Wednesday, 6 November 2013

PLICA POLONICA a ŻYDZI

    PLICA  POLONICA       a      ŻYDZI                  

                                                                                                                           czerwiec    2005                       
[wielotematyczny  prolog  wydał  mi  się  za  długi,  więc  go  skróciłem.WG,  czerwiec  2011]

                                PROLOG


PLICA  to  fałda,  zmarszczka,  stąd  się  wzięła  nasza  PLISA;  a  PLICA  POLONICA   to   KOŁTUN  czyli  twardy  zlep  włosów  głowy  powstający  głównie  wskutek  wszawicowego  ropnego  zapalenia  skóry  głowy.  Zaszczytny  ten  przymiotnik,  sławiący  POLSKĘ  szeroko  zawdzięczamy  „fryzurze”  polskich  kobiet,  nieznanej  poza  Polską  od  XIV wieku,  a  u  nas  „modnej”  do  XX  wieku.  Cenną  definicję  podaje  Wł.  Kopaliński  „plica  polonica [polonica, polska – gdyż  kołtun,  dawniej  powszechny,  na  Zachodzie  znikł  nierównie  wcześniej],  zbity  kłąb  włosów  na  głowie  powstały  skutkiem  brudu,  niemycia  i  nieczesania  głowy,  połączony  zwykle  z  wszawicą,  uważany  za  objaw  MAGICZNEJ  choroby  zadanej  przez  czary,  przy  czym  OBCIĘCIE  KOŁTUNA  sprowadzać  miało  PARALIŻ  i  ŚMIERĆ  osoby  nim  dotkniętej.  Przesąd  ten  .....dotrwał  .....do  pocz.XX w.” [podk. moje].  Już  w  1902  roku  Zygmunt  Gloger  w  „Encyklopedii  Staropolskiej  Ilustrowanej” [którą  posiadam  i  czytuję] zżymał  się  nad  tą  medyczną  nazwą  twiedząc,  że  „zjawisko  kołtunem  zwane  od  wieków  było  znane  u  Germanów,  nad  Renem,  w  Bawaryi  i t.d.,  i  z  zachodu  na  wschód,  a  nie  odwrotnie  się  rozprzestrzeniło..........nazwa  WEISELZOPF  jest ...niemieckim  wymysłem”  Wyjaśnijmy:  prawidłowa  nazwa  kołtuna  brzmi  WEICHSELZOPF  od  WEICHSEL  -  Wisła,  i  ZOPF -  warkocz, pedantyczna  fryzura  czyli  wyszło  „wiślana  fryzura”.  Dodajmy,  że  Gloger  na  końcu  pisze: [pis.orig]  „Dołączamy  przytem  objaśnienie,  że  nietylko  na  Pińszczyżnie  ale  i  na  Mazowszu  były  okolice,  np.  dawna  ziemia  Wiska  nad  Biebrzą,  gdzie  jeszcze  na  początku  XIX  wieku  pewna  część  ludności  obojej  płci  nosiła   zapuszczone  kołtuny”.

  Walka  z  nazwą  jest  irracjonalna,  a  w  myśl  zasady: „nie  ważne  dobrze  czy  żle,  grunt  by  o  nas  mówili”  mamy  wyjątkowy  powód  do  satysfakcji,  że  wreszcie  jesteśmy  rozpoznawalni.  Przecież  na  codzień  Poland  jest  mylona  z  Holland,  a  polish  kojarzy  się  z  polerowaniem.  Z  trzech  znanych  w  Ameryce  Polaków  tj  JP II,  WALESA  i  PULASKI,  za  dwadzieścia  lat,  wspominany  będzie  tylko  ten  ostatni,  a  to  z  racji  tradycyjnej  hucznej  parady.  Przecież  żadna   encyklopedia  na  świecie  nie  podaje  Łukasiewicza,  co  ponoć  lampę  naftową  wynalazł,  ani  Wróblewskiego  z  Olszewskim,  co  ponoć  tlen  skroplili,  ani  Hirszfelda  co  ponoć  grupy  krwi  wynalazł,  jak  również  Funka,  co  miał  witaminę  B  zmajstrować.  Bo  to  tylko  nasza  polska  megalomania,  taka  sama  jak  w  kwestii  obalenia  komunizmu,  uratowania  Europy  przed  inwazją  bolszewików  w  1920 r.,  czy  pozostawania  „przedmurzem  chrześcijaństwa”  granicząc  tylko  i  wyłącznie  z  chrześcijańskimi  sąsiadami.

  Owszem,  dwoje   „wielkich”  ludzi  pochodziło  z  Polski  -  Skłodowska  i  Korzeniowski  -  tylko,  że  nikt  o  tym  nie  wie.  W  najważniejszej  amerykańskiej  encyklopedii  [WEBSTER]  o  tej  pierwszej  czytamy: „CURIE  Pierre [1859-1906],  i  MARIE [1867-1934],  FRANCUSCY  fizycy,  mąż  i  żona,  którzy  razem  z  Becquerelem dzielili  nagrodę  Nobla [1903]  za  badania  radioaktywności,  w  tym  odkrycie  radu  i  polonu.  Marie  Curie  otrzymała  drugą  nagrodę  Nobla  w  1911.”[podkr.moje].   Co  do  Conrada,  to  dostałem  w  prezencie  od  znajomych,  kanadyjskich  inteligentów  [naprawdę  inteligentów  -  bez  żadnej  ironii],  piękne  wydanie  zbioru  opowiadań  tego  KLASYKA  literatury  anglosaskiej.  Gdy  moja  żona  nadmieniła,  że  to  Polak - Teodor  Józef  Konrad  Korzeniowski,  który  z  drugiego  i  trzeciego  imienia  sklecił  pisarski  pseudonim,  to  ofiarodawcy  spojrzeli  na  nią  tak,  jak  ja  na  swego  zięcia – Kosowara,  gdy  oświadczył,  że  Albania  była  największym  mocarstwem  w  Europie  i  zwała  się  Ilirią.  A  przecież  w  obu  przypadkach  mamy  do  czynienia  z  bezsporną  prawdą.

