Wednesday, 13 November 2013

MIŁOSZ Czesław

MIŁOSZ Czesław /1911-98/
/5.10-10.10.2011/

UWAGA /13.11.2013/: „Epopeja” Franaszka wyznaczyła granicę wartościowych wypowiedzi na temat Miłosza; ma jedną wadę - jest „kobylasta”. I to właśnie skłania mnie do publikacji moich zaledwie 10 stron

Wielką odwagę wykazuję próbując zmierzyć się z tym tematem. Ogrom publikacji oceniających Miłosza i jego twórczość jest /że tak modnie się wyrażę/ porażająca. Zgodnie z wymogami eseju zdefiniuję na początku mój stosunek do noblisty i jego twórczości. I tak: całkowicie identyfikuję się z poglądami mego idola na polskie kołtuństwo /por. hasło „Plica polonica a Żydzi”/, podziwiam jego poezję /choć w ogóle się na niej nie znam/, a „Traktat Teologiczny” doprowadza mnie do ekstazy; krytycznie natomiast oceniam jego prozę oraz słabości charakteru. Ostatnie słowa są „ciężkie”, wobec tego czuję się zobowiązany do ich sprecyzowania. Chodzi mi o egocentryzm, nadmierną egzaltację i zbyt daleko posunięty subiektywizm. Udowodnię słuszność mojej opinii omawiając „Zniewolony Umysł” oraz „Ziemię Ulro”, a teraz zacytuję tylko trafne spostrzeżenie M.P.Markowskiego:

„Miłosz, kiedy patrzy na chmury /niech będzie powiedziane: obłoki/, myśli wyłącznie o SOBIE, nie może myśleć o niczym innym..”

„Nasze” /tj Miłosza i moje/ poglądy na polskie kołtuństwo są skrajnie negatywne, gdyż objawia się ono w: antysemityzmie, ksenofobii i braku tolerancji; nacjonalizmie i faszystowskiej ideologii II i IV RP; rusofobii i roszczeniowej postawie wobec wschodnich sąsiadów; micie mocarstwowości i mesjanizmu; pseudoreligijności i polsko-katolicyzmie; w cierpiętnictwie i fałszywej martyrologii szczególnie I i II w.św. oraz Powstania Warszawskiego. Brak „naszej” tolerancji dla kołtuństwa zaowocował nienawiścią ze strony „prawdziwych polaków”, którzy nie uszanowali nawet uroczystości pogrzebowych Wielkiego Poety i protestowali przeciw pochowaniu go „na Skałce”. /Przypominam, że w „prawdziwy polak” używam „małej” litery, gdyż chodzi o specyficzną mentalność, a nie o narodowość/

Zacznijmy od stosunku do Rosjan. Kołtun musi nienawidzieć Miłosza, skoro on pisze:

„...dzicz i moskiewskie paskudztwo. Tylko, że intelektualnie ta dzicz stoi bez porównania wyżej od oświeconych zachodnich Polaków”

A gdzie indziej dolewa oliwy do ognia:

„...lubię Rosję, lubię rozmawiać z Rosjanami, lubię ich język. No i lubię wielką literaturę rosyjską. WIELKA LITERATURA. Polska się do niej nie umywa”.

W 100% z tym się zgadzam. A kołtun? Krew go zalewa. Czy Miłosz kłamie? Sprawdżmy w amerykańskim ALMANACHU /The World Almanac 2007/. W wykazie Writers of the Past, poza Miłoszem i Herbertem, Polaków nie ma, za to „ruskich” aż DZIEWIĘTNASTU /Achmatowa, Babel, Błok, Brodski, Bułhakow, Czechow, Dostojewski, Erenburg, Gogol, Gorki, Lermontow, Mandelstam, Majakowski, Nabokow, Pasternak, Puszkin, Szołochow, Tołstoj, Turgieniew/.

