Saturday, 31 October 2015

John STEINBECK - "Ulica Nadbrzeżna"

John STEINBECK - "Ulica Nadbrzeżna"

Autora nie wypada przedstawiać, więc przechodzę go meritum, czyli jego książek, których z wyjątkiem "Myszy i ludzi", nie opiniowałem. A znam go dość dobrze, bo na drodze mojego rozwoju, zajął najważniejsze miejsce, po bardzo młodzieńczym zachwycie Żeromskim. Oczywiście, "The Grapes of Wrath" ("Grona gniewu"), które były moją pierwszą książką przeczytaną w oryginale, wywarły wrażenie, tym bardziej, że podsycała je PRL-owska propaganda o nędzy i niesprawiedliwości w kapitalistycznej Ameryce; "Na Wschód od Edenu" też, bo i wsparte ekranizacją, jednakże naprawdę kultowe były dwie małe książeczki "Tortilla Flat" i "Ulica Nadbrzeżna".

Oczywiście, wygrywała "Ulica Nadbrzeżna" głównie dzięki rytuałowi czyszczenia butów. Postawić przyjacielowi kolejkę czyszczenia butów tzn usadzić go w fotelu i opłacić czyściciela butów, to zafundować mu symboliczny skok do wyższej klasy. Himilsbach z Maklakiewiczem pierwszy raz w życiu latali samolotem i wyobrażali sobie, łudzili się, że to ich nobilituje. U Steinbecka - seria u wszystkich kolejnych czyścicieli butów zaspakaja ich marzenia, są "wniebowzięci", po czym jedni i drudzy mogą usatysfakcjonowani wrócić na swoją ulicę.
Ta scena czyszczenia tak nam się podobała w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, że przy byle okazji, stawialiśmy sobie nawzajem tą usługę u czyściciela butów na warszawskim Dworcu Głównym i nie miał znaczenia fakt, gdy ktoś był w odkrytych sandałkach.
W każdym kraju, w każdym mieście istnieją enklawy, które są miejscem na Ziemi dla odrzuconych, nieszczęśliwych czy nieporadnych etc, których zwykło się zwać marginesem społecznym. Tym miejscem jest z reguły konkretna ulica, tu tytułowa Nadbrzeżna, jej część bądź jakiś zaułek czy parę uliczek. Ludzi żyjących tam cechuje silna więź społeczna, lojalność i solidarność. Zdarza się przyjaźń i miłość. I o tych wszystkich pozytywnych ludzkich cechach, wśród meneli i prostytutek, jest ta poetycka opowieść.
Oczywiście 10 gwiazdek dla najpiękniejszego, realistycznego opowiadania Steinbecka ("Myszy i ludzie" to nietypowy utwór, z innej bajki).

Friday, 30 October 2015

Kamil JANICKI - "Upadłe damy II Rzeczpospolitej"

Kamil JANICKI - "Upadłe Damy II Rzeczpospolitej"

Janicki lubi grzebać w życiorysach innych, a sam ukrywa swój wiek jak podstarzała dziewica na wydaniu. I tak w przybliżeniu na podstawie jego publikacji można określić prawdopodobną datę ukończenia studiów (przy założeniu, że takie ma) na 2010, więc norma wskazuje na przyjście na świat w 1987. Tak naprawdę, niewiele mnie to obchodzi.
Obchodzą natomiast sprzeczności wypisane w "Nocie autora" (s.177):
"...książka przygotowana na podstawie źródeł.. ..Oceny zachowań i charakteru bohaterów, a także fabularyzowane sceny.. ..stanowią wyłącznie wizję autora...".
To znaczy, że ta formuła ma chronić autora przed ewentualnymi procesami o zniesławienie i usprawiedliwiać wypisywanie dowolnych dyrdymał. Dalej jest jeszcze gorzej:
"..Podczas prac nad książką dołożyłem starań, by dotrzeć do wszystkich dostępnych materiałów..."
Starał się, jak ten Jasio w szkole, co się uczył, ale się nie nauczył. I rozbrajające finalne stwierdzenie:
"Publikacja na pewno.. ....zawiera braki lub przekłamania.."
P r z e k ł a m a n i a czyli świadome fałszerstwa; rozbrajająca szczerość! Jedynym powodem, że jeszcze tą książką się zajmuję, jest brak jakiejś innej, a bóle, mimo zażycia wszystkich lekarstw, nie pozwalają mnie spać.
Mamy więc siedem kobiet, które zgodnie z tytułem mają być damami. Tymczasem bohaterką trzeciej historii jest żona poznańskiego murarza, piątej - żydowska handlarka, a szóstej - tkaczka. Chyba trudno te kobiety nazwać damami ? Poszukiwanie prawdy jest utrudnione, bo w internecie każde hasło we wszystkich konfiguracjach prowadzi do Janickiego.
Wszystkie opowieści są bardzo ciekawe, rodem z magla. Młodym wyjaśnię, że magiel to zamierzchła instytucja w której po złożeniu wałka, głównie z bielizną pościelową, czekało się dłuższy czas na swoją kolejkę, żwawo wymieniając newsy i opinie, w sukcesywnie zmieniającym się towarzystwie elokwentnych, dobrze poinformowanych „dam”.
Dzisiaj dzięki globalizacji i dostępowi do internetu kryminalnych opowieści jest aż za dużo, a i na miejscu, w Polsce tyle spraw niewyjaśnionych (jak Pyjasa, Papały, a i Piaseckiego etc), jak i wyjaśnionych połowicznie (jak ks Popiełuszki, Przemyka czy dziecka Marty M), że „pół-fantazje' Janickiego nikogo nie powinny „kręcić”.
Aby nie drażnić zwolenników takich opowieści, idę na ustępstwa i daję cztery pełne gwiazdki.

Jerzy AFANASJEW - "Okno Zbyszka Cybulskiego"

Jerzy AFANASJEW - "Okno Zbyszka Cybulskiego"
Brulion z życia aktora filmowego połowy XX w.

Uwaga! Proszę zacząć lekturę od strony 481, dojechać do końca i wrócić do początku
Jerzy Afanasjew (1932 -1991) współtwórca kultowego teatru studenckiego "Bim-Bom" oraz "Cyrku Rodziny Afanasjew", autor zbioru satyr "Mucha i Anioł" (1959), autor, co tydzień wyczekiwanych, "Listów do Przekroju", najpopularniejszy surrealista PRL-u, był osobą najbardziej kompetentną, by przekazać potomnym prawdziwy obraz swojego przyjaciela Zbyszka Cybulskiego (1927 – 67). Poprosiłem Państwa o poznanie końcowych stron tej niepowszedniej biografii, bo one pozwalają zrozumieć, że jedyny gwiazdor powojennego polskiego kina (myślę o PRL-u, bo dalsze lata są zbyt bliskie dla formułowania pewników), który stał się idolem po "Popiele i Diamencie", nie był naturszczykiem, lecz miał solidne wykształcenie, jak i że grając Maćka nie był czarującym młodzieńcem, lecz doświadczonym, trzydziestojednoletnim mężczyzną. Na podstawie wspomnianych stron ułożyłem własne kalendarium ról Zbyszka, które wywarły na mnie największe wrażenie.
Pierwsze wspomnienie to rola kolarza w filmie "Trzy starty" Lenartowicza (1955), następna rola to eksplozja: Maciek w "Popiele i Diamencie" Wajdy (1958), w następnym roku "Pociąg" Kawalerowicza, lecz przede wszyskim teatralna rola narkomana w "Kapeluszu pełnym deszczu" Gazzo, w reżyserii Wajdy, wystąp gościnny Teatru Wybrzeże w Warszawie, w 1960 - "Do widzenia, do jutra" Morgensterna wg noweli Cybulskiego, lecz i sztuka "Dwoje na huśtawce" Gibsona w Teatrze Ateneum z Elżbietą Kępińską, w reżyserii Wajdy; rok 1961- to również w Ateneum "Przy drzwiach zamkniętych" Sartre'a, a w 1962 - "Jak być kochaną" z Kraftówną, w reżyserii Hassa. Potem już tylko jedna duża rola, ryzykowna, bo kostiumowa, też u Hasa, w "Pamiętniku znalezionym w Saragossie" (1964). A trzy lata póżniej opłakiwanie "głupiej" śmierci naszego idola, w będącej w absolutnym posiadaniu studenterii, restauracji na Dworcu Głównym, tym wg Młynarskiego polskim Orly. Od sukcesu w "Popiele i Diamencie" do tragicznej śmierci zaledwie 9 lat !
Aby zrozumieć fenomen Cybulskiego trzeba co nieco wiedzieć o atmosferze tamtych lat. Przypominam, że Stalin umarł w 1953, obalenie "kultu jednostki" – 1956, i początek odwilży. Na stronie "muzyka.onet.pl" pod hasłem "Pół wieku Żaka" czytamy:
"W połowie lat 50. na Wybrzeżu aż gotowało się od działań kulturalnych wielu grup kabaretowych, teatralnych i filmowych. Ferment twórczy musiał wreszcie znaleźć swoje miejsce na mapie Gdańska. W 1955 roku powstał Dyskusyjny Klub Filmowy, który wynajmował salę kinową w budynku Miejskiego Komitetu PZPR na Wałach Jagiellońskich. Dwa lata później stał się on oficjalną siedzibą klubu Żak. Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Jacek Fedorowicz i wielu innych artystów kładło fundamenty, na których wyrosła legenda Żaka. Pierwsze sukcesy odnosiły tam teatrzyk "Bim-Bom", Teatrzyk Rąk "Co to" (którego występ można zobaczyć w filmie "Do widzenia, do jutra") czy Cyrk Rodziny Afanasjeff "Tralabomba". "

We wspomnianym awangardowym "Cyrku.." czołowymi aktorami była żona Jerzego - Alicja Ronczewska - Afanasjew (ur 1930) i jej brat bliżniak Ryszard Ronczewski. Działał w latach 1959-1965 i był największą turystyczną atrakcją Trójmiasta, jako teatrzyk pantomimy pod pełną nazwą Cyrk Rodziny Afanasjeff Tralabomba. Na stronie: "Cyrk Rodziny Afanasjew - AKCJA CYRK" czytamy:
"Cyrk Rodziny Afanasjeff” obok STSu, „Bim-Bomu”, był jednym z najciekawszych awangardowych teatrów studenckich w powojennej Polsce. Autorzy i aktorzy tych teatrów jak Andrzej Jarecki, Agnieszka Osiecka, Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela, Jacek Fedorowicz, czy Jerzy Afanasjew – stali się ikonami polskiej kultury. Teatry te stały się legendą, do której wracają właściwie wszystkie pokolenia Polaków."

Proszę przyjrzeć się wymienionym nazwiskom: toć potęga świadcząca, ze nie Warszawa czy Kraków, ale właśnie Gdańsk był wtedy liderem awangardy. W następnych latach dodatkowo potwierdziły to przodownictwo spektakle Teatru Wybrzeże z "Kapeluszem pełnym deszczu" na czele. Do transferowiczów z Gdańska do Warszawy dodać trzeba Kempińską i Władysława Kowalskiego.

O samej książce powiem krótko: to wspaniały, surrealistyczny kolaż wszelkich form literackich służących stworzeniu autentycznego wizerunku idola mojej młodości, polskiego Jamesa Deana. Jako ciekawostkę zauważmy, że autor, młodszy o pięć lat był już szeroko znany, gdy Cybulski dopiero zaczynał swoją wielką drogę. Chwała im obu!!

Ann PATCHETT - "Belcanto"

Ann PATCHETT - "Belcanto"

Patchett (ur. 1963) wydała "Belcanto" w 2001 i otrzymała nominację do National Book Critics Circle Award oraz nagrodę Orange Prize i PEN/Faulkner Award. Jest to s z k o d l i w e czytadło, o sympatycznych terrorystach i dlatego jest s z k o d l i w e. Bo usypia czujność ludzkości wobec plagi terroryzmu, której ofiarą może być każdy bądź jego najbliżsi. Terrorysta jest wrogiem publicznym Numer 1 i tak ma być, a dyrdymały o ich pociągu seksualnym do eleganckich kobiet są żałosne.
Gadanie w dzisiejszych czasach o tzw syndromie sztokholmskim jest równie nieodpowiedzialne. A w ogóle snucie głupot o nawiązującej się sympatii między miłośnikami opery a prymitywną terrorystyczną młodzieżą najlepiej inteligentom sprawdzić przez kontakty z dziczą polskich kiboli. Kto jest innego zdania niech zweryfikuje swoje stanowisko przez pójście na mecz piłkarski.

Amerykanka Patchett, mimo odpowiedniego wykształcenia i pracy w "branży" nie odniosła żadnych sukcesów przed trzydziestym ósmym rokiem życia, ani później, a ma obecnie 52 lata. Jakiś tam sukces tej książki był spowodowany żywym wspomnieniem "Lima Crisis" jaki miał miejsce w 1997 roku. Aby Państwu ułatwić czytelność moich uwag przepisuję z Wikipedii:
"Kryzys zakładników - opanowanie budynku Ambasady Japonii (właść. Rezydencji ambasadora) w Peru i uwięzienie w niej grupy dyplomatów japońskich oraz peruwiańskiego ministra spraw zagranicznych przez członków Ruchu Rewolucyjnego im. Tupaca Amaru, do jakiego doszło w dniu 16 grudnia 1996. 22 kwietnia 1997 część zakładników, która nie została wcześniej zwolniona, została odbita z rąk porywaczy w czasie przeprowadzonej przez oddziały antyterrorystyczne operacji Chavin de Huantar. Wszyscy porywacze - 14 osób - zginęli w czasie tejże operacji, życie stracił również jeden z zakładników..."

