Saturday, 16 November 2013

COETZEE John Maxwell

   COETZEE   John  Maxwell    /ur.1940/

                                                                                              /X.2011, VI.2010; VI.2006/

UWAGA /15.11.2013/:    Załączona  recenzja  „Hańby”  była  pierwszą  próbą  mojej  pisaniny,  przeto  proszę  o  wyrozumiałość

COETZEE   -   to   moje   największe   odkrycie.   Najwybitniejszy  /DLA   MNIE/  z   żyjących   pisarzy;   konkurować   z   nim   może  /DLA  MNIE/   tylko    Amos   OZ.   Geograficznie   ciekawie:   RPA   contra   Izrael,   a   ideologicznie   jeden   problem   wspólny,   a   imię   jego   RASIZM.  Wynalazem  ciekawostkę:  obaj  mają  polskie  korzenie.  Może  raczej  korzonki.  Ojciec  Oza – Yehuda  Arich  Klausner  studiował  w  Wilnie /historię  i  literaturę/,   a  dziadek  po  kądzieli  miał  młyn  w  Równem.   Z  kolei  Coetze’a  matki  ojciec  pochodził  z  Czarnylasu  /Wielkopolska/. 

Tak   to   już   bywa,   że   tylko    jedna   książka   danego  autora   przechodzi   do   historii   literatury   i   staje   się   jego   wizytówką.   Mimo,   że   Coetzee   zdobył   sławę,   i   to   światową,   dzięki   „In   the   Heart   of   the   Country”  /1977/   i   „Waiting   for   the   Barbarians”  /1980/,   a   pogłębił   „Foe”  /1986/   i    „The   Master   of   Petersburg”  /1994/,   to  wydaje  się,  że  najważniejszą  jest   “DISGRACE”   /1999/,   za   którą   zresztą    otrzymał   Booker   Prize  /1999/,   prestiżową   nagrodę   brytyjską   ustanowioną   w   1968  r.,   dla   pisarzy   anglojęzycznych   /Obecnie   ta   nagroda   nosi   nazwę:   „The   Man   Booker   Prize”/.   Powodzenie   jej   dało   też   asumpt   do   Nagrody   Nobla,   wręczonej   pisarzowi   w   2003   roku.

Co   do   „Foe”  -   to   baba   z   Piętaszkiem  /por. „Robinson   Cruzoe”/,   a   „Mistrz   z   Petersburga”   to   rozciągnięta   dysputa   o   walorach   rewolucji   i   komunizmu,   być   może,   interesująca   dla   anglosasów,   lecz   nie   dla   mnie  -  doświadczonego   PRL-em.   Podobała   mi   się   tylko   myśl,   że   „ze   starością   człowiek   sukcesywnie   MĄDRZEJE,   a   przez   to   MALEJE,   aż   finalnie   tak   zmaleje,   aby   móc   przejść   przez   ucho   igielne”   /Oczywiście   to   dostępne   dla   nielicznych   obdarzonych   rozumem/.

W    „Elisabeth   Costello”   świetne   rozważania   o   „Ulissesie”   Joyce’a.   Otóż   wg   Coetzee   oboje   Bloomowie   są   więżniami.    Muszę   to   przytoczyć   w   języku   angielskim,   bo  po   polsku   gubi   się   grę   słów:

 So   we   have   Odysseus   trying   to   GET   IN   and   Penelope   trying   to   GET   OUT ....If   she   is   SHUT   INTO   conjugal   home,   he   is   SHUT   OUT”.    /Tak   więc   mamy   Odyseusza   starającego  się   dostać   do   wnętrza   i    Penelopę   usiłującą   się   wydostać.....  Jeżeli   ona   jest   zamknięta   w   małżenskim    ognisku   domowym,   to   on   jest   z  niego  wykluczony/
.
BRODSKI   powiedzial,   że   Coetzee   „to   jedyny   autor,   który   ma   prawo   pisać   prozę   po   BECKET-cie”.   /Samuel, 1906-96,   ten   od   „Czekając   na   Godota”/
.
Hańbę”   -   czytałem   po   angielsku,   a   póżniej   po   polsku.   Przekład   wg  mnie    słaby,    począwszy   od   tytułu   /HAŃBA   absolutnie   nie  oddaje    wieloznaczności   DISGRACE,   o   tym   dalej   w   „Kilku   Słowach....”/,   a   skończywszy   na    kompromitującej   ostatniej   frazie   gdzie   z   OFIARNEGO   BARANKA   /ang   „LAMB”/   zrobiono   JAGNIĘ,    a     „GIVE   UP”   przetłumaczono   na   „PODDAJESZ   GO”   zamiast:   rezygnujesz,   zaniechujesz   czy   też   „PODDAJESZ   SIĘ”.   Recenzja   poniżej,   ja   ino   jeszcze   zwrócę   uwagę   na   znaczenie   imion   np   PETRUS   to   SKAŁA,   DESIRE   -   POŻĄDANIE,    a   MELANIE   to   CZARNY   PIGMENT.

