Thursday, 21 November 2013

Hans Urs von Balthasar

Hans Urs von BALTHASAR /1905 – 88/
20.03.2012

Od dawna o nim słyszałem - przede wszystkim czytając książki mego guru tj ks. Józefa TISCHNERA, który odwoływał się często m.in. do jego „Teologii dramatu”, - wiadomości zbierałem - m.in. o jego duchowym związku z mistyczką Adrienne von Speyr /1902-1967/ czy też jego biografii napisanej przez ks. Eligiusza Piotrowskiego, no i, oczywiście o wydaniu przez krakowski WAM trzech tomów „TEOLOGIKI” /”Theologik”/, składającej się z „Prawdy świata”, „Prawdy Boga” oraz „Ducha Prawdy”, stanowiącej ostatnią część 16-sto tomowej trylogii, której pierwsza to siedmiotomowa „CHWAŁA” /”Herrlichkeit”/, a druga - pięciotomowa „TEODRAMATYKA” /”Theodramatik”/, - notowałem skrzętnie anegdoty - jak ta o miganiu się von Balthasara od nominacji kardynalskiej, które miałoby doprowadzić go do zejścia /26.05.1988/, by uniemożliwić wręczenie kapelusza kardynalskiego przez JP II zaplanowane na 28 bm, - ciekawość swoją systematycznie pobudzałem, aż wreszcie, po otrzymaniu przesyłki od K.K, zawierającej dwa tomy „Pism Wybranych” /Wyd. WAM 2006/ przystąpiłem do czytania i się srodze rozczarowałem, o czym będzie poniżej.

Pozwolę sobie nadmienić, że powyższe zdanie było etiudą doskonalenia mojej stylistyki, przeto proszę o ponowne jego przeczytanie. Kto chce może jeszcze raz je przeczytać mając na uwadze, że to jedyny owoc mojej tygodniowej intensywnej pracy.

A więcej było, tylko, że się zmyło tzn, że jednym kliknięciem unicestwiłem cztery strony mego dzieła, bo przeogromne przerażenie mnie ogarnęło, że bezwiednie naśladuję mistrza słowotoku, naszego imć Balthasara, który niewiele mając do przekazania napisał 85 opasłych książek, tysiące artykułów oraz 60 „dyktatów” inspirowanych widzeniami Adrienne. A, że w założeniu moja pisanina ma służyć poszerzaniu wiedzy w sposób nader przyjemny, nadto skojarzeniowy, a czasem i anegdotyczny, to dzisiaj, tj 26 bm, usłyszawszy podczas drzemki głos „stamtąd”: „Wojciechu i Sabo ! Nie idż tą drogą”, do polecenia się zastosowałem, dotychczasowy tekst zlikwidowałem i do „lekkiego” pisania niniejszym przystępuję.

Pierwsze skojarzenie wywołuje samo nazwisko. Jest jednym z tych, które wskutek brzmienia /czego przykładem niewątpliwie pozostaje toast „Jan Sebastian Bach”/ bądż skojarzeń /np Fałat, Gomółka-Gomułka czy Ziobro-Żebro/ przyswajane są łatwo przez nasze zmysły. A do tego jeszcze VON plus tajemnicze imię URS /a URSUS to niedżwiedż/. Omawiane nazwisko kojarzy mnie się /poza Trzema Królami - Kasper, Melchior, Baltazar/ z Ucztą Baltazara. No i właśnie w ramach misji edukacyjnej /”miłej, łatwej i przyjemnej”/ zapytajmy co oznaczają słowa MANE TEKEL FARES ? Każdy je słyszał, lecz kto pamięta czemuż to, ach, czemuż są zapowiedzią klęski, nieszczęścia ? Otóż wg Biblii /Daniel,5,1-31/ Baltazar, ostatni król Babilonii, syn Nabuchodonozora, wydał bałwochwalczą ucztę podczas której używano naczyń skradzionych ze świątyni jerozolimskiej; w trakcie uczty, na oświetlonej ścianie ukazała się ręka ludzka, pisząca Mane, thekel, fares, które przełożył /z aramejskiego/ i znaczenie wytłumaczył wezwany prorok Daniel: „Policzono, zważono, rozdzielono. Policzył Bóg królestwo twoje i kres mu położył. Zważony jesteś i znaleziono za lekkim. Rozdzielono królestwo twoje i dano je Medom i Persom”. Tejże nocy zabito Baltazara, a tron przejęli Medowie. Dodajmy, iż najsłynniejszy obraz zainspirowany tym wydarzeniem namalował Tintoretto, a kompozycję w formie oratorium stworzył Haendel.