Patchett nie zmieniła nawet narodowości głównego porwanego, tylko popsuła robiąc z niego miliardera, dzięki czemu wyszedł absurd. Bo kiedy to miliarder jeździ na koniec świata, na cywilizacyjne zadupie, by posłuchać diwy operowej. Przecież, gdy ktoś z NAS ma takie życzenie, to odpowiednio płaci, a diwa przyjeżdża i śpiewa.
Jednym słowem: szkoda czasu

Michael ONDAATJE - "Angielski pacjent"

Michael ONDAATJE - "Angielski pacjent"

Co za szczęście, że w nocy nie opublikowałem swoich wypocin, bo rano doznałem olśnienia. Proszę Państwa, już wiem skąd płyną moje zastrzeżenia do tej książki. Tylko ja mogłem to odkryć, bo mieszkam jak mój rówieśnik - autor w Toronto i jestem takim samym imigrantem, dzięki czemu obaj poddani jesteśmy kanadyjskiej „political correctness”, której na imię „multiculturalism”. Tylko, że nasz drogi Cejlończyk - Kanadyjczyk za bardzo się nią przejął. Proszę spojrzeć: w czteroosobowej ekipie przedwojennych badaczy Afryki mamy afrykańskiego księcia, Anglika, Niemca i Węgra, a we włoskiej willi - szpitalu - Kanadyjkę, Sikha z armii brytyjskiej, Włocha - Kanadyjczyka oraz Anglika – Węgra. Tego Europejczyk by nie wymyślił. Dodajmy, że za tą książkę Ondaatje dostał również najwyższą kanadyjską nagrodę Generalnego Gubernatora, teraz już jasne - za „multiculturalism”. To teraz już wczorajsze.

Ondaatje (ur. 1943), Cejlończyk (tzn ze Sri Lanki) o zagmatwanym rodowodzie, obecnie Kanadyjczyk zrobił furorę tą książką (1992), którą powiększyła adaptacja filmowa w 1996 (m. in. z Binoche, znaną nam z arcydzieła Kieślowskiego "Niebieski")'
Książka ta dostała w 1992 roku Nagrodę Bookera, co o niczym nie świadczy, bo wśród wszystkich nagrodzonych od 1969 tj przez 46 lat, nie znalazłem ani jednej (według mnie) wartościowej, oprócz "Hańby" Coetzee. To mniej więcej tak, jak z naszą Nike, którą obdarowuje się coraz gorsze książki i znajomych autorów. W rzeczywistości wypromował ją romantyczny film, który ma z nią niewiele wspólnego. A film dostał dziewięć "Oskarów"
Już sam wybór miejsca akcji i bohaterów wzbudził moją czujność. Szpital w willi koło Florencji, a w nim pielęgniarka Kanadyjskiej Armii, Sikh, saper Brytyjskiej Armii, kanadyjski złodziej o włoskim nazwisku, szpiegujący dla Aliantów oraz tytułowy pacjent, poparzony, początkowo nierozpoznany, podający się za Anglika, a w rzeczywistości Węgier, co już stawia go w dwuznacznej sytuacji. Bieżącą akcje przerywają liczne wspomnienia, które stają się z czasem wątkiem głównym. Poza wspomnieniami liczne dygresje, które spowalniają akcję i mnie n u d z ą. Do tego przez całą książkę przewija się, „ni przypiął ni przyłatał” Herodot.
I jeszcze jedno, żyjąc w Toronto, otoczony bardzo miłymi imigrantami ze Sri Lanki, mam pewne obawy, czy autor, urodzony w cejlońskim Colombo, mieszkający w Kanadzie, jest w stanie widzieć II w. św. w Europie, w sposób nasz - europejski. Bo czasem zaskakuje "inność".
Cieszę się, że moi koledzy z LC, w ilości, 776 złożyli się na ocenę 5,93, którą w pełni popieram i daję 5 gwiazdek. Przypomnę, że idol mojej młodości Hemingway też popełnił romans wojenny pt "Pożegnanie z bronią" i choć nadgryziony zębem czasu, dostał od 832 czytelników ocenę 6,95, a więc jeśli ktoś z Państwa stanie przed wyborem, to logika podpowiada ten drugi tytuł.

Thursday, 29 October 2015

Erskine CALDWELL - "Jenny"

Erskine CALDWELL - "Jenny"

Jest to najdojrzalsza powieść Caldwella, czemu nie ma co się dziwić, bo napisana w 1961 roku, kiedy autor miał 58 lat. Jednocześnie strach o niej pisać, bo macki dewotów, katopolaków i ich kapłanów są dalekosiężne, a książka traktuje o zdarzeniach analogicznych do dziejących się aktualnie w Polsce.
Kościół pobudował się na terenie Jenny, zamiast zapłaty obiecuje modlitwę, a ta ma być istotna, bo ona prostytutką, a potem burdel - mamą była. Jednocześnie, przy wsparciu dewotów, chce ją wyeksmitować, bo to zgroza, by prostytucję uprawiać tak blisko świątyni.
Ile to kościołów pobudowano w Polsce koło knajpy czy punktu sprzedaży alkoholu, by następnie wymusić eksmisję, bądź wprowadzić zakaz sprzedaży alkoholu.
Przeciwwagą dla obłudnych, nienawistnych charakterów duchownych i ich wiernych jest dobroć i szlachetność Jenny, jak również solidaryzowanie się z nią innych. Groteskowe sceny m. in. z duchownym w burdelu, nie są w stanie zrekompensować pesymistycznego nastroju wywołanego postępkami "czarnych", szczególnie ze względu na wspomniane podobieństwo do sytuacji w Polsce.
Happy end uwydatnia podłość poprzednich zdarzeń.
Książkę oczywiście polecam, mimo, że tym razem elementy tragiczne górują nad komicznymi w tej tragikomedii.

Erskine CALDWELL - "Poletko Pana Boga"

"Erskine CALDWELL - "Poletko Pana Boga"

I na koniec krótkiego przeglądu "z pamięci" książek Erskine'a Caldwella, "Poletko Pana Boga" (1933), chyba najpopularniejszy jego utwór, a to również dzięki aresztowaniu autora i oskarżeniu go o szerzenie pornografii. Mimo wybronienia się w sądzie od tego zarzutu, jeszcze (wg anglojęzycznej Wikipedii).....
"W 1947 roku zarząd miasta Saint Paul, Minnesota zakazał rozpowszechniania tej książki jako pornografii.."
Wskutek sprzedaży ponad 10 mln jej egzemplarzy, pozostaje uznawana za najpopularniejszą powieść jaką kiedykolwiek opublikowano. Mamy tu, podobnie jak w "Ziemi tragicznej", dysfunkcyjną rodzinę, lecz tym razem owładniętą obsesją bogactwa i seksu, chociaż dzisiaj, wobec casusu Clinton - Levinsky, te książkowe figle trudno uważać za ponadnormalne.
Wątek z tytułowym "poletkiem" kojarzy mnie się z opowieściami "naszego" Singera, o próbach oszukania Pana Boga w przestrzeganiu rygorów szabasowych. Ojciec rodziny Tay Tay Walden obiecał Panu Bogu, że zbiory z wyznaczonego przez samego siebie poletka ofiaruje Kościołowi. Jest to obietnica czysto formalna, bo w duszy nigdy by nie zdecydował się na taką stratę. Skoro tak, to najczęściej go w ogóle nie obsiewa, by nie mieć problemu z darowizną. Jednocześnie rodzina ogarnięta obsesją poszukiwania złota decyduje o nowym miejscu wykopu i paradoksalnie się zdarza, że wybór zawsze pada na "Poletko Pana Boga". Nie do wyobrażenia jest, aby ewentualnie wydobyte złoto trafiło do Kościoła, więc trzeba zmieniać lokalizację tego poletka.
To obsesyjne poszukiwanie złota jest równie beznadziejne jak działania pani Saunders z "Ziemi tragicznej". Wszystko to blaga, pokrywająca niechęć do normalnej, znojnej pracy, do normalnego życia. A jak już mamy tzw patologię, to i przekroczenie norm tradycyjnych stosunków seksualnych jej towarzyszy.
Atmosfera zagęszcza się wokół apetycznej synowej Gryzeldy, której seksualność jest wzorem dla nieletniej córki Miłej Jill, a przez konesera teścia jest doceniana. Seksualne związki komplikują się po przywiezieniu porwanego albinosa, który miałby być pomocny w znalezieniu złota.. Urocza jest scena, gdy synowie fundują ojcu pobyt w burdelu. Niestety początkowa farsa zmienia się na końcu w tragedię.
Adaptacja filmowa została zrealizowana w 1958 pod tym samym tytułem - "God's Little Acre"

Wednesday, 28 October 2015

Erskine CALDWELL - "Ziemia tragiczna"

Erskine CALDWELL - "Ziemia tragiczna"

To druga książka Caldwella (1903 -87), którą chcę Państwu polecić. Po wstępne uwagi proszę zajrzeć do mojej wczorajszej recenzji świetnej książki Caldwella z 1935 roku, pt "Sługa Boży", a ja przystępuje do opinii o tej, również na podstawie lektury sprzed ponad 50 lat.
Napisana w 1944, a więc o wiele później niż "Tobacco Road", "Poletko Pana Boga" i wspomniany "Sługa Boży", które powstały w pierwszej połowie lat trzydziestych, ale na długo przed "Jenny" (1961). Mimo tak różnego czasu, można je wszystkie zaliczyć do tragikomicznych powieści społeczno – obyczajowych. Mnie, amatorowi, te opowiadania pasują jak najlepsze opowiadania Janka Himilsbacha, Irka Iredyńskiego czy Marka Nowakowskiego. Z amerykańskich autorów uprawiających podobny styl wymieniłbym Steinbecka i Fitzgeralda. Do jego określeń dodałbym czarny humor i groteskę.
Ironiczna "Ziemia tragiczna", to opis życia amerykańskich meneli na przykładzie Spence'a Douthita, jego żony Maud, dwóch córek Libby i Mavis, żony sąsiada Myrt i upartej pani Saunders z opieki społecznej, której syzyfowe wysiłki wynikają z niemożności zrozumienia mentalności tych ludzi. Bo Spence to odpad amerykańskiego kapitalizmu, lecz i współczesny Colas Breugnon, którego pogody ducha nic nie jest w stanie zepsuć; to współczesny epikurejczyk, którego potrzeby ograniczają się do kukurydzóweczki z okazjonalnym dodatkiem seksu.
Jego wspomnienia z pracy ograniczają się do podnoszenia tyłka co pół godziny i gwizdania, by się rozczchmurzyć, a z nieletniej córki Mavis, która zawinęła się i w tydzień została prostytutką, jest dumny, że taka zdolna i starowna; przypisuje sobie, że to po tatusiu. Pieniądze wyłudzone od starszej córki czy pani Saunders, natychmiast zostają przepuszczone, ale charakterny jest, bo pamięta o "lekarstwie" dla żony.
Jemu jest dobrze i on nie chce żadnej zmiany, a już pomysły przesiedlenia, wywiezienia go z jego miejsca na ziemi zagrażają jego egzystencji, jego racji bytu, bo przecież wystarczy, że starsza córka Libby dobrze wyjdzie za mąż i rodziców będzie wspomagać, młodsza Mavis parę dolarów z burdelu też przyniesie, a jeszcze jak czasem przyprowadzi koleżankę, co za darmo tatusiowi "wygodzi", to żyć nie umierać, a jakimiś insynuacjami o patologii niech pani Saunders nie śmie rzucać, bo życie jest piękne szczególnie, gdy dobrze zbudowana sąsiadka Myrt, chodzi nago i daje się oglądać, i nie tylko...
Lektura zapewnia pyszną zabawę, lecz i naucza optymistycznego spojrzenia na świat.
PS Niezbyt udana wycieczka, niby w poszukiwaniu córki, do burdelu potwierdza prawdę, że lepiej siedzieć na swoich śmieciach i nosa ze swojej „tragicznej ziemi” nie wychylać.

Erskine CALDWELL - "Sługa boży"

Erskine CALDWELL - "Sługa Boży"

Mit Caldwella (1903 -87) stworzyliśmy my, Polacy tworząc pojęcie Wielkiej Czwórki Amerykańskich Pisarzy, o której żaden Amerykanin nie słyszał. Zrobiliśmy to, że pierwsze amerykańskie książki jakie nam udostępniono w ramach post-stalinowskiej odwilży, to były utwory agenta sowieckiego Hemingwaya, Steinbecka, bo "Grona gniewu" mówiły o nędzy kapitalizmu, a "Fleet Street" i "Ulica Nadbrzeżna" o amerykańskiej degrengoladzie, Faulknera, ukazującego zacofane Południe, a szczególnie drastyczny świat w "Azylu", no i na siłę doczepionego zgrywusa Caldwella, którego książki miały stanowić wiedzę o amerykańskiej demoralizacji, o wszechobecnych domach publicznych, a przede wszystkim o beznadziei i marazmie. Ideologicznie najprzydatniejsze było "Poletko Pana Boga" i "Ziemia Tragiczna", ale "Sługa Boży" (1959) filozoficznie najbardziej do mnie trafiał.

Piszę po 50 latach "z głowy", naumyślnie nie szukam omawianych książek Caldwella, bo moja pamięć najlepiej świadczy o sile rażenia tej literatury w szarym PRL-u.
Treść jest prosta: do zapadłej dziury przyjeżdża fałszywy kaznodzieja, który ma świetny "bajer" i w trakcie kazania doprowadza wiernych do seksualnej orgii i ekstazy. W trakcie kazania toczy się psychologiczna walka między kaznodzieją, a miejscową pięknością, która zorientowała się w oszustwie. Ale najważniejsza scena, która nobilituje tą książkę, ma miejsce przed przyjazdem kaznodziei, gdy farmer ogląda świat przez wywierconą dziurę w ścianie stodoły. Przychodzi sąsiad i go usilnie prosi, by dał i jemu chwilę popatrzeć. To jest clou. Gdy patrzy na świat sprzed stodoły to ogarnia go marazm i nuda, a przez dziurę świat jest tajemniczy, ciekawy i piękny.
Gorąco polecam wszystkie utwory Caldwella gwarantując pyszną zabawę.