 SŁÓW    KILKA    O   „DISGRACE”

                                                                                                                            /czerwiec   2006/

Polska   „HAŃBA”   jest   jednym   ze   znaczeń   „DISGRACE”   i   mamy   jej   w   książce   sporo,   a   może   ściślej   wiele   HAŃB   równoległych   czy   też   wiele   różnych   HAŃB   wielu   różnych   ludzi.   Te   proste,   rzucające   się   w   oczy   „HAŃBY”   to   napiętnowanie,   a   właściwie   strach   przed   napiętnowaniem   tak   Melanie   jak   też   Davida   czy   Lucy.   Lecz   HAŃBĄ   okrywa   się   też   Petrus   /nomen   omen/   postępując,   jak   jego  „protoplasta”   św.  Piotr   wobec   Jezusa.   A   czyż   HAŃBĄ  nie   plami   się   systematycznie   Bev   Shaw,   mordując,    Bogu   ducha   winne,   zwierzaki?    Przecież    jej   plugawe   „zbliżenia”   z   utytłanym   moralnie   Davidem   wskazują   na   jej   degrengoladę.   Czyż   kat   lub   grabarz   nie   są   potrzebni   w   społeczeństwie?   Oczywiście   są,   lecz   czynności   przez   nich   wykonywane   niewątpliwie   kaleczą   ich   serca   i   dusze.   A   dalej:   czyż    David,   specjalnie   pokonujący   setki   kilometrów,  by   złożyć   plugawą   i   plugawiącą   wizytę   Isaacsom,   nie   kieruje   się   chęcią    ZHAŃBIENIA   ich   domu,   a   w   tym   szczególnie   młodszej   siostry   MELANIE   imieniem   /nomen   omen/   DESIRE.   A   wreszcie,   HAŃBA   zakłamanego  środowiska   uniwersyteckiego,  które,   odcinając   się   od   Davida,   ratuje   własny   tyłek.    Ofiarowywana   „pomoc”,   pod    warunkiem   jego   publicznego   upokorzenia   się,   poniżającej   samokrytyki,   przypominająca   wypisz-wymaluj   sądy   partyjne,    w   PRL-u,   w  latach   1955-8,   nad   towarzyszami,  którzy   „zbłądzili”,   ma   na   celu   wybielenie   siebie   przez   komasację   zła   w   kożle   ofiarnym  -  Davidzie.   Wynika   też   z   tego   HAŃBA   GENERACYJNA,   pokolenia   „starych”   -   pedagogów,   wobec   „młodych”   -   studentów.   I   tak   dochodzimy   do   HAŃBY   najistotniejszej   w   tej   książce:   to   HAŃBA   ludzkości   wynikająca   z   przyzwolenia   na   APARTHEID.    Rodzina   Isaacs,   prostytutka   Soraya,   Petrus,   gwałciciele,   jak   również   Bev   Shaw   to   CZARNI.   Szczególnie   drastycznie   ujmuje   to   autor   przedstawiając   motywacje   postępowania   gwałcicieli.
Przejdżmy   teraz   do   drugiego   znaczenia   DISGRACE.   No   cóż:    GRACE   -   to   wdzięk,   lecz   również   ŁASKA;   stąd   DISGRACE   to   brak   łaski,   dyskomfort   z   braku   Bożej   Łaski.    Tu   kulminacyjnym   punktem   jest   rozmowa   starego   Isaacsa   z   naszym   bohaterem.   Przy   końcu   rozmowy   jeszcze   świta   nadzieja,   iż   David   skorzysta   z   Bożej   Łaski,   lecz   okazuje   się   płonna.   David   się   nie   zmieni.

