Tuesday, 29 April 2014

Tadeusz RÓŻEWICZ - "Matka odchodzi"

Tadeusz  RÓŻEWICZ  -  „Matka  odchodzi..”

Potrzeba  upamiętnienia  refleksji  nad  swoim  związkiem  z  matką   skrystalizowała  się   40  lat  po  śmierci  matki,  gdy  poeta  osiągnął  wiek  77-78 lat.  Dla  mnie  Różewicz  to  przede  wszystkim  autor  „Kartoteki”  z  1960 r.  oraz  „Stara  baba  wysiaduje..”  z  1966 r.,  przeto  wspomnienia  wydane  pod  tytułem  „Matka  odchodzi”,  prawie  40  lat  póżniej,  różnią  się  wszystkim.  Na  uwagę  zasługuje  bardzo  interesujący  układ  uwzględniający,  obok  wierszy  i  fragmentu  dziennika  poety,  z  ostatnich  dni  matki  w  1957 r.,    również  jej  wspomnienia  z  okresu  dzieciństwa  i  urodzenia  Tadeusza,  jak  i  szkice  obu  braci -  rozstrzelanego  Janusza  i  reżysera  Stanisława.

Jako,  że  z  zasady  poezji  nie  opiniuję,  gdyż  tłumaczenie  „co  poeta  chciał  nam  powiedzieć”  uważam  za  bezcelowe  i  irracjonalne  /bo  jak  ktoś  nie  „wyczuwa”,  to  i  tak  nikt  nie  pomoże/, przeto  pozostaje  mnie  wyrazić  wzruszenie  lekturą,  ponoć  suchego,  dziennika z  maja-lipca  1957 roku.  Sam  jestem  w  wieku  zbliżonym  do  Różewicza,  gdy  opracowywał  omawiane  wspomnienia,  i  tak  jak  on  przeszedłem  niegdyś  odchodzenie  chorej  na  raka  Matki  w  warunkach  domowych,  z ostatnimi  próbami  ze  strony  umierajacej,  nawiązania  kontaktu  z  najbliższymi.  

Ale  w  ogóle  całość  tomiku  sprawia  wielkie  wrażenie,  ino,  że  smutne.  A  że  nie  chcę,  by  lekturę  mojej  notki  ktoś  kończył  w  ponurym  nastroju,  to  zacytuję  autora  ze  str.97:

„Środowisko  literackich  sutenerów  jest  ciągle  czynne..  Występują  teraz  w  roli  „rewolucjonistów”  -  moralistów  -  reformistów.  Takie  męty  moralne  jak  Ważyk  uważane  są  za  prekursorów  „polskiego  pażdziernika”...”


No  i  humor,  od  razu  się  poprawia.

John UPDIKE - A potem

John  Updike -  A potem

OSTRZEŻENIE!! SUPERNUDA!! NIE CZYTAĆ!! Wziąłem Updike'a do ręki, bo wspomnienie jakiegoś RABBITa, sprzed ponad pięćdziesięciu lat, telepało się po moim łbie. Ale to były czasy "wczesnego Gomułki" i czytaliśmy wszystko, co amerykańskie. A że zbiory biblioteki torontańskiej przetrzebiłem, to wziąłem i przy trzecim opowiadaniu przydrzymałem /w drugim nie pozwolił modny kleszcz/, a po szóstym tj po 110 stronach odłożyłem. A miała to być lektura o starych i dla starych; no to zrywam z ramolami i przystępuje do młodych


Monday, 28 April 2014

Jacek PIEKARA - "SZUBIENICZNIK"

Jacek   PIEKARA  -  “Szubienicznik”