Tuesday, 27 October 2015

Karin SLAUGHTER - "Blondynka, niebieskie oczy"

Karin SLAUGHTER - "Blondynka, niebieskie oczy"

Slaughter (ur. 1971), zdolna amerykańska pisarka, zadebiutowała w 2001 roku thrillerem "Blindsighted" ("Zaślepienie"). Na LC widzę jej 17 książek. Obecny (2015) e-book ma 128 stron i jest pierwszym jej utworem czytanym przeze mnie. I mam dobrą wiadomość: książka jest warta przeczytania, między innymi dlatego, że trafnie ukazuje amerykańskiego boga - Mamonę. Studentka Julia Carroll żyje w dobrobycie, dzięki bogatym rodzicom, lecz gdy poprosiła matkę o zrobienie paru stron kopii to...(s. 53):

"Spomiędzy wydruków wypadła karta katalogowa, na której zobaczyła odręczne pismo matki. Matka nie strofowała Julii, że poprosiła o artykuły na tak mroczny temat, tylko podała datę i kwotę faktury za usługę. Dwadzieścia osiem stron wydruków po pięć centów za sztukę.
Julia wyjęła z torebki banknot jednodolarowy i dwie dwudziestopięciocentówki (irytujące, że jej matka dołoży wszelkich starań, by oddać jej resztę). Zostawiła pieniądze razem z fakturą na stole...".
To zadziwiające, że Amerykanka zauważa groteskowość takiego zachowania. W Wikipedii i rożnych recenzjach podają, że Slaughter to „autorka powieści kryminalnych i thrillerów”. Może, nie znam jej innych utworów, lecz zgodne zaliczenie tego opowiadania do thrillerów, krzywdzi autorkę, bo jak wskazuje powyższy cytat, dostrzegam więcej wartości. Jestem skromnym amatorem, lecz poza realizmem, proponuje rozważyć to opowiadanie jako reprezentatywne dla minimalizmu.
Podobno to jest prebook książki pt „Moje śliczne” (preview of „Pretty Girls”). Zaciekawiła mnie autorka i zamierzam przeczytać jej inne książki.
PS Książka jest dostępna za darmo na Publio

Monday, 26 October 2015

Anatole FRANCE - "Prokurator Judei"

niebezbieczne zabawy

Anatole FRANCE - "Prokurator Judei"

Krótkie, prowokacyjne opowiadanie Anatole France o rozmowie Poncjusza Piłata ze znajomym o czasie, kiedy był prokuratorem Judei, kończące się wspomnieniem tancerki żydowskiej, która...
"...przystała do małego grona kobiet i mężczyzn, którzy skupili się dokoła jakiegoś młodego Galilejczyka, cudotwórcy. Nazywał się on Jezus, pochodził z Nazareth; ukrzyżowano go później za jakowąś zbrodnię. Czy przypominasz sobie tego człowieka, Pontiuszu?
Pontius Pilatus zmarszczył brwi i ręką pociągnął po czole jak. człowiek, który usiłuje coś sobie przypomnieć. Po kilku chwilach milczenia szepnął:
- Jezus, Jezus z Nazareth? Nie, nie przypominam sobie."

Igor NEWERLY - "Zostało z uczty bogów"

Igor NEWERLY - "Zostało z uczty bogów"

Newerly (1903 – 87), partyjniak (1948 -66), karierowicz, autor sławnej socrealistycznej lektury szkolnej "Pamiątka z Celulozy", prezes warszawskiego ZLP przez dwie kadencje, sygnatariusz protestu przeciw "listowi 34" w 1964, aby, w wygodnym czasie, podobnie jak wielu aktywistów partyjnych z Mrożkiem i Kołakowskim na czele, porzucić swoich mocodawców, oddać legitymacje partyjne i przemalować się na opozycję antykomunistyczną. Bo najważniejsze jest prawo mimikry. Wikipedia:
„Mimikra kulturowa - w memetyce, ewolucja pewnych socjotypów w ten sposób, aby upodabniać się do innych...”
No i teraz, gdy nic nie grozi, a nawet jest wskazane, pluć na Rewolucję Październikową, Stalina, i pieprzyć głodne kawałki, że zawsze się było przeciw (w duszy; o ile się ją ma).
Ta książka powstała w 1986 roku, gdy wyrosły już nowe pokolenia nieświadome wiernej służby autora, jak to się modnie mówi, reżimowi totalitarnemu. A jest to rewers tabliczki z „Chłopcem z Salskich Stepów” i „Pamiątką z Celulozy”.
Te lisy przefarbowane nazywają to procesem dojrzewania i nabywania świadomości. Mdli mnie, bo jakaś kwarantanna winna być, choćby według słów Grydzewskiego wobec Miłosza: służyłeś wiernie reżimowi bolszewickiemu sześć lat, toś winien zachować milczenie przynajmniej na taki sam okres czasu.
Piszę o tym, bo dręczony i indoktrynowany w dzieciństwie twórczością Newerly'ego nie jestem w stanie uwierzyć w ani jedno słowo tego - dla mnie – bolszewika. Dlaczego więc go czytam ? Bo pióro ma dobre, a i treść niezła, pod warunkiem zapomnienia, kto jest autorem.
Kilka dni temu dałem 8 gwiazdek „Pamiątce z Celulozy”. Dzisiejsze zadanie jest trudniejsze, bo muszę zdecydować, czy traktuję omawianą książkę jako autobiografię, a wtedy ją poniekąd weryfikować, czy też jako niezależne dzieło literackie zawierające jakieś tam elementy autobiograficzne.
Wrażenia z młodości są zbyt silne i dlatego Newerly ze swoją "Pamiątką z Celulozy", pozostanie dla mnie przede wszystkim pisarzem socrealistycznym, tak jak Kazimierz Brandys ze swoimi "Obywatelami"
Drodzy Państwo! W recenzjach powtarzają się słowa o k r ó t k o t r w a ł e j, młodzieńczej, fascynacji autora komunizmem, o jego ucieczce od niego etc; to jak traktować czas PRL-u, czas mojej młodości, gdy pierwszym reżimowym, czarnym charakterem wśród pisarzy był dla mnie właśnie on!! Jak nazwać jego służalcze wobec reżimu wystąpienie przeciw sygnatariuszom listu 34 w 1964 roku, gdy miał już 61 lat ?
Paradoksem może się wydać, że mimo powyższego, tą książkę wysoko oceniam, lecz jeszcze większy dylemat miałem i mam z oceną całej twórczości Iwaszkiewicza.

Marian HEMAR - "Awantury w rodzinie"

Marian HEMAR - "Awantury w rodzinie"

Hemar (1901 -72), człowiek – legenda, o którym wiedziałem dużo od dziecka, choć był w PRL-u zakazany, ba, jego nazwiska nie wolno było wymieniać. Nie miejsce tu jego przedstawiać. Tu i teraz słuchajmy, co Hemar ma do powiedzenia o innych.
Mistrz zwięzłej formy bawi mnie od pierwszej strony opisując dżentelmena (s. 6):
"...dżentelmen nikomu nie robi przykrości nieumyślnie.."
Pierwszym hasłem jest Wieniawa, czyli Bolesław Wieniawa – Długoszowski (1881-1942), pupil Piłsudskiego, którego autor przyrównuje do "naszego Doriana Graya" i o którym pięknie mówi (s. 8):
" Wieniawa był równie inteligentny, równie zdolny jak piękny... ...Zabawne było pomyśleć, że był doktorem medycyny. Ale on mógł być wszystkim - miał dosyć talentów. Jakikolwiek obrałby zawód, byłby tym samym: renesansowym dyletantem, rozkochanym w życiu, w każdej jego postaci, w każdym jego uroku; dla którego celem nie jest nigdy tragedia poznania prawdy, ale komedia pokonania przeszkody..."

Serdecznie się uśmiałem ze wspomnień Hemara z pierwszej wizyty w Ameryce w 1956. Jego bystre obserwacje są aktualne po dzisiaj, ale wypisałem z tego rozdziału uwagę na inny temat (s. 42):
„...W Polsce najzacieklejszymi szowinistami, antysemitami, oenerowcami bywali ludzie o niemieckich nazwiskach...”
Wskutek ustawienia chronologicznego mamy ciągłą zmianę nastrojów, bo po kpiarskim spojrzeniu na Amerykę, następuje wstrząsający esej o Lechoniu (1899 -1956), napisany bezpośrednio po jego samobójczej śmierci.
Następny felieton zatytułowany „Harakiri” omawia zachowanie Cat – Mackiewicza (1896 - 1966) w latach 1955 -57, które Wikipedia tak przedstawia:
„..W sierpniu 1955 został zarejestrowany przez Departament I Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego jako kontakt operacyjny 'Rober', co nie dowodzi, że podjął agenturalną współpracę. Dzięki pomocy bezpieki wydał broszurę 'Od małego do wielkiego Bergu'. Od marca do czerwca 1956 otrzymał od oficera Departamentu I 1085 funtów, później jeszcze 300 dolarów amerykańskich. Po uzgodnieniach z władzami PRL 14 czerwca 1956 powrócił do Polski. W swych książkach wydanych w PRL atakował polską emigrację...”
Jego zachowanie Hemar oceniał na bieżąco już tytułem felietonu, a wewnątrz pisał (s. 77):
„...Cat – Mackiewicz był premierem emigracyjnego rządu.. ..Potem jednak zawiódł ludzi, którzy mu ufali, złamał przysięgę jako katolik i szlachcic.. ..Powrót do kraju Cata – Mackiewicza był dla emigracji klęską, dla wielu ludzi gorzkim zawodem i wstrząsem.. ..Pożegnałem go westchnieniem żalu..”.
Warto o tym pamiętać dzisiaj, gdy bezkrytyczne hołubienie Cata nie zna granic.
Już widzę, że nie zmieszczę nawet połowy ciekawych historii wyczytanych u Hemara, ale nie mogę pominąć tych, co do których jestem przekonany, że Państwa zaciekawią. I tak teraz o szowinizmie (s.84 – 5):
„...w roku 1931 w Paryżu, w teatrze 'Folies dramatiques' duże powodzenie miała farsa braci Teodora i Hipolita Cogniard, pt 'La corde tricolore', w której występowała komiczna, groteskowa postać, rekrut Chauvin, uosobienie chorobliwej, agresywnej ksenofobii oraz paranoicznej megalomanii, która mu kazała bełkotać że wszystko, co dobre, to francuskie, wszystko, co francuskie, to najlepsze na świecie. Z karykatury głupiego rekruta, ówczesnego kontr-Szwejka, wzięła się nazwa szowinizmu i szowinistów, nazwa, która nie oznacza - jakoby się w pospiechu wydać mogło - pewnej odmiany patriotyzmu, trochę bardziej intensywnej. Szowinizm nie jest miłością ojczyzny trochę gorętszą niż miłość normalnych patriotów. Podobnie jak sadyzm czy masochizm należy do miłosnych zboczeń i zwyrodnień.
Nie trzeba psychoanalizy, by rozumieć, że grzyby szowinizmu rodzą się zawsze po jakimś deszczu, po narodowej niepogodzie. Klimatem szowinizmu jest zawsze jakiś wstyd, kwas, niesmak, kociokwik, jakaś gorycz klęski czy zawodu, jakiś głęboki kompleks upośledzenia, jakieś poczucie krzywdy ze strony losu czy sąsiadów, Pana Boga czy sojuszników. Toteż szowinizm jest zaprzeczeniem narodowej dumy, godności i wielkości, i nie ma szowinistów 'w najszlachetniejszym znaczeniu'

Aby Państwa rozchmurzyć przytaczam aktualny i dzisiaj, wierszyk Hemara na temat naszych zdolności językowych (s. 85):
„Dzisiaj powiedział do mnie
pułkownik Serdelski
Coś, co we mnie mistyczną
obudziło trwogę:
'Co to za idiotyczny język,
ten angielski,
Że ja się jego nauczyć
nie mogę”.

Dalej Homar trafnie ocenia niechęć części polskich emigrantów do powrotu do Kraju (s. 88):
„...Polubili ład, spokój, bezpieczeństwo obywatela w tym ustroju. Polubili obojętność obywatela w stosunku do państwa i do rządu..”
A, juści, prawdę gada!
W felietonie o antysemickim satyryku Karolu Zbyszewskim (1904 -1990), podkreśla swoje pochodzenie prowokacyjną frazą (s. 103):
„...poprosiłem mojego rabina, Grydzewskiego...”
Mieczysław Grydzewski, Żyd (1894 -1970), wydawca „Wiadomości” i autor „Silva rerum”, które niedawno recenzowałem.
Felieton „Porządki noworoczne” dotyczące 1958 roku, zaczyna (s. 127):
„Z Nowym Rokiem na obczyźnie mogło na spotkać wiele gorszych nieszczęść, ale trudno o większą przykrość. Co tu dużo gadać, dostaliśmy boleśnie w Papee...”
Watykan najdłużej uznawał tzw Rząd Londyński i jego ambasadora Kazimierza Papee (1889 -1979), który pełnił tę funkcję w latach 1939 -1958. Chodzi więc o zerwanie stosunków dyplomatycznych przez Watykan. Hemar po tej decyzji, zamieścił w „Dzienniku Polskim” fraszkę (s. 129):
„Habemus Papam, non habemus Papee..”.
Jego geniusz „kabareciarza” olśniewa w skeczu pt „Nie uciskaliśmy” (s 167 – 170), a ja zostawiam Państwa samych z drugą połową książki, żywiąc nadzieję, że po mojej rekomendacji sięgniecie po nią.

