Wednesday, 13 November 2013

MIŁOSZ Czesław


               MIŁOSZ    Czesław   /1911-98/

                                                                                                                   /5.10-10.10.2011/

UWAGA  /13.11.2013/:  „Epopeja”  Franaszka  wyznaczyła   granicę  wartościowych   wypowiedzi  na  temat  Miłosza;  ma  jedną  wadę -  jest  „kobylasta”.   I  to  właśnie  skłania  mnie  do  publikacji  moich  zaledwie  10  stron
 
Wielką   odwagę    wykazuję   próbując  zmierzyć   się   z  tym   tematem.   Ogrom   publikacji   oceniających   Miłosza   i   jego   twórczość   jest  /że   tak   modnie   się   wyrażę/   porażająca.   Zgodnie   z   wymogami   eseju   zdefiniuję   na   początku   mój   stosunek   do   noblisty  i   jego   twórczości.   I   tak:   całkowicie  identyfikuję   się   z   poglądami   mego   idola   na   polskie   kołtuństwo   /por. hasło   „Plica   polonica   a   Żydzi”/,   podziwiam   jego   poezję  /choć  w ogóle  się  na  niej  nie  znam/,   a   Traktat   Teologiczny”   doprowadza   mnie   do   ekstazy;   krytycznie   natomiast   oceniam   jego   prozę   oraz   słabości   charakteru.    Ostatnie   słowa   są   „ciężkie”,   wobec   tego   czuję   się   zobowiązany   do   ich   sprecyzowania.   Chodzi   mi   o   egocentryzm,   nadmierną   egzaltację    i   zbyt   daleko   posunięty   subiektywizm.   Udowodnię    słuszność   mojej   opinii   omawiając    „Zniewolony   Umysł”   oraz   „Ziemię   Ulro”,   a   teraz   zacytuję   tylko   trafne    spostrzeżenie     M.P.Markowskiego:

   „Miłosz,   kiedy   patrzy   na   chmury   /niech   będzie   powiedziane:   obłoki/,   myśli   wyłącznie   o   SOBIE,   nie   może   myśleć   o   niczym   innym..”

Nasze”   /tj   Miłosza   i   moje/    poglądy   na   polskie    kołtuństwo    są   skrajnie   negatywne,   gdyż   objawia   się   ono   w:    antysemityzmie,   ksenofobii    i   braku   tolerancji;  nacjonalizmie   i   faszystowskiej   ideologii   II  i  IV  RP;    rusofobii   i   roszczeniowej   postawie   wobec   wschodnich   sąsiadów;    micie   mocarstwowości   i    mesjanizmu;    pseudoreligijności   i   polsko-katolicyzmie;  w   cierpiętnictwie   i    fałszywej    martyrologii   szczególnie    I   i   II   w.św.   oraz   Powstania   Warszawskiego.     Brak   „naszej”   tolerancji   dla   kołtuństwa    zaowocował   nienawiścią   ze  strony   „prawdziwych   polaków”,   którzy    nie   uszanowali   nawet   uroczystości   pogrzebowych   Wielkiego   Poety   i   protestowali  przeciw   pochowaniu   go   „na   Skałce”.  /Przypominam,  że  w   „prawdziwy  polak”   używam  „małej”  litery,  gdyż   chodzi  o  specyficzną  mentalność,  a  nie  o  narodowość/

Zacznijmy   od   stosunku   do   Rosjan.  Kołtun   musi   nienawidzieć   Miłosza,   skoro   on   pisze:

   ...dzicz   i   moskiewskie   paskudztwo.   Tylko,   że   intelektualnie   ta   dzicz   stoi   bez   porównania   wyżej   od   oświeconych   zachodnich   Polaków”

 A   gdzie   indziej   dolewa   oliwy   do   ognia:
 
„...lubię   Rosję,   lubię   rozmawiać   z   Rosjanami,   lubię   ich   język.   No   i   lubię   wielką   literaturę   rosyjską.   WIELKA    LITERATURA.   Polska   się   do   niej   nie   umywa”.

 W   100%   z   tym   się   zgadzam.   A   kołtun?   Krew   go   zalewa.   Czy   Miłosz   kłamie?   Sprawdżmy   w   amerykańskim    ALMANACHU /The  World  Almanac 2007/.  W  wykazie  Writers  of  the  Past, poza  Miłoszem i  HerbertemPolaków  nie  ma,  za  to  „ruskich”  aż  DZIEWIĘTNASTU   /Achmatowa,  Babel,  Błok,  Brodski,  Bułhakow,  Czechow,  Dostojewski,  Erenburg,  Gogol,  Gorki,  Lermontow,  Mandelstam,  Majakowski,  Nabokow,  Pasternak,  Puszkin,  Szołochow,  Tołstoj,  Turgieniew/.
                                                                         