  Henryk  Sienkiewicz  pisał  „ku  pokrzepieniu  serc”;  Jacek  Piekara  niby  też,  lecz  precyzując  obyczaje  szlachty  tworzy  wspaniały  PAMFLET,  i  to  właśnie  najbardziej  mnie  bawiło.  Począwszy  od  nasycenia  łaciną  wypowiedzi  Gideona  Rokickiego,  któremu  blisko  do  fredrowskiego  Papkina,  poprzez  opisy  odżywiania  się,  po  ukazanie  samozadowolenia  szlachty  z  wywyższania  się  wobec  wszelkich  innych,  tak  stanów,  jak  i  narodów.  Pierwszą  perełkę  znalazłem  już  na  42  stronie:

„-Włosi  i  Francuzi  nie  mają  podniebień  tak  delikatnych  jak  my,  Polacy..   ..między  innymi  dlatego,  że  mali  mores  /złe  obyczaje/  każą  im  warzywami  na  wiele  sposobów  przyrządzanymi  się  kontentować  lub  nawet  pożerać  jarzyny  na  surowo,  jakby  byli  krowami  czy  świniami,  nie  zważając  na  to,  iż  człowiek  mięsem  przecież  powinien  się  żywić,  gdyż  inaczej  ciężko  słabuje  i  nawet  może  umrzeć..”.

Polecam  ten  cenny  wywód  różnego  typu  wegetarianom,  co  to  w  jedzeniu  sałaty  z  królikami  konkurować  mogą.  Mnie  to  szczególnie  bawi,  bo  żadnych  warzyw  nie  konsumuję,  dzięki  czemu,  mimo  71  lat,  dobrze  się  czuję.  Z  kolei  o  wolności,  a  właściwie  jej  tischnerowskim  „nieszczęsnym  darze”,  który  to  łatwo  może  z  nadmiaru  przekształcić  się  w  niezdrową  swawolę,  Piekara  pisze: /str.82/

„...bo..  ..chociaz  wolność  jest  słodka  niczym  lukier,  to  niektórym  łatwo  przekroczyć  finem  et  modum /granicę  i  miarę/  w  korzystaniu  z  niej.  I  taki  cham  lukrem  obeżre  się  bez  opamiętania,  aż  się  pochoruje  i  porzyga...”.

Obrazowo  i  słusznie.  Negatywna  opinia  o  Rosjanach  formowana  jest  w  książce   wielokrotnie,  a  dzisiaj  szeroko  powielana  na  forach  internetowych  w  kontekście  wydarzeń  na  Ukrainie.  Przykład  ze  str. 53:

„Oto  bowiem  był  naród  niewolników,  którzy  jedyną  radość  widzieli  w  obracaniu  w  niewolę  wolnych  narodów.  Oto  był  naród  kretynów,  którzy  z  kretyństwa  uczynili  cnotę.  Oto  wreszcie  był  naród  nikczemników  pozbawionych  godności,  wiary  oraz  sumienia.  Z  Moskwy  nigdy  nie  przyszło  nic  poza  biedą,  wszami,  złodziejstwem  i  krzywoprzysięstwem...”.


Czysty  populizm  satysfakcjonujący  kompleks  wyższości  wobec  Wschodu.  W  ogóle  w  książce  wiele  facecji  na  przeróżne  tematy,  a  do  tego  wplątany  intrygujący  wątek  kryminalny.  Czego  więc  brakuje,  by  zasłużyła  na  więcej  gwiazdek?   ZWIĘZŁOŚCI.  Mimo  wszelkich  zalet,  457  stron,  to  za  dużo.  A  na  ostatniej  stronie  zatrważające  słowa: KONIEC  TOMU  I,  a  więc  będzie  kontynuacja.  Przykro  mnie,  ale  ja  za  stary,  czasu  mało,  więc  w  to  nie  wchodzę.  A  młodym  polecam  i  życzę  miłej  i  pożytecznej  zabawy.    