Nie  zapominajmy,  ze  niejaki  George  WEIGEL,  /nieznany  w  świecie,  lecz  w  Polsce  cieszący  się  wielką  estymą/,  w  biografii  WOJTYŁY  pt  „Świadek  Nadziei”,  omawiając  fenomen  intelektu  papieża,  stwiedza,  że  ZACHÓD  miał  wielką  trudność  w  uznaniu  tegoż  [tzn  intelektu],  ze  względu  na  obowiązujący  w  świecie  aksjomat:  „POLSKI   INTELEKTUALISTA  TO   OKSYMORON”.  Aksjomat  -  to  pewnik,  a  oksymoron  -  to  zaprzeczenie  samo  w  sobie,  paradoks,  śmieszna  niedorzeczność  jak  „słodki  ból”  czy  „gorzkie  szczęście”.  Tak  więc  cieszmy  się  z  tego  przymiotnika  „polonica”.  Litwinom  przypisano  kołduny,  a  nam  kołtuny.

Rozgadaliśmy  się,  a  tu  kołtun  na  nas  czeka.  Otóż,  jak  wszem  i  wobec  wiadomo,  kołtun  ma  jeszcze  przenośne  znaczenie,  Jest  to  pogardliwe  określenie  człowieka  zacofanego,  o  ciasnych  horyzontach  myślowych.  Przykro  mi  lecz  to  bezdyskusyjna  prawda,  że  określenie  to  jest  trafne  w  stosunku  do  większości  Polaków.  Nie  rozdrabniając  się  na  rozważania  o  „Moralności  Pani  Dulskiej”,  zasygnalizujmy  najjaskrawszy  paradoks.  Jak  to  jest,  że  społeczeństwo  skrajnie  antysemickie,  które  „antysemityzm  zassysa  z  mlekiem  matki”,  ogłasza  ŻYDÓWKĘ - Królową  Polski,  a  ŻYDA  Jezusa  chce,  wbrew  Watykanowi  i  chrześcijańskiej  doktrynie,  też  intronizować?  Jak  to  jest,  że  społeczeństwo  w  97%  deklarujące  wiarę  katolicką  nie  zna  pierwszych  słów  Ewangelii wg  św. Mateusza  brzmiących  „Rodowód  Jezusa  Chrystusa,  syna  Dawida,  syna  Abrahama..”  bądż   Ewangelii wg  św. Łukasza [3,23]  wg  której ojciec  Najświętszej  Panny – HELE  jest  z  rodu  Dawida?   Chcesz  się  przekonać,  to  powiedz  kołtunowi,  że  Królowa  Polski  miała  na  imię  MIRIAM  i  że  powiła  Jezusa  mając co  najwyżej  13  lat.  [za skutki  nie  odpowiadam]. Jaki  jest  poziom  umysłowy  społeczeństwa  głoszącego,  że  krew  chrześcijańskich  dzieci  potrzebna  Żydom  na  macę?  Czyż  ponad  600 lat  koegzystencji  to  za  mało,  by  do  zakutych  łbów  doszło,  że  KOSZER  nie  dopuszcza  nawet  śladu  krwi?  Czemu  idee  fixe  swego  idola  -  PAPIEŻA  POLAKA,  że  „ŻYDZI  TO  NASI  STARSI  BRACIA”   szeroko  olewają?  Mój  idol  ks. TISCHNER  mówił  o  Polakach: „Jako  naród  godni  podziwu,  jako  społeczeństwo  -  POŚMIEWISKO  ŚWIATA.  O  wiele  dosadniej  wyrażał  się  NORWID: „Jestem  zmęczony  uczuciem  obrzydzenia  dla  całego  społeczeństwa  polskiego,  złożonego  z  lalek  bez  woli  i  serca,  modlących  się  i  robiących  zbrodnie”  A  skoro  już  raz  zacytowałem  Norwida,  to  pozwolę  sobie  dorzucić  dalsze  jego  opinie,  jak  najbardziej  związane  z  POLSKIM  KOŁTUNEM:  „My  pochodzimy  ze  społeczeństwa  jedynego  na  globie,  w  którym  nie  ma  ani  jednego  czymkolwiek  bądż  wyższego  obywatela,  który  by  zelżonym  od  rodaków  albo  upoliczkowanym  i  nawet  obitym  nie  był”  czy  też „Polacy  -  nikogo  i  nigdy  nie  oceniali  i  nie  cenili  -  nigdy!  Zawsze:  albo  lekceważyli  albo  bałwochwalili”.  A  z  tego  bałwochwalstwa  i  Hymn  mamy,  o  którym  Norwid  pisze [a  mój  OJCIEC  często  mawiał]:  „Kiedy  kto  w  swojej  Epopei  Narodu  sam  wyśpiewuje,  że  dopiero  nauczy  go  ktoś  obcy,  jak  zwyciężać?”.

