Saturday, 24 June 2017

Robert HUGHES - "Barcelona"

Robert HUGHES - "Barcelona"

Robert Hughes (1938 – 2012) - australijski historyk sztuki, autor wielu wspaniałych publikacji m.in. o Goi, o Rzymie i tej omawianej z 1992 roku, o Barcelonie.

Wspaniała monografia katalońskiej stolicy, w której (niestety) nie byłem, lecz dzięki tej lekturze wiem więcej niż duża część moich znajomych, których zachwyt sprowadza się do jednego słowa "Gaudi!!!".
Skoro wspomniałem o Gaudim, to warto przytoczyć fragment „Przedmowy”:
„.....Truizmem jest powiedzenie, że wszystkie miasta kształtuje polityka. A przecież to prawda – i w spektakularnej mierze dotyczy to również Barcelony. Antoni Gaudi to kataloński architekt, o którym każdy chyba słyszał. Aby właściwie odczytać dzieło tego wybitnego twórcy, trzeba wziąć pod uwagę nie tylko jego specyficzne rozumienie katalońskiej przeszłości, ale także poczucie katalońskiej odrębności oraz żarliwy i patriarchalny konserwatyzm religijny. W tym tkwi rozwiązanie pozornej zagadki: dlaczego Gaudi pozyskał sobie bogatych mecenasów, w szczególności Eusebiego Güella. Chodziło bowiem nie tylko o geniusz architektoniczny Gaudiego, lecz także o zgodność ideowych przekonań. Polityczne i gospodarcze dzieje Barcelony są wypisane na jej budowlach i planie urbanistycznym. Nie sposób więc zrozumieć architektury katalońskiej – zwłaszcza wieku XIX, gdy tak silnie wyrażała ona narodowe aspiracje – jeśli nie pamięta się o lokalnej historii i kulturze, które leżą u jej podstaw. To, co zagraniczny turysta bierze na pierwszy rzut oka za „zwykłe” fantazje, ma głębokie korzenie...”

Lokalną tj katalońską historią raczy nas autor przez pierwsze 500 stron, wspominając po raz pierwszy Gaudiego przy opisie Plaça Reial na str 465 (e-book):
„...W 1879 roku młody Antoni Gaudi zaprojektował misterne, sześcioramienne latarnie, zwieńczone atrybutami Hermesa: kaduceuszem (czyli laską oplecioną parą węży) i skrzydlatym hełmem. Katalońskie kręgi gospodarcze przed wiekami wybrały sobie na patrona Hermesa, boga handlu i bogactwa...”

Hughes szeroko omawia historię kultury katalońskiej o której nie mam pojęcia, a prawie wszystkie nazwiska słyszę po raz pierwszy Oczywiście, to nie jego wina, tylko moje ograniczenie. Uczę się z przyjemnością, lecz potrzebną ulgę odczuwam dopiero po stronie 700, gdy przygotowania do Barcelońskiej Wystawy Światowej w 1888 roku ruszają. Niemniej moja ignorancja powoduje znużenie, które pokonuję cytatem o wąsach (s. 750)
„...Wąsy podlegały temu samemu prawu bujności. Każdy mężczyzna je nosił, często tak długie, że wyglądały jak doklejone. Przybierały trzy podstawowe formy. Jeśli rosły poziomo, zawijano je na końcach w spiralki i przypominały suflety z włosów. Jeżeli wąs miał tendencję do rośnięcia pionowo, był czesany, zakręcany w dwa pionowe kolce i usztywniany pomadą. Z takimi wąsami, tyle że dłuższymi, wyglądającymi jak antenki, paradował Filip IV, a po 1920 roku Salvador Dali. Ale jeśli zarost na górnej wardze rósł w różne strony albo cechował się wiotkością, wychodził z tego zwisający bigoti, co przy odpowiedniej długości sugerowało melancholię i smutek jego właściciela. Wrażenie to wprowadzało w błąd, jeśli ów właściciel był bankierem lub inżynierem, jak to się często zdarzało. Na przykład Ildefons Cerdà nosił takie właśnie wąsy...”

O tytułowej Barcelonie autor zauważa (s. 101.5):
„.....Barcelona jest dziś metropolią, lecz nie da się ukryć, że to nadal bardzo prowincjonalne miasto. Poczucie katalońskiej wyjątkowości rodzi niepewność co do nowych inicjatyw kulturalnych (czy da się nimi przyćmić Madryt?) i skłania do przeceniania własnej kultury (a kogo obchodzi Madryt?)....”

Piękna i ciekawa lektura wszechstronnie opisująca Barcelonę okraszona licznymi anegdotami i ciekawostkami, do czytania przez wiele wieczorów, bo pośpiech nie jest wskazany. Zachwycony tym dziełem, na pewno sięgnę po inne pozycje tego autora. Dla mnie bomba!! - ale tylko 8 gwiazdek, bo dla mnie - za dużo i nieznanych mnie nazwisk, i szczegółów historii.

David HEWSON - "Dochodzenie 2"

David HEWSON - "Dochodzenie 2"

Czytając recenzje na LC wnioskuję, że mam szczęście zaczynając znajomość z Sarah Lund od drugiego tomu, bo ponoć pierwszy - słabszy. Dowiaduję się też, że książka powstała na bazie serialu telewizyjnego Sørena Sveistrupa „Dochodzenie”, czyli odwrotna kolejność niż zwykle. Na LC wynik bardzo dobry 7,78 (379 ocen i 57 opinii).tego typu lektur

Dałbym maksymalną ocenę w dziale kryminałów, gdyby nie political correctness, czyli zakłamanie i obłuda władców i polityków wszystkich krajów o tzw wysokiej cywilizacji. Bo jaki „wyższy cel”. „wyższa racja” przemawia za wysyłaniem Duńczyków do Afganistanu, skoro biernie reagują na wzajemne mordowanie się Tutsi i Hutu ? Ponadto wysiłek włożony w zamordowanie paru osób wydaje się być niewspółmierny do efektów, bo wystarczyło dźgnąć każdą z ofiar nożem i zostawić karteczkę z napisem „Allahu Akbar”.

Z jednej strony czytało się dobrze, z drugiej - objętość (700 stron) przekracza moją tolerancję dla lektur tego typu, w efekcie - 7 gwiazdek

Tuesday, 20 June 2017

Juliusz MACHULSKI - "Hitman"

Juliusz MACHULSKI - "Hitman"
Juliusz (ur. 1955), syn Jana (1928 – 2008), wydał tych 48 felietonów w 2012 roku. Felietony były pierwotnie drukowane w magazynie "Bluszcz" i niewątpliwie mogły się podobać, l wydane w formie książki przyniosły mnie srogi zawód. Bo np "Marcin" na LC pisze o nich entuzjastycznie:

"...Zbiór kilkudziesięciu felietonów dla magazynu BLUSZCZ wydany w formie książki. Wybitny reżyser komedii , przedstawia szereg wydarzeń ze swojego życia: absurdy socjalizmu i życia w PRL, pierwsze wyjazdy na zachód,kulisy powstania filmów, niespełnione marzenia o karierze filmowej w Hollywood, i wiele innych interesujących tematów. Wszystko doprawione inteligentnym, niesztampowym poczuciem humoru, który znany jest od lat z filmów Machula Juniora. Czyta się świetnie."

.....lecz daje zaledwie 6 gwiazdek. Ja mam słabość do Machulskiego, szczególnie za jedną z najlepszych komedii jakie w moim długim życiu oglądałem tj za "Seksmisję", lecz jako starszy od niego o 12 lat, znam więcej takich anegdotek, dykteryjek, facecji czy purnonsensów o życiu w obozie KDL niż autor.
Dlatego też doceniając wartość i urok pojedynczych felietonów, jak i ukierunkowanie ich na ściśle określonego czytelnika (magazynu "Bluszcz'), w formie skomasowanej, książkowej, przynoszą rozczarowanie i poczucie déjà vu czy jak kto woli - odgrzewania starych kotletów. Nihil novi sub sole.
Na LC, po 5 latach od wydania (2012) dochrapał się oceny 6,75 i zaledwie 9 recenzji, co odbieram jako klęskę. Powinienem czas tej lektury poświęcić na oglądanie jego wspaniałych filmów. Mimo sympatii nie mogę dać więcej niż 5 gwiazdek.


Anna Dziewit - Meller - "Góra Tajget"

Anna Dziewit – Meller - "Góra Tajget"

Anna Dziewit – Meller (ur. 1981), żona Marcina Millera (ur.1968), liderka zespołu "Andy", reporterka, pisarka, wydała m.in. (z mężem) "Guamardżos. Opowieści z Gruzji", zebrała dobre opinie za "śląską" "Górę Tajget", bazującą na T4 w Lublińcu.
Wikipedia o T4:
"..Akcja T4.. - nazwa programu realizowanego w III Rzeszy w latach 1939 – 1944 polegającego na fizycznej "eliminacji życia niewartego życia" (niem. "Vernichtung von lebenswurtem Leben")... ..Action T4 była pierwszym masowym mordem ludności dokonywanym przez niemieckie państwo nazistowskie, podczas którego opracowano "technologię" grupowego zabijania, zastosowaną później w niemieckich obozach zagłady. Akja ta była nazywana 'eutanazją' osób upośledzonych - stąd skrót E – Aktion, natomiast szerzej znany skrót T4 pochodzi od adresu biura tego przedsięwzięcia mieszczącego się w Berlinie przy Tiergartenstraße 4....
......Śląski Zakład Psychiatryczny w Lublińcu / sierpień 1942 – listopad 1944 / 221 (dzieci)..."
Jeszcze tytuł. Góry Tajget to pasmo na południowym Peloponezie, którego nazwa pochodzi od Tajgete, która była jedną z nimf Plejad tj córek tytana Atlasa i Plejony. Spartanie wrzucali do tamtejszych rozpadlin i czeluści chore albo słabe niemowlęta (wg Kopalińskiego), i per analogiam do lublinieckiej zagłady autorka wybrała ten tytuł.
Książka przypomina Krall, bo to bardziej publicystyka niż powieść. Czyta się z zapartym tchem, szczególnie obecnie, gdy pod płaszczykiem "żołnierzy wyklętych" stawia się pomniki różnym bandziorom, a godni uczczenia tego nie zaznają, bo nie mieszczą się w aktualnej "political correctness".
Autorka wprowadza dodatkowe wątki, które łączy jedno słowo - trauma. A jakie nie powiem, bo książka jest krótka i warto samemu poczytać. Dodatkową atrakcją książki jest gwara śląska, bo autorka jest „krojcokiem” („mieszańcem polsko – śląskim”).
Udana pozycja, czekam na więcej (7 gwiazdek)

Monday, 19 June 2017

Peter HELLER - "Gwiazdozbiór Psa"

Peter HELLER - "Gwiazdozbiór psa"

Peter Heller (ur. 1959) zafundował nam postapokaliptyczną wizję o samotności, która stała się bestsellerem w Stanach, a na naszym LC zyskała dotychczas 7,18 (807 ocen i 145 opinii).

Niestety ja do niej nie dojrzałem, bo odebrałem ją tak:
-Po apokalipsie w postaci rodzaju grypy przechodzącej w jakąś chorobę krwi typu AIDS, pozostał nasz bohater, zabijający ludzi w myśl dewizy "nie chcem, ale muszem", jego koleś Bangley, który strzela nim pomyśli i pies. Poza ty są bliżej nieokreśleni bandyci i kolonia chorych. Mimo apokalipsy naszemu bohaterowi powodzi się dobrze: łowi ryby, zabija zwierzynę leśną, ma chałupę, kupę broni i amunicji, a nawet samolot. Brakuje mu coca-coli i kobity, bo nie ciupciał już 9 lat. Coca- colę zdobywa zabijając paru konkurentów do łupu, a po śmierci psa (karmionego ludzkim mięsem!!) leci szukać szczęścia. Ujrzawszy z samolotu niezłą kobitkę ląduje i po drobnych perypetiach, zamieszkuje na hamaku u kobity i jej ojca. Teraz zaczyna się Harlequin, w którego we wstępnym etapie bohater cierpi (s.559):
"...Serce wyrywało mi się z piersi, a mój kutas rozkurczył się i rozprostował i wydłużył, a później to był prawie ból...."

Szczęśliwie dochodzi do zbliżenia, a ze względu na ejaculatio precox bohater zadowala partnerkę na sposób francuski. Po zakończeniu igraszek seksualnych, para i tatuś lecą samolotem. Przy próbie lądowania nacinają się na znany wiejski obyczaj rozciągania liny stalowej w poprzek szosy. Tu mamy odmianę, bo z niewyjaśnionych przyczyn para staruszków rozciąga linę na pasie startowym. Bohater ląduje poza liną, tatuś zabija staruszków i następuje powrót na stare śmieci. Ratują ciężko rannego Bangleya, a oblubienica, z zawodu lekarka, leczy dzieci z kolonii chorych. Aby osiągnąć happy end w pełni, okazuje sie, że apokaliptyczną chorobę krwi świetnie się leczy witaminą D, którą lekarka zakupuje w Walmarcie.

Nie podlegające dyskusji 10 gwiazdek wśród najbzdurniejszych szmir!!

Sunday, 18 June 2017

Witold BEREŚ, Krzysztof BURNETKO - "Andrzej Wajda. Podejrzany"

Witold BEREŚ, Krzysztof BURNETKO -
"Andrzej Wajda. Podejrzany"

Zaczynam od bardzo istotnej deklaracji autorów na początku książki (s.16 - e-book):
„. Nie godzimy się na taką wizję, według której czas PRL to okres sowieckiej okupacji, a wszyscy komuniści to łajdacy. Że tylko ten, kto w PRL siedział z założonymi rękami, jest czysty, a ten, kto tworzył czy działał na większą skalę – automatycznie kolaborował z systemem. Że na pewno zniewolony był ten, kto z racji swej profesji musiał kontaktować się z władzą....”