Dygresja. Zapotrzebowanie zapyziałego kołtuna zaspakaja nacjonalistyczny HERBERT /1924-98/, z którego można wyrwać fragment dla potrzeb politycznych, jak to zrobił Kaczyński, cytując cztery słowa z „Przesłania Pana Cogito”: „Zostali zdradzeni o świcie”. Kołtun wierszy nie czyta, toteż nie dojdą do niego dalsze słowa poematu: „...strzeż się jednak dumy niepotrzebnej; oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz”. Skoro zacytowaliśmy Herberta, to przypomnijmy, że wypromował go Miłosz, za co ten się „odwdzięczył” pisząc obelżywego „Chodasiewicza”, co spowodowało zerwanie znajomości. Jednakże Miłosz /namówiony przez brata, Andrzeja/ zdobył się na gest i zadzwonił do umierającego Herberta, jak również uczestniczył, wraz z Wisławą Szymborską, w jego pogrzebie.

O stosunku Miłosza do II RP świadczą jego słowa:

„Zaczęło się od zamordowania pierwszego prezydenta. Następnie sejmowładztwo, stado MAŁP. Potem rządy pułkowników i jakaś DEGENERACJA tej grupy. To wszystko przecież na tle światowego kryzysu ekonomicznego, wreszcie UBÓSTWO, CIEMNOTA..”.

W 1988 r oceniając nastroje społeczne w Polsce nawiązuje do II RP:

„...w Polsce nastąpił wzrost tendencji nacjonalistycznych, które mnie przypominają alians pomiędzy Kościołem Katolickim a prawicą polityczną /w II RP/..”,

a w liście do Venclovy charakteryzuje polski nacjonalizm słowami:

„...w naszym stuleciu ostoją mentalności sarmackiej, która zrodziła nowoczesny nacjonalizm był Kościól”.

Co do stosunków ze wschodnimi sąsiadami Miłosz zajmował stanowisko spójne z poglądami Giedroycia, Konwickiego, Jasienicy czy Wojciecha Gołębiewskiego tzn że bezdyskusyjnie należy zaakceptować podzialy terrytorialne ustalone w Poczdamie, a za priorytet traktować stworzenie przyjaznych układów dobrosąsiedzkich z nowymi państwami, graniczącymi z Polską. MIŁOSZ mówił o Wilnie:

„..obecność polskości... to nie to samo, co polityczna przynależność do Polski, rola polskiego województwa..”

JASIENICA przestrzegał: „Wszelkie próby odbierania Litwinom Wilna, Ukraińcom zaś Lwowa stanowiłoby polskie samobójstwo narodowe”; a KONWICKI rozważał: „Umiemy zapominać niewygodne dla nas fakty z naszej historii, które nie pasują do tego stale lepionego obrazu społeczeństwa aniołów w środku Europy, bezustannie krzywdzonych przez złych sąsiadów. Jest to „kompleks ubogich” - chodzi o ubóstwo duchowe”. Na Białorusi, Litwie, Ukrainie „myśmy tam byli jednak KOLONIZATORAMI...”. A „myśmy się zawsze dziwili, jak to jest, że nas nie kochają”. Gołębiewski dodaje, ze Unia Lubelska w 1569 r., wymuszona mieczem, zniewoliła Litwę na ponad 200 lat, a była odpowiednikiem polskiej Targowicy. Omawiając niechęć Litwy do superkatolickiej Polski warto wspomnieć, że Miłosz w „Rodzinnej Europie” nazywa Litwinów „CZERWONOSKÓRYMI Europy, którzy pod przymusem przyjęli chrześcijaństwo, niechętnie i póżno” /nota bene dwa razy chrzczeni/.

Co do Powstania Warszawskiego, którym polski narodowiec i kołtun się szczyci zamiast osądzić zbrodniarzy tzn Rząd Londyński, który do tej samozagłady doprowadził, pragmatyczny Miłosz, straciwszy wielu przyjaciół w Powstaniu, uważał ten zryw za niepotrzebny. Wg Andrzeja Mencwla, Miłosz „oceniał Powstanie jako opartą na fantazmatycznych wyobrażeniach o postmesjanistycznie interpretowanej polskości, próbę zmiany geopolitycznego układu sił, która z racjonalnego i wojskowego punktu widzenia była SZALEŃSTWEM”. Warto tu przytoczyć jak Mencwel charakteryzuje pojmowanie polskości przez Miłosza:

„...z Brzozowskim łączy Miłosza rzadka u nas świadomość, że na polskość można patrzeć jak na pewien PRZYPADEK historii, a nie jak na JEDYNE możliwe PRZEZNACZENIE”.