Friday, 25 April 2014

Paweł HUELLE - "Opowiadania na czas przeprowadzki"

Paweł  HUELLE  - „Opowiadania  na  czas  przeprowadzki”

Czytałem  uważnie  i   jedyne  co  odnotowałem,  to  ze  strony 52;

„-Wiem  tylko,  że  istnieje  Bóg  i  że  wszyscy  boimy  się  śmierci..  ..A  cała  reszta,  cała  reszta  to  tylko  przypuszczenia”

Czytałem  długo,  bo  przysnąłem  kilkakrotnie.  Aby  nie  wydać  pochopnej  opinii,  przekartkowałem  /po  wybudzeniu/  książkę  ponownie  i  niestety  zdania  nie  zmieniłem.  Nie  dość,  że  nuda,  to  nie  mogę  zrozumieć,  co  autor  chciał  nam  przekazać.  Czy  miał  taki  plan  i  czy,  w  ogóle,  ma  nam  CO  przekazać?  Zbiór  opowiadań  niespójny,  każde  z  innej  parafii,  a  próby  „udziwnienia”  -  nieporadne.  Recenzenci  powołują  się  na  Jana  Kotta,  który  ponoć  mówił:

„W  „Czasie  przeprowadzki”  Huellego  są  zawsze  dwa  dna  i  dlatego  jego  realizm nazywano  „magicznym”....”

Ja  tam  dostrzegam  tylko  jedno  DNO.  Ponadto  wyczytałem  porównania  do  Chwina,  Grassa,  a  nawet  Brunona  Schulza.  Chwina  zostawiam  na  pastwę  oceniaczy,  ale  z  Grassem  to  tylko  częściowa  zbieżność  lokalizacji  akcji,  na  podobieństwo  wanny,  z  której  wypchnięto  wodę  na  skutek  zanurzenia  ciała: Kowalski krzyknął  do żony, by  posprzątała,  a  Archimedes – „HEUREKA”  i  zdefiniował  prawo  aktualne  do  dzisiaj.  A  przywoływanie  „niezwykłego  klimatu  opowiadań  Brunona  Schulza”  jest  poważnym  nadużyciem,  by  nie  powiedzieć  bezczelnością  i  ignorancją.
 


Monday, 21 April 2014

Mario Vargas Llosa - "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki"

Mario   Vargas  Llosa  - 
                          “Szelmostwa  niegrzecznej  dziewczynki”

Najtrafniejszą  recenzję  tej  książki,  a  ściśle -  samo  zakończenie,  znalazłem   w  „lubimy  czytać”,  pod  godłem  „marta0312”:

Książka  dla  zrelaksowania  się  jest  dobra.  I  NIC  WIĘCEJ”  /podkr.moje/

I  ja  powinienem  na  tym  poprzestać,  ale  nie  mogę,  bo  skoro  ja  na  tego  Harlequina  straciłem  tyle  czasu,  to  i  Państwu,  choć  parę  minut,  zamierzam  z  życia  wyrwać.  Najpierw  istotna  uwaga  odnośnie  wieku  autora,  bo  wiek  starczy  zobligowuje  do  pewnej  przyzwoitości.  A  wiem  coś  na  ten  temat,  bo  mam  dokladnie  tyle  samo  lat  co  Vargas  w  momencie  pisania  tej  książki,  czyli  SIEDEMDZIESIĄT.  W  tym  wieku   szczegółowe  opisywanie   seksu  oralnego,  i  to  w  sposób  rażąco  prostacki,  jest  CHORE,  NIEPRZYWOITE.  To  co  uchodzi  młodym,  starym  nie  wypada.  NORMALNI  starzy  to  robią,  ale  nie  gadają  o  szczegółach,  chyba,  że  w  gronie  geriatriofilów.  A  teraz  już  ad  rem.

Zacznę  od  „spraw  polskich”.  Nie  przyzwalam,  by  jakiś  Peruwiańczyk,  w  dodatku  dewiant  seksualny,  robił  sobie  „dżadża” /pisze  się   „yaya”/,   z  wiary  moich   rodaczek,  tym  bardziej  że  Ameryka  Południowa  w  „żarliwości”  nam  niewiele  ustępuje.  A  on  pisze: /str.155/

„...zakochał  się...  ..w  pewnej  Polce,  katoliczce  tak  żarliwej,  że  za  każdym  razem,  gdy  się  kochali,  miała  wyrzuty  sumienia  i  zalewała  się  łzami”.