Bereś (ur.1960) i Burnetko (ur.1965) mają tak bogaty dorobek, tak z osobna, jak i razem, że nie miejsce tu, aby go omówić, przeto podaję jedynie malutki fragment z Wikipedii związany z omawianym dziełem:
„...W 2009 wspólnie z m.in. Arturem Więckiem i Krzysztofem Burnetką założył Fundację „Świat ma Sens”, promującą pozytywne myślenie oraz dorobek Polski i Polaków. Do jej głównych osiągnięć należy portal „Polska ma Sens”, filmy dokumentalne "Bartoszewski. Droga" i "Z marmuru, żelaza i nadziei…", płyta Magdy Brudzińskiej "Colorovanka" (wspólnie z Polskim Radiem) oraz książki: "Obywatel KK. Krzysztofa Kozłowskiego zamyślenia nad Polską" , "Krąg Turowicza. Tygodnik, czasy, ludzie: 1945–99" i wydane wspólnie z Agorą "Marek Edelman. Życie do końca" i "Andrzej Wajda. Podejrzany..."

Nie można pominąć słów samego Wajdy, które są uczciwą, przejrzystą odpowiedzią na ataki gęgaczy na jego osobę:
".....– Nie mieliśmy złudzeń: wojna się skończyła i nie wierzyliśmy, że w lesie przeczekamy do następnej. Starsi mieli jakieś porachunki, my nie. I nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia, bo nie było szans na inną drogę. Może, gdyby żył mój ojciec, mówiłby mi coś innego? Tego nie wiem. W każdym razie byłem bardzo rozczarowany tym, że ta przedwrześniowa Polska rozpadła się jak domek z kart. Nie tylko ja tak myślałem. Jan Rodowicz, legendarny „Anoda”, żołnierz grup szturmowych „Szarych Szeregów”, nie bez powodu od razu zapisał się na architekturę i nie myślał o żadnym sprzeciwie. Tak:‍ nie wiązaliśmy się z tym, co było, tylko z tym, co będzie...."

A co dalej? Fascynująca historia nie tylko drogi życiowej i osiągnięć wybitnego reżysera, lecz przede wszystkim rzetelny obraz epoki młodym nieznany, bo obecnie perfidnie fałszowany i zakłamany. (Ku jasności: walczę z obłudą, że wszyscy walczyli z komuną, tj z nieliczną grupą kolaborantów, bo społeczeństwo cechował powszechny konformizm, a ja przez 45 lat znałem, i to tylko ze słyszenia, trzech odważnych: Michnika, Kuronia i Modzelewskiego).

Wajda się tłumaczy i logicznie argumentuje, bo "warszawka" krytykowała go za wszystko, i za "Pokolenie" zrobione pod czujnym okiem wszechwładnego protektora Forda, jak i śmierć Maćka na śmietniku. "Prawdziwa cnota krytyki się nie boi", więc Wajda wychodzi obronną ręką, a całą książkę określam z amerykańska - "Good job!!".

Niepoprawnym opluwaczom mówię: z najsławniejszego Polaka zrobiliście Bolka, z Wajdą podobny numer wam nie wyjdzie, bo to uznany światowy artysta.

Henning MANKELL - "Grząskie piaski"

Henning MANKELL - "Grząskie piaski"

Henning Mankell (1948 -2015) - szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i dramaturg. W Polsce, podobnie jak w większości krajów poza rodzinną Szwecją, popularność przyniosła mu seria powieści kryminalnych, których bohaterem jest komisarz policji Kurt Wallander. W roku 2014 Henning Mankell ujawnił, że zdiagnozowano u niego raka płuc. Zainspirowało to jego do napisania tej właśnie powieści autobiograficznej.
Nie czytałem ani jednej jego książki, co ułatwia mnie obiektywne podejście do tej autobiografii, a z Wikipedii dowiedziałem się, że to zięć Ingmara Bergmana.
I tutaj muszę skorygować swoje dwukrotne określenie tej książki autobiografią, bo jeśli nawet dowiadujemy się coś niecoś o życiu autora to niejako „przy okazji”. Jest to natomiast zbiór refleksji autora na najprzeróżniejsze tematy. To jest remanent szuflad mózgowych w obliczu śmierci, podyktowany troską i chęcią przekazania swoich przemyśleń przed odejściem. I nie ma znaczenia merytoryczna wartość tych zwierzeń, bo należy uszanować, wysłuchać i docenić szczerą chęć umierającego człowieka do podzielenia się z nami, tym co go nurtuje, zastanawia czy bawi. Obok tematów mniej lub bardziej związanych z chorobą, powtarza się troska o odpady jądrowe tzn niechlubne dziedzictwo, które przekazujemy następnym pokoleniom, a przekaz różnorodnej, szerokiej tematyki ułatwia forma anegdot, dykteryjek i facecji.
No i Mankell zafascynował mnie od pierwszej strony, bo jak nie pokochać faceta cierpiącego wskutek raka z przerzutami, który tak wspomina portret rodzinny z lat 70. XVIII wieku (s.16 e-book):
„...Kompozycja obrazu jest typowa dla tamtego czasu. Chłopcy, żywi i umarli, zebrani są wokół ojca po lewej stronie, dziewczynki otaczają matkę po prawej. Żywe dzieci spoglądają w oczy oglądającemu portret, martwe mają twarze odwrócone w bok lub skrywają je do połowy za plecami rodzeństwa. Jednemu z umarłych chłopców widać tylko kawałek czupryny i jedno oko. Zupełnie jakby bezsilnie próbował dostać się na bliższy plan. W kołysce obok matki leży do połowy zakryte niemowlę. W tle widać kilka dziewczynek. Można doliczyć się w sumie sześciorga umarłych dzieci. Na tym obrazie czas się zatrzymał, podobnie jak na fotografii...”
Autor ironicznie zauważa, że ten obraz „przedstawia tragizm naszego życia. Jest na nim wszystko”. Dla mnie - bomba! Szczególnie, że akurat u mnie stojącego (raczej siedzącego) nad grobem podejrzewają 127 chorobę - niejakiego lupusa („homo homini lupus”) tj po polsku „nefropatię toczniową”, ha, ha!!
Tytuł nawiązuje do artykułu niegdyś przeczytanego przez autora, w którym...(s.30):
„... pewien mężczyzna, ubrany w mundur w kolorze khaki, ze strzelbą przewieszoną przez ramię i ekwipunkiem, wszedł prosto w zdradliwy piasek i utknął w nim, bez cienia szansy na uwolnienie. Powoli zapadał się coraz głębiej i głębiej. W końcu piasek zasypał mu usta i nos. Mężczyzna był skazany na śmierć. Dusząc się, znikał pod piaskiem, aż przestał być widoczny nawet czubek jego głowy...”
Autor doznał tego uczucia, dowiedziawszy się o swojej chorobie:
„...Kiedy dowiedziałem się, że mam raka, odżył we mnie ten dawny lęk. Myśląc teraz o tej chwili, dochodzę do wniosku, że lęk nie tylko we mnie odżył, ale też zaatakował z całą siłą. Ogarnęło mnie absurdalne przerażenie na myśl właśnie o grząskim piasku. Wyobrażałem sobie, że mnie pochłania, a ja rozpaczliwie próbuję się z niego wydostać. Paraliżował mnie strach przed śmiertelną chorobą. Zmaganie się z paniką, która odbierała mi siłę do życia, trwało dziesięć dni i dziesięć ledwie przespanych nocy.....”
No i szczęśliwie dla siebie i czytelników autor wygrzebał się z tych piasków i niezwykle ciekawie przekazał co w nim siedzi.
Bogactwo tematyki nie pozwala na podjęcie dyskusji, nie jest ona zresztą potrzebna, bo najważniejsze jest podejście autora do życia, przemijania i śmierci. Niewątpliwie jest to lektura wzbogacająca i wzmacniająca psychikę czytelnika. Polecam!!

Friday, 16 June 2017

Stanisław LEM - "Astronauci"

Stanisław LEM - "Astronauci"

Zaczynam od przytoczenia całej recenzji z LC oznaczonej "MontyP", z którą w 100% się zgadzam:

"Ostatnio mało wstawiam opinii, ale kiedy zobaczyłem, że Lem ma średnią poniżej 4 to się we mnie zagotowało. Ktoś się doszukał pochwały socjalizmu (ja bym nie przesądzał kiedy było lepiej, czy w czasach, gdzie praca była w dodatku obowiązkowa!, lekarze leczyli za darmo, a w razie nieszczęścia nikt nie zostawał bez środków do życia, czy drapieżny 19 wieczny kapitalizm- ale to na inną dyskusję), ktoś inny dał 3 gwiazdki bez uzasadnienia. Lem to klasyk! Otoczenie się zmieniło tak jak w przypadku Sienkiewicza, Londona, Curwooda, Faulknera, itd, ale to nie deprecjonuje książki, ale wręcz podnosi jej wartość. Taka książka trochę więcej wymaga wysiłku, żeby zrozumieć realia historyczne i pełniej zrozumieć sam tekst.
Najwyraźniej nie wszyscy zrozumieli. "

W 1972 roku ("wczesny Gierek") tj 21 lat po pierwszym wydaniu w 1951 roku ("szczytowy stalinizm") w przedmowie do kolejnego wydania autor pisał:
".... Książkę tę, napisaną przed dwudziestu dwu laty, zamierzałem poprawić nieco z okazji wznowienia, a więc niejako uwspółcześnić, ale przejrzawszy ją, zrozumiałem, że nie da się tego zrobić... ...rok dwutysięczny, który z perspektywy lat pięćdziesiątych wydawał mi się przyszłością tak oddaloną, że można w niej było lokować optymistyczne rojenia o świecie zjednoczonym pokojowo, obecnie brany na muszkę przez rzesze uczonych futurologów nakazuje optymizmowi powściągliwość i poskromienie dawniejszych, zbyt naiwnych nadziei.... ...Dzisiaj ta fantastyczna historia jest nie tylko pełna technicznych omyłek i obalonych przez czas przepowiedni, ale i wielce, po bajkowemu wręcz, naiwna... ...Co się tyczy narracyjnych naiwności, tych nie usprawiedliwia nigdy nic i okazują się one zawsze niedostateczną robotą. Natomiast te, wcale liczne, ustępy, których niewłaściwość czysto rzeczową czas przygwoździł i obnażył, może nie są tak samo bezwartościowe, ponieważ zezwalają na w końcu dość interesujące zbadanie stosunków między rozmachem wysilonej w przyszłość wyobraźni a jej rywalem i przeciwnikiem – rzeczywistością. Porównanie takie wykazuje, że w dziedzinie technicznego postępu wszystko biegnie zwykle szybciej i sposobem bardziej rewolucyjnym, niż to sobie fantazja umie wystawić, a zarazem w obszarze spraw społecznoświatowych wszystko porusza się wolniej i z dużymi dolegliwościami..."

Od daty napisania powyższych słów upłynęło 45 lat, a ostatnie zdanie przybrało na wartości. Ponadto należy pamiętać, że Lem był przede wszystkim filozofem i humanistą, a pisarzem fantastyki, niejako przy okazji.

Przypominam, że książka została wydana w 1951 roku tj gdy psychoza wojny atomowej szczytowała, bo Rosenbergowie zostali aresztowani w 1950, skazani w 1951, a wyrok wykonano w 1953. Akurat, tuż przed "Astronautami" przeczytałem dobry thriller Hayesa "Pielgrzyma", o zagrożeniu bronią bakteriologiczną, który jednak jest tak płytki, że nawet próba porównania z omawianą klasyką Lema jest bezsensowna.

Książka należy do klasyki, a młodych informuję, że w 1951 roku nie znaliśmy komputerów, telewizji, ba, nie znaliśmy długopisów, a wieczne pióro było skarbem. Każdy nosił kałamarz, młodsi pisali "serkiem", a starsi "krzyżykiem", a większość społeczeństwa słuchała radia tylko z ulicznych bądź świetlicowych "kołchoźników". Do tego za jakiekolwiek próby kontaktów z Zachodem (listy, słuchanie zachodnich radiostacji) szło się do "pierdla", a w szeroko pojętej kulturze obowiązywał socrealizm. I w takich warunkach genialny Lem napisał to arcydzieło. Podważanie jego wartości świadczy o braku wyobraźni.

Lem mnie uczy od 65 lat, a więc i teraz, przy ponownej lekturze, coś tam wynotowałem. Np (s. 176 – e-book):
".....Nigdy nie zadowalać się zrobionym, zawsze iść dalej. Działanie tego nakazu odnajdujemy w życiu wszystkich ludzi, którzy coś osiągnęli. Kiedy Max Planck po wielu latach żmudnego badania odkrył kwantową naturę energii, ludzie o płytkich umysłach uważali to za chlubne uwieńczenie jego wysiłków i uznali dzieło za zakończone. Dla niego zaś stało się to zagadką, której badaniu poświęcił całe życie. Nigdy nie podziwiać własnych pomysłów,.. ..nigdy się nie uspokajać, bić we własne teorie z taką siłą, żeby runęło wszystko, co nie jest w nich prawdą..."
Dzieło Lema było i jest przestrogą przed samozagładą. "Było", bo zostało wydane w 1951 roku, kiedy w Stanach szalał maccarthyzm, a w ZSRR miała miejsce... (Wikipedia)
"29 sierpnia 1949 – eksplozja pierwszej radzieckiej bomby atomowej, przeprowadzona na poligonie w Semipałatyńsku w Kazachstanie..."

