posługi   religijne   świadczone   przez   mariawitów   nie   zachwiały   ślepym   posłuszeństwem   „ludu”   wobec   Kościoła.   Co   do   Faustyny,   to   zadziałał   tu   geniusz    Wojtyły,   który   doprowadził   do   wyniesienia   nawiedzanej   „na   ołtarze”,   ucinając   tym   samym   trwający   kult    nieformalny. 

   Nim   wyjaśnię   „genialność”   Wojtyły   przypomnę,   że   to   również   właśnie   on   spowodował   powrót   Balthasara   do   łask   Kościoła  /siedemnaście   lat   po   śmierci    Adrienne/   przyznając   mu   w   1984  r.   Międzynarodową   Nagrodę   im.  Pawła  VI  za   całokształt   pracy   teologicznej,   a  w   roku   następnym   zlecając   nawet   zorganizowanie   sympozjum   w   Rzymie   na   temat   kontrowersyjnej   /delikatnie   mówiąc/   Adrienne,   aż  po  powołanie   go  do   kolegium   kardynalskiego  w  roku   1988.

Nie   miejsce   tu   szeroko   rozwodzić   się   nad    talentami   Karola   Wojtyły,   przeto  wspomnimy   tylko  o   wielce   mądrym   stosunku   jego   do   KULTÓW.   Po  co   z   kultami   walczyć ?   Przecież   lepiej   wykorzystać   je   dla   swoich   potrzeb.   Tradycja   chrześcijaństwa   w   tej   materii   jest   szeroka:   od   przejęcia   i   reinterpretacji   judaizmu,   poprzez    adaptację   platonizmu,   w  tym   przejęcie   filozofii   Plotyna   przez   św. Augustyna,   po   chociażby   ustanowienie   CHRISTMAS,   w   dniu   święta   boga   słońca   MITRY.   /Umyślnie   napisałem   CHRISTMAS,   bo   polska   nazwa  -   Boże   Narodzenie   jest   idiotyzmem  i   oksymoronem    wołającym   o   pomstę   do   nieba,   jako, że   BÓG   jest   wieczny   i   POZACZASOWY,  więc  nie  może  „się  rodzić   Uzupełniam   dla   jasności,   że   CHRISTMAS   znaczy   Święto   Mesjasza,   Święto   Chrystusa,  a  nie  „narodziny Boga” !!!   A   skoro   się   rozgadałem,   to   przypomnę    rzecz   gdzieindziej   szczegółowo   omawianą,   że    „CHRZEST”,   wbrew   przekonaniom   większości   kato-Polaków,   nie   ma   absolutnie   nic   wspólnego   z    CHRZEŚCIJAŃSTWEM,   które   jest   tożsame  -  tak   semantycznie   jak   i   etymologicznie  -   z   CHRYSTIANIZMEM/.

  Już   cesarz   Konstantyn   był   świadom   znaczenia   kultów  i   zwalczane   dotychczas   chrześcijaństwo   ustanowił   religią   państwową   /tak  formalnie   to  było   dużo   póżniej,   lecz   dla   naszego   wywodu   wystarcza   wersja   potoczna/.   Aby   jednak   trafić   do   serc   i   móżdżków   gawiedzi  trzeba   im   podmiot  kultu   przybliżyć.   Pierwsze   próby   polegające  na   PERSONIFIKACJI   Boga   nie   przyniosły   oczekiwanych   efektów:   w   trzech   najważniejszych   religiach   monoteistycznych  tj   judaizmie,   chrześcijaństwie  i   islamie,   mimo   UOSOBIENIA   BOGA,   pozostał   ON   niewyobrażalny,   a   przez  to   tak   daleki,   tak   odległy,   że   OBCY.  

Mało  tego   personifikacja   wyrwała   się   spod   kontroli   i   doprowadziła   do   oddolnej   kreacji    wizerunku   Boga   jako   starca  z   brodą,    w   nocnej   białej   koszuli,  co   przypomina   nam   m.in.   Jean   Effel   w   swojej   rysunkowej   opowieści   pt   „Stworzenie   Świata”.   Przeto   przerażony   Kościół   zmienił   definicję   OSOBY   /o  tym   piszę    gdzieindziej/   dla   potrzeb   filozoficzno-teologicznych,   a    z   drugiej   strony   pozornie   zaakceptował   wyobrażenia   wynikłe   z   „pobożności   ludowej”,   by    tym   ludem   rządzić  i  manipulować.   Problem    lokalnych   ludowych   wierzeń   najlepiej   znają   misjonarze,   którzy   ze   swoich   kompromisowych    rozwiązań   często   i   gęsto   tłumaczą   się   w   Watykanie.    Dodajmy,   że    swoisty   przykład   kompromisu   stanowi   reprezentowany    przez    tybetańskiego   Dalaj  Lamę   odłam   budddyzmu  -   lamaizm,  w   którym   bazę   stanowią   wierzenia   animistyczne,  doktrynę   buddyzm,   a   uatrakcyjniające   ozdoby  -   elementy   hinduizmu