Teraz, kiedy nazwisko zapadło już nam w pamięć, to możemy omówić curriculum vitae. Urodził się 5.08.1905 r., w szwajcarskiej Lucernie, jako syn nauczycielki i architekta. Jako czterolatek rozpoczął naukę gry na fortepianie, a po pierwszych fascynacjach Schubertem i Czajkowskim przyszedł okres przedzierania się przez „gąszcz” muzyki Straussa, Mahlera, Mendelssona i Schónberga /umlaut/, by dotrzeć wreszcie do muzyki Bacha i Mozarta, których zwał „wiecznymi gwiazdami”. Gwoli ścisłości odnotujmy też trwały jego zachwyt Haydnem. Najważniejszą jednak była dla niego muzyka MOZARTA, której pozostał wierny do śmierci. Muszę tu pozwolić sobie na dygresję, iż do grona wielkich mędrców, których urzekło piękno dzieł MOZARTA należy RATZINGER, który w 1985 r. zorganizował w Bazylice św. Piotra wykonanie Mszy koronacyjnej C-dur Mozarta przez Orkiestrę Filharmoników Berlińskich pod batutą Herberta von Karajana, i który pisał:

„Muzyka Mozarta wnikała w nas gdzieś od samych korzeni i wciąż do głębi mnie porusza, bo jest tak olśniewająca, a zarazem tak głęboka. ......słychać w niej cały tragizm ludzkiego bytu”.

Co do samego von Balthasara, to dziękując za przyznanie mu Nagrody im Wolfganga Amadeusza Mozarta w roku 1987, wyznał:

„Jak drogimi nie pozostaliby dla mnie w dojrzałych latach Bach i Szubert, to Mozart był niewzruszoną Gwiazdą Polarną, wokół której krążyli dwaj pozostali /Wielka i Mała Niedżwiedzica/”

. Dodajmy jeszcze, że z miłości do muzyki Mozarta zrodziła się znajomość z Karlem BARTH-em /1886-1968/, wielkim szwajcarskim protestanckim teologiem, który jest autorem m.in. sławnego zdania:

„Nie jestem zupełnie pewien, czy aniołowie, kiedy chwalą Boga, grają akurat Bacha - jestem za to pewien, że kiedy są sami, grają Mozarta, a miły Bóg przysłuchuje się im wówczas szczególnie chętnie”.

Przypomnijmy jeszcze, że reżyserem słynnego filmu o Mozart-cie pt „Amadeus” byl Milos Forman, a główną rolę grał F. Murray Abraham /3 Oscary w 1984 r/.

Fascynacja Mozartem warta jest zauważenia, gdyż znajdujemy jej oddżwięk w licznych tekstach von Balthasara, jednakże moje odchodzenie od narzuconej sobie dyscypliny trzymania się głównego wątku, może doprowadzić do „wylewności” i przez to „obfitości” przewyższającej twórczość bohatera niniejszego eseju, a ta właśnie nadmierna elokwencja jest istotnym elementem mojej krytyki.

Wracamy więc do curriculum vitae. Studiował filologię w Wiedniu i Berlinie, a w 1928 r., w wieku 23 lat, obronił doktorat. Tytuł jego pracy doktorskiej „Historia problemu eschatologicznego w nowożytnej literaturze niemieckiej” /eschatologiczny znaczy pośmiertny/ wskazuje na zainteresowania bliskie teologii, a tytuł wersji poszerzonej „Apokalipsa niemieckiej duszy” zawiera aż dwa wyrazy o ściśle religijnych konotacjach. /Przypomnijmy, że apokalipsa to OBJAWIENIE, to wizja eschatologicznego końca świata, patrz m.in. Apokalipsa św. Jana. Podkreślone słowo jest kluczem do całej twórczości von Balthasara, lecz o tym póżniej. Oj, gaduła, gaduła z tego Wojciecha/.