Również MICHNIK zauważa związek intelektualny Miłosza z największym polskim intelektualistą i filozofem, tragicznie zmarłym w wieku 33 lat, Stanisławem BRZOZOWSKIM /1878-1911/, co skutkuje podobną reakcją nacjonalistycznego, ksenobicznego społeczeństwa. Michnik pisze o nagonce na Miłosza: „Takiej nagonki nie znała polska literatura od sprawy Brzozowskiego...” Miłosz /jak Brzozowski/ „...zaatakował sam rdzeń intelektualny ówczesnej świadomości kulturalnej Polaków”. Aby zakończyć akapit dotyczący Powstania Warszawskiego I II w.św. wspomnijmy Jana KARSKIEGO. Otóż KARSKI miał poczucie winy, że system Państwa Podziemnego, któremu z narażeniem życia służył, poświęcił życie tysięcy ludzi, w tym dzieci, całkiem NIEPOTRZEBNIE. Bez Państwa Podziemnego, bez AK - twierdził - wojna nie trwałaby ANI O JEDEN DZIEŃ DŁUŻEJ.

Kończąc z II w.św, zapomniałem napisać o wierszu Miłosza „CAMPO di FIORI” , którym naruszył dobre samopoczucie Polaków. Oddajmy głos Janowi BŁOŃSKIEMU:

„Miłosza „CAMPO di FIORI” opowiada o karuzeli, którą - chciał traf, ale jaki to znaczący, osobliwy traf - zmontowano w Warszawie, na placu Krasińskich, tuż przed wybuchem powstania w getcie. Gdy zaczęły się walki, karuzelowy interes nie przestał funkcjonować, gromadził dalej dzieci, młodzież, gapiów...”

No to jak polski kołtun ma tolerować autora - Miłosza?
.
Głęboko wierzący Miłosz /ale o tym szerzej, dalej, przy omawianiu „Traktatu Teologicznego”/ medytuje nad Ewangelią św. Mateusza, w której czyta: /Mt 5,46/ „Jeśli miłujecie tylko tych, którzy was miłują, cóz szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?” i wysuwa wniosek:

„Chrześcijanom nakazane jest kochać nieprzyjaciół, a oni wytępiwszy Żydów nie mieli już kogo kochać”
.
Z kolei w „Innym Abecadle” rozmyśla o grzechu pierworodnym: „Pierwszy GRZECH był aktem PYCHY.... Teologia katolicka zalicza GRZECH PIERWORODNY do tajemnic wiary i nie stara się wyjaśnić, jak to jest, że go DZIEDZICZYMY”. Jak takie wywody ma znosić Polak - Katolik? Na pohybel. A Miłosz nie odpuszcza i ocenia kult Papieża-Polaka:

„Kult JP II jest kompensatą zbiorowego kompleksu niższości Polaków”.

Tak, Miłosz non-stop obraża „świętości narodowe Polaków”. A skoro tak jest to spójrzmy co on wypisuje na temat Mickiewicza, który „wieszczem narodowym był”. W „Historii Literatury Polskiej” Miłosz pisze: /str 269/

„Ze swoim przyjacielem, Armandem LEVY, który pod wpływem poety powrócił do wiary swoich żydowskich przodków, Mickiewicz zabrał się do organizowania LEGIONU ŻYDOWSKIEGO i starał się u rządu tureckiego o pozwolenie wciągnięcia na listę nie tylko Żydów rosyjskich, ale także Żydów z Palestyny. Silne przez całe życie uczucia PROŻYDOWSKIE Mickiewicza.......”.

Dalej wyjaśnia, że panieńskie nazwisko matki poety - Majewska, „było często spotykane wśród frankistów” . /Więcej o żydowskiej sekcie frankistów p. wypracowanie pt „Kabała, chasydzi, frankiści”/. Kończy uwagą, że Mickiewicz „zmarł w ramionach wiernego mu Armanda Levy”.