  Zreasumujmy:  Bóg   jest   obcy,   Bóg   dla   ludu   jest   tylko   straszakiem,   co   potwierdzają   liczne   powiedzenia   i   przysłowia,   które   podobno   są   mądrością   narodu.   /„Kara   Boska”,  „ Bój   się    Boga”  etc/.   Dla   prósb   skierowanych   do  Niego   potrzebny   jest   pośrednik.   Kościół   ustanowił   /jako   dogmat/    Chrystusa   jedynym   pośrednikiem,   lecz   lud   to   odrzucił.   O   Jezusie-Chrystusie   pamiętamy   tylko   i   wyłącznie   w   dwóch   momentach   wzbudzających   litość   i   współczucie:   gdy   leży   „nagusieńki”   w   „stajence”   oraz   gdy  niesie     „krzyż   na   Golgotę”. 

  Do   modlitewnych   próśb   potrzebna   jest   nasza    ORĘDOWNICZKA,   symbol   macierzyństwa,   Matka   Boska,   przedstawiana   najczęściej   z   „dzieciątkiem”   na   ręku   tzn  stricte   z   okresu   poprzedzającego    chrześcijaństwo  /prawidłowo  -  chrystianizm/,   którego   powstanie   wiążemy   z   nauczaniem,  trwającym   prawdopodobnie   rok,  prowadzonym   przez   dorosłego    Jezusa,    „po   trzydziestce”.   /I   znów   ta  „niesamowita   polszczyzna”;   niesamowita,   bo    Najświętsza   Niepokalana   Maria   Panna   urodziła,   z   natchnienia   Ducha   Świętego,   Jezusa,   w   którego   został   inkorporowany   /wcielony/  ukochany,   jedyny   SYN   BOŻY -  LOGOS   /SŁOWO   BOŻE/,   zgodnie   z   powiedzeniem   „a   SŁOWO    CIAŁEM   się   stało”,   a   nie    BOGA,   przeto   przymiotnik   „BOSKA”   jest    idiotyzmem,   no   bo   BÓG   W   TRÓJCY   JEDYNY   ISTNIAŁ   ZAWSZE,   więc   nie   mógł   być   „urodzony”/. 

 O    potrzebie   kultu   Marii,   jak   i   innych   świętych,   MĄDRY  - JP II   wiedział   i   na   wołanie   ciemnego   ludu    odpowiedział,    rozbudowując   kult   Marii   jakościowo   i   ilościowo   oraz    serwując   świętego   każdemu    potrzebującemu.     I   tak,   tylko   w   Polsce   czcimy   i   modlimy   się   do   /nomen-omen/   Matki   Boskiej:   Częstochowskiej,  Ostrobramskiej,   Ludżmierskiej,   Kalwaryjskiej,   jak   również    Gromnicznej /2.02/,   Jagodnej   /2.07/,   Jasnogórskiej  /26.08/,  Roztwornej /25.03/,  Siewnej  /8.09/,  Szkaplerznej /16.07/,  Śnieżnej   /5.08/,   Zielnej  /15.08/   i   wielu   innych.   Uczestniczymy   w    roratach  /wczesna   msza   poranna  ku   czci   NMP/   i   odmawiamy   różaniec  /sznur   paciorków,   na   których   odliczamy   odmawiane   modlitwy;   głównie   „zdrowaśki”   -   150  razy !!!/.    Podobnie   postąpił   z   idolatrią   NMP   w   Ameryce   Śr.  i  Płd.,   a   dla   ogółu   „wiernych”  /w   cudzysłowie,   bo   wiarą   nie   przystoi   tego   nazwać/   wypromował   trzecią   tajemnicę   fatimską   jako   przepowiednię    uratowania   mu   życia   przez   NMP   w   próbie    zamachu   przeprowadzonego   przez   Agcę.    Dużo   pychy,   że   Pani   Fatimska   akurat   o   Wojtyle  pastuszkom   mówiła.   Nie   szkodzi,    motłoch    to   kupi. 