......a "jest", bo poniższy cytat szczególnie obecnie jest trafny (s. 597)
".......– Wiemy, że materia jest ślepa i nie ma ponad nią żadnej Opatrzności, która prostowałaby drogi błądzących. Człowiek wnosi ład w niezmierzoną przestrzeń Wszechświata, bo tworzy wartości. Istoty, które poświęcają się zniszczeniu, choćby były najpotężniejsze, niosą w sobie własną zgubę. Co mamy o nich myśleć? Wyobraźnia zawodzi, umysł cofa się przed ogromem cierpienia i śmierci zawartym w słowach: zagłada planety. Czy mamy potępić jej mieszkańców?.. ....Czy na Ziemi nie było... ...handlarzy śmierci, którzy służyli obu stronom walczącym i sprzedawali im broń?..."

Oczywiście "handlarze śmierci" sprzedawali broń, ale co gorsza obecnie zintensyfikowali ten proceder, obłudnie zapewniając, że walczą z np ISIS.

Wobec walorów tej książki, należy wybaczyć autorowi jedno jedyne wspomnienie o amerykańskim imperializmie, które jest wrednie wyciągane przez moralizatorów, by zaliczyć to dzieło do socrealizmu. Sam fakt, że po 66 latach o nim dyskutujemy, mówi za siebie.

Thursday, 15 June 2017

Terry HAYES - "Pielgrzym"

Terry HAYES - "Pielgrzym"

Terry Hayes (ur. 1951) - to Anglik, obecnie mieszkający w Australii, znany autor scenariuszy (jego filmografia wymienia 18 tytułów w latach 1981 - 2001), który "Pielgrzymem" zadebiutował jako pisarz, w 2013 roku.

Książkę napisaną przez byłego agenta służb specjalnych wykorzystuje, jako podręcznik, wielokrotny morderca. Ilość recenzji powala (na LC 8,22, 1522 ocen i 263 opinie), więc trudno coś oryginalnego dodać, tym bardziej, że nie wypada zdradzać treści, bo to thriller.

Powiem więc tylko, że to porywająca lektura, od której trudno się oderwać, że tematyka jest nader aktualna oraz, co ważne dla szerokiego kręgu czytelników, nie wymaga wysiłku intelektualnego.

Niestety, muszę pozrzędzić. Po pierwsze - uważam, że dla thrillerów, kryminałów, książek. sensacyjnych lepsza jest forma krótsza niż 1374 stron elektronicznych czy 768 stron papierowych. Po drugie - nie odpowiada mnie przeplatanie się kilku wątków i co ważniejsze - gatunków tzn wolałbym dwie (lub więcej) odrębne książki: pierwszą sensacyjną o amerykańskim Suworowie, a drugą thriller, bądź też dwie osobne części, w której druga - thriller byłaby niejako konsekwencją pierwszej. Po trzecie - political correctness czyli pisanie pod mentalność, wiedzę i stan świadomości przeciętnego Amerykanina oraz pewność siebie w ocenie dziejów świata, która jest sprzeczna z moimi odczuciami i poglądami. Skrótowo można to ująć: jak Amerykanin torturuje lub morduje, to w imię wyższej idei, a jak ruski, japoniec czy muzułmanin to psychopata, fanatyk bądź przestępca.

Całość nierówna, a mutowanie wirusów przez arabskiego lekarza niewiarygodne. Nie jestem też w stanie uwierzyć w jednostronne zagrożenie bronią bakteriologiczną (s. 562,7)
„...Pod koniec lat osiemdziesiątych Sowieci mieli co najmniej dziesięć ton wirusa ospy prawdziwej w postaci umożliwiającej rozprzestrzenienie za pomocą głowic bojowych MIRV. ..”

Mimo, że z tak grubego tomiska nie wynotowałem ani jednej ciekawej myśli i mimo znużenia lekturą, o której dokończenie walczyłem siedem dni, daję tyleż gwiazdek w kategorii łatwej lektury dla niewymagającego czytelnika.

Wednesday, 7 June 2017

Harlan COBEN - "Tęsknię za tobą"

Harlan COBEN - "Tęsknię za tobą"

Harlan Coben (ur. 1962) - amerykański (pochodzenia żydowskiego) autor powieści kryminalnych, w których (Wikipedia)..:
"...często pojawiają się nierozwiązane bądź niedokończone sprawy z przeszłości (takie jak morderstwa, tragiczne wypadki, etc.) oraz wielokrotne zwroty akcji..."

Dorobek ma duży, począwszy od 1990 roku, a obecnie oceniana została wydana w 2014. Wg notki redakcyjnej:
"....Detektyw nowojorskiej policji Kat Donovan przeglądając profile na portalu randkowym, natrafia na zdjęcie byłego narzeczonego. Mężczyzna wiele lat temu złamał jej serce... ...Dawny ukochany nie chce jednak odnawiać znajomości...".

Czy to będzie zemsta niechcianej??

s. 49,5 wyjaśnienie tytułu:
"....John Waite nagrał piosenkę "Missing You", która stała się klasykiem wczesnego MTV. Niby-nowofalowy popowy utwór nadal wzruszał Kat, gdy słyszała go w radiu albo w barze, gdzie puszczano hity z lat osiemdziesiątych. Natychmiast wracała myślą do niezwykle łzawego teledysku, w którym John szedł samotnie ulicą i choć piosenka nosiła tytuł "Tęsknię za tobą", powtarzał: „Wcale za tobą nie tęsknię” głosem tak udręczonym, że kolejny wers („Mogę się okłamywać”) stawał się zbędny i nadmiernie objaśniający...."

A dalej banalny kryminał o zmuszaniu kobiet do prostytucji, o niebezpieczeństwach portali randkowych, o gejach, psychopatach i bezwzględnych morderstwach, ale z miłością i jej happy endem. Niczym się to-to nie wyróżnia z tysięcy podobnych produktów tworzonych szybko, łatwo i rutynowo dla zarobku.

Aby powiedzieć coś pozytywnego o tym "dziele" wynotowałem dwa cytaty równie banalne jak cała książka, lecz mogące uchodzić za "złotą myśl":

s.339,7
"....Nie da się zmienić przeszłości. Ale można ją kształtować za sprawą wspomnień. To ja wybieram, które z nich zachowam, nie ty..."

s. 349,9
".....— Kiedy jesteś młoda, wydaje ci się, że znasz wszystkie odpowiedzi. Identyfikujesz się z prawicą albo lewicą, a druga strona to banda kretynów. Sama wiesz. Jednak kiedy się nieco zestarzejesz, coraz wyraźniej dostrzegasz szarości. Dziś rozumiem, że prawdziwymi kretynami są ludzie przekonani, że znają wszystkie odpowiedzi...."

Tuesday, 6 June 2017

Jennifer Cody EPSTEIN - "Malarka z Szanghaju"

Jennifer Cody EPSTEIN - "Malarka z Szanghaju"

Zacznijmy od autorki, o której niewiele po polsku można znaleźć. Na podstawie anglojęzycznej Wikipedii podaję:
Epstein mieszka z mężem i córkami w Nowym Jorku. Dyplomów ma sporo, bo "mastera" ze Sztuk Plastycznych (Fine Arts) i ze Stosunków Międzynarodowych (International relations), a "bachelora" z angielskiego i orientalistyki (Asian Studies). Pisała dla NBC. HBO, "The Wall Street Journal", "The Asian Wall Street Journal", „The Nation" z Tajlandii, jak i magazynów "Self" i "Mademoiselle". Pracowała też w Tokio i Kioto w Japonii, gdzie spędziła pięć lat jako studentka, nauczycielka i dziennikarka, a także w Hong Kongu i Bangkoku. Epstein wykładała na Columbia University w USA i na Doshisha University w Kioto.
Omawiana książka będąca jej debiutem (2008), to fikcyjna autobiografia Pan Yuliang (1895 - 1977), chińskiej malarki, która zrewolucjonizowała chińską sztukę, wprowadzając do niej style zachodnioeuropejskiego malarstwa. Praca nad tą książką zajęła Epstein dziesięć lat, przynosząc w efekcie według niej samej "nie faktyczny bilans życia Pan Yuliang, a raczej jego przetworzony obraz". Autorka dołożyła wielu starań, by dokładnie sportretować osoby i epokę.
Sukces przyniosła i następna jej książka "The Gods of Heavenly Punishment", której akcja przebiega w czasie II w. św. W Japonii, ale o tym innym razem.

O samej Pan Yuliang wyczytałem w internecie sporo, z czego wybrałem kwintesencję, którą znalazłem pod adresem:

http://www.chinadaily.com.cn/photo/2006-11/14/content_732470.htm
"..Pan Yuliang, renowned for her own model, self-portraits and bathing women, who was condemned as "depraved" in the 1930-40 by conservative officals and art critics in China, now gains her reputation -- a female pioneer painter of western painting..."
Dodam, że Marie de Shazer napisała książkę o Pan Yuliang pod wymownym tytułem: "Pan Yu Liang, La Manet de Shanghai", porównując jej sławę w Chinach z Maneta we Francji.
Co do samej książki, to jest to ciekawa opowieść o poplątanym życiu malarki borykającej się z losem, lecz również materiał poznawczy warunków życia i obyczajów społeczności chińskiej. Nas szokuje już sprzedaż czternastolatki do burdelu, a cóż dopiero krępowanie stóp, aby uniemożliwić ich wzrost. Azjatycki folklor, który uatrakcyjnia biografię malarki, przedstawioną w oryginalnej formie.
Książkę polecam, bo ma wiele zalet, czyta się ją dobrze, a jednak muszę podkreślić pewien niedosyt, gdyż wszechstronna znajomość tematu, profesjonalność autorki jakoś nie przekłada się na przyswajalność czytelnika. Tak to odczuwam, choć nie potrafię sprecyzować dlaczego; chyba z powodu obcości chińskiego świata.

Monday, 5 June 2017

Arturo Perez - Reverte - "Mężczyzna, który tańczył tango"

Arturo Pérez-Reverte - "Mężczyzna, który tańczył tango"

Czytałem jego zbiór felietonów pt "Życie jak w Madrycie" i byłem zachwycony (7 gwiazdek). Teraz brnę przez romansidło z wyższych sfer, a w uszach mnie dźwięczy piosenka Hemara:
Przez całą noc tańczyłeś tylko ze mną
przyciskał nas do siebie ludzi tłok
i gdy twój wzrok pochylał się nade mną
widziałeś sam jak mi się myli krok
tańczyłeś ze mną, tyle ślicznych tang
mój dobry mąż zatopił się w rozmowie
mój dobry mąż prowadzi duży bank
nie tańczy ze mną ma tyle spraw na głowie
bądź zdrów mój mały Gigolo
to może lepij tak a może źle
bądź zdrów mój mały Gigolo
myślełeś że nie przyjmie jak przyciskasz mnie
mój dobry mąż był tobą zachwycony
chciał ci 100 zł dać dlaczegoś nie chciał wziąść?
Bądź zdrów mój mały Gigolo (...)
Polecam w wykonaniu Zuli Pogorzelskiej https://www.youtube.com/watch?v=-meKmdFHv0I
Barbary Rylskiej https://www.youtube.com/watch?v=bSisG4ViMpI
A książka? Nie wypada mnie zrzędzić skoro gigolo tak pięknie kocha, a że to oszust i złodziej to pewnie objaw mojej zazdrości. Ja też się wzruszyłem jak stary siennik, a że wolę "Trędowatą" to tej daję o dwie gwiazdki mniej czyli 8 w kategorii romansideł. Bo i romansidła są potrzebne!!



Saturday, 3 June 2017

Teodor PARNICKI - "Koniec 'Zgody Narodów'"

Teodor PARNICKI - "Koniec 'Zgody Narodów' " Powieść z roku 179 przed Nar. Chr.

Porywając się na swoje trzy grosze o tym dziele, muszę zacząć od wątku osobistego, bo Parnickiego intensywnie czytałem przed prawie 60 laty "małpując" mojego fenomenalnego Ojca (o fenomenie jego świadczą choćby studia i doktorat na UW uzyskane w ciągu 4 lat). I tak, podzielając jego zachwyty zaliczyłem i "Aecjusza..", i "Srebrne Orły", i "Tylko Beatrycze", jak i właśnie omawianą z 1945 roku. Oczywiście, z respektu dla Ojca, zachwycałem się każdym słowem spływającym z ust Parnickiego. Dzisiaj też się zachwycam, co wyrażam 10 gwiazdkami, tylko, że czytać tego to już mnie się nie chce. Wyjątek zrobiłem dla "Tylko Beatrycze", a w opinii pisałem:
„...Często słyszy się opinię, że Parnicki jest trudny i wymaga przygotowania historycznego. Trudny jest, ale dostępny dla laików i żadnego przygotowania nie potrzebuje; wprost przeciwnie czytelnik uczy się historii z jego książek .."

Na LC 37 książek Parnickiego opiniowano per saldo 25 razy, a odstępstwo stanowiły "Srebrne Orły" i "Tylko Beatrycze", które recenzowano po 11 razy. Omawiana doczekała się dwóch recenzji i oceny 7,65. Jedna z tych recenzji odwołuje się do monografii Szymutki, więc dla Państwa znalazłem (Wikipedia):
„Stefan Szymutko (1958 -2009) - polski historyk literatury, eseista... .....W 1991 na Wydziale Filologicznym tej uczelni uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych zakresie literaturoznawstwa. Temat jego pracy, napisanej pod kierownictwem prof. Tadeusza Bujnickiego, brzmiał: Wielość i wielkość. O "Końcu »Zgody Narodów«" Parnickiego. Stopień doktora habilitowanego uzyskał w 1999 roku na podstawie rozprawy Rzeczywistość jako zwątpienie w literaturze i literaturoznawstwie. W 2007 roku uzyskał tytuł profesora nauk humanistycznych.
Prowadził badania nad twórczością Teodora Parnickiego, oprócz pracy doktorskiej poświęcił mu szereg artykułów naukowych publikowanych w czasopismach naukowych oraz książkach zbiorowych. Przez wiele lat pracował nad przypisami do jednej powieści Parnickiego, Słowa i ciała, których jednak nie zdołał ukończyć. Był też pierwszym prezesem założonego w 1997 roku Towarzystwa Literackiego im. Teodora Parnickiego..."
Znalazłem również adres jego pracy pt "Żródło, czyli tekstu historii ciąg dalszy: na przykładzie "Końca 'Zgody Narodów'" Teodora Parnickiego". Prawie 100 stron ciekawej lektury:
http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej-r1994-t85-n2/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej-r1994-t85-n2-s62-94/Pamietnik_Literacki_czasopismo_kwartalne_poswiecone_historii_i_krytyce_literatury_polskiej-r1994-t85-n2-s62-94.pdf

Reasumując: to jest tak genialne, że zrozumiałe dla maluczkich (takich jak ja) w takim samym stopniu jak „Ulisses” Joyce'a.