Oczywiście,  polskie  kołtuństwo  istnieje  na  każdym  polu,  lecz  ja,  w  tym  wypracowaniu  ograniczę  się,  zgodnie  z  tytułem,  do  kołtuńskiego  antysemityzmu.  Przyjmując  konwencję,  że  ŻYDZI  to  sprawcy  nieszczęść,  a  KOŁTUN   to   ja,  przy  pomocy  autowiwisekcji  prawdę  przedstawię  w  sposób  lekki,  łatwy  i  przyjemny,  aby  wynagrodzić  lekturę  ponurego  prologu. W  ostatnim  słowie  prologu  wyrażam  wdzięczność  Kazimierzowi  Wielkiemu  [1310-1370],  który  Żydów  do  Polski  przyjął,  bo  bez  nich,  mielibyśmy  do  obarczania  winą  tylko  masonów  i  cyklistów.  No,  jeszcze  rusofobia...

                                ROZDZIAŁ   I 

           
Już   pięćdziesiąt  lat  przed  moim  narodzeniem  uzależniony  zostałem  od  Żydów,  bo  gdyby  nie  oni,  to  by  nie  przeżył  ani  mój  Tatuś  Tadeusz,  ani  Ciocia  Stasia,  ani  Stryjkowie  Feliks  i  Eugeniusz,  a  przede  wszystkim  Dziadkowie,  a  więc  i  mnie  by  nie  było.  A  było  to  tak.  Dziadek  Wojciech  był  analfabetą,  pracował  jak  była  praca,  a  nie  zawsze  była,  jako  robotnik  w  garbarni.  Cały  trud  utrzymania  rodziny  spadał  na  energiczną,  zaradną  Babcię  Bronisławę.  Mieszkali  na  Nalewkach  w  jednej  bardzo  dużej  izbie,  gdzie  na  środku  stała  balia,  wokół  pętała  się  grupka  bachorów,  z  której  przeżyło  czworo,  wyżej  wymienionych.  Najmłodszy  był  mój  przyszły  ojciec  Tadzio,  który  najczęściej  obrywał  od  matki  mokrą  ścierką,   bo  będąc  prawie  ślepy  [-17  dioptrii]  zawsze  przebywał  nie  tam,  gdzie  trzeba.  Zresztą  nikt  o  ślepocie  nie  wiedział  [bo  skąd?],  a  zainteresowanego  powiadomiła  komisja  lekarska,  jak  do  kadetów  chciał  się  dostać.  Byt  rodziny  całkowicie  zależał  od  Żydów,  a  dokładnie  od  ich  brudnych  gaci.  Tak,  bowiem  Babcia   prała  Żydom  czy  też  dla  Żydów.  A  więc  już  50  lat  przed  moim  przyjściem  na  świat  Żydzi  zadecydowali  o  moim  losie.  Gdyby  nie  brudzili,  babka  nie  miałaby  co  prać  i  wszyscy  by  zdechli  z  głodu,  a  ona  oczywiście  nie  zostałaby  moją  babcią.

Przeskoczmy  teraz  wprzód  o  trzydzieści  lat  do  incydentu „żydowskiego”,  który  mógł  odmienić  los  mego  Ojca,  a  przez  co  zadecydować  o  moim  poczęciu.  Aby  to  było  jasne  uprzedzę  fakty  i  powiem,  że  moja  Mama  postanowiła  wyjść  za  mego  Ojca,  po  jego  doktoracie,  a  ten  incydent  mógł  wszystko  zrujnować.  A  było  to  tak:

           Tadzio  pobierał   nauki  u  Orszulanek,  w  przedszkolu,  raczej  krótko,  a  potem  gęsi,  u  gospodarza,  pasał   i  na  harmonii  pogrywał.  Do  szkól  go  nikt  nie  posyłal,  to  i  nigdy  nie  chodził.  Maturę  zdał  jako  ekstern,  i  to  z  greką  i  łaciną,  w  wieku  27  lat, dzięki  niebywałym  zdolnościom,  determinacji,  syzyfowej  pracowitości  i  pomocy  finansowej,  starszego  o  sześć  lat,  brata  Feliksa,  nie-Żyda,  ale  za  to  CYKLISTY. W  1933 r.  zaczął  studiować  na  Uniwersytecie  Warszawskim,  ktory  ukończył  z  odznaczeniem  w  ciągu  dwóch  lat,  by  po  następnych  dwóch  obronić  pracę  doktorską,  u  prof. Arnolda.  Tak  więc  w  cztery  lata   ukończył  wydział  historii,  zrobił  doktorat,  zgodnie  z obietnicą  ożenił  się  [pięć  dni  po  obronie  pracy  doktorskiej]  i  zaczął  pracę  habilitacyjną,  a  to  dzięki  wyżej  wymienionym  przymiotom,  jak  również  dwóm  parom  okularów  o  podwójnych  szkłach.  A, że  zawiść  jest  najsilniejszym  uczuciem  POLSKIEGO  KOŁTUNA,  to  teza,  że  taki  kujon  w  okularkach  i  w  dodatku  z  wydatnym,  czerwonym  nosem  [co  było  pozostałością  po  paleniu  pakół  na  nosie,  w  celu  wypędzenia  róży]  musi  być,  panie,  Żydem,  spowodowała  incydent,  który  zamierzałem  opisać.  Tylko,  co  tu  opisywać,  skoro  każdy  zna  „Zezowate  Szczęście”,  a  jak  nie  zna,  to  głąb,  bo  to  bezdyskusyjnie  największe  polskie  arcydzieło;  a  jak  zna,  to  pamięta,  co  pana  Kobielę,  co  odgrywał  Piszczyka,  spotkało  w  auli  uniwersyteckiej.  Tak,  tak  chodzi o „GETTO  ŁAWKOWE”.  Żyd,  który  by  na  nie  nie  przystał,  obity  zostałby  dotkliwie  i  studiów nigdy  by  nie  ukońńczył.  Szczęśliwie  Tadziowi  uwierzyli,  że  Polakiem  jest,  a  na  żydowskich  Nalewkach  mieszka  z  biedy,  a  nie  z  pochodzenia.  Tak  czy  inaczej  znów  nad  moim  losem  zawisł  ŻYDOWSKI  miecz  Damoklesa.