 Co   do   świętych   to   jeszcze   w   1969  r   Paweł  VI   skreślił   dwustu   świętych;   stu   siedemdziesięciu   jako   o   znaczeniu   lokalnym,   a   trzydziestu   jako   legendarnych   tj   nigdy   nie   istniejących.    Wśród   tych    trzydziestu   znależli   się   św. Mikołaj,    sw.  Jerzy,    św.    Barbara,   św. Krzysztof   oraz   św.   Katarzyna   z   Aleksandrii   /której   ukradzionym   pierwowzorem   była   HYPATIA   -   p.   esej   pod   tym   tytułem/.    JP  II   wyszedł   naprzeciw   woli   ludu,   objechał   cały   świat   i    zdobył   miłość   ofiarowując   każdej   lokalnej   społeczności   ŚWIĘTEGO.     To   zgodne    z   metodą   popularyzowania   np   sportowców:   zwycięstwo   Kanadyjczyka   nikogo   nie    interesuje,   natomiast   regionalizacja  do   „naszego”  ze   Scarborough   czyni   go   idolem.   Czyż   nie   jest  to   przesłanka   o   OBCOŚCI   odległego   Boga ?    Dodajmy   do   tego    Marię  -   Królową   Polski    i    mamy    postulat   Dostojewskiego,   że   każdy   naród   potrzebuje   własnego  Boga.

Teraz   już   czas  na   próbę    wyjaśnienia   dlaczego   JP  II   przywrócił   do   łask   von   Balthasara.    Po   pierwsze:   minęło   17   lat   od   śmierci   Adrienne,   jej   „widzenia”   poszły   w   zapomnienie;   po   drugie:  Balthasar   był   zaślepionym   tomistą  w   większym   stopniu   niż   Akwinata   i   Wojtyła   razem   do   kupy   wzięci;   po   trzecie:   głosił  on   nie   tylko   apokastazę   /powrót   wszechrzeczy   do   Boga/,   lecz   również   myśl   św. Pawła   wyrażoną   w   liście   do   Tymoteusza   /1 Tm 2,3-4/:   „Bóg,   który   pragnie,   by   wszyscy   ludzie   zostali   zbawieni”,   i   po   czwarte   przewyższył   w   obfitości   Balzaca,   przeto   można    z   jego   pisaniny   wybierać   wedle   potrzeb.    I   tu   tkwi   sedno   prawdy.   Papież   nie   może   wielu    rzeczy   sam   powiedzieć:  on   cytuje   lub   mówią   jego   ludzie   /vide   dokument   przewodniczącego   Kongregacji   Wiary   Ratzingera   pt   Dominus   Jesus/.   I   tak,   za   nadzieję   powszechnego   zbawienia   ostre   cięgi   od   ultrakonserwatywnych   katolików   zbierał   Balthasar,   a   za   ogłoszenie  „pełnego   zbawienia  tylko   dla   katolików”   -   Ratzinger   /od   progresistów/.

 Pozwolę  sobie    na   malutką   dygresyjkę   na   temat   unikania   wypowiedzi   we   własnym   imieniu.  Pierwsza  metoda   to   powoływanie   się   na   jakiś   domniemywany   autorytet:    „Profesor   Chimney  /Smith,  Kundelburry/   napisał   /powiedział,   udowodnił   etc/  że....”.   Tak   postąpił   kochany   przez   Polaków   Norman    Davies,   który   w   historii   Polski   pt   „Boże   Igrzysko”   /czytaj:  pośmiewisko/   wydrukował   parędziesiąt   inwektyw   pod   adresem   Polski  i   Polaków    w   formie   cytatów. /Tak  też  postępował  początkowo  Platon, przypisując  swoje  myśli,  cieszącemu  się  niezachwianym  autorytetem -  Sokratesowi/.  Druga  -   to   posługiwanie   się   heideggerowskim   „SIĘ”:   „mówi   się,  że...”,  „ale  się   narobiło..”.