Kończąc z cytatami z prowokującej twórczości Mistrza, wspomnę, że nie pominął on również ukazu carskiego znoszącego poddaństwo chłopów /1861, 1864/. W wierszu pt „W praojcach swoich pogrzebani” cynicznie naśmiewa się z polskiej szlachty: „CAR IM NA PRZEKÓR CHŁOPÓW OSWOBODZIŁ”

Nim przejdę do jego prozy i poezji, dla oddechu, jako przerywnik przytoczę parę istotnych opinii o naszym Wielkim Poecie. Zacznę od wierszyka napisanego przez mego guru, tj Leszka KOŁAKOWSKIEGO z okazji 90-tych urodzin:

„Dwa są Miłosze: jeden, osiłek barczysty. Chłop litewski, postawny, nie stroni odwhisky. Śmiechem głosnym poraża damy i narody; Lecz nie za to mu dali sążniste nagrody. Nie on te książki pisał, co świat czytać lubi; Ale za nim się skrada dziwny Miłosz drugi. Jak ta dzieweczka, której „żle w tym ludzi tłumie”, Chciałaby może uciec, lecz uciec nie umie. Miłosz by też do świata wrócił, co go nie ma. Co z ręki Boga wyszedł w pierwszym dniu stworzenia; Lecz gdy drugi dzień nastał, tamten świat już zniknął; A był ten, co go znamy, z jego zmorą zwykła, W niepogodzie, w ciemności - nie ma gdzie uciekać Może lepszy świat przyjdzie? Można tylko czekać; Czekajmy więc jak Czesław, w Słowo uzbrojeni, Ze Słowa świat się począł, przez Słowo się zmieni”.

Szczególnie trafny wydaje mnie się wers: „Nie on te książki pisał, co świat czytać lubi”. Teraz MICHNIK:

„Miłosz był człowiekiem okrutnie zranionym przez bliżnich, był pokaleczony przez historię spuszczoną z łańcucha, a także przez Polskę KOŁTUŃSKĄ spod barwy czerwonej lub czarnej. Miłosz był człowiekiem wśród skorpionów, który czułość i litość skrywał pod maską swego rodzaju pancerza”.

Z kolei , autor książki o Miłoszu, FRANASZEK mówi m.in.: „...gardził polskim nacjonalizmem i antysemityzmem. Krzywił się na romantyczny garb SZALEŃSTWEM MESJANIZMU KOMPENSUJĄCY KLĘSKI”. Wielki poeta ZAGAJEWSKI o swoim mistrzu mówi zaś: „Miłosz jest zbyt skomplikowany i ogromny, nie pasuje do małych kategorii i skromnych szufladek”. Zauważa też, że: „Jego lewicowa wrażliwość połączona /jest/ z bardzo silnym apetytem religijnym - czy tylko u Simone WEIL znależć można podobną kombinację?”. Na koniec sympatyczna uwaga Clare Cavanagh /ur. 1956/, profesor Northwestern University, historyka literatury: „W latach 80-tych na Harvardzie, Miłosz należał do grupy pieszczotliwie nazywanej „Gang Czterech” z WALCOTTem /Derek, ur.1930/, HEANEYem /Seamus, ur.39/ i BRODSKIM /Josif, 1940-96/”. Skoro zahaczamy o pobyt Miłosza w Stanach to pozwolę sobie na małą dygresję i przypomnę, że po przybyciu tam był inwigilowany przez odpowiednie służby wskutek „życzliwości” Polaków. Pisał o tym: „Polacy składali stosy najbardziej absurdalnych donosów do władz amerykańskich......KAŻDY POLAK JEST ŚMIERTELNYM NIEBEZPIECZEŃSTWEM”.

W obawie przed sklerozą wtrącę tu, że wg Wiktora JEROFIEJEWA pustka duchowa Polaków /nastąpiła/ po śmierci WOJTYŁY, MIŁOSZA i LEMA.