Dygresja.   Zapotrzebowanie   zapyziałego   kołtuna   zaspakaja    nacjonalistyczny   HERBERT  /1924-98/,  z   którego   można    wyrwać   fragment   dla   potrzeb   politycznych,   jak   to   zrobił   Kaczyński,   cytując   cztery   słowa   z   „Przesłania   Pana   Cogito”:   Zostali   zdradzeni   o   świcie.   Kołtun   wierszy   nie   czyta,   toteż   nie   dojdą   do   niego   dalsze   słowa   poematu:   ...strzeż   się   jednak   dumy   niepotrzebnej;   oglądaj   w   lustrze   swą   błazeńską   twarz”.   Skoro   zacytowaliśmy   Herberta,   to   przypomnijmy,  że   wypromował   go   Miłosz,   za   co   ten   się   „odwdzięczył”   pisząc   obelżywego  „Chodasiewicza”,   co   spowodowało   zerwanie   znajomości.   Jednakże   Miłosz   /namówiony   przez   brata,   Andrzeja/   zdobył   się   na   gest   i   zadzwonił   do   umierającego   Herberta,   jak   również   uczestniczył,   wraz   z   Wisławą   Szymborską,   w   jego   pogrzebie.

O   stosunku   Miłosza   do   II  RP   świadczą   jego   słowa:

   „Zaczęło   się   od   zamordowania   pierwszego   prezydenta.   Następnie   sejmowładztwo,   stado   MAŁP.   Potem   rządy   pułkowników   i   jakaś   DEGENERACJA   tej   grupy.   To   wszystko   przecież   na   tle   światowego   kryzysu   ekonomicznego,   wreszcie   UBÓSTWO,   CIEMNOTA..”.

 W   1988  r   oceniając   nastroje   społeczne   w   Polsce   nawiązuje   do   II   RP: 

 „...w   Polsce   nastąpił   wzrost   tendencji   nacjonalistycznych,   które  mnie   przypominają   alians   pomiędzy   Kościołem   Katolickim   a   prawicą   polityczną   /w  II  RP/..”,

  a   w   liście  do   Venclovy   charakteryzuje   polski   nacjonalizm   słowami:
 
 „...w   naszym   stuleciu   ostoją   mentalności   sarmackiej,   która   zrodziła   nowoczesny   nacjonalizm   był   Kościól”.

Co   do   stosunków   ze   wschodnimi   sąsiadami   Miłosz   zajmował   stanowisko   spójne  z  poglądami  Giedroycia,   Konwickiego,   Jasienicy   czy   Wojciecha   Gołębiewskiego     tzn   że   bezdyskusyjnie   należy   zaakceptować   podzialy   terrytorialne   ustalone   w   Poczdamie,   a   za   priorytet   traktować   stworzenie    przyjaznych   układów    dobrosąsiedzkich   z   nowymi   państwami,   graniczącymi   z   Polską.   MIŁOSZ   mówił   o   Wilnie:
 
  „..obecność   polskości...  to   nie   to   samo,   co   polityczna   przynależność   do   Polski,   rola   polskiego   województwa..”

   JASIENICA   przestrzegał:   „Wszelkie   próby   odbierania   Litwinom   Wilna,   Ukraińcom   zaś   Lwowa   stanowiłoby   polskie   samobójstwo   narodowe”;    a    KONWICKI    rozważał:   „Umiemy   zapominać   niewygodne   dla   nas   fakty   z   naszej   historii,   które   nie   pasują   do   tego   stale   lepionego   obrazu   społeczeństwa   aniołów   w   środku   Europy,   bezustannie   krzywdzonych   przez   złych   sąsiadów.   Jest   to   „kompleks   ubogich”  -   chodzi   o   ubóstwo   duchowe”.   Na   Białorusi,   Litwie,   Ukrainie   myśmy   tam   byli   jednak   KOLONIZATORAMI...”.   A    „myśmy   się   zawsze   dziwili,   jak   to   jest,   że   nas   nie   kochają”.   Gołębiewski   dodaje,   ze   Unia   Lubelska   w   1569  r.,   wymuszona    mieczem,   zniewoliła    Litwę   na   ponad   200   lat,   a   była   odpowiednikiem   polskiej   Targowicy.   Omawiając   niechęć   Litwy   do   superkatolickiej   Polski   warto   wspomnieć,   że   Miłosz   w   „Rodzinnej   Europie”   nazywa   Litwinów   „CZERWONOSKÓRYMI     Europy,    którzy   pod    przymusem   przyjęli   chrześcijaństwo,   niechętnie   i   póżno”    /nota   bene   dwa   razy   chrzczeni/.

Co   do   Powstania     Warszawskiego,   którym   polski   narodowiec   i   kołtun   się   szczyci   zamiast   osądzić   zbrodniarzy   tzn   Rząd   Londyński,   który   do   tej   samozagłady   doprowadził,   pragmatyczny   Miłosz,   straciwszy   wielu   przyjaciół   w   Powstaniu,   uważał   ten   zryw   za   niepotrzebny.   Wg   Andrzeja    Mencwla,   Miłosz   „oceniał   Powstanie   jako   opartą   na   fantazmatycznych   wyobrażeniach  o   postmesjanistycznie    interpretowanej   polskości,   próbę   zmiany   geopolitycznego   układu   sił,   która   z   racjonalnego   i   wojskowego   punktu   widzenia   była   SZALEŃSTWEM”.    Warto  tu   przytoczyć   jak   Mencwel    charakteryzuje   pojmowanie    polskości   przez   Miłosza:

                        „...z   Brzozowskim    łączy   Miłosza   rzadka   u   nas   świadomość,   że   na   polskość   można   patrzeć   jak   na   pewien   PRZYPADEK   historii,   a   nie   jak   na   JEDYNE   możliwe   PRZEZNACZENIE”.