Przejdę   teraz   do   paru   przykładów,   od   których   włosy   mnie    dęba   stanęły.   Najpierw  pean  ku   czci   Tomasza   z   Akwinu:   „który   swoją   teorią   bytu   stworzył   pomost   między   filozofią  i   teologią,   pozostający   dziełem   niedościgłym...   Bez  horyzontu,   który   został    zarysowany   przez   niego..    nie   da   się   w   ogóle   w   sposób   odpowiedzialny   uprawiać   teologii  i   głosić   Ewangelii”.   A   ja   do   dziś   jestem   przekonany,   że   Akwinata   wespół-zespół   z   Kartezjuszem   byli   twórcami  „Y”    tj   rozdroża   arystotelesowskiej   autostrady   /a  więc   przeciwienstwa   pomostu – więzi/.    Co   do   drugiego   zdania,  to   rozumiem,   że   do   XIII  wieku   głoszenie   Ewangelii   prowadzone   było   w   sposób   nieodpowiedzialny.  /Porównaj  HYMN  POLSKI,  z  którego  płynie  wniosek,  że  Polacy,  przed  Napoleonem,  nie  potrafili  zwyciężać/

Pogląd   o   wyższości   wiary   nad   rozumem   znajdujemy   m.in.   w   stwierdzeniu:  „...rozum   oświecony   wiarą   potrafi   rozpoznawać   rzeczy   świata   naturalnego,   których   rozum   pozbawiony   tego   światła,   a  poprzez   grzech   nawet   z   niego   ograbiony,   sam   w   sobie   osłabiony   i   zaciemniony,   z   pewnością   nie   dostrzeże   lub   rozpozna   w   zniekształcony   sposób”.   A  co   z  myślą   tomisty   JP  II,   że   wiara   i   rozum   to   dwa   „skrzydła”   wzajemnie   się   uzupełniające ?   A   co   z   myślą   ludzką   w   okresie   przedchrześcijańskim   bądż   na   terenach   „nieskażonych”   wiedzą   o   Chrystusie?

Augustynowską   adaptację   /a   ściśle:   plagiat/   filozofii   Plotyna   do   potrzeb   chrześcijaństwa   autor   kwituje   pięknym   zdaniem:  
„Miłość,   która   Plotyna   kieruje   w   stronę   nieskończonego   piękna  „Jedni”   i   umożliwia   mu   jej   poznanie,   u   chrześcijańskiego   myśliciela   Augustyna   nosi   nazwę   miłości   do   Boga   Trójjedynego.   Tym   samym   erosem   karmią   się   w   nim   filozofia   i   teologia”.

   No  comments.

Im   dalej   tym   lepiej:   „Filozofia   nowożytna   to   rodzaj   produktu   rozpadu...   teologicznych   treści”;  „Żadnego   z   wielkich   idealistycznych   filozofów   i   poetów   nie   można   sobie   nawet   w   najmniejszym   stopniu   wyobrazić   bez   chrześcijaństwa”;    U   HEGLA    „sekularyzacja   przyjmuje  formę   prawie   wampiryczną:   z   witalnych   żył   chrześcijaństwa   wysysa   krew,   aby   przetoczyć  ją do   innych   organizmów”.

Choroba”   rozwija   się   jak   u    Macierewicza:   „Nietzsche,   syn   pastora,   aby   namalować   swojego   proroka   Zaratustrę,   zapożycza   paletę   przede   wszystkim   z   Biblii,   podobnie   jak   Holderlin   ozdobił   swojego   zbawiciela   Empodoklesa   wszystkimi   insygniami   chrześcijańskiego   Mesjasza”.  Postuluje   też   naprawę   filozofii:   „należy...   uwalniać...   filozofię   nowożytną   od   negacji   i   wskazywać   jej   właściwe   miejsce   w   wiedzy   chrześcijańskiej..”.
 Balthasar   przeciwstawia   historycznosć   Objawienia  biblijnego   i   niehistoryczność   myśli   greckiej”.

 Zakończmy   uwagą   tłumacza   Marka   Urbana:
 „Chrześcijaństwo  jest   dla   von   Balthasara   jedynym   możliwym   przypieczętowaniem   humanizmu.   Tylko   w   nim   bowiem   dzięki   podporządkowaniu   się   prawom   Objawienia   natura   jako   taka   może   się   sama   objawić.   Poza  Chrystusem   każdy   humanizm   pozostaje   niejako   w   swojej   początkowej,   niespełnionej   formie.   Tylko  w  Nim   bowiem   można   w   pełni   zrozumieć,   kim   jest   czlowiek,    będący   w   przeciwieństwie   do   innych   istot   naturą   dwoistą,   czyli   duchem   w   ciele”.

Wystarczy,   cierpliwość   moja  się   wyczerpała,   lecz   teraz   doskonale   rozumiem   dlaczego   tego   pana   nie   mogłem   znależć   w   almanachach   /polskim,   angielskim,   amerykańskim/   ani   w   encyklopediach   Webstera   czy   Funka.