Sunday, 25 October 2015

Anna GAVALDA - "Po prostu razem"

Anna GAVALDA - "Po prostu razem"

Gavalda (r. 1970), dziennikarka, pisarka, debiut w 1999 - "Ostatni raz", w 2005, już piąta z kolei książka "Po prostu razem". Czytadło optymistyczne, ku pokrzepieniu serc. W nocie redakcyjnej na LC, czytam że czworo ludzi zmuszonych do mieszkania razem:
"Poznając się, nieoczekiwanie odkrywają własne i cudze zalety, i prawdziwe piękno życia..."

W realu, poznanie najczęściej pogłębia koszmar współegzystencji, więc miło pomarzyć, że może być inaczej. Gorzej, gdy po zamknięciu książki, trzeba powrócić do rzeczywistości.
Jakby nie było książkę czyta się miło, łatwo i przyjemnie, a to jest ważne, bo warto, od czasu do czasu, bezboleśnie się zrelaksować.

Jose SARAMAGO - "Kamienna tratwa"

Jose SARAMAGO - "Kamienna tratwa"

Saramago (1922 – 2010) to typowy autor jednej jedynej wartościowej książki: "Baltazara i Blimundy" (1982). Nie wiem jak on to zrobił, czy też kto mu pomógł, w każdym razie nie miałem żadnej wątpliwości w przyznaniu jej 10 gwiazdek, podczas gdy dwom innym ("Miasto ślepców" (1995), Ewangelia wg Jezusa" (1991) ,) z niesmakiem postawiłem pały. Przyczynami tak drastycznej różnicy niech się zajmą badacze literatury, bo dla mnie skok z delikatności w skrajne prostactwo jest niezrozumiały. Chyba, że przyjmiemy to jako skutki pochodzenia i środowiska w jakim autor wzrastał, które w pierwszych utworach skrzętnie maskował. Podejmuję ryzyko lektury tej książki, ze względu na datę (1986) jej powstania, zbliżoną do "Baltazara i Blimundy", z nadzieją, że sukces nie przewrócił mu jeszcze we łbie.
Niestety, mało książek jest tak nudnych jak ta. Nie mam nic przeciwko absurdalnemu pomysłowi oderwania Półwyspu Iberyjskiemu od Europy, bo każdy pomysł może się okazać dobry, jeśli służy jakiejś idei, teorii, czemukolwiek, co autor chciałby przekazać. Problem w tym, że autorowi brak wykształcenia i dlatego nie ma nic istotnego do przekazania. Przypuszczam, że również przynależność do Komunistycznej Partii Portugalii nie poprawiła stanu jego szarych komórek, a może nawet zatruła.
Sześć razy zasypiałem przy tej lekturze, nawet popieprzona interpunkcja nie była w stanie temu przeciwdziałać.
Upewniłem się w swoim mniemaniu, że w stworzeniu arcydzieła "Baltazara i Blimundy" musi tkwić jakaś tajemnica, gdyż nie pozostaje ono w żadnej koherencji z pozostałymi utworami.
PS Od 1970 r. pozostawał w kilkunastoletnim związku z portugalską pisarką Isabel da Nobrega; w 1986 poznał dziennikarkę i tłumaczkę Maria del Pilar del Rio Sanchez

Carlos RUIZ ZAFON - "Światła września"

Carlos Ruiz ZAFON - "Światła września"

Zafona znam z "Gry anioła" (2008), której dałem 7 gwiazdek. Ta powstała 13 lat (1995) wcześniej i podobno przeznaczona jest dla młodzieży, co mnie akurat w ogóle nie przeszkadza, gdyż wraz z progresywną sklerozą, zgodnie z prawem natury, dziecinnieję.
Przy 475 opiniach na LC nie będę się rozpisywał, tym bardziej, że pakt z diabłem został w literaturze światowej wszechstronnie omówiony, jak i problemy z własnym cieniem. Natomiast chciałem podzielić się z Państwem spostrzeżeniem, że czytając Zafona widzę dziwne światy nie tylko Murakami 'ego, lecz też i Dicka. Pozostaje dodać, że szykuję się na dalsze książki Zafona.

Saturday, 24 October 2015

Maciej MALICKI - "Kogo nie znam"

Maciej MALICKI - "Kogo nie znam"

O Malickim (1945-2013) w Wikipedii czytamy:
" Debiutował wierszami w 'Odrze' oraz opowiadaniami w 'Nowy Wyraz" w pierwszej połowie lat 70., jednak pierwszą książkę opublikował dopiero po roku 2000. Przez większość życia mieszkał w Świdrze, wykonywał kilkanaście zawodów. Był m. in. pomocnikiem kinooperatora, twórcą witraży, wydawcą, sekretarzem redakcji 'Literatury na Świecie'. Jego teksty są często autobiograficzne. Oprócz prozy pisał wiersze i sztuki teatralne. Miał w dorobku kryminał 'Kogo nie znam'...".

Z okładki dowiedziałem się, że ostatnio był barmanem, a następnie (koło siedemdziesiątki) stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co świadczy, o pokładanych w nim nadziejach na stworzenie czegoś wielkiego. Ministerstwo zasugerowało się wyraźnie sukcesami Miłosza i Myśliwskiego w starczym wieku. Szczęśliwie, omawianą napisał w pełni sił twórczych, dzięki czemu uzyskał na LC 5,27 (na 10 możliwych)".

Już na pierwszej stronie Malicki wpędza mnie w zadumę określeniem: "bardzo mocno nieogolony". Przeprowadzona przeze mnie analiza semantyczna, nie przynosi rozwiązania; dalej nie umiem sobie wyobrazić takiego osobnika. Na drugiej stronie napięcie wzrasta: bohaterka, prawdopodobnie polska policjantka, nie tylko jeździ sportowym samochodem, lecz w dodatku uzbraja go w "koguta" i włączając go bez jakiegokolwiek "służbowego" powodu, łamie przepisy poruszania się pojazdami uprzywilejowanymi. W domu bierze kąpiel i zasiada nad materiałami ze śledztwa, bezprawnie wyniesionymi z komendy. Teraz retrospekcja....
Bohaterem jest autor, Maciej Malicki, który szwenda się niby z racji swego zawodu – pisarza, nie tylko po całej Polsce, ale i po Czechach, i w różnych miejscach spostrzega fatalny napis „Uziemnić diament”, który jest kojarzony ze znikaniem bądź śmiercią wielu osób. Autor – bohater oprócz szwendania, nieustannie pije piwo, czasem coś mocniejszego, sika, pali i zaspokaja swoje chucie. Inteligencją nie grzeszy, więc ratuje się bardzo krótkimi zdaniami, a często również rzucaniem pojedynczymi słowami. I tak się nie ustrzegł od bełkotu, którego schematyczne frazy są powtarzane do opisu „głębi” jego odczuć. Na stronie 153 mamy wyznanie:
"Zawsze lubowałem się w rynsztokach. Ostatnio zalałem się w sztok i wyciągnąłem wniosek, że granica między życiem a literaturą jest granicą umowną."
To widać, to słychać, to czuć. Oprócz chlania i sikania mamy „inteligentne rozmowy” (str. 121 - w oryginalnym tekście bez wykropkowań):
„- Sp....alaj
- Ch.. ci w d...”
Na stronie 153 kropka w kropkę powtórzenie tego dialogu.
Dojechałem do końca z ciekawości, bo autor już nie żyje, a recenzenci bzdurzą o jakimś porzuceniu, powodującym w efekcie śmierć. Nic nie zrozumiałem, a snobistyczne szukanie koneksji, że w Mikołowie mieszkał Wojaczek żenuje.

Friday, 23 October 2015

Natalka ŚNIADANKO - "Lubczyk na poddaszu"

Natalka ŚNIADANKO - "Lubczyk na poddaszu"

Śniadanko (ur. 1973), po uniwersytetach we Lwowie i Fryburgu (oba miasta poniekąd "nasze"), zdobywczyni nagrody Conrada, proponuje nam tym razem coś z pogranicza psychoanalizy.
Najdziwniejsze, że autorka jest tak młodą osobą, bo temat wydaje się być zarezerwowany dla ludzi doświadczonych długim, pozornie szczęśliwym, pożyciem małżeńskim.
Małżonkowie trafiają do wyimaginowanego, tajemniczego hotelu, w którym w osobnych pokojach, co jest konieczne, by podkreślić ich samotność, analizują swoje życie za pomocą wyselekcjonowanych, przez ich ego bądź duszę, wspomnień, pogłębiając analizę wymianą listów. Znali się od dzieciństwa, przeżyli razem całe życie, by w końcu odkryć swoją niepodzielną samotność, jak i brak zrozumienia tak samego siebie, jak i drugiej osoby.
Bynajmniej, to nie jest banalny opis kryzysu małżeńskiego, bo żadnego kryzysu nie ma, lecz spokojnie, rzeczowo przedstawiony aksjomat o samotności każdego z nas, wszędzie i zawsze. Wybiórczość wspomnień sprzyja indywidualizmowi, którego centrum stanowi dusza (s. 57):
"- Dusza to główne pojęcie ludzkiej psychiki... ..Dusza człowieka wierzy w Boga i to właśnie ona jest elementem związku między Bogiem i człowiekiem. Coś na kształt poczty...."
Ta poczta dobrze może funkcjonować, gdy adresatem jest Bóg, lecz nawala w przypadku kontaktu z drugim człowiekiem.
Zasługą autorki jest forma, sposób przedstawienia paskudnej prawdy, dzięki czemu udało mnie się nie wyskoczyć przez okno ani też nie otworzyć kurka z gazem; jednakże mimo łagodzenia klimatu ckliwymi opisami dziadunia, babuni i miejsc beztroskiego dzieciństwa, mój minorowy nastrój pozostał, a cholerne, niechciane wspomnienia same napłynęły.
Nie bujajmy się, lubczyk na poddaszu wysechł, wymieszał się z bazylią i potrzebny jest psu na budę.
Reasumując: młoda, dobrze wykształcona, ukraińska pisarka zaproponowała ciekawą, oryginalną formę i zmusiła mnie, starego pryka, do głębokich refleksji. Duży plus. A poniekąd optymistyczne zakończenie - dla otarcia łez naiwniaków.

Jerzy STUHR - "Tak sobie myślę"

Jerzy STUHR - "Tak sobie myślę"

Lubię Stuhra, i starego, i młodego; jako świetnych aktorów i ludzi robiących wrażenie - sympatycznych. I chyba intuicyjnie nie brałem tej książki do ręki. Bo, naprawdę ciężko mnie to napisać, ale muszę - książka jest zła. Serdecznie życzę Panu Jerzemu, żeby cały nakład wycofał, bo po co sobie przyklejać wizytówkę (delikatnie to nazwę, bo jak mówiłem bardzo go lubię), mądrali.
Na LC ChicaDeAyer pisze:
"....nie mogłam się pozbyć uczucia niesmaku. A w szczególności w przypadkach, gdzie mocno popisywał się niespójnościami, pokrętną logiką oraz, przykro mi to mówić – hipokryzją.... ...czy aby na pewno Jerzy Stuhr jest odpowiednią osobą by wkładać buty nauczyciela patriotyzmu i bawić się jednocześnie w komentatora politycznego?.."
Równie negatywne zdanie wyraża Henrietta_Weissmann:
"...Autor przypisuje sobie rolę mentora i autorytetu, wymądrzając się co niemiara i psiocząc na młodych. Wydaje mi się, że o ile do tego ostatniego ma pełne prawo, to już co do swojego szczególnego znaczenia, nie jemu to oceniać..."
Te dwie osoby zajmują stanowisko zbliżone do mojego i dlatego ich opinię mogę polecić w całości. Całkowicie inaczej jest z "Witoldem", na tymże LC, który przypuszcza bezpardonowy, demagogiczny atak w stylu kaczyńsko-rydzykowym. A, fe!!. Z jego wypowiedzi wybrałem jedno zdanie, które pasuje do mojej koncepcji:
"Ba, on podejmuje się roli mentora nauczającego Polaków co to patriotyzm i jak należy go okazywać...."
No i czas na czytelniczkę, która poniekąd zwolniła mnie z przykrości pisania opinii, bo identyfikuję się z nią w 100%. Oto ona (przytaczam całość); czytelniczka "Aneta" pisze:
"Do Jerzego Stuhra mam wielki szacunek jako do aktora.
I tak pewnie pozostanie.
Niestety, książka pozostawiała we mnie spory niesmak.
Moralizatorski sposób napisania doprowadzał mnie do furii!!!
Pan Stuhr poruszył wiele tematów: sztuka, polityka, kultura, religia, ba - nawet edukacja. I, wydaje mu się, że na wszystkim zna się najlepiej. Poucza, neguje, poprawia. Nie, nie, nie!
Inteligent od siedmiu boleści."

Luigi GUARNIERI - "Żydowska narzeczona"

Luigi GUARNIERI - "Żydowska narzeczona"

Guarnieri (ur. 1962) ma na sumieniu dziewięć nudnych książek. Tak twierdzę na podstawie tej ocenianej oraz średniej jego twórczości z "goodreads" wynoszącej 3.31. Za tą, z 2006 r., dostał 2.89, na LC 4.49. Napisał również "Tenebre sui Congo" (2001) o "naszym" Conradzie za którą dostał 2.0. Nie rozumiem po co takie książki tłumaczy się i wydaje; przecież własnego barachła mamy aż nadto.
Nie ma o czym pisać, lecz z chęci poinformowania Państwa przepisuję reklamę z okładki:

"Rebecca Lopes da Costa, potomkini portugalskich Żydów osiadłych w Holandii, interesuje się życiem i pracą Rembrandta van Rijn, szczególnie jednym z jego obrazów - Żydowską narzeczoną. Podejrzewa, że para, którą mistrz uwiecznił na płótnie, to jej protoplastka Abigail Lopes da Costa i jej ukochany Ephraim Paradies.
Na tle niespełnionej miłości siedemnastowiecznych kochanków autor przedstawia równie smutne i niespełnione uczucie Rebecki do początkującego włoskiego pisarza. Ta urzekająca, ale mroczna książka prowadzi czytelnika w świat miłości i sztuki i każe mu się zastanawiać nad sensem życia, potęgą uczuć i ponadczasowością sztuki, która może ocalić na wieczność nawet to, co ludzie skazali na zagładę."
Ja tylko skoryguję, że przymiotnik "urzekająca" jest tu nie na miejscu, a "zastanawiać się nad sensem życia, potęgą uczuć i ponadczasowością sztuki" każdemu wolno, lecz lepiej gdy czyni to ten, którego Pan Bóg obdarzył rozumem. SUPERNUDA!!!