Vargas  nie  zna  dżwięków  wydawanych  przez  normalne,  młode  Peruwianki,  gdyż,  w  wieku  19  lat,  w /wielce  prawdopodobnie /  stanie  dziewiczym, ożenił  się  z  własną  ciotką  starszą  o  lat  dziesięć  i  wkrótce  przeniósł  się  do  Paryża.

Druga  „polonica”  to   BEŁKOT   NIEUKA  na  temat    YILALA  Gravoskiego /str.206/;

„Nazwali  go  „Yilal”  ze  względu  na  polskiego  przodka  Simona,  postać  mityczną,  który...  ..został  ścięty  w  przedrewolucyjnej  Rosji,  zaskoczony  podczas  aktu  cudzołóstwa  z   samą  carycą.  Ów  królewski  faworyt  był  ponoć  także  teologiem-kabalistą,  mistykiem,  przemytnikiem,  fałszerzem  pieniędzy  i  szachistą”    

To  królewski,  czy  carski,  cesarski?  No  cóż  autor,  który  zasłużył  się  tworzeniem  mitów  polskich  powinien  być,  w  Polsce,  zwany  honorowo  WARGĄ.  Co  do  samego  „wargowego”  mitu,  /jak  i  samego  YILALA/,  uważam, że  naganne  jest  ze  strony  tłumaczki,  jak  i   Wydawnictwa „Znak”,  nieumieszczenie  żadnego  przypisu.  Jeśli  ktokolwiek  wie,  co  to  za  YILAL,  proszę  o  kontakt.  Z  mojej  strony,  dygresja  dla  młodzieży:  najprawdopodobniej  chodzi  o  Rasputina /1869-1916/,  który  został  potraktowany  trucizną,  strzałem  w  serce,  masakrą  głowy,  oraz  wrzuceniem  do  rzeki,  w  której  w  końcu  utonął.  Był  faworytem  carycy  Aleksandry  Fiodorownej,  lecz  przede  wszystkim  dzięki  umiejętnościom  niesienia  pomocy  synowi  cara,  choremu  na  hemofilię.

No  to  czas  na  bohaterów.  Jest  ich  dwoje:  dupek  i  kurwa.  Ze  znalezieniem  odpowiedniego  słowa  dla  „chudopachołka”  miałem  problem do  strony  352,  na  której  to  nasz  bohater  zaaprobował określenie  jego  osoby   przez  znajomą. – DUPEK.  Dla  bohaterki -  innego  adekwatnego  określenia  nie  znalazłem  bo,  jak  starożytni  Polacy  mawiali:  „prostytutka  to  profesja,  a  kurwa  to  charakter”, i  chociaż  staram  się  nie  używać  w  piśmie  słów  „nieparlamentarnych”,  to  w  tym  przypadku,  nie  widzę  możliwości  znalezienia  substytutu.

Jaki  jest  nasz  bohater?  Jedna  z  recenzentek  użyła  określenia  „płaski”.  Słusznie,  co  dalej?  Chorobliwie  niewyżyty  seksualnie,  poza  przygodą  hippiesowską,  naliczyłem  TRZY  partnerki  przez  ok.  30  lat.  Nie  dziw  więć,  że  przy  próbie  kontaktu  ma  .ejaculatio  precox.  Całymi  mieśiącami,  latami  nie  uprawia  seksu.  TO  JEST  CHORE!!.  Lecz  autor  udaje,  że  tego  nie  widzi  i  wciska  czytelnikowi,   że  NIEWYŻYCIE   SEKSUALNE  TO  MIŁOŚĆ.  A  potem  czytelnicy  piszą  o   „wielkiej  miłości”.   Przecież  tych  ludzi   ABSOLUTNIE   NIC  NIE  ŁĄCZY.    Ani  zainteresowania,  ani  marzenia,  ani  plany  na  przyszłość,  ani   nawet  seks.  Infantylny,  ograniczony,  mały  konformistyczny  Dupek   marzy  o  drobnomieszczańskiej  stabilizacji,  w  której  ona  się  dusi.  On,  jak  nastolatek  w  domu  publicznym,  „zakochałby”  się  w  każdej,  która by  „dobrze  mu  dała”,  a  ona  „mu  daje”,  jak  zawodowa  prostytutka,  bez  żadnych  emocji.  W  końcu  poducza  frajera  w  seksie  oralnym,  lecz  gdy  nadarza  się  okazja  na  seks  sado-macho,  który  by  ją  zadowolił,  on  mięknie,  nie  podejmuje  rękawicy,  tracąc  szansę  na  partnerski  sens.  W  koncu  Dupek  przedstawia  swoje  credo:  /str. 210/