Czas   zająć   się   Davidem:   czy   jest   „zły”   czy   „dobry”?   Problem   ten   stawiał   wcześniej  Durenmatt  /umlaut/   w   „Kraksie   czyli   Przygodzie   Pana   Trapsa”.   Tak   jak   Traps,   David  jest    uczciwym,   godnym   obywatelem   /według   siebie   i   swego   środowiska/.   Dopiero   KRAKSA   ujawnia   względność   ocen.   Tu,   ten   ustatkowany,   52-letni   profesor,   prowadzący   ustabilizowany   tryb   życia   /wykłady,   pisanie   książki   o   Byronie,   systematycze   odżywianie   się,   wizyty   w   teatrach,   u   znajomych   jak   również   w   burdelu/   powinien   wzbudzać   naszą   sympatię.   Jednakże,   już   od   pierwszych   stron   autor   stwarza   nam   możliwość  zdemaskowania   tego   zakłamanego   konformisty,   który   prowadzi   życie   miłe,   gładkie,  aż   obłe.   Jego   wykłady   są   nudne,   nieciekawe,   nijakie,   a   zainteresowania   naszego   bohatera   są   żadne   lub   podejrzane.   Tak   jest   chociażby   z   Byronem,   którego   jedynie   związek   seksualny   z  prowincjuszką    interesuje  Davida,  bo   przypomina   mu   jego   wyczyny   erotyczne   z   dwiema   żonami,   z   prostytutką,   z   sekretarką,   ze   studentkami,  a   nawet   ze   starą   brudną   Murzynką.   Dalej,   alarmujące   dla   czytelnika   jest   śledzenie   prostytutki,  zaś   szantaż   egzaminacyjny   Melanie   dopełnia   obnażenia   jego   osobowości.
Niestety,   Davida   nic   nie   może   uratować.    Pana   Trapsa   złamał   emerytowany   prokurator   z   kolegami,   a   David   z   lubością   nurza   się   w   moralnym   rynsztoku   i   nigdy   nie   zrezygnuje  ze   swoich   racji,   bo   napełnia   go   samozadowolenie.   Co   gorsza,    sam   będąc   sobkiem,   egocentrycznym   odludkiem,   przypisuje   sobie   prawo   sądzenia   innych,   ingerowania    w  ich   życie   np   córki,   a   nawet   prostytutki   Melanie.   Skompromitowany   bankrut   życiowy   chce   ustawiać   życie   22-letniej   córki,   którą   nigdy   dotąd   się   nie   zajmował.   Gdy   wreszcie    ciężarna   córka   oddycha   z   ulgą   z   racji   jego   wyjazdu,   to   cieszyć   się   może   tym   niedługo.   Wesz   wraca   i   bijąc   w   twarz   Murzynka,   odnawia   konflikt    rasowy.   Najtragiczniejsza,   symboliczna   jest   ostatnia   scena,   gdy   z   ostatniego   stworzenia   zdolnego   do  pozytywnego   w  stosunku  do   niego   uczucia,   czyli   psa,   robi   baranka   ofiarnego,   odrzucając   łaskę   Bożą  dającą   możliwość   zmiany   dotychczasowego    postępowania.   Pozostaje   hardy   i   bezwzględny,   niezłomnie   pewny   swoich   racji,   niezdolny   do   jakichkolwiek   uczuć,   a   tym   bardziej    kompromisów.    A   HAŃBĄ   nie   jest   to   co   spotkało   jego   czy   jego   córkę,   lecz   jego   życie.   Tak,   tytułowa   HAŃBA   to    BYT,   jako   egzystencja,   białego   inteligenta   w   czasach   apartheidu;   bo   HAŃBĄ   ludzkości   jest   jakakolwiek   DYSKRYMINACJA.

    Jeszcze   słowo   o   imionach:   MELANIE   -   to   czarny,   DESIRE   -  pożądanie,   ISAAC  -  radosny,   PETRUS  -  skała,   POLLUX   -  od   polucji,   a  /przekornie  nazwany/   nasz   bohater   DAVID  -   ukochany   /chyba   sam   przez   siebie/.    Przypomina   mnie   się,   czytana   we   wczesnej   młodości,    „Uroda   Życia”   Żeromskiego,   gdzie   „obficie”   puszczająca    się   bohaterka   nazywała   się   Ewa   Pobratymska.

Dopisek   po   paru   dniach,   3.07.2006.


„HAŃBA”      wymaga   w   języku   polskim   DATIVUS   /celownika/   -  komu?,   czemu?.   Więc   HAŃBA   wszystkim,    wszystkim   bez   wyjątku,   za   tolerowanie   egzystencji   takiej   mściwej   MENDY.     Odnosi   się   to  do   wszystkich   przypadków   tolerowania   MEND,   bez   względu   na   czas   i   miejsce.   Przeto   BÓG   i   HISTORIA   przypiszą   HAŃBĘ   wspólczesnym   Polakom   za   tolerowanie   MENDY   Kaczyńskiego,   pamiętliwego,  ziejącego   nienawiścią   /Biedny   Mietek/.   Póki   MENDA   pęta   się   po   ziemskim   padole,    póty    wszyscy   muszą     drżeć   przed   niezawinioną   HAŃBĄ.