No to teraz „Ziemia Ulro”. Przepraszam za moją niekompetencję, lecz dla mnie JEDYNY pozytyw to myśl znajdująca się na str. 103:

„Każdy chyba człowiek przyjmuje nieszczęście w osłupieniu, jako coś, co absolutnie nie mogło się zdarzyć, a jednak się zdarzyło. Wydaje się ono pogwałceniem niepisanej umowy z istnieniem. Ufaliśmy tej umowie, zgodnie z którą, mimo, że ludzie na ogół cierpią, my mieliśmy być oszczędzeni”.

„ULRO” - to wymysł schizofrenika Williama BLAKE’a /1757-1827/, symbol „smutnej krainy, do której odsyłał wszystkich ludzi duchowo okaleczonych - przede wszystkim uczonych, zwolenników fizyki Newtona, ale także prawie wszystkich filozofów i artystów. Swój świat budował na lekturze Biblii i na pismach SWEDENBORGA /Emanuel, 1688-1772/”.

Miłosz zaczął od Oskara Władysława de Lubicz MIŁOSZA /1877-1939/, poety francuskiego pochodzenia litewskiego, symbolisty i mistyka, który był z nim spokrewniony. Miłosz był Oskarem zafascynowany, który fascynował się Blakem, zafascynowanym Swedenborgem. Wszystkie te fascynacje odebrałem jako wydumane na potrzeby chęci uprawiania mistycyzmu. Ze względu jednak na to, że Czesław MIŁOSZ „wielkim poetą był” i modnym się stało /po ”Ziemi Ulro”/ rzucanie Swedenborgem czy Blakem w różnych, bardzo uczonych publikacjach, poświęcę im parę słów.

Swedenborg zasiadał w szwedzkiej Izbie Lordów, a w nauce odnosił sukcesy na polu fizyki, matematyki, chemii, biologii i mineralogii. Badał pochodzenie materii, a następnie próbował wyjaśnić relację pomiędzy duszą a ciałem. W 1745 r. doznawszy nadprzyrodzonych widzeń, zajął się studiowaniem teologii. W „Heavenly Arcana” /8 tomów, 1749-56/ przedłożył swoją nową religię opartą na alegorycznej interpretacji Pisma Św., według instrukcji otrzymanych rzekomo od Boga. Swedenborg utrzymywał, że w 1757 r., w jego obecności, odbył się Sąd Ostateczny, na którym zapadła decyzja o zakończeniu egzystencji Kościoła Chrześcijańskiego i powołaniu nowego, przepowiedzianego w Księdze Objawienia /tj Apokalipsie św. Jana/ jako Nowe Jeruzalem. Doktryna nowego Kościoła mówi, że głównym celem człowieka jest osiągnięcie spojenia z Bogiem poprzez miłość i mądrość. Obecnie SWEDENBORGIANIE są skupieni w dwóch oddzielnych organizacjach: General Convention of the New Jerusalem i General Church of the New Jerusalem i liczą łącznie ok 10 tys. wiernych.

Blake był grawerem i ilustratorem książek. W wierszach swoich opisywał i interpretował swoje wizje, w których, jak twierdził, doświadczył Boga, Jezusa Chrystusa, aniołów i dusz wielkich ludzi wcześniejszych czasów. Poezje, a chyba przede wszystkim ilustracje i obrazy wyrażają jego osobistą teologię, pogłębioną studiowaniem pism Swedenborga. Umarł w nędzy i zapomnieniu, ale po latach został doceniony /stał się modny: por. Norwid /. Obecnie jest uważany za jednego z najważniejszych twórców doby Romantyzmu.

To teraz czas na najpopularniejszą książkę Miłosza „Zniewolony Umysł”. Świetnie napisana, o postawach ludzi w okresie komunizmu, a ściślej reżymu stalinowskiego końca lat czterdziestych i przełomu lat 40- i 50-tych. Niestety, ksiązka wyjątkowo WREDNA. Miłosz, który wysługiwał się reżymowi, spijał miód z „kwiatów zła” piastując wysokie stanowiska na atrakcyjnych placówkach zagranicznych krytykuje postawy kolegów-pisarzy przebywających w kraju i konformistycznie układających się z PRL-owską władzą.