Również   MICHNIK   zauważa   związek   intelektualny    Miłosza   z   największym   polskim   intelektualistą    i   filozofem,   tragicznie   zmarłym   w   wieku   33   lat,   Stanisławem   BRZOZOWSKIM  /1878-1911/,   co   skutkuje   podobną   reakcją    nacjonalistycznego,   ksenobicznego    społeczeństwa.   Michnik   pisze   o   nagonce  na   Miłosza:   „Takiej    nagonki   nie   znała   polska   literatura   od   sprawy   Brzozowskiego...”   Miłosz   /jak   Brzozowski/   „...zaatakował   sam   rdzeń   intelektualny    ówczesnej   świadomości   kulturalnej   Polaków”.     Aby   zakończyć   akapit   dotyczący   Powstania   Warszawskiego   I   II   w.św.   wspomnijmy   Jana   KARSKIEGO.   Otóż   KARSKI   miał   poczucie   winy,   że   system   Państwa   Podziemnego,   któremu   z   narażeniem   życia   służył,   poświęcił   życie   tysięcy   ludzi,   w   tym   dzieci,   całkiem   NIEPOTRZEBNIE.   Bez   Państwa   Podziemnego,   bez   AK  -   twierdził   -   wojna   nie   trwałaby    ANI   O   JEDEN   DZIEŃ   DŁUŻEJ.

Kończąc   z   II  w.św,   zapomniałem   napisać   o   wierszu   Miłosza  „CAMPO   di   FIORI” ,   którym   naruszył   dobre   samopoczucie   Polaków.   Oddajmy   głos   Janowi   BŁOŃSKIEMU:
  
„Miłosza   „CAMPO   di   FIORI”   opowiada   o   karuzeli,   którą   -   chciał   traf,   ale   jaki   to   znaczący,   osobliwy   traf   -   zmontowano   w   Warszawie,   na   placu   Krasińskich,   tuż   przed   wybuchem   powstania   w   getcie.   Gdy   zaczęły   się   walki,   karuzelowy   interes   nie   przestał   funkcjonować,   gromadził   dalej   dzieci,   młodzież,   gapiów...”

 No   to   jak   polski   kołtun   ma   tolerować   autora  -  Miłosza?
.
Głęboko   wierzący   Miłosz   /ale   o  tym   szerzej,    dalej,  przy   omawianiu   „Traktatu   Teologicznego”/   medytuje   nad   Ewangelią   św.   Mateusza,   w   której   czyta:   /Mt  5,46/   „Jeśli   miłujecie   tylko   tych,   którzy   was   miłują,   cóz   szczególnego   czynicie?   Czyż   i   poganie   tego   nie   czynią?”  i   wysuwa   wniosek:
  
„Chrześcijanom   nakazane   jest   kochać   nieprzyjaciół,   a   oni   wytępiwszy   Żydów   nie   mieli   już   kogo   kochać”
  Z   kolei   w   „Innym   Abecadle”   rozmyśla   o   grzechu   pierworodnym:   „Pierwszy    GRZECH   był   aktem   PYCHY....    Teologia   katolicka   zalicza   GRZECH    PIERWORODNY   do   tajemnic   wiary   i   nie   stara   się   wyjaśnić,   jak   to   jest,   że   go   DZIEDZICZYMY”.   Jak   takie   wywody   ma   znosić   Polak - Katolik?   Na   pohybel.    A   Miłosz   nie  odpuszcza   i   ocenia   kult   Papieża-Polaka:

  „Kult   JP  II   jest   kompensatą   zbiorowego   kompleksu  niższości    Polaków”.

Tak,    Miłosz    non-stop    obraża   „świętości   narodowe   Polaków”.   A   skoro   tak   jest   to   spójrzmy   co    on   wypisuje   na   temat    Mickiewicza,   który    „wieszczem   narodowym   był”.   W   „Historii   Literatury   Polskiej”   Miłosz   pisze:  /str  269/
 
 „Ze   swoim   przyjacielem,   Armandem   LEVY,   który   pod   wpływem   poety   powrócił   do   wiary   swoich   żydowskich   przodków,   Mickiewicz   zabrał   się   do   organizowania    LEGIONU    ŻYDOWSKIEGO   i   starał   się   u   rządu   tureckiego   o   pozwolenie   wciągnięcia   na   listę   nie   tylko   Żydów    rosyjskich,   ale   także   Żydów   z   Palestyny.   Silne   przez   całe   życie    uczucia   PROŻYDOWSKIE   Mickiewicza.......”.  

Dalej   wyjaśnia,   że   panieńskie   nazwisko   matki   poety   -   Majewska,   „było   często    spotykane   wśród    frankistów” .    /Więcej   o   żydowskiej   sekcie   frankistów    p.   wypracowanie  pt   „Kabała,   chasydzi,   frankiści”/.   Kończy   uwagą,   że    Mickiewicz   „zmarł   w   ramionach   wiernego   mu   Armanda   Levy”.