                              ROZDZIAŁ   II


No  i  przyszedł  ów  rok  1943,  rok  moich  narodzin.  Już  od  początku  roku  ŻYDZI  kombinowali,  jak  popsuć  moje  urodziny;  i  w  końcu  19  kwietnia  zaczęli  powstanie  w  Getcie   Warszawskim.   Dostarczyli  wprawdzie  rozrywki  bywalcom  świeżo  postawionej  karuzeli  na  pl.  Krasińskich,  z  widokiem  na  płonące  Getto,  lecz  i  to  odbiło  się  czkawką  po  wielu  latch,   podczas  nazwijmy  to  „debaty”  nad  miejscem  pochówku  MIŁOSZA,  bo  zdaniem  POLSKIEGO  KOŁTUNA,  autor  wiersza  „Campo  di  Fiori”,  krytykujący  wydarzenia  na  owej  karuzeli,  w  tym  okrzyki  „Ale  żydki  się  smarzą”,  nie  zasługuje  na  pochówek  na  Skałce.  Apogeum  walk  powstańczych  przypadło  na  27  kwietnia.  Leżałem,  jak  zawsze  dotychczas, w  łonie  matki,  w  klinice  na  ul.  Złotej,  a  to  tuż  koło  Getta.  No  i  zaczęło  się  bombardowanie  niepokornych  Żydów,  wszyscy  uciekli  do  schronu,  nawet  prywatnie  wynajęta  pielęgniarka,  a  mama  zaczęła  mnie  rodzić.  A  ja  kalkuluję:  sytuacja  niepewna,  lepiej  poczekam.  A  tu  cholera,  alarm  odwołali,  lekarze  wrócili  i  kleszczami  mnie  na  siłę  wyciągneli.  Od  tej  pory,  chyba  mam  coś  nie  tak  z  głową,  a  wszytko  to  przecież  przez  ŻYDÓW,  co  na  Umschlagplatz-u  /w  getcie/   nie  chcieli  grzecznie  wsiadać  do  pociągu..

                                   ROZDZIAŁ   III


Następne  nieszczęście  z  Żydami,  to  bardziej  z  opowiadań  znam,  niż  z  pamięci,  bo  to  gdzieś  było  w  1946-47  roku.  Nie  pamiętam  skąd  się  wzięła,  ale  zamieszkała  u  nas  niejaka  Baurowiczowa.  Szukała  wsparcia  u  swego  kuzyna  Józefa  Cyrankiewicza  vel  Zimmermana.  Nie  wiem  czy  jej  się  udało,  ani  jak  jej  dalsze  życie  się  potoczyło,  lecz  jej  dotychczasowe  tak  mnie  zaciekawiło,  że  postanowiłem  tu  o  nim  wspomnieć.  Bo  coś  takiego  tylko  ŻYDÓWCE  może  się  przytrafić.  Otóz,  mimo  żydowskiego  pochodzenia,  Baurowiczowa  podpisała  Volklistę,  tzn  ŻYDÓWKA  za  folksdojczkę  robiła.  Do  tego  miała  kochanka  -  oficera  Wermachtu,  a  jej  17-letni  syn  poszedł  do  Powstania  i  zginął.  Przyszli  Ruskie,  młode  chłopcy  byli,  wysłuchali  jej,  że  syna,  ich  rówieśnika,  straciła,  wódką  podjęli,  łzę  uronili  nad  ofiarami  wojny,  i  w  dwudziestu  ją  przelecieli.  Nie  rozumiałem  i  do  dziś  nie  rozumiem,  czemu  moja  matka  jej  współczuła,  bo  nie  dość,  że  folksdojczka,  to  ŻYDÓWKA.  Chyba  matka  udawała.  Co  do  wspomnianego  ŻYDA  Cyrankiewicza,  to  wyczytałem,  że  dowodził  oddziałem  partyzanckim  PPS-u,  który  w  brawurowej  akcji,  w  Nowym  Sączu,  odbił  z  rąk  gestapo  storturowanego  Jana   KARSKIEGO,  tak,  tego  Karskiego,  który  powiadomił  Roosevelta  i  Żydów  amerykańskich  o  HOLOCAUST-cie.  Takie  to  przewrotne  losy  bywają,  a  szczególnie  gdy  ŻYDÓW  dotyczą.

  Pozwolę  tu  sobie  na  dygresję  o  Karskim.  Po  wojnie  poświęcił  się  karierze  naukowej  na  Georgetown  University  w  Waszyngtonie,  lecz  całe  życie  dokuczało  mu  poczucie  winy,  że  system  PAŃSTWA  PODZIEMNEGO,  któremu  z  narażeniem  życia  służył,  poświęcił  życie  tysięcy  ludzi,  w  tym  dzieci  -  całkiem  NIEPOTRZEBNIE.  Bez  Państwa  Podziemnego,  bez  AK  -  twierdził  -  wojna  nie  trwałaby  ANI  O  JEDEN  DZIEŃ  DŁUŻEJ

Pisząc  o  żydowskich  paradoksach  wojennych,  wspomnę,  że  hołubiony  piewca  Powstania  Warszawskiego  -  poeta  BACZYŃSKI  [p.hasło  BACZYŃSKI]  był  ŻYDEM,  a  jego  wiersze  były  o  powstaniu,  tyle  że  tym  w  GETCIE.   Najśmieszniejsza  w  swoim  tragizmie  była  jednak  historia  osoby  bardzo   mi  bliskiej  -  ROMY.