„Od  tamtej  nocy  nie  spałem  już  z  nikim  i,  prawdę  mówiąc,  nie   przejmowałem  się  tym  ani  odrobinę,  W  wieku  CZTERDZIESTU  SIEDMIU  lat  udowodniłem  sobie,  że  mężczyzna  jest  w  stanie  prowadzić  całkowicie  normalne  życie  bez  seksu..”.  /podkr.moje/

Szkoda  gadać,  ŻYCIE  BEZ  SEKSU  NIE  JEST  NORMALNE.  To  pierwsza  prawda.  A  druga,  to,  że  MIŁOŚĆ  BEZ  SEKSU  JEST  MOŻLIWA,  lecz  trudna,  bo  łatwiej  o  seks  bez  miłosci  niż  vice  versa.

Tak  więc  to  czytadło,  to  historia  dupka  z  „dobrej”  rodziny  i  dziewczyny  ze  slumsów,  ludzi,  których  nic  „wielkiego”  nie  łączyło,  a  wszystko  dzieliło.  Acha,  jeszcze  o  FORMIE.  Dla  mnie  -  nie  do   przyjęcia,  gdyż   autor  zbyt  łatwo  wszystkie  boczne  postacie  uśmierca,  jakby  Dupka  chciał  pozbawić  otoczenia.  A  jest  to  zabieg  zbedny,  bo  on  znajduje  się  na  najniższym  poziomie  piramidy  Masłowa. 
    


Saturday, 19 April 2014

Amos OZ - "Rymy życia i śmierci"

Amos  OZ  -  “Rymy  życia  i  śmierci”

I   ZNOWU  AMOS   OZ    ZACHWYCA.  Od  wielu  lat  twierdzę,  że  Komitet  Noblowski  permanentnie  wykazuje  złą  wolę  wobec  KUNDERY  i  OZA,  dezawuując  ich,  przy  jednoczesnej  promocji  miernot.

Kilka  dni  temu  odczuwałem  dyskomfort  recenzując  Vargasa  Llosy  protekcjonalne  „Listy  do  młodego  pisarza”,   których   przemądrzałość,  w  przedstawianiu  warsztatu  pracy  pisarza,  budziła  we  mnie  najpierw  protest,  potem  żenadę,  aż  po  kpinę.  Póżniej  przypomniałem  sobie  Kunderę,  który  w  „Księdze  śmiechu  i  zapomnienia”  pisał:

„....powieść  jest  wymysłem  ludzkiej  iluzji,  że  możemy  zrozumieć  drugiego  człowieka..  Jedyne,  co   możemy  zrobić,  to  zdać  sprawozdanie  ze  swojego  życia..”