Najbardziej gnoi Alfę, czyli Andrzejewskiego, przedwojennego endeka, lecz przecież pedała i alkoholika, co poniekąd tłumaczy jego wątpliwie moralną postawę. Co gorsza, ośmieszony, zgnojony Andrzejewski korzystał, po latach, z zaproszeń Miłosza do Stanów Zjedn., puścił w niepamięć własną hańbę i z przyjemnością delektował się bogactwem miłoszowej rezydencji .Drugim krytykowanym był Borowski, trzecim - Putrament, czwartym zaś Gałczyński.

WREDNOŚĆ Miłosza ujawnia się w całej krasie przez upublicznianie, kontrowersyjnych incydentów z życia powszechnie znanych osób, by budować na ich bazie negatywny image. Po pierwsze: świat nie jest czarno-biały, a po drugie: „kto mieczem wojuje ....”. To znaczy, że gdybyśmy posłużyli się „miłoszowską” metodą w stosunku do jego osoby, to moglibyśmy zbudować jego image np na fragmencie „Dzienników” Iwaszkiewicza, w którym stary pedał upiera się, że „zerżnął” przyszłego noblistę w Wilnie i z przyczyn homoseksualnych sfinansował jego kajakową podróż po Europie. Zaprzeczenia Miłosza pozostają bezowocne, fama poszła w świat.

„Odwdzięczył sie” również swoim przyjaciołom Krońskim. Upublicznianie myśli i postępków przyjaciół jest conajmniej niesmaczne. Ponieważ Kroński jest dla wielu moich potencjalnych czytelników osobą znaną tylko z cytatu z prywatnego listu do Miłosza, wrednie przez poetę upublicznionego, pozwolę sobie na parę podstawowych informacji o nim. Acha, przedtem wspomniany cytat:

„My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji”

KROŃSKI Juliusz TADEUSZ, filozof i historyk, profesor UW, uczeń Kotarbińskiego i Tatarkiewicza, kolega Bolesława MICIŃSKIEGO /którego żona wyszła póżniej za KENARA/, uważany za ojca duchowego tzw warszawskiej szkoły historyków idei, stworzonej przez jego uczniów: Kołakowskiego, Baczkę, Pomiana i in., był Żydem po ojcu Aleksandrze Ferdynandzie, warszawskim adwokacie; najważniejsze dzieło „Rozważania wokół Hegla”, autor ładnej sentencji:

„To nie komunizm i nie Polska dzisiejsza są temu winne, że ludzie żle piszą. Winę za to ponoszą po prostu sentymentalizm i romantyzm”.

Żona, Irena z d. Krzemicka, Żydówka, studiowała we Lwowie filologię grecką u prof. Gasińca. O ich poglądach i losach - innym razem.

A teraz wreszcie do poezji, na której się NIE znam. Rozpocznę fragmentem tytułowego wiersza ze zbiorku „TO”, ktory rozumiem /wyjątek!!/ i lubię:

„Żebym wreszcie powiedzieć mógł, co siedzi we mnie. Wykrzyknąć ludzie, okłamywałem was Mówiąc, że tego we mnie nie ma, Kiedy TO jest tam ciągle, we dnie i w nocy. Chociaż właśnie dzięki temu Umiałem opisywać wasze łatwopalne miasta, Wasze krótkie miłości i zabawy rozpadające się w próchno, Kolczyki, lustra, zsuwające się ramiączko, Sceny w sypialniach i na pobojowiskach.
Pisanie było dla mnie ochronną strategią Zacierania śladów. Bo nie może podobać się ludziom Ten, kto sięga po zabronione. ....................................................... .......................................................
TO jest podobne do myśli bezdomnego, kiedy idzie po mrożnym, obcym mieście ......................................................... TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kto pojął, że został opuszczony na zawsze.
Albo do słów lekarza o nie dającym się odwrócić wyroku.
Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur, i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom”.