Kończąc   z   cytatami   z   prowokującej   twórczości    Mistrza,   wspomnę,   że   nie   pominął   on  również   ukazu   carskiego   znoszącego   poddaństwo   chłopów   /1861, 1864/.  W   wierszu    pt            „W   praojcach   swoich   pogrzebani”    cynicznie   naśmiewa   się   z   polskiej   szlachty:   CAR   IM   NA   PRZEKÓR   CHŁOPÓW    OSWOBODZIŁ”  
  
Nim   przejdę   do   jego   prozy   i   poezji,   dla   oddechu,   jako   przerywnik   przytoczę   parę   istotnych   opinii   o   naszym   Wielkim   Poecie.   Zacznę   od   wierszyka   napisanego   przez   mego   guru,  tj   Leszka   KOŁAKOWSKIEGO     z    okazji   90-tych   urodzin:

 „Dwa   są   Miłosze:   jeden,   osiłek   barczysty.                                                                                       Chłop   litewski,   postawny,   nie   stroni   odwhisky.                                                                                Śmiechem    głosnym   poraża   damy   i   narody;                                                                                    Lecz   nie   za   to   mu   dali   sążniste   nagrody.                                                                                      Nie   on   te   książki   pisał,   co   świat   czytać   lubi;                                                                      Ale   za   nim   się   skrada   dziwny    Miłosz   drugi.                                                                                Jak   ta    dzieweczka,   której   „żle   w   tym   ludzi   tłumie”,                                                Chciałaby   może   uciec,   lecz   uciec   nie   umie.                                                                                    Miłosz   by   też   do   świata   wrócił,   co  go   nie ma.                                                                            Co   z   ręki   Boga   wyszedł   w   pierwszym   dniu   stworzenia;                                                              Lecz   gdy  drugi   dzień  nastał,   tamten   świat   już   zniknął;                                                            A   był   ten,   co   go   znamy,   z  jego   zmorą   zwykła,                                                                      W   niepogodzie,   w   ciemności  -   nie   ma   gdzie   uciekać                                                              Może   lepszy   świat   przyjdzie?    Można   tylko   czekać;                                                      Czekajmy   więc   jak   Czesław,    w   Słowo   uzbrojeni,                                                                          Ze   Słowa   świat   się   począł,   przez   Słowo   się   zmieni”.

Szczególnie   trafny   wydaje   mnie   się   wers:  „Nie   on   te   książki   pisał,   co   świat   czytać   lubi.   Teraz    MICHNIK: 

 „Miłosz   był   człowiekiem   okrutnie   zranionym   przez   bliżnich,   był   pokaleczony   przez   historię   spuszczoną   z   łańcucha,   a   także   przez   Polskę   KOŁTUŃSKĄ   spod   barwy   czerwonej   lub   czarnej.   Miłosz   był   człowiekiem   wśród   skorpionów,   który   czułość   i   litość   skrywał   pod   maską   swego   rodzaju   pancerza”.

  Z   kolei ,    autor   książki   o   Miłoszu,   FRANASZEK   mówi   m.in.:   „...gardził   polskim   nacjonalizmem   i   antysemityzmem.   Krzywił   się   na   romantyczny   garb   SZALEŃSTWEM   MESJANIZMU   KOMPENSUJĄCY    KLĘSKI.   Wielki   poeta   ZAGAJEWSKI  o   swoim   mistrzu   mówi   zaś:   „Miłosz   jest   zbyt   skomplikowany   i   ogromny,   nie   pasuje   do   małych   kategorii   i   skromnych   szufladek”.   Zauważa   też,  że:   „Jego   lewicowa   wrażliwość   połączona    /jest/  z   bardzo   silnym   apetytem   religijnym   -   czy   tylko   u   Simone   WEIL   znależć   można   podobną   kombinację?”.   Na   koniec   sympatyczna   uwaga   Clare   Cavanagh /ur. 1956/,   profesor   Northwestern   University,   historyka   literatury:  „W   latach   80-tych   na   Harvardzie,   Miłosz   należał   do   grupy   pieszczotliwie   nazywanej   „Gang   Czterech”   z   WALCOTTem  /Derek,  ur.1930/,   HEANEYem  /Seamus,  ur.39/   i   BRODSKIM   /Josif,   1940-96/”.   Skoro   zahaczamy  o   pobyt   Miłosza   w   Stanach   to   pozwolę   sobie   na   małą   dygresję   i   przypomnę,   że   po   przybyciu   tam   był   inwigilowany   przez   odpowiednie   służby   wskutek   „życzliwości”   Polaków.   Pisał   o   tym:   „Polacy   składali   stosy   najbardziej    absurdalnych   donosów   do   władz   amerykańskich......KAŻDY    POLAK   JEST   ŚMIERTELNYM   NIEBEZPIECZEŃSTWEM”.

W   obawie   przed   sklerozą   wtrącę   tu,   że   wg   Wiktora   JEROFIEJEWA    pustka   duchowa   Polaków   /nastąpiła/   po   śmierci   WOJTYŁY,     MIŁOSZA   i     LEMA.