Nie dziwi więc specjalnie wstąpienie jego do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego w roku następnym i intensywne dalsze kształcenie pod wpływem poznanych tam Ericha Przywary /1889-1972/ i Henri de Lubaca /1896-1991/. Ci dwaj wielcy jezuiccy myśliciele zasługują na szczegółowe omówienie, lecz tu tylko sygnalizuję ich „ważność” dla teologii XX wieku. Święcenia kapłańskie otrzymał von Balthasar w 1936, a w 1940 został duszpasterzem akademickim w Bazylei, gdzie poznał o trzy lata starszą mistyczkę Adrienne von Speyr /1902-67/, z zawodu lekarkę, protestantkę, która wprawdzie przeszła na katolicyzm, lecz /na mój niewyrafinowany, chłopski rozum/ po to, by naszego Hansa „owinąć sobie wokół palca”.

Przeglądając niniejszy tekst dostrzegłem potrzebę umieszczenia w tym miejscu ostrzeżenia przed dalszym czytaniem moich „bezeceństw”, tych czytelników, którzy bezkrytycznie ufają aktualnemu dyktatowi Watykanu i nie chcą, bądż nie są w stanie zauważyć, zmienności „aury” przez kolejnych papieży roztaczanej, wskutek czego słusznośc przysłowia „łaska pańska na pstrym koniu jeżdzi” potwiedzają losy np de Lubaca, von Balthasara, Rahnera, Newmana czy też ojca Pio.

„Dziś przeklęte, jutro święte” to powtarzająca się dewiza Watykanu. Ale nie moja. I dlatego też nie zgodzimy się w ocenie „genialnego” von Balthasara.

Natomiast pewne jest, że von Balthasar uwierzył w Adrienne „widzenia” i zaczął je spisywać, co dało łącznie 60 dyktatów. Pewne jest również, że ulegając jej naleganiom założył w 1943 r. Wspólnotę Świętego Jana, której jezuici nie chcieli wziąć pod swoje skrzydła i co stało się główną przyczyną porzucenia Zakonu w 1950 r. Stworzył własne wydawnictwo - Johannnes Verlag, by w samozadowoleniu wydawać swoją i Adrienne twórczość. Podkreślmy, że nie był zaproszony na Sobór Watykański II, a nazwiska jego próżno szukać w almanachach czy Websterze. Doszedłem do wniosku, że został w dużym stopniu wypromowany przez JP II i Tischnera, a dlaczego - to spróbuję zaraz wyjaśnić, ino przedtem mała dygresja.

Nie bez powodu popularne jest przysłowie „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”, które szczególnie dotyczy prób podważania autorytetu i nieomylności Kościoła przez „prywatne objawienia” bab, często niezaspokojonych seksualnie, nawiedzanych bądż przez „oblubieńca” Jezusa bądż matkę Jego - Marię. I tak, obok omawianej Adrienne, wspomnę kłopoty z Faustyną, mateczką Kozłowską czy przeoryszą z Loudun, sparafrazowaną przez Iwaszkiewicza na „Matkę Joannę od Aniołów” z kresowego Ludynia, a sfilmowaną przez Kawalerowicza w 1961 r z Winnicką I Voitem w rolach głównych. W każdym z powyższych przypadków „nawiedzoną” wspomagał cwany klecha, który nadawał mistycznym widzeniom spójny kształt, łatwiejszy do propagowania. Historia w Loudun skończyła się spaleniem na stosie, a sprawa mateczki Kozłowskiej - ekskomuniką.