No i wreszcie mogę przejść do GENIALNEGO „Traktatu Teologicznego”, przy omawianiu podeprę się recenzją mego mistrza, ks. Wacława HRYNIEWICZA.

Miłosz zaczyna od słów: „Takiego traktatu młody człowiek nie napisze”. Hryniewicz mówi, że to prawda, bo „’Traktat’ jest wielowątkowy, bogaty w doświadczenie całego życia i osobiste wyznania”, jest podsumowaniem, w którym chciałby podzielić się swym niełatwym i niejedzoznacznym doświadczeniem wiary. Ponadto poeta wyznaje, że „musi napisać traktat teologiczny, żeby okupić swój grzech samolubnej pychy”. Hryniewicz rozumie rozterki Miłosza i pisze:

„Poeta może czuć się osamotniony w swojej wierze. Nie tylko zresztą on. Teologowie, z którymi często dialoguje i którym czyni wyrzuty za nadmiar pewności nie chodzą na co dzień w „fiolecie swojej togi”. Oni także mają swoje rozterki i wątpliwości. Teolog może powiedzieć, tak jak poeta: „Nie jestem i nie chcę być posiadaczem prawdy ”. Nie musi śpiewać unisono ani „szczebiotać o słodkim dzieciątku Jezus na sianku”. Jemu także nie jest obce „wędrowanie po obrzeżach herezji”. Myśl odważna nie lęka się takiej wędrówki. Zresztą czy to, co tak chętnie nazywają mianem herezji, jest nią rzeczywiście?”.

Zgadzam się oczywiście z powyższym, tylko że jeden Hryniewicz nie czyni wiosny. Mistyczne poszukiwania Miłosza, przy jednoczesnym zachowaniu „chęci pozostania wiernym” prowadzą do pytania: /Hryniewicz/

„Jak zatem znależć „miejsce środkowe między abstrakcją a zdziecinnieniem, żeby można było rozmawiać poważnie o rzeczach naprawdę poważnych”? I o prawdzie, i o „sensie, niemożliwym bez absolutnego punktu odniesienia”? O pojawieniu się dobra i zła w przed-świecie, o buncie aniołów i grzechu pierworodnym, o Chrystusie, który „przybrał ciało i umarł, żeby nas oswobodzić od prometejskiej pychy”, o sensie religii i chrześcijaństwie, o nieszczęściu i cierpieniu, o trudnościach wiary w duszę nieśmiertelną, o śmierci i sprawach ostatecznych „po tamtej stronie”? Tyle pytań, tyle spraw niedocieczonych.

Poezja godna tego miana nie jest wolna od eschatologicznego niepokoju. Nawet nie pytany poeta wyznaje: „Nie z frywolności, dostojni teologowie, zajmowałem się wiedzą tajemną wielu stuleci - ale z bólu serdecznego, patrząc na okropność świata. Jeżeli Bóg jest wszechmocny, może na to pozwalać, tylko jeżeli załozymy, że dobry nie jest. Skąd granice jego potęgi, dlaczego taki a nie inny jest porządek stworzenia...”? I to widowisko, jakim jest życie, „kończące się nie tyle opadnięciem kurtyny, ile gromem z jasnego nieba”. A gromem tym śmierć, „ogromna i niezrozumiała”, co wydaje się „niestosowną karą dla nieszczęsnych lalek, za ich gry samochwalstwa i wiarołomne sukcesy”. Rozumiem szczerość poety, gdy wyznaje: „Myślę o tym ze smutkiem, siebie widząc pośród uczestników zabawy. I wtedy, przyznaję, trudno mi wierzyć w duszę nieśmiertelną”.

Wyznanie sięga jeszcze dalej: „Tak naprawdę nic nie rozumiem, jest tylko ekstatyczny taniec, drobin wielkiej całości. Rodzą się i umierają, taniec nie ustaje, zakrywam oczy, broniąc się od natłoku biegnących do mnie obrazów”...A przecież i on w innym miejscu „Traktatu” sam daje zgoła inną odpowiedż: „Kto pokłada ufność w jezusie Chrystusie, oczekuje Jego przyjścia i końca świata, kiedy pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminą i śmierci już nie będzie”. To jednak odpowiedż wiary i głos nadziei, a nie ból codziennego doświadczenia”.