No   to   teraz   „Ziemia   Ulro”.    Przepraszam   za   moją   niekompetencję,   lecz   dla   mnie   JEDYNY   pozytyw   to   myśl   znajdująca   się   na   str. 103:

„Każdy   chyba   człowiek   przyjmuje   nieszczęście   w   osłupieniu,   jako   coś,   co   absolutnie   nie   mogło   się   zdarzyć,   a  jednak   się   zdarzyło.   Wydaje  się   ono   pogwałceniem   niepisanej   umowy      z   istnieniem.   Ufaliśmy   tej   umowie,   zgodnie   z   którą,   mimo,   że   ludzie   na   ogół   cierpią,          my    mieliśmy   być   oszczędzeni”.

ULRO”   -   to   wymysł   schizofrenika   Williama   BLAKE’a  /1757-1827/,   symbol    „smutnej   krainy,   do   której   odsyłał   wszystkich   ludzi   duchowo   okaleczonych   -   przede   wszystkim   uczonych,   zwolenników   fizyki   Newtona,   ale   także   prawie   wszystkich   filozofów   i   artystów.   Swój   świat   budował   na   lekturze   Biblii   i   na   pismach   SWEDENBORGA    /Emanuel,   1688-1772/”.

  Miłosz   zaczął   od   Oskara   Władysława   de   Lubicz  MIŁOSZA   /1877-1939/,   poety   francuskiego   pochodzenia   litewskiego,   symbolisty   i   mistyka,   który   był   z  nim   spokrewniony.    Miłosz  był   Oskarem    zafascynowany,   który   fascynował   się   Blakem,   zafascynowanym   Swedenborgem.   Wszystkie   te   fascynacje   odebrałem   jako   wydumane   na   potrzeby   chęci   uprawiania   mistycyzmu.   Ze   względu   jednak   na   to,   że   Czesław   MIŁOSZ    „wielkim   poetą    był”   i   modnym   się   stało  /po ”Ziemi  Ulro”/   rzucanie   Swedenborgem   czy    Blakem   w   różnych,   bardzo   uczonych   publikacjach,    poświęcę    im   parę   słów.
  
 Swedenborg   zasiadał   w   szwedzkiej   Izbie   Lordów,   a   w   nauce  odnosił   sukcesy   na   polu  fizyki,   matematyki,   chemii,  biologii   i   mineralogii.    Badał   pochodzenie    materii,   a   następnie   próbował   wyjaśnić   relację   pomiędzy   duszą    a    ciałem.   W   1745   r.   doznawszy    nadprzyrodzonych   widzeń,   zajął   się   studiowaniem   teologii.   W   „Heavenly   Arcana”   /8   tomów,   1749-56/   przedłożył   swoją   nową   religię   opartą   na   alegorycznej   interpretacji   Pisma   Św.,   według   instrukcji   otrzymanych   rzekomo   od   Boga.   Swedenborg   utrzymywał,   że   w   1757  r.,   w   jego   obecności,   odbył   się   Sąd   Ostateczny,    na   którym   zapadła   decyzja   o   zakończeniu   egzystencji   Kościoła   Chrześcijańskiego   i   powołaniu   nowego,   przepowiedzianego   w   Księdze   Objawienia  /tj   Apokalipsie   św.  Jana/    jako   Nowe   Jeruzalem.    Doktryna   nowego   Kościoła    mówi,   że   głównym   celem    człowieka   jest   osiągnięcie   spojenia   z   Bogiem   poprzez   miłość   i   mądrość.   Obecnie   SWEDENBORGIANIE   są   skupieni   w   dwóch   oddzielnych   organizacjach:  General   Convention   of   the   New   Jerusalem   i   General   Church   of   the   New   Jerusalem   i   liczą   łącznie   ok   10   tys.   wiernych.

Blake   był   grawerem   i   ilustratorem   książek.   W   wierszach   swoich    opisywał   i   interpretował   swoje   wizje,   w   których,   jak   twierdził,    doświadczył   Boga,   Jezusa   Chrystusa,   aniołów   i   dusz   wielkich   ludzi   wcześniejszych   czasów.    Poezje,   a   chyba   przede   wszystkim   ilustracje   i   obrazy   wyrażają   jego   osobistą   teologię,   pogłębioną   studiowaniem   pism   Swedenborga.    Umarł   w   nędzy   i   zapomnieniu,   ale   po   latach   został   doceniony   /stał   się   modny:   por. Norwid /.  Obecnie   jest   uważany   za   jednego   z   najważniejszych   twórców   doby   Romantyzmu.

To   teraz   czas   na   najpopularniejszą   książkę   Miłosza   „Zniewolony   Umysł”.   Świetnie   napisana,   o   postawach   ludzi   w   okresie    komunizmu,   a   ściślej   reżymu   stalinowskiego   końca   lat   czterdziestych   i    przełomu     lat   40-  i   50-tych.    Niestety,   ksiązka   wyjątkowo   WREDNA.   Miłosz,   który   wysługiwał   się   reżymowi,    spijał   miód   z   „kwiatów   zła    piastując   wysokie   stanowiska   na   atrakcyjnych   placówkach   zagranicznych   krytykuje   postawy   kolegów-pisarzy    przebywających   w   kraju   i   konformistycznie   układających   się   z   PRL-owską   władzą.
 