Friday, 2 June 2017

Wojciech CHMIELARZ - "Podpalacz"

Wojciech CHMIELARZ - "Podpalacz"

O Chmielarzu (ur. 1984) słyszałem, lecz nic jego nie czytałem, a teraz mam pierwszą jego książkę z 2012 roku. Na LC "Podpalacz" dostał 7,08 (633 ocen i 129 opinii). Wydawnictwo Czarne, które książkę wydało, pisze:

"Wojciech Chmielarz (ur. 1984) – publikował m.in. w „Pulsie Biznesu”, „Pressie”, „Nowej Fantastyce”, „Pocisku” i „Polityce”. Były redaktor naczelny serwisu internetowego niwserwis.pl, zajmującego się tematyką przestępczości zorganizowanej, terroryzmu i bezpieczeństwa międzynarodowego. Jest autorem czterech książek z serii kryminałów o komisarzu Mortce oraz powieści kryminalnej "Wampir". Pięciokrotnie nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru, nagrodę tę otrzymał w 2015 roku za powieść "Przejęcie". W przygotowaniu jest film fabularny na podstawie jego drugiej książki "Farma lalek"... "

No mamy dobry polski kryminał, o wiele lepszy od recenzowanego przeze mnie wczoraj "Człowieka – nietoperza" Nesbo. Wszystko wydaje się logiczne, akcja żywa, znajomość Warszawy duża i trafna zasada, że "nobody is perfect" (to z "Pół żartem, pół serio"). Do tego banalna, smutna prawda, że... (s. 314.9 -e-book):
"...Mieszkasz w Polsce, chłopie, tutaj jak ktoś ma okazję wpakować cię w szambo, to zrobi to dla samej radości patrzenia, jak się w nim taplasz..."

Obniżam natomiast drastycznie ocenę za przekroczenie przez autora wszelkich granic przyzwoitości, przez włożenie w usta jednemu z bohaterów sekwencji skandalicznej i odrażającej (s. 178,1)"
".....– Tak, ale z żoną to wiesz, jak jest. Jedna baba przez tyle lat. Nudzi się. Poza tym, kiedy urodziła dziecko, zrobiła się mniej ciasna. Czasami czuję się tak, jakbym machał fiutem na środku Sali Kongresowej..."

Żywię nadzieję, że autor w następnych książkach uniknął takich wpadek i dlatego, jako debiutantowi, obniżam ocenę tylko o dwie gwiazdki tj z 8 do 6.

PS. Dopiero teraz zauważyłem, że już recenzowałem Chmielarza „Przejęcie” (7 gwiazdek)

Wednesday, 31 May 2017

Jo NESBO - "Człowiek - nietoperz"

Jo NESBO - "Człowiek – nietoperz"

Coraz więcej lektur "relaksujących" mnie się zdarza i tak czytam trzecią już książkę Nesbo (ur. 1960), po "Synu" (2014 - 8 gwiazdek) i "Krwi na śniegu" (2015 - 7 gwiazdek). Ta jest z początku jego kariery, z 1997 roku.

Norweski policjant Harry Hole zostaje wysłany do Sydney, aby uczestniczyć, w śledztwie prowadzonym przez australijską policję, dotyczącym morderstwa młodej Norweżki zamieszkałej tamże.

No i mamy dwóch australijskich aborygenów: Andrew i Toowoombę. Jak łatwo przewidzieć, jeden jest dobry, a drugi zły. Do tego mamy alkoholizm, narkomanię i prostytucję, ale przede wszystkim wszystkie wiadomości o Australii, jakie Nesbo pozbierał w czasie swojego tam pobytu. Żeby nabić objętość mamy jeszcze nudne porównania Norwegii ze Szwecją, no i klowna pedała, i kupę innych bzdur.

Rezultat opłakany, stracony czas, jedyne wytłumaczenie, że to debiut i dla tego łaskawie daję 5 gwiazdek.

Tuesday, 30 May 2017

Khaled HOSSEINI - "I góry odpowiedziały echem"

Khaled HOSSEINI - "I góry odpowiedziały echem"

Hosseini - to wielkie odkrycie; recenzowałem jego dwie książki (2 razy 10 gwiazdek) i na LC, wśród moich 1430 recenzji, "Chłopiec z latawcem", głosami Państwa, zajmuje pierwsze miejsce (308 głosów), a "Tysiąc wspaniałych słońc" - miejsce 48 (87 głosów). Ta - ma na LC najmniej głosów (219 opinii) i najsłabszy wynik, choć i tak świetny. (7,37). Zadebiutował w 2003, "Tysiąc..." - wydał w 2007, a omawianą w 2013. I to wszystko! Czyżby się "wypstrykał"?

Już odpowiadam. Nie, nie "wypstrykał się"; ma dalej dużo do powiedzenia: o przywiązaniu do korzeni, o trudnej historii Afganistanu, o trudnościach adaptacyjnych emigrantów, o więziach rodzinnych i religijnych, a przede wszystkim o strachu przed samotnością.

Zacznijmy od tytułu: jak autor podaje w posłowiu; zaczerpnął go z wiersza "Nurse's Song" (1789) Williama Blake'a (1757 -1827), popularnego u nas z powodu „Ziemi Ulro” Miłosza. Nie znalazłem polskiego tłumaczenia, więc podaje wersję oryginalną"

When the voices of children are heard on the green,
And laughing is heard on the hill,
My heart is at rest within my breast,
And everything else is still.

‘Then come home, my children, the sun is gone down,
And the dews of night arise;
Come, come leave off play, and let us away
Till the morning appears in the skies.’

‘No, no, let us play, for it is yet day,
And we cannot go to sleep;
Besides, in the sky the little birds fly,
And the hills are all cover'd with sheep.’

‘Well, well, go and play till the light fades away,
And then go home to bed.’
The little ones leapèd, and shoutèd, and laugh'd
And all the hills echoèd.

Kontynuując tematykę rodzinną z poprzednich książek, Hosseini stwarza relację między rodzeństwem Abdullahem i Pari, siostrami Parwaną i Masoomą oraz kuzynami Idrisem i Timurem. Do tego dochodzą relacje małżeńskie i międzypokoleniowe. A więc bogato, bo równorzędnych bohaterów naliczyłem się 16, wśród których wyróżnić można dwóch “łączników”: kierowcę Nabiego i lekarza greckiego Marcosa.
Proszę Państwa, to trzeba samemu przeczytać i nie przerażać się ilością wątków, bo całość jest spójna i logiczna. Proszę wyłapywać koneksje z Nabim i wszystko stanie się przejrzyste, a ja zwracam uwagę na najistotniejszy cytat (s. 530):
"... Przekonałem się, że świat nie widzi twojego wnętrza, że nie obchodzą go nadzieje i marzenia, a także smutki kryjące się pod maską skóry i kości. To absurdalnie proste i równie okrutne. Moi pacjenci to wiedzieli. Zdawali sobie sprawę, że to, kim są, będą albo mogą być, zależy od symetrii ich struktury kostnej, odległości między oczami, długości szczęki, kształtu nosa, tego, czy mają idealny kąt nosowo-czołowy, czy nie..."

Jest pierwsza w nocy, bo nie mogłem się oderwać, a w dodatku okulary mnie "zaparowały" ze wzruszenia i dlatego uparcie znowu daję 10 gwiazdek.

Sunday, 28 May 2017

Andrzej DRAWICZ - "Pocałunek na mrozie"

Andrzej DRAWICZ - "Pocałunek na mrozie"

Andrzej Drawicz (1932 -97) to polski eseista i krytyk literacki, lecz przede wszystkim tłumacz literatury rosyjskiej. Polonista z zawodu, rusycysta z wyboru; tłumacz i koneser "Mistrza i Małgorzaty" i twórczości Zoszczenki, tłumacz wspomnień Nadieżdy Mandelsztam, twórczości Okudżawy, Płatonowa, Jerofiejewa i wielu innych. Sygnatariusz "Listu 59" w 1976; w latach 1989 -91 prezes Komitetu ds Radia i Telewizji. Zmarł nagle 15 maja 1997, dokładnie w dniu urodzin swego ukochanego pisarza Bułhakowa. Zmarł nagle 15 maja 1997, dokładnie w dniu urodzin swego ukochanego pisarza Bułhakowa.

W Wikipedii czytamy:
".....Formułując wyważone sądy, biorąc pod uwagę skomplikowaną sytuację pisarzy rosyjskich w kraju i na emigracji, próbował być mediatorem między inteligencją polską a rosyjską ("Pocałunek na mrozie")..."

Ten wprowadzony na LC przeze mnie zbiór felietonów jest jego dziewiątą pozycją, a moja opinia per saldo drugą. Szkoda, że "rusofobia" triumfuje, bo wśród jego dzieł są dwie pozycje o Gałczyńskim i (chyba) najważniejsza "Mistrz i diabeł, czyli rzecz o Bułhakowie"

Drawicz podejmuje trud opisu Rosji, gdyż dotychczasowe próby innych go nie satysfakcjonują (s. 8):
"...rzeczywistość opisana miała się do autentycznej, twardej faktury rosyjskiego życia jak pięść do nosa..."
Drawicz, starszy ode mnie o 11 lat, tzn o epokę, poddany jest indoktrynacji w okresie stalinowskim, gdy owocem zakazanym były.. (s. 19):
„...tomiki Mandelsztama, Cwietajewej, Pasternaka, Achmatowej. Oficjalne wydania, które stały się cymeliami i rarytasami za sprawą stalinowskich praktyk amputowania pamięci i wykreślania kawałków przeszłości. Patrzyłem w nabożnym zachwycie..”
Ja też się nimi zachwycałem, lecz „legalnie”, gdy w 1959 niezapomniany pedagog, nauczyciel rosyjskiego Roman Czubaty zlecił mnie w ramach „poprawki” do klasy maturalnej, nauczenie się „naizust' ” 10 wierszy dowolnych poetów rosyjskich. Kupiłem parę zbiorków w księgarni rosyjskiej na Pl. Unii Lubelskiej i „zaskoczyłem”. Wiersze do dzisiaj deklamuję, choć wtedy nikt mnie z nich nie odpytywał, bo efekt w postaci jedynej „piątki” na maturze z rosyjskiego, sam przyszedł.
Drawicz, jak i Miłosz (a ja za nimi) odróżnia „rosyjskie” od „sowieckiego”, co pozwala na docenienie kultury rosyjskiej. Bo, choć ostentacyjnie „olewaliśmy” w szkole „język rosyjski”, to nie byliśmy ślepi na rosyjską kulturę i czytaliśmy ich klasyków, jak i „Lejzorka Rojtszwańca” czy Ilfa i Pietrowa. Do tego byliśmy młodzi, co Drawicz ładnie ujmuje (s. 15):
„..bo choć czasy były paskudne, ale my - młodzi...”
Teksty dotyczą lat 1957 – 88, lecz jak autor wyjaśnia we wstępie (s. 8):
„...Podstawowy zrąb tekstów odnosi się do lat 1963-1976, kiedy jeździłem do Związku regularnie, zarówno oficjalnie, jak prywatnie. Ku końcowi trzy szkice dotyczą sytuacji z jesieni 1987, kiedy znów zobaczyłem Rosję po dwunastoletniej przerwie. Szkice te były publikowane w "Tygodniku Powszechnym" z niewielkimi ingerencjami cenzury, zaznaczonymi kursywą. Większość pozostałych tekstów ukazywała się w periodykach niezależnych i emigracyjnych..."
Mam teraz dla Państwa dobrą wiadomość, że znalazłem całą omawianą książkę (za darmo) pod adresem: http://niniwa22.cba.pl/pocalunek_na_mrozie.htm

Skoro książka jest już dla Państwa dostępna, to ją gorąco polecam, bo jak podaje trafnie Wydawnictwo Łódzkie pod adresem: https://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=79556
„... -„Pocałunek na mrozie" to bezcenna lektura dla każdego, kto chce zrozumieć ten niezwykły fenomen, jakim jest homo sovieticus...”
Bardzo rzetelna publicystyka; gwiazdek 8

Saturday, 27 May 2017

Mika WALTARI - "Mikael Hakim"

Mika WALTARI - "Mikael Hakim"

Kontynuacja pierwszej części przygód fińskiego obieżyświata w szesnastowiecznej Europie pt "Mikael Karvalajka". Teraz autor opowiada jak Mikael przechodzi na islam i zdobywa znaczącą pozycję na dworze Sulejmana Wspaniałego (1494 -1566), który sprawował rządy w latach 1520 – 1566.

Przeczytałem, ubawiłem się świetnie, wniosek jeden: zachować czujność przy zatrudnianiu eunuchów. Książka szczególnie cenna aktualnie, w dobie chorej islamofobii, bo jednak eunuch Soliman oddaje skradzione diamenty derwiszowi Mikaelowi el-Hakimowi, co napawa pewnym optymizmem.

Obfite recenzje tej książki usprawiedliwiają zwięzłość mojej wypowiedzi. Polecam, 8 gwiazdek.