Roma  przyszła  do  nas  gdzieś   w  1947  roku,  „na  służące”,  a  potem  robiła  równo  ćwierć  wieku  za  „pomoc  domową”,  bo  w  socjalizmie  służących  nie  wolno  było  mieć.  A  przed  wojną  żyło  się  jej  jak  wielkiej  pani.  Pochodziła  z  Czeremchy  czy  też  z  Hajnówki,  czyli  z  „bidy”.  Gdy  siostra  w  Warszawie,  a  ściślej  w  Wawrze  się  ustawiła  wychodząc  za  piekarza,  to  ściągnęła  Romę,  by  i  ona  wielkiego  świata  zaznała.  Pracowitą  była,  to  i  z  robotą  kłopotu  nie  miała.  Nas  interesuje  jej  praca  w  słynnej  kawiarni  Gajewskiego,  bo  to  jej  życie  odmieniło.  Tu  bowiem  poznała  bogatego  przedsiębiorcę,  inżyniera  Bolimowskiego,  który  zapałał  afektem,  wyjął  ją  z  kawiarni   i  kupił  jej  trzypokojowe  mieszkanie  na  Podwalu.  Oczywiście  utrzymywał  ją  i  pieniędzy  nie  żałował.  Z  prezentów  najbardziej  lubiła  lisa  i  patefon.  I  na  tym  patefonie  całe  dnie  wygrywała,  a  sąsiadki  się  zżymały,  że  kochanica  ŻYDA  tak  hałasuje.  Tak,   bo  inżynier  ŻYDEM  był.  No  i  przyszedł  rok  1939.  Żeby  było  śmieszniej  ŻYDA  powołano  do  POLSKIEGO  wojska,  a  że  wykształcony  był,  jak  to  z  ŻYDAMI  naogół  bywa,  to  oficerem  go  zrobili  i  na  wschodnią  granicę  wysłali.  Dostał  się  do  sowieckiej  niewoli  i  w  Katyniu  życie  skończył  swe.  A  Roma??   O  nią  zadbał   POLSKI  ANTYSEMICKI    KOŁTUN   czyli   sąsiadki.  Za  ten  patefon  się  zemściły.  Poleciały  chyżo  na  Gestapo,  że  ich  sąsiadka  konkubiną  ŻYDA  jest  i  Roma  w  Majdanku  wylądowała.  O  tempora!  o  mores!  On  w  Katyniu,  ona  w  Majdanku.  Taki  absurd  tylko  tego  tknie  co  z  ŻYDEM  zadaje  się!!  Romie  się  udało:  naga,  ściskając  pod  pachą  obrazek  Matki  Boskiej,  czekała,  na  20  stopniowym  mrozie,  na  załadunek  do  komory  gazowej,  lecz  skrupulatni  Niemcy  pomylili  się  w  obliczeniach,  i  dla  paru   więżniarek  pozostałych  po  poprzednim  załadunku,  nie  opłacało  się  puszczać  gazu,  więc   posłali  je  do  pomocy  w  kuchni  i  tak  jakoś   egzekucji  uniknęła.  Pewna,  że  obrazek  życie  jej  uratował,  zagorzałą  katoliczką  się  stała,  a  ŻYDÓW  okrutnie  nie  cierpiała.  Tłumaczyłem  jej,  przez  wiele  lat,  że  swoją  ewentualną  nienawiść  winna  skierować  ku  uczynnym  sąsiadkom,  a  nie  śp  ŻYDOWI,  co  zginął  w  Katyniu,  lecz  ten  POLSKI  KOŁTUN  trwał  przy  swoim  niczym  Macierewicz  z  Kaczyńskim  pospołu.              

                            ROZDZIAŁ   IV


Beztroskie  dzieciństwo  moje   trwało  do  momentu  pójścia  do  szkoły,  we  wrześniu  1949  roku,  czyli  praktycznie,  do  końca  Wojny  Domowej.  Przesiedziałem  je  głównie  na  dywanie,  w  „gabecie”  tj  gabinecie  ojca  tzn  jednym  z  dwóch  pokojów  jakie  najmowaliśmy  w  sześć  osób  -  rodzice,  babcia,  gosposia,  moja  siostra  i  ja,  plus  kot,  a  póżniej  pies.  Pokój  ten  tak  szumnie  nazywaliśmy,  bo  w  nim  ojciec  nieustannie  coś  czytał,  bądż  pisał,  bądż  matce ,  robiącej  za  sekretarkę  dyktował,  a  ona  to  pisała  na  maszynie  lub  stenografowała,  bądż  też  zawzięcie  „łapał”  Radio  Londyn  lub  Radio  Watykan  lub  Głos  Ameryki  lub  [póżniej,  gdy  powstała]  Wolną  Europę  lecz  przede  wszystkim  przyjmował  gości.  I  toczyły  się  dyskusje.   A  ja,  bawiąc  się  na  dywanie  24-oma  tomami  ocalałej  Encyklopedii  wyd.  Gobettner&Wolf  oraz  czteroma  tomami  wyżej  wspomnianej  Encyklopedii  Staropolskiej  Glogera,  kształtowałem  swój  światopogląd.