 Najbardziej   gnoi   Alfę,   czyli   Andrzejewskiego,   przedwojennego   endeka,   lecz   przecież   pedała   i   alkoholika,   co   poniekąd   tłumaczy   jego    wątpliwie   moralną   postawę.   Co   gorsza,   ośmieszony,   zgnojony   Andrzejewski   korzystał,   po   latach,   z   zaproszeń   Miłosza    do    Stanów   Zjedn.,   puścił   w   niepamięć   własną   hańbę   i   z   przyjemnością    delektował   się   bogactwem    miłoszowej   rezydencji .Drugim   krytykowanym   był   Borowski,  trzecim  -  Putrament,   czwartym   zaś    Gałczyński.

 WREDNOŚĆ  Miłosza  ujawnia  się  w  całej  krasie  przez  upublicznianie,  kontrowersyjnych  incydentów  z  życia  powszechnie  znanych  osób,  by  budować  na  ich  bazie  negatywny  image.  Po  pierwsze:  świat  nie  jest  czarno-biały,  a  po  drugie:  „kto  mieczem  wojuje ....”.  To  znaczy,  że  gdybyśmy  posłużyli  się  „miłoszowską”   metodą  w  stosunku  do  jego  osoby,  to  moglibyśmy  zbudować  jego  image   np  na  fragmencie  „Dzienników”  Iwaszkiewicza,  w  którym   stary  pedał  upiera  się,  że  „zerżnął”  przyszłego  noblistę  w  Wilnie  i  z  przyczyn  homoseksualnych  sfinansował  jego  kajakową  podróż  po  Europie.  Zaprzeczenia  Miłosza  pozostają  bezowocne,  fama  poszła  w  świat.

„Odwdzięczył  sie”  również  swoim  przyjaciołom  Krońskim.  Upublicznianie    myśli   i   postępków   przyjaciół   jest   conajmniej   niesmaczne.    Ponieważ    Kroński   jest   dla   wielu   moich   potencjalnych    czytelników   osobą   znaną   tylko  z  cytatu   z  prywatnego  listu  do  Miłosza,  wrednie  przez   poetę upublicznionego,  pozwolę   sobie   na   parę    podstawowych   informacji   o   nim.  Acha,  przedtem  wspomniany  cytat:

„My  sowieckimi  kolbami  nauczymy  ludzi  w  tym  kraju  myśleć  racjonalnie  bez  alienacji”

KROŃSKI   Juliusz   TADEUSZ,   filozof   i   historyk,   profesor   UW,   uczeń   Kotarbińskiego   i   Tatarkiewicza,   kolega    Bolesława   MICIŃSKIEGO   /którego   żona   wyszła   póżniej   za   KENARA/,  uważany  za  ojca  duchowego  tzw  warszawskiej  szkoły  historyków  idei,  stworzonej  przez  jego  uczniów:  Kołakowskiego, Baczkę,  Pomiana  i  in.,  był   Żydem   po   ojcu  Aleksandrze  Ferdynandzie,  warszawskim  adwokacie; najważniejsze   dzieło   „Rozważania   wokół   Hegla”,   autor   ładnej   sentencji:
                 
„To   nie   komunizm   i   nie   Polska   dzisiejsza   są   temu   winne,   że   ludzie   żle   piszą.   Winę   za   to   ponoszą   po   prostu   sentymentalizm   i   romantyzm”.

    Żona,   Irena   z  d.   Krzemicka,   Żydówka,   studiowała   we   Lwowie   filologię   grecką   u   prof.  Gasińca.   O   ich   poglądach   i   losach  -  innym   razem.
  
A   teraz   wreszcie   do   poezji,   na   której   się   NIE   znam.   Rozpocznę   fragmentem   tytułowego   wiersza   ze   zbiorku   „TO”,    ktory    rozumiem   /wyjątek!!/   i   lubię:

„Żebym    wreszcie   powiedzieć   mógł,   co   siedzi   we   mnie.                                                            Wykrzyknąć   ludzie,   okłamywałem   was                                                                                                Mówiąc,   że   tego   we   mnie   nie   ma,                                                                                                Kiedy   TO   jest   tam   ciągle,   we   dnie   i   w   nocy.                                                                          Chociaż   właśnie    dzięki   temu                                                                                                                Umiałem   opisywać   wasze   łatwopalne   miasta,                                                                                  Wasze   krótkie   miłości   i   zabawy   rozpadające   się   w   próchno,                                          Kolczyki,   lustra,   zsuwające   się   ramiączko,                                                                             Sceny   w   sypialniach   i   na    pobojowiskach.
Pisanie   było   dla   mnie   ochronną  strategią                                                                                        Zacierania   śladów.   Bo   nie   może   podobać   się   ludziom                                                         Ten,   kto   sięga   po   zabronione.                                                        .......................................................                                                                 .......................................................
TO   jest   podobne   do   myśli   bezdomnego,                                                                                 kiedy   idzie   po   mrożnym,  obcym   mieście                                   .........................................................                                                                                                   TO   może   też   być   porównane   do   nieruchomej   twarzy                                                           kto   pojął,   że    został   opuszczony   na   zawsze.
Albo   do   słów   lekarza   o   nie   dającym   się   odwrócić   wyroku.
Ponieważ   TO   oznacza    natknięcie   się   na   kamienny   mur,                                                            i   zrozumienie,   że   ten   mur   nie   ustąpi   żadnym   naszym   błaganiom”.