O tej ostatniej przypomnę parę faktów. Była klaryska, Feliksa Kozłowska /1862-1921/ założyła w 1893 r., w Płocku, tajny Zakon Nieustającej Adoracji Najświętszej Marii Panny, znany pózniej pod nazwą mariawitów. Zainteresowanie widzeniami mateczki Feliksy wkrótce zmieniło się w skandal, gdy zakon wybrał własnego biskupa. Ekskomunikowany zakon rozpadł się na Starokatolicki Kościól Mariawitów z siedzibą w Płocku oraz wyznający bardziej rygorystyczne reguły Katolicki Kościół Mariawitów w Felicjanowie. /Oba funkcjonują do dziś/. W setną rocznicę ekskomuniki /5.04.2006/, na sympozjum ekumenicznym, katolicki biskup Bronisław Dembowski podkreślił, że Kościół zawsze był bardzo ostrożny w przyjmowaniu objawień prywatnych, o czym świadczą choćby losy „Dzienniczka” św. Faustyny, a dr Sławomir /nomen-omen/ Gołębiowski zwrócił uwagę, że przyczyną niechęci ówczesnego duchowieństwa rzymskokatolickiego do mariawitów był fakt, iż nie pobierali oni opłat za posługi religijne. Ślub kościelny kosztował wówczas 100 rubli, a wystawny nawet 1000 rubli /dla porównania robotnik zarabiał 20-30 rubli miesięcznie/. Księża rzymskokatoliccy słusznie obawiali się więc, że wskutek konkurencji utracą zarobki; przeto aby wzniecić „gniew ludu” oskarżyli mariawitów /tj stricte jedyny kościół o zabarwieniu narodowym/ o kolaborację z caratem, co wystarczyło polskiemu motłochowi do zbrojnych akcji m.in. w Lesznie pod Warszawą, gdzie w ataku gawiedzi na kościół mariawicki zginęło 12 osób. Podkreślmy, że nawet wspomniane, darmowe posługi religijne świadczone przez mariawitów nie zachwiały ślepym posłuszeństwem „ludu” wobec Kościoła. Co do Faustyny, to zadziałał tu geniusz Wojtyły, który doprowadził do wyniesienia nawiedzanej „na ołtarze”, ucinając tym samym trwający kult nieformalny.

Nim wyjaśnię „genialność” Wojtyły przypomnę, że to również właśnie on spowodował powrót Balthasara do łask Kościoła /siedemnaście lat po śmierci Adrienne/ przyznając mu w 1984 r. Międzynarodową Nagrodę im. Pawła VI za całokształt pracy teologicznej, a w roku następnym zlecając nawet zorganizowanie sympozjum w Rzymie na temat kontrowersyjnej /delikatnie mówiąc/ Adrienne, aż po powołanie go do kolegium kardynalskiego w roku 1988.

Nie miejsce tu szeroko rozwodzić się nad talentami Karola Wojtyły, przeto wspomnimy tylko o wielce mądrym stosunku jego do KULTÓW. Po co z kultami walczyć ? Przecież lepiej wykorzystać je dla swoich potrzeb. Tradycja chrześcijaństwa w tej materii jest szeroka: od przejęcia i reinterpretacji judaizmu, poprzez adaptację platonizmu, w tym przejęcie filozofii Plotyna przez św. Augustyna, po chociażby ustanowienie CHRISTMAS, w dniu święta boga słońca MITRY. /Umyślnie napisałem CHRISTMAS, bo polska nazwa - Boże Narodzenie jest idiotyzmem i oksymoronem wołającym o pomstę do nieba, jako, że BÓG jest wieczny i POZACZASOWY, więc nie może „się rodzić” Uzupełniam dla jasności, że CHRISTMAS znaczy Święto Mesjasza, Święto Chrystusa, a nie „narodziny Boga” !!! A skoro się rozgadałem, to przypomnę rzecz gdzieindziej szczegółowo omawianą, że „CHRZEST”, wbrew przekonaniom większości kato-Polaków, nie ma absolutnie nic wspólnego z CHRZEŚCIJAŃSTWEM, które jest tożsame - tak semantycznie jak i etymologicznie - z CHRYSTIANIZMEM/.