 Zauważyłem,  że  większość  Polaków  czeka  na  pana  Andersa,  co  ma  na  białym  koniu  przyjechać,  „kacapów”  pognać  i  nową  Polskę  ustanowić.  Mój  Tatuś  apopleksji  dostawał  i  uparcie  twierdził,  że  pan  Anders  nie  przyjedzie,  a  tym  bardziej  na  białym  koniu,  bo  takiego  nigdy  nie  posiadał.  Odnosiłem  wrażenie,  że  najczęściej  zgadzają  się  z  nim  goście,  o  których,  poza  ich  plecami,  mówiło  się,  że  to  ŻYDZI.  Zauważyłem  również,  że  w  zgodnie  panującej  atmosferze  antysemickiej,  prym  wiodą  osoby  podejrzewane  o  semickie  pochodzenie.  Wywnioskowałem,  że  na  ŻYDÓW  najbardziej  plują  ŻYDZI  udający  Polaków,  myśląc,  że  w  ten  sposób  odsuną  od  siebie  podejrzenie  o  żydowstwo.  I  tu  przechytrzyli,  bo  wkrótce,  i  Polacy,  i  Żydzi  rozpoznawali  Żyda  po  zbyt  ostentacyjnym  antysemityzmie.  Mało  tego,  gra  toczyła  się  dalej.  Polacy  gadali  do  Żydów  na  Żydów,  aby  przekonać  rozmówców,  że  oni  manifestując  antysemityzm  przekonali  tychże,  że  nie  są  Żydami.  Dam  przykład.
 
Prawie  w  każdą  niedzielę  ok. 11  pojawiali  się  w  „gabecie”  prof.  historii  S,  mały  pokurczony  redaktor  R  i  mąż  największej  kreatorki  mody,  redaktor  G. Wszyscy – pochodzenia  mojżeszowego. Po  długiej  dyspucie,  ktoś  jako  pierwszy  opuszczał  towarzystwo;  natychmiast  pozostali  obgadywali  już nieobecnego  jako „wrednego  żydka”,  powtarzało  się  to  po  wyjściu  i  drugiego,  a  nawet  i  ostatniego  gościa,  z  tym,  że  po  tym  ostatnim  komentarze  gospodarz  wygłaszał  do  nas, tj rodziny.

  Muszę  przyznać,  że  faktycznie,  wskutek  objęcia  kluczowych  stanowisk  przez  ŻYDÓW  [m.in.  dzięki  Polakom  czekającym  na  III  Wojnę  Światową]  obsesja  antysemityzmu  stała  się  spoiwem  Polaków.  Dla  przykładu  wspomnę,  zresztą  bardzo  chaotycznie,  że  obok  Cyrankiewicza  i  Bermana,  mieliśmy  Hilarego  Minca  zarządzającego  gospodarką,  filmem  rządził  Ford,  nauką  -  Bristigierowa,  wydawnictwami -  naczelny  „Czytelnika”  Borejsza,  naprawdę  Beniamin  Goldberg,  a  jego  rodzony  brat,  Różański  -  był  najstraszniejszym  katem  w  UB.  Do  tego  wiersze  pisał  Tuwim  i   /Lesman/-Brzechwa,  nie  mówiąc  o  Ważyku  vel  WAGMAN,  felietony  Słonimski  i  Grodzieńska,  a  piosenki  Szpilman,  dzięki  któremu  Polański  dostał  Oscara.  Najśmieszniejsze  było  to,  że  antysemityzm  nie  rujnował  życia  towarzyskiego  INTELIGENCJI,  wśrod  której  liczną  grupę  stanowili  ŻYDZI.  Inaczej  było  NA  DOLE,  w  sferze  biedoty  i  POLSKIEGO  KOŁTUNA.  Tu  odsetek  Żydów  był  minimalny,  więc  przyjażń  z  nimi  niemożliwa.  Dystans  do  zażydzonych  sfer  rządzących  wzmagał  antysemityzm.  Dewizą  POLSKIEGO  KOŁTUNA  dalej  było  hasło,  że  wszystkiemu  winni  „ŻYDZI,  MASONI  I  CYKLIŚCI”
     

                              ROZDZIAŁ   V


W  1949  zacząłem  chodzić  do  szkoły  z  obowiązkową  nauką  religii,  dzięki  czemu  dowiedziałem  się,  że  ŻYDZI  nigdy  nie  będą  zbawieni,  bo  Syna  Bożego  zamordowali,  a  wogóle  lepiej  ich  unikać,  bo  zabijają  chrześcijańskie  dzieci  i  robią  z  nich  macę.  Nie  wiedziałem,  co  to  maca,  ale  wolałem  Żydów  unikać,  bo  byłem  grubaskiem,  a  więc  mogłem  stać  się  wyjątkowo  atrakcyjny  dla  amatorów  mac.  Szczęśliwie,  po  dwóch  latach,  moją  szkołę  zlikwidowano,  a  ja,  ze  wszytkimi  kolegami,  przeszedłem  do  świeżo  wybudowanej  szkoły  TPD  nr  VI.  TPD  to  skrót  Towarzystwa  Przyjaciól  Dzieci,  a  oznaczał  szkołę  świecką,  bez  nauki  religii.  Kilka  lat  póżniej  ją  przemianowano  na  nr.35 im.B.Prusa  i  religia  powróciła  lecz  jako  przedmiot  nieobowiązkowy.