Thursday, 22 October 2015

Leon KRUCZKOWSKI - "Pierwszy dzień wolności"

Leon KRUCZKOWSKI - "Pierwszy dzień wolności"

Na LC jedna, jedyna opinia i od cytatu z niej zacznę. Pod pseudonimem "kasiamaja" ktoś słusznie pisze:
"Wiele zrobić nie mogę, ale pragnę Wam Czytelnicy z całego serca polecić czytanie Kruczkowskiego - wszystkie jego utwory. Uważam że pisarz JEST MISTRZEM w tworzeniu dialogów. Niby proste a jakże wciągają - nie chce się od nich oczu oderwać, mimo, że pieką, bolą, szczypią i wszystko inne. W nocy o północy mogę Kruczkowskiego czytać. Poważnie. I nie przesadzam. TO JEST ARCYDZIEŁO. Takie moje zdanie."

Świadomie nie uroniłem nawet pół słowa z cytatu, by nie zatracić wrażenia emocjonalnego, jakie on wywołuje. Oczywiście, zgadzam się z jego każdym słowem, lecz, by nie wpaść w zbytnią powagę i pompatyczność , a jednocześnie Państwa czoła trochę rozchmurzyć, pozwolę sobie na dygresję.

Bździć o wolności, a w szczególe o prawie do niej, lubimy aż nadto, lecz jak ją wykorzystać to rozumu i rozsądnych pomysłów nie staje. Zaraz będę o tym pisał, a teraz zauważę, że w jej ramach, zdążyliśmy zdewastować, w ramach walki z komuną, wszystkie nasze tj zwykłych ludzi, społeczeństwa, zdobycze. Paranoja ! Zniszczyliśmy sieci żłobków, przedszkoli, Domów Kultury, bibliotek, domów wypoczynkowych FWP, a nawet klubów LZS-u. Kolejni politycy otwierają lub zamierzają otwierać np przedszkola czy też budują boiska dla "orlików". A gdzie się podziały dotychczasowe ? Sukcesy polskiego sportu zawdzięczamy w olbrzymim stopniu LZS-om, które umożliwiały uprawianie sportu szerokim masom. Cała Polska kopała piłkę dając wyszkolony narybek dużym klubom i reprezentacji. W "wolnej" Polsce tworzy się kadrę ściągając polskich zawodników grających w zagranicznych klubach i tam wyszkolonych, bądź nadaje się potencjalnym kadrowiczom - polskie obywatelstwo. Podobnie z literaturą.

Wykorzystano wolność, by rozprawić się z niewygodnymi. A „cham”, lewicowiec Kruczkowski był niewygodny dla „Kordianów”, od 1932 roku, gdy opublikował dramat „Kordian i cham”, przerobiony później na sztukę. Dramat zrobił furorę, ale wielu zabolał; praktycznie jedynym, który stanął po stronie Kruczkowskiego był mój ulubiony Karol Irzykowski. W Polsce powojennej Kruczkowski piastował wysokie stanowiska polityczne, więc był nietykalny; w dodatku w 1949 popełnił genialny dramat „Niemcy”, który natychmiast stał się obowiązkową lekturą szkolną. W 1959 napisał omawiany, który ja odbieram jako genialne preludium do „Nieszczęsnego daru wolności”, mego nauczyciela (z wyboru), ks. J. Tischnera. Nienawistne „Kordiany” doczekały się wolności, by niewygodnego, świetnego pisarza zepchnąć na margines. W dodatku panowie pisarze, prześladowani w luksusowych Domach Pracy Twórczej, pisali do „szuflady”, tylko, że gdy wolność nastała okazało się, że szuflady są puste.

Proszę Państwa, jeszcze raz podkreślam, że myślący Polak MUSI poznać co najmniej trzy dramaty Kruczkowskiego: „Kordian i cham”, „Niemcy” oraz „Pierwszy dzień wolności”. Teraz przejdźmy do największej niespodzianki. Największym znawcą twórczości Kruczkowskiego była Jadwiga Kaczyńska, matka bliźniaków, która w 1992 opublikowała monografię bibliograficzną Kruczkowskiego, jak również inne prace na temat jego twórczości, szczególnie „Niemców”

Proszę Państwa, czytajcie Kruczkowskiego, bo warto, a ponadto, by zobaczyć czemu niektórzy tak się go boją.
Co do treści tej książki, to wystarczy jedno zdanie: póki była wojna każdy na swój sposób wiedział co robić, a gdy nastał pokój nikt nie wie jak zagospodarować otrzymaną, upragnioną wolność. Jak trafnie brzmi określenie Tischnera: nieszczęsny dar wolności. Aby dać Państwu w miarę pełny obraz utworu posłużę się jeszcze określeniem z Wikipedii, że Kruczkowski przedstawił:
„.....upojenie, a jednocześnie rozczarowanie wolnością..”

Wednesday, 21 October 2015

Zofia NAŁKOWSKA - "Granica"

Zofia NAŁKOWSKA - "Granica"

Wydana w 1936, nagradzana, stała się prezentem dla propagandzistów komunistycznych i doskonale służyła, jako przymusowa lektura szkolna, do indoktrynacji uczniów o wyższości socjalizmu nad stosunkami społecznymi w Polsce przedwojennej. A, że Nałkowska była jak najbardziej dyspozycyjna wobec władz reżimowych, to ten sanacyjny produkt nagrodzili ponownie w 1953 roku.
Maturalną klasę zaliczało się na dwóch książkach: „Granicy” i „Niemcach” Kruczkowskiego. Posługiwałem się nią w 1960 roku, pisałem na próbnej maturze o p o t r ó j n y m znaczeniu tytułowej granicy i pamiętam w szczegółach do dzisiaj (mimo sklerozy).
Śmieję się z tej paradoksalnej podwójnej nagrody, lecz poważnie uważam, że to całkiem niezła książka i niewątpliwie jest wizytówką Nałkowskiej.

Zofia NAŁKOWSKA - "Medaliony"

Zofia NAŁKOWSKA - "Medaliony"

Rok 1946. Trwa wojna domowa. Citroeny bezpieki krążą po mieście. Na kogo dzisiaj padnie można wróżyć z fusów... Zabierają i nie wiadomo, czy zatłuką na śmierć czy zrobią ministrem. Pięć lat okupacji niemieckiej nie spowodowało takiej paniki, jak perspektywa nadejścia kacapów. Jak nadchodzili w 1944, nawet ja, jednoroczny malec, irracjonalnie uciekłem z Warszawy za Mszczonów (ze spanikowanymi rodzicami). Irracjonalnie, bo przecież i tak trzeba było wrócić, innej opcji nie było. Od zbrodni dnia powszedniego należy odwrócić uwagę społeczeństwa karmiąc je makabrycznymi opowieściami o zbrodniach niemieckich. Nałkowska jest dyspozycyjna. Talent ma, co wykazała pisząc przed wojną "Granicę", chęci też, a dostęp do źródłowych materiałów zapewnia jej praca w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich.

Nałkowska (1884 -1954), córka uczonego, przedwojenna inteligentka, od 1933 członkini Polskiej Akademii Literatury, bardzo szybko "zaaklimatyzowała się" w reżimowej Polsce i już w latach 1945 - 1947 była posłanką do KRN, a w latach 1947 -1952 posłanką do Sejmu Ustawodawczego. Idealnie, by się nadawała na bohaterkę "Zniewolonego Umysłu" Miłosza.

Zlecenie reżimowe jest, talent się ma, to w parę chwil pisze się 8 miniopowiadań mrożących krew w żyłach, jakby autentyczne zbrodnie hitlerowskie nie wystarczały. Jako pierwsze umieszcza się "Profesor Spanner" oparte na micie o produkcji mydła z tłuszczu z ludzkich ciał. Wszystkie międzynarodowe komisje stwierdziły, że taka produkcja nigdy nie miała miejsca. Zainteresowanych odsyłam na cykl trzech artykułów Zygmunta Białasa, który w najdrobniejszych szczegółach omawia to zakłamanie. Adres: Zygmunt Białas - Salon24; i wpisać: "mydło z ludzi".

Tutaj mam ocenić książkę w oderwaniu od realiów i od mojej "sympatii" do autorki. Werdykt brzmi: świetne pióro, miniopowiadania znakomite.

Monday, 19 October 2015

Mieczysław GRYDZEWSKI - "Silva Rerum"

Mieczysław GRYDZEWSKI - "Silva Rerum"
Wybór: Jerzy B. Wójcik, Mirosław A. Supruniuk

Zaczynam od tytułu. Wikipedia:
"Sylwa (łac. Silva rerum = las rzeczy) - forma piśmiennictwa... ..obejmująca niejednorodne formalnie teksty zapisywane 'na gorąco' i wyróżniające się różnorodną tematyką..."
- czyli groch z kapustą.
Proszę Państwa, na LC prawie nic o Grydzewskim, a na temat książki - jedna opinia, i to niedostępna w normalnym trybie. Spada więc na mnie podanie o nim paru danych, chociaż nie jest to mnie na rękę, bo sympatyzując z Giedroyciem, jestem poniekąd oponentem Grydzewskiego. Ale wielkiego antagonistę należy szanować. Grydzewski to cała historia Polski XX wieku, zacznijmy od podstawowych danych z Wikipedii:
„Mieczysław Grydzewski (pierwotnie Grycender, 1894-1970) - polski historyk żydowskiego pochodzenia, dziennikarz, redaktor czasopisma „Skamander” oraz tygodnika „Wiadomości Literackie”,.. ..dr nauk filozoficznych (u Handelsmana).
W czasie wojny polsko-bolszewickiej pracował wraz z Lechoniem i Tuwimem w Biurze Prasowym Piłsudskiego. Na łamach „Skamandra” rodziła się grupa o tej nazwie, a „Wiadomości” (pod nieco zmienianym tytułem) prowadził ponad 40 lat, na emigracji skłócony z przedwojennymi przyjaciółmi, którym nie mógł wybaczyć powrotu do Polski i służalczego popierania stalinizmu... ...był też w „Wiadomościach” autorem felietonów pod tytułem Silva Rerum..”.
W 1994 pojawił się pierwszy książkowy wybór felietonów M. Grydzewskiego 'Silva Rerum'.
Proszę Państwa, dysponuję wydaniem z 2014 roku, lecz i tak się dziwię brakowi recenzji, bo felietony są znakomite. A propos trudności z wydaniem 'Silva Rerum' wypada przytoczyć stosowny fragment ze wstępu Wójcika (s. 9):
„Pomoc nadeszła z najmniej oczekiwanej strony, od Jerzego Giedroycia i Czesława Miłosza, ludzi z którymi Grydzewski na emigracji przez lata prowadził zaciekłe spory polityczne czy wręcz otwartą wojnę o ideę polskości, niepodległości i roli emigracji..”.
Warto poczytać o klasie adwersarzy we 'Wstępie' Supruniuka (s 128):
„Najbardziej niezwykle pożegnała Mieczysława Grydzewskiego paryska 'Kultura' Na prośbę Jerzego Giedroycia krotką notę – nekrolog przygotował Czesław Miłosz, który miał prawo nie darzyć redaktora 'Wiadomości' sympatią.
'Pragnę przyłączyć się do hołdu - pisał Miłosz - składanego pamięci Mieczysława Grydzewskiego przez wszystkich, których obchodzą losy polskiej kultury. Nie potrafię napisać o nim artykułu, bo znaczyłoby to pisać kronikę wydarzeń literackich, jakich był sprawcą: jest tego mnóstwo, 'Skamander' i 'Wiadomości Literackie' pozostają najważniejszymi pismami literackimi międzywojennego dwudziestolecia i wszyscy im wiele zawdzięczamy. Zasługi Grydzewskiego są naprawdę niezwykłe. Był on przykładem cnoty rzadkiej w Polsce: nazwałbym ją cnotą kontynuacji... ..Ludzie tacy jak on potrafią okupić wiele strat, dając wzór uporu i niemal fanatycznej służby polskiego piśmiennictwa...”

Postanowiłem rozwinąć temat relacji Grydzewski - Miłosz wychodząc z założenia, że lepiej omówić jeden temat szczegółowiej niż wszystkie „po łebkach”, a tych wszystkich co niemiara, bo ponad 800 stron zajmują. Clou stanowi felieton Grydzewskiego 1951 (270) (s. 295-8):
„Pan Czesław Miłosz, 'ceniony polski poeta', jak o sobie z uroczą skromnością pisze... ..przez sześć lat 'lojalnie' służył swojej 'ludowej ojczyźnie' jako attache kulturalny przy ekspozyturach sowieckich pod polską flagą, czyli tzw. ambasadach Rzeczypospolitej, w Waszyngtonie i w Paryżu. Po sześciu latach tej arcylojalnej służby p. Miłosz, przejrzawszy, postanowił popełnić 'samobójstwo' i 'przeciął' swoje 'związki z polską demokracją ludową'. Pan Miłosz podciął tedy sobie żyły, żyły złotodajne... ...Jeśli po sześciu latach wiernej służby niewoli p. Miłosz wybrał wolność, powinien był wraz z tą wolnością wybrać co najmniej sześcioletnie milczenie... ...Pan Miłosz w pewnym miejscu przyrównywa się do 'nędznego robaka, stającego na drodze, którą ma przejść Historia w grzmocie czołgów i łopocie sztandarów'.
Cóż za megalomania !”.