Friday, 26 May 2017

Andre MAUROIS - "Życie Aleksandra Fleminga"

Andre MAUROIS - "Życie Aleksandra Fleminga"

Wielu ludziom spadło na nos jabłko z drzewa, lecz tylko Newtona zainspirowało do sformułowania prawa powszechnego ciążenia; niejednemu też przelała się woda z wanny, lecz tylko jeden stworzył prawo Archimedesa; podobnie wielu bałaganiarzom zapleśniały nie umyte naczynia, lecz tylko Fleming zauważył "strefy zahamowania" wzrostu bakterii wokół nich, a to doprowadziło w rezultacie do otrzymania najpotężniejszej obecnie grupy leków tj antybiotyków. Nim jednak zajmę się jego biografią, parę słów o autorze.

Za mojej młodości (przełom lat 50. i 60) Maurois (1885 - 1967) był jednym z najpoczytniejszych pisarzy, a dzisiaj na LC znajduję (wymieniam tylko znaczące): „Dzieje Anglii” - 2 opinie; „Klimaty” - 14 (wyjątek!!!); „Lelia czyli życie George Sand” - 1 opinia; „Olimpio czyli życie Wiktora Hugo” - 1; „Trzej panowie Dumas” - 0; „Wolter” - 1; „W poszukiwaniu Marcela Prousta” - 1, a omawiana też - 1 opinia. A gdzie biografie Disraeli'ego, Byrona, Shelleya czy Balzaka? To wszystko warto przeczytać, ale zwracam szczególną Państwa uwagę na omawianą oraz na „W poszukiwaniu Marcela Prousta”. Pierwszej poświęcam recenzję, a drugą polecam czytelnikom arcydzieła Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”, bo książka Maurois jest nieodzownym uzupełnieniem tego wielotomowego dzieła.

To teraz ciekawostki o autorze. Andre Maurois to pseudonim, bo urodził się jako Émile Salomon Wilhelm Herzog, syn Ernesta Herzoga, żydowskiego wytwórcy tekstyliów i jego żony Alice Levy – Rueff. W 1938 został członkiem Akademii Francuskiej. Przedtem ożenił się z polsko-rosyjską arystokratką Jeanne – Marie Wanda de Szymkiewicz, która zmarła w 1924 na sepsę. Drugą żoną została wnuczka Anatole France'a, Leontine Arman de Caillavet. Podczas niemieckiej okupacji para wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie uczestniczyła w propagandzie antynazistowskiej. Pod koniec wojny Maurois wrócił do Francji i działał w partyzantce de Gaulle'a.

Jako czytelnik zapewniam Państwa, że pochłoniecie biografię Fleminga, bo nie dość, że jest świetnie napisana, to pech Fleminga Was zaintryguje. O wspomnianym pechu powiem natomiast jako fachowiec, który przepracował 10 lat w TZF "Polfa" przy biosyntezie antybiotyków. Otóż Fleming trafił na najlepszy, ale i najbardziej wredny antybiotyk, którego izolacja jest najtrudniejsza, bo najmniejsze odstępstwo od wymaganych parametrów (np pH) prowadzi do utraty własności terapeutycznych. Pierwsza udana izolacja wymagała niesamowitych środków i dlatego, dopiero po 10 latach w 1938 roku, Florey i Chain w Stanach osiągnęli sukces. W dodatku penicylinę wytwarzają pędzlaki, a nie jak w przypadku większości antybiotyków promieniowce bądź bakterie.

Niech nagminne stosowanie antybiotyków przysłuży się zainteresowaniu biografią ich twórcy.


Mika WALTARI - "Mikael Karvajalka"

Mika WALTARI - "Mikael Karvajalka"

Mika Waltari (1908 – 79) był jednym z najpłodniejszych fińskich pisarzy: napisał co najmniej 29 powieści, 15 nowel, 6 zbiorów opowiadań lub baśni, 6 tomów poezji i 26 sztuk teatralnych, także scenariusze, słuchowiska radiowe, reportaże, tłumaczenia, setki recenzji i artykułów. Jest także najbardziej znanym na świecie fińskim pisarzem – jego utwory przetłumaczono na ponad 40 języków.
Dla mnie to przede wszystkim autor arcydzieła "Egipcjanin Sinuhe" (1945), akurat poprzedzającego omawianą książkę (1948). Koncepcja Fina przemierzającego całą Europę jest niewątpliwie interesująca, lecz minusem jest zbytnia naiwność bohatera. Jednakże nasz naiwny Mikael, mimo braku "jaj", spada zawsze na cztery łapy czyli wychodzi z opresji cało, by móc być świadkiem dalszych wydarzeń w XVI wiecznej Europie. A w niej się dzieje aż za dużo jak na 350 stron.
Akcja zaczyna się na płd. - zach. brzegu Finlandii, w Turku, skąd Mikael wyrusza do Europy i basenu Morza Śródziemnego, gdzie spotka go wiele awanturniczych przygód powiązanych z autentycznymi historycznymi wydarzeniami czy miejscami, takimi jak:
„Stockholm bloodbath” tj „Krwawa łaźnia sztokholmska" – egzekucja około stu osób dokonana w Sztokholmie w dniach 8–9 listopada 1520. Dokładna liczba ofiar nie jest znana. Źródła często podają liczbę 82 straconych powołując się na kata tamtych wydarzeń. (W styczniu 1520 Chrystian II zaatakował Szwecję od strony lądu. Najeźdźcy odnieśli zwycięstwo... ..7 września 1520 Sztokholm skapitulował.... ..4 listopada 1520 Chrystian II koronował się na króla Szwecji. Trzy dni później uwolniony z więzienia arcybiskup Gustaw Trolle oskarżył wrogów króla i własnych o herezję. 8 listopada 1520 sąd kościelny skazał kilkadziesiąt osób na karę śmierci, przekazując wykonanie wyroku władzy świeckiej). (Wikipedia)
Studenckie życie na paryskiej Sorbonie w tym czasie;
Protestancka reformacja w Niemczech, "Knights' Revolt" w 1522 czyli powstanie rycerstwa przeciwko arcybiskupowi Trewiru, przeciw Rzymskiemu Katolickiemu Kościołowi, powstanie von Sickingena – do którego doszło w latach 1522–1523 w zachodnich Niemczech i które zainspirowało "German Peasants' War" w latach 1524 -1526 ("Wojna chłopska" - niem. Bauernkrieg - największe antyfeudalne powstanie chłopskie w dziejach Niemiec). Na stronach książki pojawiają się Luther i Müntzer;
Wyprawa hiszpańskich konkwistadorów, ekpedycja Pizarra, do której mało co nie załapał się nasz Mikael;
Polowanie na czarownice i inkwizycja w małym niemieckim miasteczku. Oczywiście ofiara to niewinna dziewczyna;
Wojny w XVI wiecznej Europie i ekspansja cesarstwa ottomańskiego;
"Złupienie Rzymu" ("Sacco di Roma") - zdobycie i złupienie Rzymu w dniach 6 – 14 maja 1527 przez niemiecko-hiszpańskie wojska Karola V podczas wojny z Francją, papieżem Klemensem VII oraz miastami włoskimi (liga w Cognac 1526). Barbarzyńskie zniszczenie miasta położyło kres epoce odrodzenia w Rzymie. (Wikipedia)
Ta obfitość wydarzeń, a szczególnie wojen, miejscami nuży czytelnika, stąd cieszą i najbardziej podobają się "rozrywkowe" strony o czarownicach.
Reasumując - czyta się dobrze, lecz dla mnie Waltari pozostaje "autorem jednej książki" tj "Egipcjanina Sinuhe". Gwiazdek - pewne 7


Thursday, 25 May 2017

Jonathan Safran FOER - "Oto jestem"

Jonathan Safran Foer - "Oto jestem"

Polskojęzyczna Wikipedia podaje:

Jonathan Safran Foer (ur. w 1977), amerykański pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów z Bielska Podlaskiego, autor powieści "Everything is Illuminated" (2002) („Wszystko jest iluminacją”, polskie wydanie 2003), za którą otrzymał "Guardian" First Book Prize (można domniemywać, że opisuje w niej ojczyznę swoich dziadków - wschodnie rubieże dzisiejszej Polski), i "Extremely Loud and Incredibly Close" („Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, polskie wydanie 2007)... ...W 2009 ukazało się "Zjadanie zwierząt" (Eating Animals), książka w krótkim czasie stała się bestsellerem..."

Uzupełniam na podstawie anglojęzycznej Wikipedii, że urodził się w Waszyngtonie, że jego starszy brat, Franklin, jest wydawcą "The New Republic", a młodszy, Joszua jest twórcą "Atlas Obscura" i autorem świetnej pracy pt "Moonwalking with Einstein. The Art and Science of Remembering Everything" (polskie wyd. pt "Jak zostałem geniuszem pamięci. O sztuce i technice zapamiętywania"), którą miałem przyjemność recenzować oraz że Jonathan uważany jest za nowego Philip Rotha.

„Oto jestem” („Here I am”) wydane w 2016, opisuje serię wydarzeń, które dotknęły żydowską rodzinę mieszkającą w Waszyngtonie. Niektórzy recenzenci odnajdują w tej książce wątki autobiograficzne, w związku z czym podaję, że autor ożenił się w czerwcu 2004 z pisarką Nicole Krauss, że mają dwoje dzieci i że od 2014 są w separacji. O stosunku autora do swojego dzieła Wikipedia podaje:
„...When asked to describe the novel, author Jonathan Safran Foer said, "I would say it’s not my life but it’s me." ...”

Tytuł książki zaczerpnięty został z Biblii (G 22, 11), gdy Abram zamierza złożyć w ofierze Izaaka.

Już po paru stronach okazuje się, że nie dorosłem do tej książki, bo czytając o upodobaniach Julii w urządzaniu domu, nie jestem w stanie zrozumieć wtrętu, napisanego dla odróżnienia kursywą (s. e-book 58):
"błagasz, żebym wypieprzył twoją ciasną piczkę, ale jeszcze na to nie zasłużyłaś"

Pół strony na wystrój domu i... (s. 59,2):
"jeszcze tego wystarczająco nie potrzebujesz
chcę, żeby lało się z ciebie w twój odbyt"

Ni przypiął, ni przyłatał; ciemniak jestem. Autor przechodzi do opisu małżeństwa Jacoba i Julii, w którym, po urodzenia trojga dzieci, jest coraz więcej niedomówień. Aby przywrócić nić wzajemnego zrozumienia Jacob kupuje drogą broszkę... I nagle przerywnik (s. 85):
"daj mi swój wytrysk
potem możesz mieć mojego kutasa"

Pięć linijek rozmyślań Julii o wymarzonym domu i jej stosunku do dzieci.. I przerywnik:
"nie zasługujesz na to, żeby ruchać cię w dupę"

Po tym przerywniku Julia snuje wizję mniej egoistyczną; w nagrodę konkluzja:
"teraz zasługujesz, żeby ruchać cię w dupę"

Julia biadoli dalej nad swoim życiem (s. 88,6):
"Nie wiedziała, co począć z uczuciem, że pragnie dla siebie więcej – więcej czasu, miejsca, spokoju. Może z dziewczynkami byłoby inaczej, ale miała chłopców. Przez rok trzymała ich przy sobie, ale po tych bezsennych wakacjach była zdana na łaskę i niełaskę ich fizyczności – ich okrzyków, zapasów, walenia w stół, pierdzenia na wyścigi i niekończącego się badania moszny. Uwielbiała to, bez wyjątku, ale potrzebowała czasu, miejsca i spokoju. Może dziewczynki byłyby bardziej refleksyjne, mniej prymitywne, bardziej konstruktywne, mniej zwierzęce. Już to, że takie myśli mogły jej zaświtać w głowie, sprawiało, że czuła się wyrodną matką, mimo że świetnie zdawała sobie sprawę z tego, że jest dobrą matką. Więc dlaczego to było takie skomplikowane? Niektóre kobiety wydałyby ostatni grosz, by zajmować się tym, czego nie znosiła. Każde błogosławieństwo obiecane jałowym biblijnym heroinom wpadało w jej otwarte ręce jak deszcz. I przeciekało przez nie"

I przerywnik (s. 89,3):
"chcę zlizać spermę z twojego odbytu"

I jeszcze Julia w trakcie małżeńskiej rozmowy (s. 198,8):
"– Zlizać spermę z jej odbytu? – Zaśmiała się. – Ty? Jesteś tchórzem i masz szajbę na punkcie zarazków. Po prostu chciałeś to napisać. I w porządku. A nawet świetnie. Ale przyznaj się do fantazji. Chciałbyś chcieć jakiegoś życia w seksualnym napięciu, ale w rzeczywistości chcesz sprawdzania wózków dziecięcych w lotniskowych bramkach, filtrów do uzdatniania wody, a nawet swojej jałowej egzystencji bez obciągania, bo oszczędza ci to zamartwiania się o erekcję. Jezu, Jacob, nosisz przy sobie paczkę mokrych chusteczek, żeby nie musieć używać papieru toaletowego. Mężczyzna, który chce zlizać spermę z czyjegoś odbytu, nie zachowuje się w ten sposób."

ENOUGH!!!! Nie jestem masochistą, więc dalej taką "literaturą" nie będę się katował. Amerykańscy recenzenci słusznie uważają Foera za kontynuatora Philipa Rotha. Tylko, że on ma u mnie CZTERY PAŁY.

Janusz Leon Wiśniewski - "I odpuść nam nasze.."

Janusz Leon Wiśniewski - "I odpuść nam nasze.."

Strata czasu!! Bełkot grafomana!!
PS Nie rozumiem recenzentów na LC ciskających gromy i dających 3-4 gwiazdki. Brak odwagi??

Wednesday, 24 May 2017

Ingo F. Walther - "Van Gogh...."