Tymczasem,  w  domu  atmosfera  robiła  się  coraz  cięższa  spowodowana  widmem  tow.  Bristygierowej,  ŻYDÓWY,  sekretarza  KC  d/s  nauki.  W  tym  też  czasie  zaczął  się  pierwszy  exodus  Żydów  do  Izraela,  dopiero  co  utworzonego.  Pamiętam  dużo  płaczu,  jak  przed  wyjazdem  nocowała  u  nas  cudowna,  zaprzyjażniona  rodzina  Steinlaufów  z  Nowego  Sącza.  Żegnałem  ich  na  Dworcu  Głównym,  gdzie  POLACY  ukradli  im  tylko  dwie  walizki,  dzięki  przytomności  umysłu  polegającej  na  tym,  że  ci  nie  gonili  złodziejow,  tylko  zwarli  szeregi  i  pilnowali  pozostałych  22  walizek.  W  1950  roku    slynna  LUNA tj  Bristygierowa  wyczyściła  kadry  uczelniane  z  wrogiego  elementu,  w  tym  z  mego  TATY,  i  nie  pomógł  mu  „słuszny”  wygląd,  za  który  Niemcy  kazali  mu  pokazywać  fajfusa,  a  wcześniej  koledzy-studenci  proponowali  miejsce  w  „getcie  ławkowym”.   Pokazali  mu  jakiś  artykuł  z  1937 r.,  w  którym  napisał,  że  „Związek  Radziecki  to  krwawy  tyran”.  Oczywiście  to  był  pretekst,  a  naprawdę  jego  CV  nie  pasowało,  bo  jak  w  sanacyjnej  Polsce,  syn  niewykwalifikowanego  robotnika  i  praczki  miałby  skończyć  studia  i  obronić  doktorat.   Ale  ponad  wszystko  zaszkodził  mu  niewyparzony  język  i  permanentnie  błędna  ocena  rozmówcy,  dzięki  czemu  stos  donosów powiększał  się  w  zawrotnym  tempie.  Nie  omieszkam  wymienić  tu  nazwiska  pomocnika  Bristygierowej,  a  w  przypadku  ojca,  był  to  prof. PETRUSEWICZ  z  SGGW.  Szefowie   ZSL-u,  w  którym  ojciec  działał,   a  byli  to  ŻYDZI:   Ignar  i  Wycech,  potraktowali  go  jako  persona  non  grata,  a  przed  śmiercią  samobójczą,  uratował  go  jego  student  z  ANP  [Akademii  Nauk  Politycznych,  w  której  Ojciec,  swego  czasu,  był  dziekanem],  RUSTECKI  zatrudniając  go  jako  „osobistego”  radcę,  w  Min. Trasportu  Drogowego  i  Lotniczego,  w  którym  dzierżył  tekę wiceministra.  I  tak,  do  czasu  rehabilitacji,  ojciec  siedział  w  zadymionym  ministerialnym  pokoju  i  gadał,   i   gadał,  a  chętni  słuchacze  zlatywali  się  z  całej  Warszawy.

W  połowie  lat  pięćdziesiątych   ŻYDZI   masowo  wracali  do  swoich  prawdziwych  nazwisk.  Stało  to  się  okazją  dla  Polaków  do  zaprezentowania  swego  antysemickiego  KOŁTUŃSTWA.  Poniższy  przykład  najlepiej  to  udowadnia.  Na  sąsiedniej  ulicy  mieszkał  Piotruś  G.......,  który  chodził  do  tej  samej  klasy  z  moją  siostrą  i  naszymi  sąsiadkami  -  Basią  B  i  Bożenką  K.  Był  również  moim  kolegą,  bo  półtoraroczna  różnica  nie  przeszkadzała  w  zabawie.  Gdy,  pewnego  dnia,  zmienił  nazwisko  na  E...  wszystkie  KOŁTUŃSKIE  mamusie  zakazały  dzieciom  z  nim  się  bawić.  Oczywiście,  olaliśmy  to  dokumentnie,  lecz  smród  został.  Znamienny  jest  fakt,  że  po  60  latach  tak  szczegółowo  to  pamiętam.   TRAUMA,  czyli  znów  przez  ŻYDA  doświadczyłem  traumy.                                                                                                                                                    

                                 ROZDZIAŁ   VI


W  1956  roku  nastał  Gomułka.  Miał  żonę  Zofię.  Tylko,  że  jej  prawdziwe  nazwisko  brzmiało  LINA  SZOKEN,  toteż  przy  szerokim  społecznym  poparciu  Gomułki,  antysemityzm  chwilowo  przycichł.  Była  ODWILŻ,  przyszedł  rock’n’roll,  przeto  antysemityzm  młodzieży  „wisiał”. A,  że  religii  przymusowej  w  szkole  nie  było,  to  młodzież  była  molestowana  ANTYSEMICKIM  KOŁTUŃSTWEM  tylko  w  domu,  przez  mamusie,  ciocie  i  sąsiadki.  A  powód  ku  temu  pojawił  się  właśnie  dzięki  „odwilży”.  Ludzie  zaczęli  wyjeżdżać  zagranicę,  różnicowały  się  ubiory  i  poziom  życia.  Masowo  powstawały  komisy  i  PEWEXY.   Pierwszy  powiew  wolności  rozbudził  w  efekcie  monstrualną  zawiść.  „Elity”  nosiły  nylony  bez  szwu, koszule  non-iron,  dżinsy  i  płaszcze  ortalionowe.  Domniemywanie  ŻYDOWSTWA  przeniosło  się  z  kręgów  politycznych,  a  właściwie  rozszerzyło  się,  objęło  wszystkich  lepiej  sytuowanych.  Ktokolwiek  wychylił  się  ponad  przeciętność  natychmiast  podejrzewany  był  o  żydowstwo.  W  sferach  artystycznych  dotyczyło  to  nawet  Wajdy,  Łapickiego,  Świderskiego  czy  Hanuszkiewicza.  Właśnie  te  pierwsze,  w  powojennej  Polsce,  nierówności  społeczne  stały  się  bazą  do  zbudowania  obecnej  OBSESJI  antysemickiej.  Po  pierwszym  entuzjazmie  popażdziernikowym,  przyszedł  marazm,  wynikający  ze  złudnych,  bezpodstawnych  nadziei  na   „lepsze”  życie  i  przede  wszystkim  pogarszającego  się  stanu  narodowej  gospodarki.  Już  nie  kochano  tow.  Wiesława,  a  wprost  przeciwnie,  wytykano  mu  prostactwo,  żonę  ŻYDÓWKĘ  i  przeszłość  w  ZAŻYDZONEJ    KPP.  Współtowarzysz  z  celi  w  więzieniu  bierutowskim  -  Spychalski  też  Żydem  został  mianowany.  I  tu  nastąpił   znow  ŻYDOWSKI  PARADOKS.  Rok  1968.