No    i   wreszcie   mogę   przejść   do    GENIALNEGO     „Traktatu    Teologicznego”,   przy   omawianiu   podeprę   się   recenzją   mego   mistrza,   ks.   Wacława   HRYNIEWICZA.

 Miłosz    zaczyna   od   słów:   Takiego   traktatu   młody   człowiek   nie   napisze.   Hryniewicz   mówi,   że   to   prawda,   bo  „’Traktat’   jest   wielowątkowy,   bogaty   w   doświadczenie   całego   życia   i   osobiste   wyznania”,   jest   podsumowaniem,   w   którym   chciałby   podzielić   się   swym   niełatwym   i   niejedzoznacznym  doświadczeniem   wiary.   Ponadto   poeta   wyznaje,   że   „musi   napisać   traktat   teologiczny,   żeby   okupić   swój   grzech   samolubnej   pychy”.   Hryniewicz   rozumie   rozterki   Miłosza   i   pisze:

„Poeta   może   czuć   się   osamotniony   w   swojej   wierze.   Nie   tylko   zresztą   on.   Teologowie,   z   którymi   często   dialoguje   i   którym   czyni   wyrzuty   za   nadmiar   pewności   nie   chodzą   na   co   dzień   w   „fiolecie   swojej   togi”.   Oni   także   mają   swoje   rozterki   i   wątpliwości.   Teolog   może   powiedzieć,   tak   jak   poeta:   „Nie   jestem   i   nie   chcę   być   posiadaczem   prawdy ”.   Nie   musi   śpiewać   unisono    ani   „szczebiotać   o   słodkim   dzieciątku   Jezus   na   sianku”.   Jemu   także   nie   jest   obce   „wędrowanie   po    obrzeżach   herezji”.   Myśl   odważna   nie   lęka   się   takiej   wędrówki.  Zresztą   czy   to,   co   tak   chętnie   nazywają   mianem   herezji,   jest   nią   rzeczywiście?”.

Zgadzam   się   oczywiście   z   powyższym,   tylko   że   jeden   Hryniewicz    nie   czyni   wiosny.   Mistyczne   poszukiwania   Miłosza,   przy   jednoczesnym   zachowaniu   „chęci   pozostania   wiernym   prowadzą   do   pytania:   /Hryniewicz/

Jak   zatem   znależć   „miejsce   środkowe   między   abstrakcją   a   zdziecinnieniem,   żeby   można   było  rozmawiać   poważnie   o   rzeczach   naprawdę   poważnych”?    I   o   prawdzie,   i   o   „sensie,   niemożliwym   bez   absolutnego   punktu   odniesienia”?   O   pojawieniu   się   dobra   i   zła   w   przed-świecie,   o   buncie   aniołów   i   grzechu   pierworodnym,   o   Chrystusie,   który   „przybrał   ciało  i   umarł,   żeby   nas   oswobodzić   od   prometejskiej   pychy”,   o   sensie   religii   i   chrześcijaństwie,   o   nieszczęściu   i   cierpieniu,   o   trudnościach   wiary   w   duszę   nieśmiertelną,   o   śmierci   i   sprawach   ostatecznych   „po   tamtej   stronie”?   Tyle   pytań,   tyle   spraw   niedocieczonych.

Poezja   godna   tego   miana   nie   jest   wolna   od   eschatologicznego   niepokoju.   Nawet   nie   pytany   poeta   wyznaje:   „Nie   z   frywolności,   dostojni   teologowie,   zajmowałem   się   wiedzą   tajemną   wielu   stuleci   -   ale   z   bólu   serdecznego,   patrząc   na   okropność   świata.   Jeżeli   Bóg  jest   wszechmocny,   może   na   to   pozwalać,   tylko   jeżeli   załozymy,   że   dobry   nie   jest.   Skąd   granice   jego   potęgi,   dlaczego   taki   a   nie   inny   jest   porządek   stworzenia...”?   I  to   widowisko,   jakim   jest   życie,   „kończące   się   nie   tyle   opadnięciem   kurtyny,   ile   gromem   z   jasnego   nieba”.   A   gromem   tym   śmierć,   „ogromna   i   niezrozumiała”,   co   wydaje   się   „niestosowną   karą   dla   nieszczęsnych   lalek,   za   ich   gry   samochwalstwa   i   wiarołomne   sukcesy”.   Rozumiem   szczerość   poety,   gdy   wyznaje:   „Myślę   o   tym   ze   smutkiem,   siebie   widząc   pośród    uczestników   zabawy.   I   wtedy,    przyznaję,   trudno   mi   wierzyć   w   duszę   nieśmiertelną”.

Wyznanie   sięga   jeszcze   dalej:   „Tak   naprawdę   nic   nie   rozumiem,   jest   tylko   ekstatyczny   taniec,   drobin   wielkiej   całości.   Rodzą   się   i   umierają,   taniec   nie   ustaje,   zakrywam   oczy,   broniąc   się   od   natłoku   biegnących   do   mnie   obrazów”...A   przecież   i   on   w   innym   miejscu   „Traktatu”   sam   daje   zgoła   inną   odpowiedż:   „Kto   pokłada   ufność   w   jezusie   Chrystusie,   oczekuje   Jego   przyjścia   i   końca   świata,   kiedy   pierwsze   niebo   i   pierwsza   ziemia   przeminą   i   śmierci   już   nie   będzie”.   To   jednak   odpowiedż   wiary   i   głos   nadziei,   a   nie   ból   codziennego   doświadczenia”.