Dalsze rozmyślania Poety prowadzą go do wniosku, że „katolickie dogmaty są jakby parę centymetrów za wysoko”, że wprawdzie „wspinamy się na palce i wtedy przez mgnienie wydaje się nam, że widzimy”, lecz jest to złudzenie, bo największe tajemnice wiary są „opancerzone przeciw rozumowi”. Muszę zaznaczyć, że tutaj mój ulubiony ks. Hryniewicz poczuł się zapędzony w „kozi róg” i zaczął wywodzić, że „płycizna jest wrogiem wiary dojrzałej”, obracając „kota ogonem”, bo przecież w „Traktacie” Miłosz, niestrudzenie, przeciwstawia swoją dojrzałą wiarę, a ściślej poszukiwanie jej, wierze powierzchownej, obyczajowej i rytualnej. Mówi: „Moi polscy wspólwyznawcy lubili słowa kościelnego obrzędu, ale nie lubili teologii”. Poeta chce uniknąć tego, co nazywają „spokojem wiary, a co jest po prostu samozadowoleniem”. Zacytujmy znów Hryniewicza:
/Miłosz/ „szczerze wyznaje, że choć przywykł zwracać się o pomoc do Matki Boskiej, z trudem Ją rozpoznawał w „Bóstwie wyniesionym na złoto ołtarzy”. Nawet w Lourdes nie było mu dane zapomnieć, że przybywa z kraju, gdzie Jej sanktuaria „SŁUŻĄ UMACNIANIU NARODOWEJ UŁUDY” i uciekaniu się pod Jej obronę „przed najazdem nieprzyjaciela”. A więc nawet na obcej ziemi obecność zamącona jest „obowiązkiem poety, który nie powinien schlebiać ludowym wyobrażeniom”.

Wspomniane wyżej poszukiwanie dojrzałej wiary prowadzi Poetę jednak do sceptycyzmu. Hryniewicz ujmuje to następująco:

„Poeta nawołuje: „Miejcie zrozumienie dla ludzi słabej wiary. Ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”. Szuka pokrzepienia, jak sam wyznaje, w „modlącym się tłumie”. Widzi w tym pewne lekarstwo na swój własny sceptycyzm: „Ponieważ oni wierzą, pomagają mi wierzyć w ich własne istnienie, istot niepojętych /..../ Pod swoją brzydotą, piętnem ich praktyczności, są czyści, w ich gardłach, kiedy śpiewają, pulsuje tętno zachwytu /..../ Naturalnie jestem sceptyczny, ale razem śpiewam, pokonując w ten sposób przeciwieństwo pomiędzy prywatną religią i religią obrzędu”.”

Potrzebę religii Miłosz przypisuje naszej słabości mówiąc, że „religię bierzemy z naszego litowania się nad ludżmi. Są za słabi, żeby żyć bez boskiej opieki. Za słabi, żeby słuchać zgrzytliwego obrotu piekielnych kół”.

Zakończmy rozważania o „Traktacie” miłoszowską wizją naszego losu „po śmierci”:

„Po tamtej stronie żadnej rzeczy, którą moglibyśmy zobaczyć, dotknąć, usłyszeć, posmakować. Wybieramy się tam, ociągając się, niby emigranci nie oczekujący szczęścia w dalekich krajach wygnania”.

Póki „tu” jesteśmy: „Na próżno w Dzień Zaduszny chcemy usłyszeć słosy z ciemnych podziemnych krain, Szeolu, Hadesu. Jesteśmy igrające króliczki, nieświadome, że pójdą pod nóż. Kiedy zatrzyma się serce, następuje nic, mówią mi wspólcześni wzruszając ramionami”


Tymi „współczesnymi” Miłosz zrzuca ciężar z własnych barków. Zachęcam do przestudiowania „Traktatu” osobiście, bo tenże jest absolutnym dowodem, że MIŁOSZ WIELKIM POETĄ BYŁ.