Misternie  przygotowany  przez  narodowca  Moczara  plan  przejęcia  władzy  nie  wypalił.  Udało  się  tylko  ogłupić  ciemny,  KOŁTUŃSKI  lud  i  wywołać  TAJFUN  ANTYSEMITYZMU.  Robotnicy  wystąpili  przeciw  własnym  studiującym  dzieciom,  inteligencja  znalazła  się  na   cenzurowanym,  rozbito  społeczeństwo  na  dwa  antagonistyczne  obozy:  ciemny,  KOŁTUŃSKIksenofobiczny  lud  contra  inteligencja.  Ogłupiały  filosemita  Gomułka  pomstował  na  SYJONISTÓW,   z  każdego  „niewygodnego”  robiono  Żyda,  nawet  JASIENICY  wymyślano  od  Żydów-Beynarów,  a  oskarżony  o  SYJONISTYCZNY  SPISEK  stary  ENDEK  [czysta  paranoja!]  Andrzejewski  zabarykadował  się  z  córką  Agnieszką,  moją  sympatyczną  kumpelą  w  chałupie,  by  mieć  alibi,  a  i  tak  to  nie  pomogło,  bo  znależli  się  oczywiście  świadkowie  uczestnictwa  Agnieszki  w  zadymie,  więc  została  z  socjologii  relegowana.  To  był  koniec  Gomułki,  lecz  nie  o  niego  tu  chodzi.   Wskutek  przymusowej  emigracji  straciliśmy  bezpowrotnie  KWIAT  POLSKIEJ  INTELIGENCJI,  KWIAT  POLSKIEJ  NAUKI.  Wielu  moich  znajomych  i  przyjaciół  wyjechało,  a  z  naukowców  zmuszonych  do  wyjazdu  najdotkliwiej  odczułem  emigrację  do  Marsylii,  prof.  Józefa  HURWICA,  dziekana  mego  Wydziału,  naczelnego  redaktora  „PROBLEMÓW”,  twórcy  telewizyjnego  programu  „EUREKA”,  a  przede  wszystkim  przyjaciela  studentów,  jak  i  wszystkich  ludzi.
                                                                                         

                                    EPILOG


Mamy  teraz  już  2005  rok.  POLSKI  ANTYSEMICKI  KOŁTUN  niepodzielnie  panuje.  Wspiera  go  nacjonalizm  i  ksenofobia.  Obsesja  osiągnęła  szczyty.  Wróg  nr 1  - czołowy  więzień  PRL-u,  ŻYD  -  Michnik;  na  stos,  dalej  Geremek  -  ŻYD,  syn  rabina;  na  stos;  Mazowiecki  -  ŻYD:  na  stos;  Kwaśniewski  -  też  podobno  ŻYD:  na  stos.  Itd,itd.  Cholera,  ale  jak  zrobić  ŻYDA  z  Wałęsy.  To  proste,  przecież  jest  przysłowiowy  Żyd-tułacz;  a co  robi  Żyd-tułacz?  A  no  się  WAŁĘSA.  A  Jaruzelski?  ŻYD  jak  malowanie,  samo  nazwisko  mówi,  że  z  JARUZALEM  pochodzi.   A  panowie  Kaczyński  i  Macierewicz,  Rydzyk  i  Giertych  biorą  głupi  lud  na  haczyk  mocarstwowości  Polski,  która  jest  przedmurzem  chrześcijaństwa,  pawiem  narodów  i  mesjaszem  Europy. 

A  w  Kanadzie?  Pomagałem  jednemu  Polakowi  w  montażu  szafek.  Pytam go,  czemuś  markotny?  A  on  mi  wyłuszcza:  „Te  jebane  ŻYDY  życie  mi  zniszczyły.  Żona,  przez  Żydów  ode  mnie  odeszła.  Robiłem  od  rana  do  wieczora,  a  oni  mi  mało  płacili,  to  ona  z  Hindusem  w  spółkę  poszła,  piekarnie  otwarła  i  na  mnie  spojrzeć  nie  chce.  Widzisz,  jakie  wredne  te  pierdolone  Żydy”.  A  więc  POLSKI  KOŁTUN  i  w  Kanadzie  jest.

                               KONIEC


PS.  Dopisuję  w  czerwcu, 2011 r.   Afera  z  krzyżem  na  Krakowskim  Przedmieściu  pokazała  dobitnie,  że  POLSKI  KOŁTUN  ma  się  znakomicie.  Vive  la   PLICA  POLONICA!!!