Dalsze   rozmyślania    Poety   prowadzą   go   do   wniosku,   że   „katolickie   dogmaty   są   jakby   parę   centymetrów   za   wysoko”,   że   wprawdzie   „wspinamy   się   na   palce   i   wtedy   przez   mgnienie  wydaje   się   nam,   że   widzimy”,    lecz   jest   to   złudzenie,   bo   największe   tajemnice   wiary   są   „opancerzone   przeciw   rozumowi.    Muszę   zaznaczyć,   że   tutaj   mój   ulubiony   ks.  Hryniewicz    poczuł    się   zapędzony   w   „kozi   róg”  i   zaczął   wywodzić,   że   „płycizna   jest   wrogiem   wiary   dojrzałej”,      obracając   „kota   ogonem”,   bo   przecież   w   „Traktacie”   Miłosz,   niestrudzenie,   przeciwstawia   swoją   dojrzałą   wiarę,   a   ściślej    poszukiwanie   jej,    wierze   powierzchownej,   obyczajowej   i   rytualnej.   Mówi:  „Moi   polscy   wspólwyznawcy   lubili   słowa   kościelnego   obrzędu,   ale   nie   lubili   teologii”.   Poeta   chce   uniknąć   tego,   co   nazywają   „spokojem   wiary,   a   co   jest   po   prostu   samozadowoleniem”.   Zacytujmy   znów    Hryniewicza:
/Miłosz/    „szczerze   wyznaje,   że   choć   przywykł   zwracać   się   o   pomoc   do   Matki   Boskiej,   z   trudem   Ją   rozpoznawał   w   „Bóstwie   wyniesionym   na   złoto   ołtarzy”.     Nawet   w   Lourdes   nie   było   mu   dane   zapomnieć,   że   przybywa   z   kraju,   gdzie   Jej   sanktuaria   „SŁUŻĄ   UMACNIANIU   NARODOWEJ   UŁUDY”    i   uciekaniu   się    pod   Jej   obronę   „przed   najazdem   nieprzyjaciela”.   A   więc   nawet   na   obcej   ziemi   obecność   zamącona   jest   „obowiązkiem   poety,   który   nie   powinien   schlebiać   ludowym   wyobrażeniom”.

Wspomniane   wyżej    poszukiwanie   dojrzałej    wiary  prowadzi   Poetę   jednak   do   sceptycyzmu.   Hryniewicz   ujmuje   to   następująco:

Poeta   nawołuje:   „Miejcie   zrozumienie   dla   ludzi   słabej   wiary.   Ja   też   jednego   dnia   wierzę,   drugiego   nie  wierzę”.    Szuka   pokrzepienia,   jak   sam   wyznaje,  w  „modlącym   się   tłumie”.   Widzi   w   tym   pewne   lekarstwo    na   swój   własny   sceptycyzm:   „Ponieważ   oni   wierzą,   pomagają   mi   wierzyć   w   ich   własne   istnienie,   istot   niepojętych   /..../  Pod   swoją   brzydotą,   piętnem   ich   praktyczności,   są   czyści,   w   ich   gardłach,   kiedy   śpiewają,   pulsuje   tętno   zachwytu  /..../   Naturalnie   jestem   sceptyczny,   ale   razem   śpiewam,   pokonując   w   ten   sposób   przeciwieństwo   pomiędzy   prywatną   religią   i   religią   obrzędu”.”

Potrzebę   religii   Miłosz   przypisuje   naszej   słabości   mówiąc,   że   „religię   bierzemy   z   naszego   litowania   się   nad   ludżmi.   Są   za   słabi,   żeby   żyć   bez   boskiej   opieki.   Za   słabi,   żeby   słuchać   zgrzytliwego   obrotu   piekielnych   kół”.

Zakończmy   rozważania   o   „Traktacie”     miłoszowską    wizją   naszego   losu   „po   śmierci”:

Po   tamtej   stronie   żadnej   rzeczy,   którą   moglibyśmy   zobaczyć,   dotknąć,   usłyszeć,   posmakować.   Wybieramy   się   tam,   ociągając   się,   niby   emigranci   nie   oczekujący   szczęścia   w   dalekich   krajach   wygnania”.

Póki   „tu”   jesteśmy:   „Na   próżno   w   Dzień   Zaduszny   chcemy   usłyszeć   słosy   z   ciemnych   podziemnych    krain,   Szeolu,   Hadesu.   Jesteśmy   igrające   króliczki,   nieświadome,   że   pójdą   pod   nóż.   Kiedy   zatrzyma   się   serce,   następuje   nic,   mówią   mi   wspólcześni   wzruszając   ramionami”


Tymi   „współczesnymi”    Miłosz   zrzuca   ciężar   z   własnych   barków.   Zachęcam   do   przestudiowania  „Traktatu”   osobiście,   bo   tenże   jest   absolutnym   dowodem,   że   MIŁOSZ   WIELKIM   POETĄ   BYŁ.