Postawę Grydzewskiego wobec Miłosza wspaniale oddaje ostatni wiersz notki z 1962 r., czyli jedenaście lat później, zatytułowanej złośliwie „Rewelacja rasistowska” (s. 624):
„W pięknej, pasjonującej, szlachetnej apologii Stanisława Brzozowskiego 'Człowieka wśród skorpionów' pióra Czesława Miłosza (Paryż 1962) znajdujemy uwagę, że literatura lat 1918 – 1939 była literaturą 'miejską', w której główną rolę odgrywały 'elementy napływowe'.
'Potwierdzałby to - pisze Miłosz - skład najgłośniejszej grupy poetyckiej Skamandra. Dwóch czołowych poetów było pochodzenia żydowskiego, jeden niemieckiego, jeden ormiańskiego, jeden był emigrantem z Ukrainy'.
Pięciu czołowych poetów Skamandra to, o ile nas pamięć nie myli, Iwaszkiewicz, Lechoń, Ś=Słonimski, Tuwim i Wierzyński.
'Emigrant z Ukrainy' (nowa, jak widzimy, narodowość) - to oczywiście Iwaszkiewicz, Niemiec - to naturalnie Wierzyński, Żydzi - to rzecz jasna Słonimski i Tuwim. Stąd niewątpliwy wniosek, że Lechoń to Ormianin, tak jak Kościuszko - Białorusin, Chopin - Francuz, Matejko - Czech, a Miłosz, Mickiewicz i Piłsudski - Litwini.
Lechoń - Ormianin ! Że też to nikomu wcześniej nie przyszło do głowy.”

Miejsca nie starczy by wychwalać Grydzewskiego, więc spróbuję Państwa zachęcić do czytania „Silva Rerum” demonstrując na przykładach jego satyryczny profesjonalizm. Pierwszy to minifelieton pt „Masochizm wśród jeleni”:
„W czasie dyskusji w Izbie Lordów nad 'ohydną praktyką' - jak się wyraził lord Crook - polowania na jelenie lord Massereene oświadczył, że aczkolwiek może się to wydawać niedorzeczne, niektóre stare jelenie naprawdę lubią, kiedy się na nie poluje.
Uzupełnijmy spostrzeżenie lorda Massereene jeszcze ciekawszą wiadomością.
Podobno niektóre osły marzą o zasiadaniu w Izbie Lordów” 1963(904) (s.650)

Drugi nabiera specyficznej wymowy, teraz, gdy gospodarzem Białego Domu jest Obama:
„W czasie rozmowy telefonicznej z przywódcą murzyńskim, pastorem Martinem Lutherem Kingiem, Kennedy spytał, co może dla niego zrobić. Kiedy usłyszał odpowiedź, zmienił się na twarzy i zawołał:
- Ależ, mój drogi, jakże to możliwe? Przecież to zawsze był Biały Dom”.

No to zakończmy z uśmiechem na ustach, zachęcającym Państwa do lektury (s . 651):
„Córka Kennedy'ego pyta ojca, czy gdy dorośnie, będzie mogła wyjść za Martina Luthera Kinga.
- Nie, moje dziecko - odpowiada Kennedy, - Pan King jest baptystą.”

Anna HERBICH - "Dziewczyny z Powstania"

Anna HERBICH - "Dziewczyny z Powstania"
Nie miejsce tu na dyskusje o Powstaniu, hekatombie, która stała się paradoksalnym prezentem dla okupantów sowieckich. Wyrażam tu tylko swój stosunek do książki, a ta jak każde wspomnienie tamtych tragicznych dni, zasługuje na powagę, szacunek i zadumę. Tym razem autorka położyła nacisk na udział kobiet, a jej osobiste zaangażowanie wzmógł udział własnej babci w bohaterskim czynie.
Chwała Im!!

Sunday, 18 October 2015

Ałbena GRABOWSKA - "Stulecie winnych, Ci którzy walczyli" t. II sagi

Ałbena GRABOWSKA - "Stulecie Winnych
Ci, którzy walczyli" tom II

Grabowska (ur.1971) jest dr n. med. , a to znaczy, że wykształcenie rzetelne ma. Cykl ma wysokie notowania na LC, niestety zaczynam od II tomu. Od pierwszych stron ulga. Po serii jedynek postawionej chmarze polskich autorów podających się za pisarzy bądź literatów, wreszcie osoba znająca składnię języka polskiego i potrafiąca budować logiczne zdania.
Jak to ja, szukam dziur w całym: nie podoba mnie się zdanie (str. 55):
„...Iwaszkiewicz, Bartkiewicz, Leon Schiller, Krzysztof Kamil Baczyński i młodziutki mężczyzna o urodzie efeba Czesław Miłosz, na którego Jarosław zerkał z troską...”
Jest rok 1943 i ten „młodziutki”, do 32-letniego Miłosza, w dodatku w obecności 22 letniego Kamila nie pasuje. Również „zerkanie z troską”, to, po starym incydencie w celi Konrada, raczej nie do Czesia, a bardziej do Kamila, o którego względy Jarosław konkurował z Andrzejewskim.

Teraz rzucam klątwę na wszystkich nieodpowiedzialnych brakorobów, którzy zepsuli mnie lekturę świetnej książki wypuszczając puste, niezadrukowane strony: 97, 100, 101, 104, 105, 108, 109 i 112. Są to: dyrektor produkcji Robert Jeżewski, Wydawnictwo Zwierciadło sp z oo oraz drukarnia WDN Wrocław. Wstyd, przeproście autorkę i czytelników, niechluje!

Inny kłopot mam z Lilpopami, a chyba ze Stanisławem Lilpopem, teściem Iwaszkiewicza. Nie znając pierwszego tomu, nie wiem dlaczego Winni mówią:”Wujek Lilpop”? Przypuszczam, że pomógł w wykształceniu jednej z bliźniaczek. Może zdobędę pierwszy tom.

Na koniec wojny autorka trochę przesadziła z masowymi gwałtami więźniarek z oswobadzanych niemieckich obozów przez Rosjan, bo jeśli się nawet sporadycznie zdarzały, to kacapy potrzebowały niebywałej determinacji, by te żywe trupy molestować. Przyszywaną moją ciotkę dwudziestu ruskich zgwałciło, lecz słusznie bo pięć lat tuczyła się jako niemieckiego oficera kochanka. I tak masę miała..

Obawiałem się czy Grabowska poradzi sobie równie dobrze z PRL-em, jak z okupacją, bo im więcej naocznych świadków tym trudniej. Dociągnęła wielowątkową sagę do marca 1968, w tak rzetelny sposób, że ja, naoczny świadek, nie mam żadnych zastrzeżeń.

Ostatnio zaangażowałem się w sagę Druona o wojnie stuletniej pt „Królowie przeklęci”, w którym autor wziął postacie i wydarzenia historyczne i je „zaadoptował” (czytaj: zafałszował) na potrzeby swojej fantazji. O ile trudniejszą pracę wykonała Grabowska!! Do świetnie, autentycznie, wiarogodnie przedstawionej rzeczywistości z wielu historycznymi postaciami wplotła fikcyjną rodzinę Winnych, tak perfekcyjnie, że zacząłem ich szukać w internecie. W dodatku to wszystko dzieje się w najbliższym nam XX wieku.
Brak mnie słów, bo z tak odważnego, karkołomnego przedsięwzięcia wyjść zwycięsko to wielka sztuka. Wielkie gratulacje dla Pani Neurolog!!

Saturday, 17 October 2015

Magdalena TARASIUK - "I nie mów do mnie Dżordżyk"

Magdalena TARASIUK - "I nie mów do mnie Dżordżyk"

Nic nie znalazłem na temat Tarasiuk, ino spostrzegłem, że usilnie promuje ją Tadeusz Dabrowski (ur. 1979) z Gdynii, nieznany mnie poeta, redaktor dwumiesięcznika "Topos". Nie wiem czy o nią chodzi, ale Magdalena Tarasiuk obronila pracę magisterską w 2010 r., pisząc coś na temat perfum. Ponadto napisała "Tarę".
Jakby nie bylo, jest młoda, a pisze (str. 9):
"Nasza warszawska niechęć do słów: proszę, dziękuję, przepraszam już podskórnie odkrywałam w młodości..."
Dziwne, jestem warszawiakiem co najmniej od 10 pokoleń, sam dobiegam 73 lat i pierwszy raz słyszę o takiej niechęci, a nawet wprost przeciwnie uważam, że jesteśmy szarmanccy, uprzejmi i "dobrze wychowani", Podobno autorka w Warszawie gości krótko.
Dobrze, a co dalej? Bełkot, groch z kapustą, bez ładu i składu, a jedyna zaleta, że szybko się czyta i że całość liczy 169 stron.
Jest jeszcze "Posłowie", w którym Leszek Żuliński (ur. 1949, krytyk iteracki, pamiętany jako współpracownik bezpieki w l.1974-90) usiłuje zachwalać książkę i jej autorkę. Wydala to "Fundacja Terytoria Książki" z Gdańska.

Clifford CHASE - "Oskarżony pluszowy M."

Clifford CHASE - "Oskarżony pluszowy M."

Niewiele wiem, ino, że Chase jest starawy (ur. 1958), że opublikował tą książkę pod tytułem "Winkie" w 2005 r., co pozwala wróżyć, że wielkiej kariery pisarskiej raczej nie zrobi, że ta książka na amerykańskim goodreads dostała 3,02 na 5, co jest porównywalne z naszym LC - 5,72, że przełożyła na język polski doświadczona tłumaczka Anna Kołyszko (1953 – 2009) i ze wydał to AMBER. Dodam, że jestem pełen uznania dla tłumaczki, która zmuszona była zmagać się z rodzajem (męski, żeński, nijaki) Winkie, który w języku polskim wpływa na odmianę czasownika, w przeciwieństwie do języka oryginału.
Wg Wikipedii:
„Autor ukazuje bezduszność wymiaru sprawiedliwości i głupotę społeczeństwa, którym przeciwstawia Misia darzącego świat swoimi uczuciami.”
Również w Wikipedii możemy znaleźć, że w amerykańskim slangu „Winkie” to penis.
Z początku surrealizm i absurdalność zapowiadały dobrą zabawę, a wątek oskarżenia narzucał porównania z „Procesem” Kafki. Niestety prostactwo i prymitywność amerykańska zwyciężyła. Dostaliśmy opowieść o wydalaniu odchodów inaczej o sraniu. Przez długie strony autor jako dziecko systematycznie robi w gacie, a mamuśka pierze je w misce klozetowej; następnie ożywiony miś robi kupę i ją podziwia, aż w końcu zamiast kupy wychodzi z niego dziecko (str. 142):
„Ale to nie była kupa. W trawie i liściach leżało niemowlę, mała Winkie..”
Drodzy Amerykanie! Walcie się z taką literaturą, bo każda funkcja fizjologiczna w wydaniu dużej części amerykańskich tzw pisarzy jest obrzydliwa. Winkie z wami!

Agata PORCZYŃSKA - "Wada wymowy"

Agata PORCZYŃSKA - "Wada wymowy"

Porczyńska (ur. 1984), podobno aktorka, zadebiutowała tym zbiorem opowiadań w 2013 roku. Na okładce zacytowano opinię Dariusza Nowackiego ("Gazeta Wyborcza"):
"Porczyńska posiada słuch językowy oraz nieprzeciętną biegłość stylistyczną, a do tego nie powtarza się, nie zastyga w schematach..."
Cenię Nowackiego i dlatego odczytuję jego stosunek do autorki jako ambiwalentny. Pozostaje mnie sprawdzić, czyli książkę przeczytać.

Gratuluję Wydawnictwu Prószyński i S-ka dobrego smaku, a autorka winna się skupić na swojej karierze aktorskiej.
Dla Nowackiego, za brak zdecydowanego głosu - poważne ostrzeżenie!!
DNO!!!!

Friday, 16 October 2015

James JOYCE - "Ulisses"

James JOYCE - "Ulisses"
Proszę się nie obawiać, nie jestem aż tak próżny, abym najtrudniejszą książkę świata zamierzał recenzować, którą, jak zuchwale mniemam, zrozumiałem, u schyłku życia, w jakichś 30 %. Aha, równie trudne, a może nawet trudniejsze, jest "Finnegans Wake". Zresztą genialny tłumacz Maciej Słomczyński (1920 -1998) nigdy nie twierdził, że go w pełni zrozumiał, podobnie jak praktykujący u Joyce'a (1882 - 1941) - Samuel Beckett (1906 – 1989). Zauważmy też, że Słomczyński poświęciwszy bardzo długie lata badaniom nad "Ulissesem", nie zdążył dokończyć tłumaczenia "Finnegans Wake".

Początkującym czytelnikom gorąco polecam uroczych „Dublińczyków”, bo jak doświadczenie mnie mówi, nieprzygotowany intelektualnie czytelnik z „Ulissesa” przyswaja tylko pobyt Dedalusa (Telemacha) w burdelu oraz erotyczny monolog wewnętrzny pani Bloom. Kto zamierza jednak czytać to dzieło proponuję poznać, choćby z Wikipedii hasła: Odyseusz, Penelopa i Telemach.
Ale mam dla szerokiej rzeszy czytelników inną propozycję. Jest nią „Dublin z Ulissesem” Piotra Pazińskiego, który recenzuje na portalu wyborcza.pl z dnia 29.07.2008 Krzysztof Varga, kończąc stwierdzeniem:
„...Jeżeli "Ulisses" jest arcydziełem literatury pięknej, to "Dublin z Ulissesem" jest arcydziełem wśród przewodników literackich...”.
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75475,5499437,Ulisses_w_Dublinie__Pazinski__Piotr.html#ixzz3ojdxXdKS
Słomczyński, w posłowiu pisze, że „Ulisses” to „zapoczątkowanie nowego rodzaju sztuki i doprowadzenie go do doskonałości na przestrzeni jednego dzieła”.