Ingo F. WALTHER - "Vincent van Gogh 1853-1890. Wizja i rzeczywistość"

Dysponuję wydaniem angielskim z podtytułem "Vision and Reality", lecz, by nie mnożyć zbędnych bytów, podłączam się na LC pod polskojęzyczne wydanie.

Ingo F. Walther (1940–2007) was born in Berlin and studied medieval studies, literature, and art history in Frankfurt am Main and Munich. He published numerous books on the art of the Middle Ages and of the 19th and 20th centuries

Album jest przepięknie wydany, zawiera ok. 60 kolorowych reprodukcji wzbogaconych ich opisem, jak i okoliczności w jakich powstały. W trakcie lektury proszę pamiętać o „Kalendarium” umieszczonym na końcu książki. Wspaniale opracowany tekst jest dość zwięzły i radzę go wykorzystać do równoległej lektury tego albumu z „Listami do brata”. Może to pewna niewygoda, lecz na pewno warto spróbować, by kompleksowo poznać życie i twórczość artysty.

Oczywiście, bez „wspomagania”, sam album wzbudza najwyższy zachwyt i stanowi kompendium wiedzy o tym geniuszu.

Vincent van Gogh - "Listy do brata"

Vincent van Gogh - "Listy do brata"

Przed lekturą "Listów do brata" warto poznać fabularyzowaną biografię van Gogha "Pasję życia", autorstwa Irvinga Stone'a oraz album Ingo F. Walthera "Van Gogh 1853 – 1890. Wizja i rzeczywistość". Ze swojej młodości (przełom lat 50. i 60.) pamiętam również świetną biografię Henri Perruchot pt „Van Gogh”, ale chyba później nie wznawianą.

„Listy..” nie są dziełem literackim, lecz prywatną, intymną korespondencją, którą naruszamy ze względu na chęć poznania i zrozumienia wielkiego artysty i jego dzieł. Mimo dobrego opracowania i tłumaczenia przez Joannę Guze i Macieja Chełkowskiego pewne przygotowanie czytelnika jest wskazane.

Aby nie być banalnym, wyznam tylko szczerze, że dla mnie jest to lektura fascynująca, mimo, że powtórna. Akurat w momencie, gdy ściany pokoju, w którym siedzę i piszę zdobią cztery jego reprodukcje.

John HART - "Żelazny dom"

John HART - "Żelazny dom"

John Hart (ur. 1965) - adwokat, który zadebiutował jako pisarz w 2006 "Królem kłamstw". Ta jest jego czwartym kryminałem wydanym w 2011. Wszystkie jego tytuły wydaje w Polsce "Sonia Draga".

Jak trafi mnie się dobry kryminał to noc zarwana i tylko kocice obsłużone, a reszta musi czekać. Tym razem lektura przedłużyła się do obiadu. Trupów co niemiara, bohatera kule się nie imają, a i miłości sporo. Wypada jakiś szkopuł znaleźć, więc zarzucę schematyzm, że najważniejsze postacie wywodzą się z dołów społecznych, a przecież jakiś gangster czy prostytutka mogłaby być choć z klasy średniej. Ale to żart, bo książka fajna, pozwalająca czytelnikowi na empatię i wiarę w prawdopodobieństwo fabuły, a ciekawy cytat też wypisałem (s. e-book 732):
„...- Z wątpliwościami można żyć.. ..Niszczy nas prawda”.

Monday, 22 May 2017

Erich Maria REMARQUE - "Łuk Triumfalny"

Erich Maria REMARQUE - "Łuk Triumfalny"

Książka mojej młodości; zachwycałem się nią równe 60 lat temu. A więc jeszcze jeden powrót do starych lektur, aktualizacja opinii czyli sprawdzenie jak ją ząb czasu nadgryzł. Przypomnę, że w negatywnej recenzji jego powieści pt "Gam" pisałem:
".....jego image, zbudowany na 5 wybitnych książkach ("Na Zachodzie bez zmian", "Trzej towarzysze", "Łuk triumfalny", "Czas życia i czas śmierci", "Noc w Lizbonie") jest stabilny i nienaruszalny....."

W tej samej recenzji podawałem ciekawostkę związaną z nazwiskiem pisarza:
"... w czasach mojej młodości nauczano, że autor nazywał się Kramer, był niemieckim Żydem, a pseudonim stworzył czytając nazwisko od końca. Teraz podają, że nazywał się Remark i nic z Żydami go nie łączyło. Czy to jest swoista „political correctness”?..."

Recenzując zaś (też negatywnie) "Dom marzeń" kpiłem:
".....czas umierać, gdyż niemiecki Żyd Kramer, syn Kramerów i brat Kramerównej, poddanej przez Hitlera dekapitacji, w zastępstwie brata, przemienił się w Niemca Remarka, syna Remarków.... To czemu on uciekał z Niemiec i czemu siostrzyczkę zły Hitler pozbawił głowy? ..."

Pozostawiam to bez rozstrzygnięcia, bo co się dziwić tej zmianie, gdy w Polsce stawia się pomniki Łupaszce i Kurasiowi. Pozostaje wierzyć, że tempus omnia revelat.

Wracając do powieści. Przepisuję z Wikipedii
"....Tytułowy "Łuk Triumfalny" - symbol militarnych zwycięstw Napoleona i francuskiego patriotyzmu.. ....Wokół niego toczy się życie bohaterów powieści. Ta właśnie budowla stanowi dla Remarque’a, znanego z pacyfistycznych poglądów, symbol ludzkiej agresywności, ludzkiego cierpienia i bezsensownej śmierci..."

I w przededniu II w. św. cudowna historia miłosna dwojga rozbitków, która nie może być optymistyczna, bo...
"....Było tak ciemno, że nie widzieli nawet Łuku Triumfalnego....”

Przepiękna książka, również po tylu latach. Gorąco polecam.




Małgorzata WARDA - "Środek lata"

Małgorzata WARDA - "Środek lata"

Małgorzata Warda (ur. 1978) – pisarka, malarka, rzeźbiarka. Literacki debiut w 2004, ta (chyba) czwarta z 2007, ogółem doliczyłem się 10 książek plus opowiadania. Tempo imponujące. Na LC 7,15 (318 ocen i 45 opinii). Mój kontakt z jej twórczością - pierwszy i ostatni, bo czyta się lekko, lecz autorka nic nie ma mnie do powiedzenia, a na literaturę tylko relaksującą czasu mam coraz mniej.
Po przykrych doświadczeniach z polskimi pisarkami, nie zamierzam analizować języka ani formy, a ograniczę się do stwierdzenia, że dla mnie ta lektura to strata czasu, a aby nie wzniecać sporów daję dla świętego spokoju gwiazdek aż 5.

Jaume CABRE - "Głosy Pamano"

Jaume CABRE - "Głosy Pamano"

Cabre (ur. 1947) - katalończyk, autor popularnego w Polsce "Wyznaję" (2011), napisanego 7 lat po omawianej (2004). Zwracam na to uwagę, gdyż czytelnicy na ogół poznają te książki w odwrotnej kolejności zapominając, że siedem lat w doskonaleniu kunsztu pisarskiego to epoka.
Jest to historia małej wsi w Palars Sobira od lat 40. XX wieku do czasów współczesnych. Główny temat to pamięć i niezdolność do wybaczania. Na LC 8,01 (1031 ocen i 164 opinie).

Tyle napisano o tym dziele, że mnie pozostaje tylko zauważyć, że Hiszpanie wykazali dużo dobrej woli, by dotychczasowe podziały zminimalizować i w dużym stopniu im się to udało. Nie można nie zauważyć, że i oni, i my mamy piewcę historii, którego nazwisko zaczyna się na literę C. Czyli CABRE contra CENCKIEWICZ. I dlatego daleko nam do zjednoczenia.

Dla Cabre - ocena człowieka jest nader złożona i stara się uwzględnić wszelkie aspekty i okoliczności, Cenckiewiczowi wystarczy pretekst - "Bolek".

Książka szczególnie ważna dla Polaków obserwujących aktualnie kariery ludzi, gdy ekipa rządząca propaguje nacjonalizm i przyzwala na faszyzm.

Literacko - wysokie loty, a wzmocnienie tematem prowadzi do 10 gwiazdek/

Saturday, 20 May 2017

John WILLIAMS - "Profesor Stoner"

John WILLIAMS - "Profesor Stoner"

John Williams (1922 – 1994) - amerykański pisarz, wykładowca i wydawca. Laureat National Book Award za powieść "Augustus” (1972). Doktoryzował się z literatury angielskiej w 1954 roku. Ta, wydana w 1965, jest najpopularniejszą i na LC ma notowania: 7,63 (425 ocen i 91 opinii).

Całą przyjemność lektury zabiera wstęp napisany przez irlandzkiego pisarza Johna McGohern (1934 – 2006), który należy ominąć, a w najlepszym przypadku przeczytać jako posłowie tzn po książce. Niestety nikt mnie nie ostrzegł, o co mam pretensję do polskiego wydawcy.

Niestety, nie potrafię podzielić zachwytów innych recenzentów, bo przypomina mnie się:
„.... jakiś płaz w skorupie. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem....."

Stoner odchodzi od własnych korzeni, od własnej rodziny, lecz nie potrafi zdobyć teściów, a co do jedynych dwóch przyjaciół też można mieć wątpliwości. Żenujący związek małżeński, w którym dochodzi do seksu z obowiązku lub, przez krótki okres, dla prokreacji. Ciamajda w stosunku do żony, żenująco łatwo rezygnujący z wychowania córki. I seks czterdziestotrzyletniego wyposzczonego profesora ze swoją studentką zafascynowaną nim wskutek pozytywnej oceny jej semestralnej pracy. Oczywiście, rezygnacja z tej niby miłości kosztem "ukochanej", byle nie zmącić własnego spokoju. Konflikty zawodowe, a w końcu starość i śmierć nikomu niepotrzebnego, zamkniętego w sobie egoisty, który szukał schronienia przed życiem w studiach nad językiem angielskim.

Przeciwnikami Stonera jest kaleki Lomax i równie kaleki jego student. Fizycznie, bo psychicznie kaleki jest Stoner, którego śmierć nikogo raczej nie zmartwi. U Gombrowicza pan Leon lepi kulki z chleba i wspomina seks z kucharką, a wysublimowany Stoner uduchawia się literaturą angielską i wspomina jedyny udany seks ze studentką.

Książka wydana 52 lata temu, której akcja przebiega w pierwszej połowie XX wieku, trafnie pokazuje ówczesny purytanizm amerykański, który niestety nie dotrwał do naszych czasów. Trochę szkoda! Ponarzekałem na bohatera, lecz książkę chwalę, Państwu polecam, bo czyta się ją fajnie, a gwiazdek daję 7.

Wednesday, 17 May 2017

Jacek Hugo -- Bader - "Długi film o miłości. Powrót na Broad - Peak"

Jacek Hugo – Bader - "Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak"

Autora znam tyko ze złej strony tzn z negatywnie przeze mnie ocenionej "Białej gorączki". Teraz przyszło mnie się zmierzyć z kontrowersyjnym jego pseudoreportażem o wyprawie na Broad Peak. Pseudoreprtażem, bo ta fabularyzowana opowieść na miano reportażu nie zasługuje. Zainteresowanym wielbicielom autora polecam:
"Broad Peak - na drugim końcu liny" - Jacek Berbeka w rozmowie z Błażejem Popławskim
Adres: http://kulturaliberalna.pl/2014/06/17/broad-peak-drugim-koncu-liny/
Awantura o Hugo-Badera. Po książce o wyprawie na Broad Peak alpiniści zarzucają mu kłamstwa i manipulacje
Adres: http://natemat.pl/107327,awantura-o-hugo-badera-po-ksiazce-o-wyprawie-na-broad-peak-alpinisci-zarzucaja-mu-klamstwa-i-manipulacje
„Tygodnik Powszechny” oskarża Jacka Hugo-Badera o plagiat. W książce o Broad Peak użył fragmentów innego reportażu?
http://natemat.pl/107539,tygodnik-powszechny-oskarza-jacka-hugo-badera-o-plagiat-w-ksiazce-o-broad-peak-uzyl-fragmentow-innego-reportazu
Burza wokół książki Hugo-Badera
http://angelus.com.pl/2014/06/burza-wokol-ksiazki-hugo-badera/
Słowa mówią same za siebie
http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/3485343,slowa-mowia-same-za-siebie,1,id,t,sa.html
I wiele innych. Po tych artykułach, zamiast komentarza, wyrażam zachwyt tupetem autora. I jeszcze jedno: czytałem większość książek Kapuścińskiego, lecz nie znajdziecie Państwo ani jednej recenzji jego książek wśród moich 1417 recenzji na LC, bo przestał być wiarygodny, gdy okazało się, że nie wiadomo gdzie kończą się fakty, a gdzie zaczyna się fikcja. Można stworzyć pojęcie "reportażu fabularyzowanego", tyko, że mnie to nie zadowala; gorzej - czuję się zrobiony w jajo. Skoro więc nie recenzuję mistrza Kapuścińskiego, to zrozumiałe, że więcej nie będę recenzował Hugo – Badera.
Autor jest obcy wśród himalaistów, nie uzyskał ich akceptacji i został przez nich jednoznacznie odrzucony. A tragiczna śmierć ich bliskich wymaga delikatności a nie hucpy. Długo zastanawiałem się nad oceną, jestem jednak tak zniesmaczony całą tą atmosferą, jak i zarzutami plagiatu, ze nie mogę dać innej oceny niż pała

Jo NESBO - "Syn"

Jo NESBO - "Syn"

Mimo jego popularności recenzowałem tylko "Krew na śniegu", której dałem 7 gwiazdek tj powyżej średniej na LC - 6,18. Obecna - ma być bardziej charakterystyczna dla jego twórczości. Na LC ma 7,6 (3734 ocen i 480 opinii). To co ja mogę ciekawego powiedzieć przy takiej ilości opinii ??
Podam tylko ciekawostkę z anglojęzycznej Wikipedii:
"....Nesbo started work on "The Son" during Good Friday in 2012. The pot is inspired by the Bible..."
Zbrodnią byłoby ujawnianie treści, a szczególnie etapów poznawania prawdy przez tytułowego Syna, więc powiem jeno, że nie żałuję czasu, bo kryminał dobry i trupów co niemiara. Osiem gwiazdek.