Już cesarz Konstantyn był świadom znaczenia kultów i zwalczane dotychczas chrześcijaństwo ustanowił religią państwową /tak formalnie to było dużo póżniej, lecz dla naszego wywodu wystarcza wersja potoczna/. Aby jednak trafić do serc i móżdżków gawiedzi trzeba im podmiot kultu przybliżyć. Pierwsze próby polegające na PERSONIFIKACJI Boga nie przyniosły oczekiwanych efektów: w trzech najważniejszych religiach monoteistycznych tj judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, mimo UOSOBIENIA BOGA, pozostał ON niewyobrażalny, a przez to tak daleki, tak odległy, że OBCY.

Mało tego personifikacja wyrwała się spod kontroli i doprowadziła do oddolnej kreacji wizerunku Boga jako starca z brodą, w nocnej białej koszuli, co przypomina nam m.in. Jean Effel w swojej rysunkowej opowieści pt „Stworzenie Świata”. Przeto przerażony Kościół zmienił definicję OSOBY /o tym piszę gdzieindziej/ dla potrzeb filozoficzno-teologicznych, a z drugiej strony pozornie zaakceptował wyobrażenia wynikłe z „pobożności ludowej”, by tym ludem rządzić i manipulować. Problem lokalnych ludowych wierzeń najlepiej znają misjonarze, którzy ze swoich kompromisowych rozwiązań często i gęsto tłumaczą się w Watykanie. Dodajmy, że swoisty przykład kompromisu stanowi reprezentowany przez tybetańskiego Dalaj Lamę odłam budddyzmu - lamaizm, w którym bazę stanowią wierzenia animistyczne, doktrynę buddyzm, a uatrakcyjniające ozdoby - elementy hinduizmu.

Zreasumujmy: Bóg jest obcy, Bóg dla ludu jest tylko straszakiem, co potwierdzają liczne powiedzenia i przysłowia, które podobno są mądrością narodu. /„Kara Boska”, „ Bój się Boga” etc/. Dla prósb skierowanych do Niego potrzebny jest pośrednik. Kościół ustanowił /jako dogmat/ Chrystusa jedynym pośrednikiem, lecz lud to odrzucił. O Jezusie-Chrystusie pamiętamy tylko i wyłącznie w dwóch momentach wzbudzających litość i współczucie: gdy leży „nagusieńki” w „stajence” oraz gdy niesie „krzyż na Golgotę”.

Do modlitewnych próśb potrzebna jest nasza ORĘDOWNICZKA, symbol macierzyństwa, Matka Boska, przedstawiana najczęściej z „dzieciątkiem” na ręku tzn stricte z okresu poprzedzającego chrześcijaństwo /prawidłowo - chrystianizm/, którego powstanie wiążemy z nauczaniem, trwającym prawdopodobnie rok, prowadzonym przez dorosłego Jezusa, „po trzydziestce”. /I znów ta „niesamowita polszczyzna”; niesamowita, bo Najświętsza Niepokalana Maria Panna urodziła, z natchnienia Ducha Świętego, Jezusa, w którego został inkorporowany /wcielony/ ukochany, jedyny SYN BOŻY - LOGOS /SŁOWO BOŻE/, zgodnie z powiedzeniem „a SŁOWO CIAŁEM się stało”, a nie BOGA, przeto przymiotnik „BOSKA” jest idiotyzmem, no bo BÓG W TRÓJCY JEDYNY ISTNIAŁ ZAWSZE, więc nie mógł być „urodzony”/.