Thursday, 15 October 2015

DIOGENES LAERTIOS - "Żywoty i poglądy słynnych filozofów"

DIOGENES LAERTIOS - "Żywoty i poglądy słynnych filozofów"
Niewiele wiemy o autorze. Wg Wikipedii:
"Czas jego życia ustala się na pierwszą połowę III w., miejsce pochodzenia jest nieznane, istnieją domysły, że było to miasto Laertes w Cylicji. Opisuje żywoty i poglądy filozofów greckich od Talesa i siedmiu mędrców do Epikura włącznie. Jego dzieło jest ważnym źródłem wiedzy o filozofach, których pisma nie zachowały się do naszych czasów."
Ze "Wstępu" Kazimierza Leśniaka dowiedziałem się...
".....że całą obszerną dziesiątą księgę 'Żywotów' poświęcił Epikurowi i że z wyraźną sympatią przedstawia jego naukę...".
Niestety, Leśniak uważa, że nie ma przekonywujących dowodów, aby go uznać za zwolennika epikureizmu, a szkoda, bo ja nim jestem. Zauważę jeszcze, że znaczną część tekstu przetłumaczyła
Irena Krońska, o której przed chwilą wspominałem w recenzji "Rodzinnej Europy" Miłosza. Mogę jeszcze dodać, że ta książka wydana w 1984 r. kosztowała 260 zł., a przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło 16 838 zł. A warto ją mieć, bo dobry skorowidz pozwala znaleźć szybciej i więcej niż w internecie.
Książki typu almanachu czy encyklopedii recenzować nie jestem w stanie, natomiast w związku z pisaniem parę dni temu o dziełach Platona (Uczta i in.), uzupełniam wzmiankę o pochodzeniu przezwiska "Platon", że...... (str. 164):
"....imię Platon wywodzi się... ...jak mówi Neantes, z szerokości jego czoła".
Natomiast ze wspomnianego epikureizmu przytaczam ciekawą myśl, wymienioną przez Diogenesa jako dwudziestą szóstą, by zachęcić Państwa do poznania pozostałych trzydziestu dziewięciu (s. 655):
"XXVI. Wszelkie pożądania, które, chociaż nie zaspokojone, nie sprawiają bólu, nie są konieczne, a można się ich bez trudu pozbyć, ilekroć ich osiągnięcie okaże się trudne albo gdyby z ich powodu mogła powstać jakaś szkoda".

Czesław MIŁOSZ - "Rodzinna Europa"

Czesław MIŁOSZ - "Rodzinna Europa"

Chciałem napisać recenzję "Żywotów i poglądów słynnych filozofów" Diogenesa Laertiosa, gdy spostrzegłem, że główną tłumaczką ich była Irena Krońska (1915-74), żona Tadeusza Juliusza Krońskiego (1907 – 1958), który jest bohaterem najszerzej komentowanego, ostatniego eseju "Rodzinnej Europy", pt "Tygrys". Sprawdziwszy, że na LC moja opinia ogranicza się do następujących zdawkowych słów:
"B. ciekawe, tylko to 'zadufanie' w siebie. Zacytujmy tu M.P. Markowskiego: 'Miłosz, kiedy patrzy na chmury /niech będzie powiedziane obłoki/, myśli wyłącznie o SOBIE, nie może myśleć o niczym innym'."
- postanowiłem to natychmiast naprawić.
Zacznijmy od sytuacji Miłosza w 1957 roku, gdy, jedyny wspierający go, Giedroyc książkę opublikował. Miłosz zadeklarował swoją sympatię do bolszewickiego reżimu i w nagrodę pełnił funkcję attache kulturalnego w Stanach Zjednoczonych i Francji do 1951 roku, kiedy to postanowił uciec. Giedroyc użyczył mu schronienia w Maisons – Laffitte, wywołując ostry protest nie tylko polskiej emigracji z naczelnym redaktorem "Wiadomości" Grydzewskim na czele, lecz nawet swojego przyjaciela - wielkiego patrioty, malarza Józefa Czapskiego, który zagroził zerwaniem z paryską "Kulturą". "Książę" wydał Miłoszowi w 1953 r. "Zniewolony umysł", książkę niewątpliwie wspaniałą, gdyby nie fakt, że napisał ją większy kolaborant niż ukryci pod kolejnymi literami alfabetu greckiego Andrzejewski, Borowski, Putrament i Gałczyński. Więcej na ten temat w mojej recenzji "Zniewolonego umysłu". Dalej nieakceptowany przez koła emigracyjne, zebrał 18 krótszych i dłuższych wspomnieniowych esejów i pod tytułem „Rodzinna Europa” wydał u Giedroycia w 1957 roku, aby w końcu opuścić nieprzyjazną Europę w 1960 roku.
Najciekawszy esej w tym zbiorze pt „Tygrys” jest kontynuacją „Zniewolonego umysłu”, czyli opluwaniem ludzi, a tym razem Krońskich, stojących intelektualnie dużo wyżej nad Miłoszem. Przedstawiłem ich w recenzji „Zniewolonego umysłu”:
"KROŃSKI Juliusz TADEUSZ, filozof i historyk, profesor UW, uczeń Kotarbińskiego i Tatarkiewicza, kolega Bolesława MICIŃSKIEGO /którego żona wyszła później za KENARA/, uważany za ojca duchowego tzw warszawskiej szkoły historyków idei, stworzonej przez jego uczniów: Kołakowskiego, Baczkę, Pomiana i in., był Żydem po ojcu Aleksandrze Ferdynandzie, warszawskim adwokacie; najważniejsze dzieło „Rozważania wokół Hegla”, autor ładnej sentencji:
„To nie komunizm i nie Polska dzisiejsza są temu winne, że ludzie źle piszą. Winę za to ponoszą po prostu sentymentalizm i romantyzm”.
Żona, Irena z d. Krzemicka, Żydówka, studiowała we Lwowie filologię grecką u prof. Gasińca..."

Uzupełnijmy wieściami z Wikipedii, by mieć ich obiektywny obraz. Kroński....
"We wrześniu 1939 wstąpił do I Robotniczego Ochotniczego Pułku Obrony Warszawy; 27 września, w przeddzień kapitulacji miasta, został ciężko ranny w walkach na Żoliborzu. Od stycznia 1940 członek organizacji Polska Niepodległa pod pseudonimem "Bonawentura". Uczestniczył w powstaniu warszawskim. Po jego klęsce wraz z żoną, Ireną Krońską, został wywieziony do obozu w Niemczech. Następnie oboje trafili do Armii Brytyjskiej, gdzie zostali tłumaczami. Później mieszkali w Paryżu i Londynie, w 1949 r. Wrócili do Polski.."

I teraz najbardziej kontrowersyjna sprawa, której do końca nie potrafię wyjaśnić. Wybitny uczony, Żyd Kroński został w Polsce znienawidzony za słowa:
„...My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji"

Tylko, że tych słów użył w p r y w a t n y m liście do „przyjaciela” Miłosza z dnia 7 grudnia 1948, czyli przed powrotem do Kraju. Warto też przytoczyć kontekst, w którym te słowa zostały napisane:
"Kto daje nam gwarancję, że ten ustrój, który umożliwia wolność i postęp, przejdzie przez wszystkie niebezpieczeństwa? Na kim się opieramy? Górnicy, część robotników i nawet Żydów (myślę, że nie więcej jak 20%). Że większość jest jeszcze przeciw nam, to dlatego mamy zrezygnować z takiej szansy historycznej. No więc i ja czasem celowo daję się ponieść temperamentowi: My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji"
Przepraszam Państwa jeśli nudziłem, lecz wydaje mnie się, że mało znani Krońscy na parę słów zasłużyli. Wracamy do całości.
Ten zbiór esejów biograficznych miał być próbą wyjaśnienia ludziom Zachodu specyfiki Europy Wschodniej. Tyle o tym napisano, że nie sposób wszystkiego przeczytać. Ja bym polecał szersze spojrzenie Bielik – Robeson, a za najciekawsze uważam Tomasa Venclowy (podaję za Dorotą Blednicka z rodzinna.europa.klp.pl/):
„Litwin Tomas Venclova w tekście 'Rozpacz i łaska' poświęconym obecności Litwy w twórczości Czesława Miłosza pisze:
'Litwini lubują się w objaśnianiu, ale nie zawsze są w stanie wyjaśnić cudzoziemcom istoty fenomenu, jakim było istnienie na tzw. Litwie historycznej i na Wileńszczyźnie tak złożonej mieszanki kulturowej. Miłoszowi, który poświęcił w gruncie rzeczy tej kwestii całą Rodzinną Europę i wiele stronic w innych książkach, udało się to najlepiej. Chyba tylko ktoś, kto mieszka tu na stałe, może zrozumieć ten skomplikowany konglomerat, tę zbieraninę języków, tradycji, obyczajów, a nawet ras, która wydaje wielkich poetów i dla której trudno znaleźć odpowiednik na Zachodzie. (…) Oskar Miłosz, starszy krewny Czesława i jego nauczyciel poezji, jest niejako symbolem tej złożoności. Był dalekim potomkiem Serbów, Żydem (ze strony matki), Białorusinem z miejsca urodzenia, Polakiem z wychowania, Litwinem z wyboru i wielkim poetą francuskim'...”
A wysoka ocena ? Bo Miłosz jest wprawdzie bardzo kontrowersyjny, lecz na pewno WIELKI!!

Wednesday, 14 October 2015

PLATON - "Uczta, Eutyfron. Obrona Sokratesa, Kriton, Fedon"

PLATON - "Uczta, Eutyfron, Obrona Sokratesa, Kriton, Fedon"
Platona (427 - 347 pne) zachwalać nie wypada, skoro bodajże prof. B. Skarga stwierdziła, że po nim ludzkość już nic nowego nie wymyśliła Natomiast trzeba chwalić tłumacza, Władysława Witwickiego, który poprzedził każdą rozprawę bardzo merytorycznym wstępem i wyczerpującymi objaśnieniami po właściwym tekście. Dzięki temu, jedne z najważniejszych dla ludzkości teksty stały się dostępne dla każdego czytelnika.
Ze wstępu do „Uczty”, który jako pierwszy jest najobszerniejszy i zawiera całą historię filozofii greckiej, pozwoliłem sobie wynotować parę uwag, aby się z Państwem podzielić
s. 7 "...w szóstym wieku Ksenofanes z Kolofonu, a po nim w piątym wieku Parmenides z Elei zaczęli otwarcie głosić, że bóstwa i mity człowiek sobie sam stworzył w czasach zamierzchłych na obraz i podobieństwo swoje.."
s. 8 "...Rozum tylko potrafi ukazać mądremu człowiekowi przed oczami duszy to, co naprawdę jest, potrafi mu dać poznanie niezmysłowe tego bytu rzeczywistego, wiecznego, jedynego, ukrytego przed pospolitymi, łatwowiernymi oczyma tłumu..".
Wiele wieków później głosił to samo św. Augustyn, a współcześnie ks. J. Tischner w "Tischner czyta katechizm”. Frapujące jest wyjaśnienie „dobra rzeczywistego” (s. 16):
„Mnie dobre to, a tobie dobre co innego. Który z nas dwóch silniejszy w głowie i języku, a niekiedy i w ręku, ten już potrafi nauczyć drugiego, co dobre, a co złe. To, co jemu dobre, będzie wtedy dobre naprawdę. Inni pójdą za nim; on jest t w ó r c ą w a r t o ś c i.... ...Wszędzie przecież dziś to dobre, a jutro tamte, zależnie od tego, kto przy władzy. 'Wszystko płynie' na tym polu i walka jest matką wszystkiego.”.
Wypada we wstępie podać parę słów o autorze – Platonie, i Witwicki to czyni (s. 33):
„Miał już Sokrates po sześćdziesiątce, kiedy się z nim zapoznał śliczny, pysznie zbudowany, młody dwudziestoletni chłopak z dobrego domu, Aristokles, syn Aristona.. ..Bary miał szerokie, że go nauczyciel gimnastyki Platonem nazwał i to już przy nim zostało...”
No i informacja o samej „Uczcie”, (s. 41), że została „napisana wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pomiędzy rokiem 384 – 372 przed Chr., a więc w dobrych piętnaście lat po śmierci Sokratesa...”.
Nie śmiem opiniować Platona, a nawet profesjonalnych tekstów Witwickiego, wyjaśnień też nie trzeba, bo wszystko jest jasno przedstawione we wstępach i objaśnieniach, więc mnie pozostaje wyrazić nadzieję, że mój tekst zachęci Państwa do tej G E N I A L N E J lektury.
PS. Nie mogę nie zapisać zdania Witwickiego z objaśnień do „Fedona” (s. 498):
„Smutne, upokarzające i z pierwotnych przesądów wyrosłe pojęcie człowieka jako istoty z natury swej 'nieczystej' utrzymuje się do dziś pod wpływem religii, które mają przeróżne sposoby i praktyki symboliczne do 'oczyszczania' człowieka na stałe i od wypadku do wypadku.. ….współczesny człowiek cywilizowany nie wierzy w nieczystość przyrodzoną natury ludzkiej....”.