Sunday, 14 May 2017

Cormac McCarthy - "Rącze konie"

Cormac McCarthy - "Rącze konie"

Recenzowałem jego "Drogę" z 2006 i dałem 8 gwiazdek, lecz przypisując część zasług Oprah Winfrey. Obecnie czytana książka powstała 14 lat wcześniej (1992). W notce redakcyjnej czytam:
"...Rącze konie są opowieścią o dojrzewaniu, utraconej niewinności, pierwszych męskich decyzjach i przyjaźni, z której trzeba zdać egzamin. W 2000 r. powieść została przeniesiona na duży ekran przez Billy’ego Boba Thorntona. Główne role zagrali Matt Damon i Penelope Cruz...."

Na LC 7,39 (567 ocen i 58 opinii). Ocenie się nie dziwię, bo sam daję 7 gwiazdek, natomiast nic nie rozumiem z recenzji, których przeczytałem ponad trzydzieści. Bo dla mnie jest to dobrze napisana poetycka kowbojska baśń dla młodzieży lub podróżnych na pięciogodzinnej trasie. I nic więcej. Miło spędzone tych kilka godzin lektury, pełny relaks wskutek oderwania się od rzeczywistości, fajne koniki, a po tygodniu kompletna amnezja. Poczytne czytadło!!

Saturday, 13 May 2017

Ayn RAND - "Żródło"

Ayn RAND - "Żródło"

Ayn Rand urodzona jako Alissa Zinowjewna Rosenbaum (1905 w Petersburgu – 1982 w Nowym Jorku) - amerykańska pisarka i filozof pochodząca z rosyjskich Żydów, twórczyni filozofii obiektywizmu. Autorka powieści, w których stałym wątkiem jest obraz bohatera osiągającego sukces dzięki własnej pracy, pomimo wynikających z tego konfliktów z innymi. Ayn Rand uważała prezentację pozytywnych wzorców obiektywizmu za główny cel swojej twórczości.
Nie ma żadnej wątpliwości, że trzeba zacząć od filozofii obiektywistycznej (Wikipedia):

"Obiektywizm – system filozoficzny opracowany przez Ayn Rand (1905-1982). Filozofia obiektywizmu odrzuca jako nieracjonalne istnienie istot nadprzyrodzonych, w tym i Boga, głosząc ateizm i antropocentryzm. W zakresie metafizyki akceptuje obiektywną rzeczywistość, za źródło poznania uznaje wyłącznie rozum i logikę, w etyce – interes własny, a w polityce – kapitalizm.
Zgodnie z zasadami etyki obiektywistycznej każdy człowiek powinien kierować się własnym interesem (racjonanym egoizmem). Rand uznawała, że ponieważ każdy by przetrwać musi dbać o siebie, to doktryna twierdząca, że troszczenie się o siebie jest złem oznacza, że złem jest ludzka chęć przeżycia. Według Rand na tym właśnie polega doktryna altruizmu, którą należy odrzucić, podobnie jak żądanie poświęcania innych dla siebie.
Obiektywiści promują państwo minimalne jako ochraniające system kapitalizmu i nie naruszające praw ludzi, przeciwstawiając się inicjowaniu przemocy. Przeciwstawiają się też wszelkim kompromisom moralnym, uznając je za zgodę na zło..."

Bohaterem "The Fountainhead" ("Źródła" – 1943) jest młody architekt Howard Roark, którego dewiza brzmi (s. e-book 53)
"........Nie zamierzam budować, by mieć klientów. Zamierzam mieć klientów, by budować..."
Wg Wikipedii:
".......Bohaterem powieści jest Howard Roark, młody architekt, który odmawia porzucenia własnej wizji artystycznej dla komercyjnego sukcesu. W książce obserwujemy jego próby uprawiania architektury modernizmu, którą uważa za lepszą od tradycyjnej. Pozostałe postacie w książce to archetypy charakterów ludzkich według Ayn Rand. Przeciwstawia je ona głównemu bohaterowi, przedstawionemu jako ucieleśnienie ideału niezależności i uczciwości. Dzięki złożonym relacjom Roarka z pozostałymi osobami, powieść jest jednocześnie dramatem romantycznym jak i rozprawą filozoficzną. Rozterki Roarka odzwierciedlają przekonania autorki, która przedkłada indywidualizm nad kolektywizm... ....W roku 1949 książkę zekranizowano, kręcąc film pod tym samym tytułem, w którym główną rolę zagrał Gary Coopet.."
Przeczytałem powyższe dwa razy i doszedłem do wniosku, że wszystko co istotne zostało powiedziane. Reasumując, z ateizmu wynika, że życie doczesne jest jedyne, a więc ceńmy CZŁOWIEKA, jego egocentryzm, jego rozum i logikę jego myśli, które wyznaczają drogę do ideału niezależności i uczciwości i nie pozwalają na roztrwonienie indywidualnych zdobyczy na altruistyczny kolektywizm.
Problemy te, a szczególnie niezależności, pojawiają się w rozmowie Howarda z prymusem (Peter Keating), proszącym o radę (s. 72):
"...— No i nie wiem, na co się zdecydować...
- Jeśli prosisz mnie o radę, Peter — powiedział w końcu —już popełniłeś błąd. Pytając mnie. Pytając kogokolwiek. Nigdy nie pytaj. Tu chodzi o twoją pracę: czy nie wiesz sam, czego pragniesz? Jak możesz żyć z tą niewiedzą?
- Widzisz, to właśnie w tobie podziwiam, Howard. Ty zawsze wiesz
- Daruj sobie komplementy.
- Mówię szczerze. Jak to się dzieje, że zawsze potrafisz się zdecydować
- Jak to możliwe, byś pozwalał innym decydować za siebie?...."
Autorka prowadzi akcję dwutorowo konfrontując kariery ideowca Howarda i gnidy Petera, dzięki czemu treść jest w dużym stopniu przewidywalna. No i jest ona - la femme fatale Dominique Francon prowadząca własną grę... Nie, źle powiedziane, bo ona gry nie prowadzi, ona jest ofiarą swojej psychopatycznej osobowości, bezlitośnie obnażającą małość innych. Więcej nie mogę powiedzieć by Państwu nie popsuć lektury, lecz opinię swoją wyrażam, że te swoiste sadomasochistyczne praktyki są przesadzone, gdy prowadzą do ruiny samca alfa. Ponad wszystko wysnuwam banalny wniosek, że zrozumieć kobietę jest nader trudno.
Ich dwóch, ona jedna - to za mało dla przedstawienia filozofii Rand, która dodatkowo wprowadza całą gamę „archetypów charakterów ludzkich”, jak w cytowanej powyżej Wikipedii, które przeciwstawia Roarkowi czyi „ucieleśnionemu ideałowi niezależności i uczciwości”, choć ta „niezależność” w kontekście związku z Dominique mnie nie przekonuje.
Jedną z ciekawszych postaci jest Elsworth Toohey, który m.in. „nawija” (s. 747,7):
"...... Musimy być życzliwi, Peter, dla wszystkich wokół nas. Musimy akceptować i wybaczać. W każdym z nas jest tyle do wybaczenia. Jeśli nauczysz się kochać wszystko to, co najpokorniejsze, najmniejsze, najgorsze, wtedy to, co najgorsze w tobie też będzie kochane. Wtedy odnajdziemy sens uniwersalnej równości, wielki pokój braterstwa, nowy świat, Peter, nowy, piękny świat..."
Ani to odkrywcze, ani głębokie, rzekłbym, że banalne. Już wolę, gdy jako doradca studentów rzecze (s. 770.5):
„...Są dwie rzeczy, których należy się pozbyć jak najwcześniej: poczucia wyższości i przesadnej czci dla aktu seksualnego.."
Mnie spodobała się wypowiedź Gaila Wynanda (s. 1144,9)
„....— Nie można kochać człowieka, nie nienawidząc jednocześnie większości stworzeń, które uzurpują sobie prawo do tego miana. Jedno albo drugie. Nie kocha się jednocześnie Boga i świętokradztwa. Chyba że się nie wie, iż popełniono świętokradztwo. Bo nie zna się Boga....
…..— Miłość to cześć i uwielbienie, i chwała, i patrzenie w górę. Nie bandaż dla brudnych ran. Ale oni tego nie wiedzą. Ci, którzy mówią o miłości najwięcej, nigdy jej nie czuli. Robią coś na kształt kiepskiego gulaszu ze współczucia, litości, pogardy i ogólnej obojętności i nazywają to miłością. Kiedy raz się poczuło, co to znaczy kochać, taką miłością, jaką znamy pani i ja — całkowitą namiętnością do niezmierzonej wielkości — nie jest się zdolnym do niczego innego...”
Z tego obszernego dzieła można wypisać wiele ciekawych myśli, jak choćby to retoryczne pytanie (s. 1152):
„... — Ciekawie jest spekulować na temat powodów, które sprawiają, że ludzie tak bardzo pragną się dewaluować.... ….Czego się boją? Czego tak strasznie nienawidzą ci, którzy kochają pełzać? I dlaczego?...”
….lecz to bezsensowne, bo ciekawych rozmów jest tak dużo, że należy poprzestać na zachęcie do lektury. Jednak jeszcze jeden cytat: Gail Wynand o sensie życia (s. 1412,8):
„... Jakim prawem ktokolwiek mógłby żądać, by istota ludzka istniała dla czegokolwiek innego niż jej własna radość? Każdy z nich jej pragnie Każda jego cząstka jej pragnie. Ale nigdy jej nie znajdują. Ciekawe, dlaczego. Skomlą i mówią, że nie pojmują sensu życia. Istnieje pewien szczególny rodzaj ludzi, którymi pogardzam. Są to ci poszukujący jakiegoś wyższego, „uniwersalnego” celu, którzy nie wiedzą, po co żyć, i jęczą, że muszą „odnaleźć siebie”. Słyszy się to wszędzie dookoła. To chyba najbardziej wyświechtany banał tego wieku....”
Na koniec dwie uwagi: jedna to, że większość bohaterów realizuje „american dream” tzn pochodzą z biedoty i dochodzą do dużych pieniędzy i dzięki nim do wysokiej pozycji społecznej. Druga - to pogardza autorki dla ludzi, społeczeństwa, motłochu, bo (s. 1301):
„... bieda rodzi w człowieku instynkt stadny....”
lecz przede wszystkim, że to stado jest nader łatwo sterowalne; Zaczyna ona szydzenie od mody w architekturze, potem mamy promocję szmiry na bestseller, aż w końcu narzucony aplauz dla ramoty scenicznej.
I fragment samoobrony Roarka w sądzie (s. 1767,2):
„.....Umysł jest jednak atrybutem jednostki. Nie istnieje umysł kolektywny. Nie istnieje myśl kolektywna. Porozumienie osiągnięte przez grupę ludzi jest tylko kompromisem, średnią wyciągniętą z wielu indywidualnych myśli. Konsekwencją wtórną. Akt pierwotny — proces rozumowania — odbywa się w głowie pojedynczego człowieka. Możemy podzielić posiłek pomiędzy wielu ludzi. Nie możemy go przetrawić w kolektywnym żołądku. Żaden człowiek nie może użyczyć swoich płuc innemu człowiekowi. Żaden nie może używać swego mózgu, by myśleć za kogoś innego. Wszystkie funkcje ciała i ducha są indywidualne. Nie można się nimi dzielić ani ich zamieniać.... …..Ludzie uczą się od siebie nawzajem. Ale nauka to tylko wymiana materiałów. Żaden człowiek nie może przekazać drugiemu zdolności myślenia. A jednak to właśnie ta zdolność jest dla nas gwarancją przetrwania....”
A w ogóle zawiodłem się, bo uważnie czytałem te 1830 stron e-booka czekając na głębsze myśli i nie doczekałem się. Świetnie to się czyta, lecz gdy wyczytałem w Wikipedii, że autorka to „..filozof pochodząca z rosyjskich Żydów, twórczyni filozofii obiektywizmu..”, to miałem prawo liczyć, że lektura wzbogaci mnie intelektualnie, a niestety, nic mnie nie „oświeciło” i dlatego gwiazdek tylko 7. Dodam, że skrócenie „kobyły” o połowę nie przyniosłoby żadnej szkody.
PS W posłowiu autorka nazywa Dominique „kapłanką”. Nie pasuje to do egoistki sadystycznie niszczącej mężczyzn.

Monday, 8 May 2017

Krzysztof SPADŁO - "Skazaniec" t.4 "Czapki z głów!"

Krzysztof SPADŁO - "Skazaniec" cz.IV Czapki z głów!

Obawiam się tej czwartej części, bo czytać jej "nie chcem, ale muszem". Z jednej strony odczuwam przesyt tematyką więzienną, a z drugiej - ciekawość nie pozwala odpuścić.

Skutek przewidywalny: nieprzespana noc i ranek, bo o punkt 10 dojechałem do ostatniej strony. Kawał dobrej roboty, lecz wrażenie o wiele słabsze niż przy lekturze poprzednich tomów. Po prostu tragedie ludzi w okresie II w. św. znamy z tak wielu znakomitych książek, że historia Żabikowskiego nieco blednie.