O potrzebie kultu Marii, jak i innych świętych, MĄDRY - JP II wiedział i na wołanie ciemnego ludu odpowiedział, rozbudowując kult Marii jakościowo i ilościowo oraz serwując świętego każdemu potrzebującemu. I tak, tylko w Polsce czcimy i modlimy się do /nomen-omen/ Matki Boskiej: Częstochowskiej, Ostrobramskiej, Ludżmierskiej, Kalwaryjskiej, jak również Gromnicznej /2.02/, Jagodnej /2.07/, Jasnogórskiej /26.08/, Roztwornej /25.03/, Siewnej /8.09/, Szkaplerznej /16.07/, Śnieżnej /5.08/, Zielnej /15.08/ i wielu innych. Uczestniczymy w roratach /wczesna msza poranna ku czci NMP/ i odmawiamy różaniec /sznur paciorków, na których odliczamy odmawiane modlitwy; głównie „zdrowaśki” - 150 razy !!!/. Podobnie postąpił z idolatrią NMP w Ameryce Śr. i Płd., a dla ogółu „wiernych” /w cudzysłowie, bo wiarą nie przystoi tego nazwać/ wypromował trzecią tajemnicę fatimską jako przepowiednię uratowania mu życia przez NMP w próbie zamachu przeprowadzonego przez Agcę. Dużo pychy, że Pani Fatimska akurat o Wojtyle pastuszkom mówiła. Nie szkodzi, motłoch to kupi.

Co do świętych to jeszcze w 1969 r Paweł VI skreślił dwustu świętych; stu siedemdziesięciu jako o znaczeniu lokalnym, a trzydziestu jako legendarnych tj nigdy nie istniejących. Wśród tych trzydziestu znależli się św. Mikołaj, sw. Jerzy, św. Barbara, św. Krzysztof oraz św. Katarzyna z Aleksandrii /której ukradzionym pierwowzorem była HYPATIA - p. esej pod tym tytułem/. JP II wyszedł naprzeciw woli ludu, objechał cały świat i zdobył miłość ofiarowując każdej lokalnej społeczności ŚWIĘTEGO. To zgodne z metodą popularyzowania np sportowców: zwycięstwo Kanadyjczyka nikogo nie interesuje, natomiast regionalizacja do „naszego” ze Scarborough czyni go idolem. Czyż nie jest to przesłanka o OBCOŚCI odległego Boga ? Dodajmy do tego Marię - Królową Polski i mamy postulat Dostojewskiego, że każdy naród potrzebuje własnego Boga.

Teraz już czas na próbę wyjaśnienia dlaczego JP II przywrócił do łask von Balthasara. Po pierwsze: minęło 17 lat od śmierci Adrienne, jej „widzenia” poszły w zapomnienie; po drugie: Balthasar był zaślepionym tomistą w większym stopniu niż Akwinata i Wojtyła razem do kupy wzięci; po trzecie: głosił on nie tylko apokastazę /powrót wszechrzeczy do Boga/, lecz również myśl św. Pawła wyrażoną w liście do Tymoteusza /1 Tm 2,3-4/: „Bóg, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni”, i po czwarte przewyższył w obfitości Balzaca, przeto można z jego pisaniny wybierać wedle potrzeb. I tu tkwi sedno prawdy. Papież nie może wielu rzeczy sam powiedzieć: on cytuje lub mówią jego ludzie /vide dokument przewodniczącego Kongregacji Wiary Ratzingera pt Dominus Jesus/. I tak, za nadzieję powszechnego zbawienia ostre cięgi od ultrakonserwatywnych katolików zbierał Balthasar, a za ogłoszenie „pełnego zbawienia tylko dla katolików” - Ratzinger /od progresistów/.

Pozwolę sobie na malutką dygresyjkę na temat unikania wypowiedzi we własnym imieniu. Pierwsza metoda to powoływanie się na jakiś domniemywany autorytet: „Profesor Chimney /Smith, Kundelburry/ napisał /powiedział, udowodnił etc/ że....”. Tak postąpił kochany przez Polaków Norman Davies, który w historii Polski pt „Boże Igrzysko” /czytaj: pośmiewisko/ wydrukował parędziesiąt inwektyw pod adresem Polski i Polaków w formie cytatów. /Tak też postępował początkowo Platon, przypisując swoje myśli, cieszącemu się niezachwianym autorytetem - Sokratesowi/. Druga - to posługiwanie się heideggerowskim „SIĘ”: „mówi się, że...”, „ale się narobiło..”.