A  teraz  OZ,  który  aprobując,  zasadniczo,  pogląd  Kundery,  proponuje  nam  WARSZTATY  dla  potencjalnych  twórców  literatury,  które  w  praktyce  przemieniają  się  w  znakomitą  zabawę.  Świat  otaczający  autora  w  trakcie  wieczorku  autorskiego  oraz  kilkugodzinnego  wałęsania  się  po  mieście  jest  INSPIRACJĄ,  ZACZYNEM  do  stworzenia  ALTERNATYWNYCH  wizji  planowanego  utworu  literackiego.  Zostajemy  zaangażowani  w  wartką  akcję,  zaczynamy  przejmować  się  takim  detalami  jak  wygląd  mocno  zużytego  nocnika,  zapominając,  że  to  tylko  jedno  z  alternatywnych  rozwiązań.  Ulegamy  czarodziejowi  /OZ-owi/  i  utożsamiamy  konkretnych,  żywych  ludzi  z  wizerunkiem  wyimaginowanym,  zrodzonym  w  wybujałej  fantazji  autora.  Jeszcze  parę  stron  i  Oz  zaprosiłby  nas  do  czynnego  udziału  w  eksperymencie..  A  może   zaprosi  nas  w  następnej  książce?


Oryginalna  FORMA  UAKTYWNIA  CZYTELNIKA,  który  odkłada  książkę  i  w  ramach  narzuconego  szkicu  postaci  i  okoliczności,  zaczyna  „główkować”  nad   alternatywnym  własnym  rozwiązaniem.  WYŚMIENITA   ZABAWA  I  PRZYGODA  Z  WŁASNĄ  WYOBRAŻNIĄ.

Friday, 18 April 2014

Paulo COELHO - "Jedenaście minut"

Paulo  COELHO  -  “Jedenaście  minut”

PRYMITYWNY  „HARLEQUIN”,  PODRĘCZNIK  MASTURBACJI  DLA  NASTOLATEK,  JEDNYM  SŁOWEM    -   SUPERDNO.

Z  zażenowaniem  patrzę  na  oceny  jakie  niegdyś  wystawiałem  temu  grafomanowi:  „Alchemik” – 4 gwiazdki;  „Weronika...” -  7!!!;  „Demon  i  p..”  -  6,  czyli  uległem  jego  popularności.  Nie  będę  tych  ocen  zmieniał,  niech  pozostaną  świadectwem  mojej   niedoskonałości.


Tej  plamy  zmyć  się  nie  da:  to  prostactwo  jest  porażające.  Seks,  prostytucja,  sado-macho  są  dla  ludzi,  lecz  muszą  być  podane  z  odrobiną  finezji  i  subtelności.  Już  Nana  swoją   córkę  Pippę  uczyła  tej  sztuki,  ktorej   początki   znajdują  się  m.in.  w  „Egipcjaninie  Sinuhe”.  A  z  tej  książki   pożytku  nie  będą  mieć  nawet  zboczeńcy,   bo  opisy  wszelkiego  bezeceństwa  są  tak  nudne,  że  nikogo  nie  podniecą. 

Gabriel Garcia Marquez - "Szarańcza"

Gabriel  Garcia  MARQUEZ  -  “Szarańcza”


Dyskomfort  po  napisaniu  negatywnej  recenzji  „Nie  ma  kto  pisać  do  pułkownika”,   akurat  wczoraj /17.04.2014/  tj  w  dniu  śmierci  wielkiego  pisarza,  szybko  minął  dzięki  lekturze,  jego  debiutanckiej  „Szarańczy”,  która  potwierdza  moją  tezę  o  niszczycielskim  wpływie  Paryża.  Przeczytałem  również  liczne  recenzje,  które  odwołują  się  do  Sofoklesa,  wskutek  zamieszczenia  przez  autora  urywka  „Antygony”.   Ja  odebrałem  to  WSPANIAŁE  opowiadanie  całkowicie  inaczej,  a  zbliżone  stanowisko  znalazłem  tylko  w  recenzji  opatrzonej  godłem  „Bacha85”.