Gdybym nie znał poprzednich tomów dałbym najwyżej 6 gwiazdek, a "po znajomości" daję 7, i to z niepokojem o następne tomy, by ich autor nie wpadł w schematyzm, którego próbki (golenie łba Polce za seks z Niemcami czy zbiorowy gwałt i morderstwo łączniczki AK przez kacapów) mamy już w tym tomie.

Czytelników poprzednich tomów zachęcać nie muszę, bo i tak przeczytają.

Sunday, 7 May 2017

Annie PROULX - "Kroniki portowe"

Annie PROULX - "Kroniki portowe"

Edna Annie Proulx (ur. 1935) - zadebiutowała po pięćdziesiątce, a jej druga książka to właśnie omawiane "Kroniki portowe", za które zdobyła Nagrodę Pulitzera i Natonal Book Award w 1994 roku. Popularność książki wzrosła po zekranizowaniu jej przez Lasse Hallströma w 2001 z udziałem Kevina Spaceya.

Ofiara losu, nieudacznik Quoyle żeni się z, delikatnie nazywając, nadpobudliwą kobietą, która uprawia seks z każdym i wszędzie. I nagle opis ich związku (s. 14):
„Był jakby drzewem, ona zaś ciernistą gałęzią wszczepioną przypadkowo do jego boku, raniącą jego korę przy każdym podmuchu wiatru...”

Doprawdy, nie wiem co o tym sądzić, bo z kontekstu wcale nie wynika, że to zgrywa. Tym bardziej, że z poprzedniego akapitu wiemy, że.....
„...Nienawidziła go. Życzyła mu najgorszego...”

Sodoma i Gomora pojawia się już na stronie 16, gdy żona sprowadza gachów do domu i uprawia seks, a Quoyle płacze i pokornie opiekuje się córeczkami, nierozpoznawanymi przez matkę. Dziwka i frajer; fajny temat. Jeszcze niezrozumiały dla mnie wybryk (s. 29):
„...Jego jabłko Adama przypominało włochaty wzgórek wystający z szyi niczym dziwny seksualny organ..”

Szczęśliwie dziwka ginie, a nieudacznik z ciotką lesbijką i niesfornymi córeczkami wraca do rodzinnych korzeni, czyli do Nowej Fundlandii. Dalsza akcja tam się toczy, więc dzielę się z Państwem wiadomościami z Wikipedii na temat tej wyspy:
„:.....Wyspa ma powierzchnię 111 390 km², co daje jej 15. miejsce na liście wysp świata według powierzchni i 4 miejsce pod tym względem w Kanadzie... ...Według danych spisu powszechnego wyspę zamieszkują 466 172 osoby.... ...Na Nowej Fundlandii używany jest dialekt języka angielskiego, zwany „angielskim nowofundlandzkim”, oraz dialekt języka francuskiego, analogicznie zwany „francuskim nowofundlandzkim”.. ...Nowofundlandczycy mają opinię ludzi przyjaznych i otwartych, lecz ich otwartość bywa opacznie rozumiana. Problemy stwarzają też różnice znaczeniowe wynikające z istnienia dialektu nowofundlandzkiego. Nowofundlandczycy znani są również z ich etosu pracy. Chętnie są zatrudniani także poza wyspą, w Kanadzie kontynentalnej, gdyż mają opinię ludzi potrafiących ciężko pracować oraz prowadzących ustabilizowany tryb życia...”

Od siebie dodam, że ich dialekt mnie nie przeszkadza, a „Niufi” wyróżniają się serdecznością, łatwością kontaktu i jako jedyni wśród ludów Kanady - zdolnością konsumpcji alkoholu na równi z nami.

A „nasz” nieudacznik Quoyle, który znalazł oparcie w przedsiębiorczej ciotce musztrującej rozwydrzone, nie okazujące żadnego szacunku ojcu, córki, osiąga pierwszy w życiu sukces, wskutek przypadku, mianowicie zainteresowania jego artykułem w miejscowej gazecie (s. 98):
"....Miał trzydzieści sześć lat i po raz pierwszy ktoś powiedział mu, że zrobił coś dobrze..."
Akcji prawie nie ma, są natomiast idiotyczne historyjki, jak ta, że Kanada jest Kanadą dzięki zniewoleniu 23 sierot z rozbitego okrętu (s. 114):
"..... Kanada wyrosła na niewolniczej pracy tych biednych sierot, które zaharowywały się na śmierć, były traktowane jak śmieci, przymierały głodem i popadały w obłęd z powodu osamotnienia..."
Aby uatrakcyjnić treść, obok córeczki Bunny, której pojawia się biały pies, autorka wprowadza dziecko (Darry Prowse) z zespołem Downa. Natomiast sam Quoyle okazuje się potomkiem "bezbożnych piratów" (s. 119):
"....których plugawa krew płynęła w jego żyłach, którzy mordowali rozbitków, topili swoje niechciane bękarty, toczyli walki, zanosili się wyciem, nosili długie, postrzępione brody...."
Dlaczego piraci mordowali własne dzieci nie rozumiem, a umiejscawianie zła w długich brodach, nawet jeśli są postrzępione jest naiwne. Teraz potomek piratów Quoyle ze starym szyprem znajdują w wodzie walizkę, a w niej trupa. A dalej zmory przeszłości wracają, w tym gwałt dwunastoletniej cioci przez ojca bohatera. Wątków co niemiara i łatwy do przewidzenia happy end czyli ślub nieudacznika z matką „downa”.
I jedyna refleksja, po co straciłem czas na popis takiego beztalencia? Pała do kwadratu!!!



Friday, 5 May 2017

Ann - Marie MacDonald - "Co widziały wrony"

Ann – Marie MacDonald - "Co widziały wrony"

Ann – Marie MacDonald (1958), lesbijka, mieszka w Toronto ze swoją żoną (od 2003) Alisą Palmer , również dramatopisarką.
"The Way the Crow Flies" ("Co widziały wrony") opublikowane w 2003 roku, jest fikcją zainspirowaną sprawą Stevena Truscott i było nominowane w 2003 do Scotiabank Giller Prize, a w 2004 do Lambda Literary Awards.

Czternastoletni Steven Murray Truscott (ur. 1945 w Vancouver) został potraktowany jak dorosły i skazany na śmierć w 1959 roku za zgwałcenie i zamordowanie szkolnej koleżanki Lynne Harper, do czego się nigdy nie przyznał. Wskutek apelacji zmieniono wyrok na dożywocie i mimo wielokrotnego powracania sprawy na wokandę w przeróżnych instancjach Truscott przebywa dalej (w 2017 roku) w więzieniu.

Moje wrażenia z tej lektury są porównywalne z odczuciem recenzentki „Dama...Caro” na LC:
„Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie ta wolno tocząca się akcja... Wstyd się przyznać, ale NIE BYŁAM W STANIE jej doczytać. Męczyło mnie przeskakiwanie z jednego nudnego akapitu do drugiego. Bo kogo może interesować w jaki sposób przenosili meble, albo który fotel był uważany za ulubiony? Krótko mówiąc czytanie tej książki bardzo mnie męczyło...."

Tylko, że ja stary, bo stary, ale chłop, to w pierwszej linijce trzeba wstawić "NIE BYŁEM". Ma rację też "filipinka":
"...Ksiażkę skróciłabym co najmniej o 1/3, a na pewno fabula nie straciłaby na wartości, a akcja zyskałaby na wartkości. Zmęczyło mnie czekanie na rozwiązanie zagadki, które pojawia się na ostatnich stronach książki. "

Tylko, że ja nie byłem tak wytrwały, więc się nie doczekałem. Wytrwalsza ode mnie była również "Dorka", która z trudem, bo z trudem, lecz do końca dobrnęła:
"..Książka porusza bardzo ciekawy temat, ale mam wrażenie, że autorka tej książki pisała ją "na zaliczenie grubości a nie treści". Akcja powieści bardzo, bardzo, bardzo wolno się rozkręca. Akcja leniwa, dialogi tez leniwe, leniwie rozwijająca się fabuła. W zasadzie przez 80% to jest pitu, pitu , bla, bla bla", a nie konkretna, wartka fabuła. Miałam problem z doczytaniem jej do końca ..."

W konkretyzacji zastąpił mnie "Radek":
".....książka jest niekonsekwentna w fabule, nudna, momentami wręcz infantylna. Zdecydowanie odradzam lekturę. Strata czasu...."

A, że jestem stary, to "strata czasu" szczególnie w moim przypadku niedopuszczalna, a co do odradzania, to nie odradzam, bom już skłonny do ustępstw i jak ktoś taki styl lubi, to niech se czyta. By za bardzo nie psuć statystyk i za bardzo nie podpaść pełną piątkę daję (mimo koszmarnej ilości stron: 1685 na e-booku)





Thursday, 4 May 2017

Nelson DeMille - "Słowo honoru"

Nelson DeMILLE - "Słowo honoru"

Nelson DeMille (ur. 1943) - służył w Wietnamie, początkowo w wywiadzie wojskowym, potem w piechocie w stopniu porucznika, po zakończeniu służby pracował jako korespondent "Law Officer Magazine". Pisał też jako Jack Cannon, Kurt Ladner, Brad Matthews.

Tematem jest proces byłego porucznika, odpowiedzialnego za masakrę w szpitalu w Wietnamie, nagłośnioną w książce opublikowanej 18 lat po zbrodniczych wydarzeniach
w której wykorzystano wspomnienia dwóch żołnierzy plutonu dowodzonego przez głównego bohatera. Jest to jedna z wielu zbrodni wojennych podobnych do tej słynnej w My Lai i z nią porównywanych. W związku z tym konieczne jest przypomnienie (Wikipedia):

„Masakra w My Lai - zbrodnia wojenna dokonana 16 marca 1968 roku przez armię amerykańską, która zmasakrowała w wiosce My Lai w południowym Wietnamie setki nieuzbrojonych cywilów. Masakra wywołała oburzenie na całym świecie i przyczyniła się do spadku publicznego poparcia dla wojny wietnamskiej w USA.
....Porucznik William Calley został w 1971 roku skazany na karę dożywotniego więzienia za morderstwo z premedytacją, jednak dwa dni później prezydent Richard Nixon rozkazał wypuścić go z więzienia. Calley otrzymał 3,5 roku aresztu domowego w swojej kwaterze w Fort Benning (Georgia), a potem został zwolniony decyzją sądu federalnego. Calley utrzymywał zawsze, że wypełniał rozkazy swojego kapitana, Ernesta Mediny, który jednak zaprzeczył wydaniu takiego rozkazu. Nie było już żadnych innych aktów oskarżenia..."

To porównywanie dwóch zbrodni przeciwko ludzkości pozwala na przewidywanie happy endu, bo zwycięzców się nie sądzi, a cyrk odstawia się dla zachowania twarzy. Wprawdzie wojnę wietnamską USA przegrały, lecz ich potęga pozwala na skuteczne sianie propagandy o amerykańskiej sprawiedliwości, która w tej książce jest skutecznie ośmieszona. Co gorsza, jak wskazują wydarzenia w następnych wojnach, dalsze amerykańskie zbrodnie są popełniane, jak np. w Iraku, gdzie oprócz mordowania odbierano jeńcom godność obnażając ich wobec rodziny i zmuszając do sodomii.

Intencją autora było przedstawienie rozmytej odpowiedzialności za te zbrodnie, a właściwie zrzucenie jej na wojnę „samą w sobie”, bez wnikania, kto ją wywołał. Choć nie, jest inaczej. Przyczyną są złe reżimy: komunistyczne, sunnickie albo szyickie, albo Assada czy też Kadafiego lub innej cholery, a Stany Zjednoczone interweniują by przynieść pokój i wolność. I tak wbrew autorowi książka jest demonstracją amerykańskiej buty, poczucia wyższości nad innymi narodami i pogardy nad nimi.

Niepokojące jest już wspomnienie Norymbergi (s.643):
"..- Podniosło się tylko kilka głosów przeciwko trybunałowi aliantów. Nie należałem do tych mądrych, którzy potrafili dostrzec, że to, co robimy, to nie wymierzanie sprawiedliwości, tylko zemsta. A kiedy już to zrozumiałem, nie miałem dość cywilnej odwagi, by powiedzieć o tym głośno...."

A im dalej, tym gorzej. Amerykanie gardzili Indianami czy Murzynami, teraz wykazują rasizm wobec Azjatów (s. 744):
"...- Myślisz, że byłbym tu teraz, dwadzieścia lat po tej całej historii, gdyby chodziło tylko o wioskę zamieszkaną przez kilkuset żółtków? Kitajców? Kurdupli? Ryżojadów? Jak jeszcze na nich mówiliśmy? Jak ty ich nazywałeś? W każdym razie na pewno nie „istoty ludzkie pochodzenia wschodniego”. Ale ja jestem upieprzony na dobre. Zabiłem czternastu prawdziwych ludzi...."

Morderstwa są dla nich chlebem powszednim. Jedno z nich wspomina adwokat Corva (s. 843):
"... - Facet obsługujący karabin maszynowy ściął trzech żołnierzy nieprzyjaciela, kiedy zbliżali się do nas z białą flagą. Było mi po tym przez tydzień niedobrze. Troje dzieciaków Mieli już dość i chcieli się poddać. Ściął ich, jakby byli niczym… niczym...."

A nasz bohater Ben snuje refleksję, ale teraz, po 20 latach, gdy strach mu zajrzał do d... (s. 847):
"...- Boże, czy wszyscy mamy na rękach krew? - powiedział cicho do siebie. - Czy ktokolwiek wrócił stamtąd z nie splamionym honorem?"

Zakrawa to na kpinę, bo do wywołującej skandal publikacji, Ben żył szczęśliwie i pogodnie i wyrzutów sumienia nie miał.

Mimo moich uwag, książkę czyta się świetnie, choć e-book liczy aż 1321 stron i ją gorąco polecam, bo poznać amerykańską mentalność warto