Witold GOMBROWICZ - "Bakakaj"

Witold GOMBROWICZ - "Bakakaj"

TYLKO DLA CZYTELNIKÓW ZNAJĄCYCH GOMBROWICZA
Zdzisław Łapiński zatytułował swoje posłowie do tej książki "Zachwycająco złe opowiadania", a ja znalazłem swoją notkę: "Po co wydane? To dopiero etiudy". Czytając ponownie posłowie znajduję potwierdzenie mojej diagnozy. Jak zawsze, egocentryczny Gombrowicz ma gotową odpowiedź, którą wygłasza w rozmowie z Dominique de Roux:
„Zgodzę się więc, że ta maż bezformia, którą w sobie miałem, przeniknęła do tego tomu - ale nie żeby rozlać się śmierdzącą kałużą, o, nie, wcale! Żeby zabłysnąć kolorami tęczy, roziskrzyć się żartem, uszlachetnić poezją i doznać boskiej niewinności w absurdzie. Jeśli pan zapyta, Dominiku, jak ja widzę dzisiaj te utwory, to powiem, że to utwory Uniewinniające, a nawet Rozgrzeszające. U zarania mojej twórczości Forma pojawia się jak siła rozgrzeszająca i nieomal boska. Innymi słowy: mogę mieć w sobie wszystkie pokraczności, ale jeśli umiem się nimi bawić, jestem król i władca!”.

Uwielbiam Gombrowicza, choć to Wielki Megaloman.
Ten zbiór zawiera 10 opowiadań, lecz ja zacznę siódmego, pt „Zdarzenia na brygu Banbury”, bo w posłowiu przytoczona jest opinia prof. Marii Janion:
„Topos samobójstwa skorpiona w opowiadaniu Gombrowicza znajduje się w samym centrum filozoficznej tajemnicy bytu. F. Zantman nie jest bynajmniej 'biednym wariatem', on po prostu przeczuwa i przeżywa schopenhauerowską naukę o cierpieniu i nudzie egzystencji. 'Załatwienie się' skorpiona przedstawia nibyprzerwanie wahadłowego ruchu życia. Jest to przerwanie na niby, bo życie i tak podąża i będzie podążać swoim torem. Ale zarazem to jedyna rzecz - to obrzydliwe 'załatwianie się' - którą można i należy zrobić”.

Pierwsze pt „Tancerz mecenasa Kraykowskiego” to według mnie pastisz „Śmierci urzędnika” Czechowa; drugie - „Pamiętnik Stefana Czarneckiego” - to już typowa gombrowiczyzna, łącznie z wypracowaniem na temat Polak a inne narody (s. 23)
„ - Oczywiście, nie warto nawet mówić o wyższości Polaków nad Murzynami i Azjatami, którzy maja odpychającą skórę - napisałem.
Ale i wobec narodów europejskich niewątpliwa jest wyższość Polaka. Niemcy - ciężcy, brutalni, z platfusem, Francuzi - mali, drobni i zdeprawowani, Rosjanie - włochaci, Włosi - bel canto. Jakaż ulga --być Polakiem i nic dziwnego, że wszyscy zazdroszczą nam i chcieliby zmieść nas z powierzchni ziemi. Jedynie Polak nie budzi w nas wstrętu...”
A w ogóle bohaterem opowiadania pisanego w pierwszej osobie jest „hrabia Stefan Czarnecki z matki nee Goldwasser...”

Dalej jest różnie, raz lepiej, raz gorzej, lecz to wszystko są próby, ćwiczenia na drodze do arcydzieł, i dlatego podważam celowość tej publikacji, bo dla czytelników obznajomionych z Gombrowiczem, to nic rewelacyjnego, gdyż zna to w dojrzałej formie, natomiast dla czytelnika rozpoczynającego znajomość z nim, to niewskazana lektura mogąca rzutować na, powstającą w czytelniku, opinię o Wielkim Pisarzu. Stąd moja uwaga na początku. A wysoka ocena za przebłyski genialności ujawnionej w dalszych utworach.

Jerzy FICOWSKI - "Regiony wielkiej herezji i okolice"

Jerzy FICOWSKI - "Regiony wielkiej herezji i okolice"
Bruno Schulz i jego mitologia

UWAGA!! WYBITNE DZIEŁO !!
To wybitne dzieło nie ma ani jednej opinii na LC, a Schulz jest jednym z trzech moich "wielkich", których najlepiej można poznać: Gombrowicza z jego "Dziennika", Witkacego z publikacji Jana Błońskiego, a Schulza - właśnie z tych zebranych prac Ficowskiego. To muszę napisać parę słów, bo ten brak zawstydza.
Ficowski (1924 -2006) stworzył wybitne dzieło, obalając po drodze szkodliwe mity (szczególnie się uwziął na Artura Sandauera), bo stał się pasjonatem Bruna Schulza. W starych swoich notatkach znajduję
"B. dobre, jednakże F. chyba przesadził z bałwochwalstwem B.S., jak i z gnojeniem Sandauera, chyba za robienie z B.S. komunisty. Zastanawiający KOBOLD o B.S. w ustach narzeczonej".
Faktycznie twierdząc, że Schulz jest „duchowo” komunistą, Sandauer zdobywał argument dla apologii tego systemu. Była narzeczona Schulza Józefina Szelińska w liście do Ficowskiego tak to widziała (s. 419):
„Sympatie lewicowe w czasach zaostrzającego się nacjonalizmu i hitleryzmu, to przecież nie komunizm. I jeśli Sandauer przypisuje go Schulzowi, to raczej jest to kokietowanie wysokich gwiazd naszego reżimu, wskazywanie, że już wówczas wybitne jednostki hołdowały tak wzniosłej jak komunizm ideologii”.
Nim przejdę do książki jeszcze ciekawostka: Janusz Palikot ufundował tablicę pamiątkową projektu Andrzeja A. Widelskiego odsłoniętą w 2006 r., w Drohobyczu z napisem w językach polskim i ukraińskim:
"W tym miejscu 19 listopada 1942 roku został zastrzelony przez gestapowca Wielki Artysta Drohobyczanin Bruno Schulz"
Ficowski zaczyna opowieść opisem swojej długoletniej fascynacji „Sklepami cynamonowymi” i trudności w publikowaniu czegokolwiek o Schulzu, z „przyczyn taktycznych”. Przechodząc do biografii już na pierwszej stronie mianuje Schulza herezjarchą czyli kacerzem (s. 17):
„12 lipca 1892 roku w kupieckiej rodzinie Schulzów urodził się najmłodszy syn, trzecie z kolei i ostatnie dziecko, najwątlejsze z rodzeństwa. Dano mu imię Bruno... ..Z takiego to właśnie rodu drobnych kupców żydowskich wywodzi się wielki herezjarcha - Bruno Schulz..”.
Książka ta wykracza poza ramy standardowej biografii, bo obok przedstawienia faktów z życia oraz dzieł, tak malarskich jak pisarskich, Ficowski drąży duszę artysty, stara się poznać i opisać jego nieprzeciętną osobowość. Już oceniając jego zachowanie w okresie szkolnym wysnuwa odważne wnioski (str.23):
„Niezwykła osobowość Schulza, jego wyróżniająca się indywidualność duchowa - jak gdyby nie mogąc pomieścić się w wątłym ciele - emanowała wokół, powiększając dystans między młodocianym samotnikiem i marzycielem a jego otoczeniem, zarazem napełniała kolegów jakimś zabobonnym szacunkiem, kładącym tamę koleżeńskim poufałościom. On sam stronił od gromady, ale nie kierowało nim bynajmniej poczucie własnej wyższości czy pogarda dla otoczenia, przeciwnie: czuł się gorszym, niepełnowartościowym kompanem, zazdrościł kolegom sił witalnych, wstydził się swych słabości i chorób, na które często zapadał. Głęboki kompleks niższości towarzyszył mu przez całe życie i dopiero twórczość miała mu być częściową odtrutką, choć bynajmniej nie wyzwoleniem.
Powierzchowność Brunona, mimo niepozorności, zgodna z jego treścią duchową, potęgowała jeszcze zjawiskowość, niepozorowaną demoniczność, odczuwaną przez wszystkich, którzy się z nim zetknęli...”

Nie każdy musi podzielać fascynację Ficowskiego Schulzem i szukać usprawiedliwień dla jego trudnej osobowości. Narzeczona nazwała go złośliwym koboldem, choć on w liście do Romany Halpern tego nie akceptował (s. 329):
„Ona, moja narzeczona, stanowi mój udział w życiu, za jej pośrednictwem jestem człowiekiem, a nie tylko lemurem i koboldem...”.
Bruno był zdominowany przez ojca, którego bałwochwalczo uwielbiał. Śmierć jego w 1915 roku, gdy Schulz miał 23 lata plus pożar ich starej kamienicy, spowodował, że (s.24):
„Bruno Schulz rozpoczął jego odbudowę - w mitologii. Jedną z pierwszych prób pisarskich... ..było mityczne wskrzeszenie ojca, patrona dzieciństwa. W wymiarach niemal biblijnych, w skali nowo kreowanej mitologii postać ojca ze 'Sklepów cynamonowych' i 'Sanatorium pod Klepsydrą' jest nieustannie rewindykowana życiu - poprzez wcielanie się w świat rzeczy otaczających, jak wypchany ptak, futro pulsujące jego oddechem, krab ugotowany, ale jeszcze zdolny do udanej ucieczki... Duch ojca zmienia maski, przechodzi przez różne inkarnacje, dzięki którym istnieje nadal, mimo swej pozornej nieobecności....”.
Przytoczmy jeszcze wyznanie Schulza w liście do krytyka Andrzeja Pleśniewicza w 1936 roku, ujmujące idee fixe jego zamierzeń twórczych (str. 29):
„To, co Pan mówi o naszym sztucznie przedłużonym dzieciństwie - o niedojrzałości - dezorientuje mnie trochę. Gdyż zdaje mi się, że ten rodzaj sztuki, jaki mi leży na sercu, jest właśnie regresją, jest powrotnym dzieciństwem. Gdyby można było uwstecznić rozwój, osiągnąć jakąś okrężną drogą powtórnie dzieciństwo, jeszcze raz mieć jego pełnie i bezmiar - to byłoby to ziszczeniem się 'genialnej epoki', 'czasów mesjaszowych', które nam przez wszystkie mitologie są przyrzeczone i zaprzysiężone. Moim ideałem jest 'dojrzeć' do dzieciństwa.. To by dopiero była prawdziwa dojrzałość”.
Książka jest bogato ilustrowana szkicami Schulza, więc proszę brać się do lektury, bo warto

Tuesday, 13 October 2015

SOFOKLES - "Antygona"

SOFOKLES - "Antygona"

Zacząć należy od tłumacza, bo postać to znakomita. Kazimierz Morawski (1852 -1925), prezes PAU (Polskiej Akademii Umiejętności), rektor UJ, a przede wszystkim najwybitniejszy specjalista retoryki rzymskiej. Szczęśliwie dla literatury przegrał elekcję z Wojciechowskim (po zamordowaniu Narutowicza) i prezydentura nie przeszkadzała mu w pracy naukowej. Dzięki niemu tłumaczenie "Antygony" jest dziełem literackim samym w sobie.
Proszę zajrzeć do mojej recenzji Króla Edypa, a ja przypomnę sytuację po jego śmierci, i będę kontynuował. Władzą w Tebach dzielą się szwagier Edypa - Kreon i syn Eteokles, którzy drugiego syna Polinika wygnali. Po wielu przygodach Polinik żeni się z Argią, córką króla Adrasta w Argos, pod którego przewodnictwem zorganizowana zostaje słynna "wyprawa siedmiu przeciw Tebom". Oczywiście celem wyprawy jest osadzenie Polinika na tronie tebańskim. Mimo złych wróżb według dr Zippera (s.279-285)
"....Połączone wojska przybyły pod Teby, w których Kreon i Eteokles dzielili się władzą....."
Aby uniknąć zbędnego rozlewu krwi Eteokles zaproponował braterski pojedynek, w którym obaj zginęli. Doszło więc do walki wygranej przez obrońców Teb.
"..W oswobodzonych Tebach objął rządy Kreon. Pierwszą czynnością jego było pogrzebanie poległych Tebańczyków. Zwłoki Eteoklesa zostały z wielką okazałością spalone na stosie; ciało Polinika zaś miało według rozkazu okrutnego króla pozostać niepochowane i stać się pastwą ptactwa i dzikich zwierząt..”
Siostra Polinika i Eteoklesa, Antygona łamie zakaz Kreona i odprawia rytuały nad ciałem Polinika, w celu „uspokojenia ducha w Hadesie”. Pamiętamy o nienawiści między Kreonem a Antygoną, gdy była przewodniczką i opiekunką Edypa. Teraz...
„...Kreon szorstko zgromił królewnę i skazał ją na pogrzebanie żywcem, chociaż była narzeczoną syna jego, Hajmona (Hemon). Zaprowadzono Antygonę za miasto i spuszczono do podziemnego sklepienia , aby tam zginęła....”
Pod presją wróżbity i rady starszych......
„.....kazał Kreon, chociaż niechętnie, pochować rozkładające się już ciało królewicza i pospieszył do grobowca kochającej siostry. Lecz jakiż przerażający czekał go tam widok ! W grobowcu leżało już tylko skostniałe ciało Antygony, która, aby nie zginąć śmiercią głodową, popełniła samobójstwo; Hajmon, w strasznej rozpaczy tarzał się na ziemi u zwłok narzeczonej. Gdy zaś zobaczył Kreona, dobył w szale miecza i rzucił się na ojca. Gdy ten w ucieczce szukał ocalenia, przebił Hajmon mieczem pierś własną. Matka jego, usłyszawszy o strasznem zdarzeniu, także śmierć sobie zadała. Tak drogo opłacił Kreon nieludzkie swoje postępowanie”.
Sofokles zrobił z tego piękną tragedię, Morawski znakomicie przetłumaczył, a mnie pozostaje zachęcić Państwa do powrotu do szkolnej lektury.