Przejdę teraz do paru przykładów, od których włosy mnie dęba stanęły. Najpierw pean ku czci Tomasza z Akwinu: „który swoją teorią bytu stworzył pomost między filozofią i teologią, pozostający dziełem niedościgłym... Bez horyzontu, który został zarysowany przez niego.. nie da się w ogóle w sposób odpowiedzialny uprawiać teologii i głosić Ewangelii”. A ja do dziś jestem przekonany, że Akwinata wespół-zespół z Kartezjuszem byli twórcami „Y” tj rozdroża arystotelesowskiej autostrady /a więc przeciwienstwa pomostu – więzi/. Co do drugiego zdania, to rozumiem, że do XIII wieku głoszenie Ewangelii prowadzone było w sposób nieodpowiedzialny. /Porównaj HYMN POLSKI, z którego płynie wniosek, że Polacy, przed Napoleonem, nie potrafili zwyciężać/

Pogląd o wyższości wiary nad rozumem znajdujemy m.in. w stwierdzeniu: „...rozum oświecony wiarą potrafi rozpoznawać rzeczy świata naturalnego, których rozum pozbawiony tego światła, a poprzez grzech nawet z niego ograbiony, sam w sobie osłabiony i zaciemniony, z pewnością nie dostrzeże lub rozpozna w zniekształcony sposób”. A co z myślą tomisty JP II, że wiara i rozum to dwa „skrzydła” wzajemnie się uzupełniające ? A co z myślą ludzką w okresie przedchrześcijańskim bądż na terenach „nieskażonych” wiedzą o Chrystusie?

Augustynowską adaptację /a ściśle: plagiat/ filozofii Plotyna do potrzeb chrześcijaństwa autor kwituje pięknym zdaniem:
„Miłość, która Plotyna kieruje w stronę nieskończonego piękna „Jedni” i umożliwia mu jej poznanie, u chrześcijańskiego myśliciela Augustyna nosi nazwę miłości do Boga Trójjedynego. Tym samym erosem karmią się w nim filozofia i teologia”.

No comments.

Im dalej tym lepiej: „Filozofia nowożytna to rodzaj produktu rozpadu... teologicznych treści”; „Żadnego z wielkich idealistycznych filozofów i poetów nie można sobie nawet w najmniejszym stopniu wyobrazić bez chrześcijaństwa”; U HEGLA „sekularyzacja przyjmuje formę prawie wampiryczną: z witalnych żył chrześcijaństwa wysysa krew, aby przetoczyć ją do innych organizmów”.

„Choroba” rozwija się jak u Macierewicza: „Nietzsche, syn pastora, aby namalować swojego proroka Zaratustrę, zapożycza paletę przede wszystkim z Biblii, podobnie jak Holderlin ozdobił swojego zbawiciela Empodoklesa wszystkimi insygniami chrześcijańskiego Mesjasza”. Postuluje też naprawę filozofii: „należy... uwalniać... filozofię nowożytną od negacji i wskazywać jej właściwe miejsce w wiedzy chrześcijańskiej..”.
Balthasar przeciwstawia „historycznosć Objawienia biblijnego i niehistoryczność myśli greckiej”.

Zakończmy uwagą tłumacza Marka Urbana:
„Chrześcijaństwo jest dla von Balthasara jedynym możliwym przypieczętowaniem humanizmu. Tylko w nim bowiem dzięki podporządkowaniu się prawom Objawienia natura jako taka może się sama objawić. Poza Chrystusem każdy humanizm pozostaje niejako w swojej początkowej, niespełnionej formie. Tylko w Nim bowiem można w pełni zrozumieć, kim jest czlowiek, będący w przeciwieństwie do innych istot naturą dwoistą, czyli duchem w ciele”.

Wystarczy, cierpliwość moja się wyczerpała, lecz teraz doskonale rozumiem dlaczego tego pana nie mogłem znależć w almanachach /polskim, angielskim, amerykańskim/ ani w encyklopediach Webstera czy Funka.