Do  miasteczka  przybywają  JEDNOCZEŚNIE  dwaj  mężczyżni,  a  mieszkańcy  nie  wiedzą,  który  jest  nowym  proboszczem.  Po  rozpoznaniu  who  is  who   ich  losy  toczą  się  paralelnie,  a  autor  często  podkreśla  ich  fizyczne  podobieństwo.  I  to  jest  sedno  sprawy,  której  istotę  wyjaśnia  porównanie  dwóch  uroczystości  pogrzebowych. Porównajmy  ich  kariery.  Pierwszy  -  nieznajomy  lekarz  zostaje  zaaprobowany   natychmiast,  bo  w  miasteczku  nie  ma  żadnego  lekarza;  drugi  -  z  rezerwą,  bo  rozpoznano  w  nim  swojaka  zwanego  „Szczeniakiem”.  Pierwszy  traci  autorytet,  gdy  przybywa  „szarańcza”,  a  z  nią  liczni  lekarze;  drugi -  sukcesywnie  zyskuje,  dzięki  potędze  reprezentowanej  Instytucji,  czyli  Kościoła. Niepotrzebny  lekarz,  w  dodatku  tajemniczy,  o  nieznanej  przeszłości  staje  się  tak  dalece  outsiderem  miejscowej  społeczności,  że  nawet  exodus  „szarańczy”  nie  poprawi  jego  akceptowalności.  Z  kolei  autorytet  Szczeniaka  tak  wzrasta,  że  jest  w  stanie  obronić  odludka  przed  linczem.  Sama  odmowa  pomocy  lekarskiej  jest  tylko  PRETEKSTEM  argumentacyjnym  nienawiści  zamkniętej  społeczności.

Trzecią  główną  postacią  jest  Pułkownik -  JEDYNY  SPRAWIEDLIWY,  który,  mimo  wykazanej  szlachetności  i  odwagi,  tkwi  jednak  w  ciemnej  mentalności  otoczenia.  Stosunek  jego  do  związku  lekarza  z  Indianką,  w  tym  do  aborcji,  czy  sposób  wydania  córki  za  nieznajomego  oszusta  to  moralność  Pani  Dulskiej,  wraz  z  oburzeniem  na  PRAWDĘ,  że  Meme  się  puszczała.

Dodatkową  wartością  jest  UDANE  poszukiwanie  FORMY  /a  to  był  DEBIUT!!/,  bo  świat  widziany  oczami  Pułkownika,  córki  i  wnuczka  okazał  się  pomysłem  znakomitym.


 Nie  wypada  bić  braw  w  dniu  żałoby,  więc  zakończę  tylko  dwoma  słowami:  GORĄCO  POLECAM !!

Thursday, 17 April 2014

Gabriel Garcia Marquez - "Nie ma kto pisać do pułkownika"

Gabriel  Garcia  MARQUEZ
                            “Nie  ma  kto  pisać  do  pułkownika”

Napisane  w  styczniu  1957,  a  gdzie ?  Oczywiście  w  Paryżu.  Gombrowicz  triumfuje.  Przestrzegał  kogo  mógł,  by  pisarze  Ameryki  Południowej  nie  pisali  „pod  Paryż”,  bo  stracą  autentyczność.  Nic  nie  pomogło,  wszyscy  walili  do  Paryża,  a  nielicznym  udało  sie  tam  zdobyć  popularność.  Ci  nieliczni  to  Cortazar,  Vargas  Llosa i  właśnie  Marquez.  Ale  szkoda  słów,  przejdżmy  do  tego  opowiadania.

BANALNA  historia,  POZBAWIONA  LOGIKI  i  jakiegokolwiek  sensu.  Na  okładce  czytam  super  BZDURĘ:  „...studium  o  ludzkiej  samotności  i  godności”.  Może  nadejdzie  czas,  gdy Pan  Redaktor  zostanie  samotny  na  starość  i  będzie  bohaterowi  zazdrościł  wsparcia  żony,  która  przez  50  lat  toleruje  leniwego  nieudacznika.  Bo  nasz  bohater  został  pułkownikiem  w  wieku  20  lat,  a  przez  ponad  50,  nic  pożytecznego  nie  zdziałał.  Mało  tego,  kolportuje  nielegalną  prasę, opozycyjną  w  stosunku  do  obecnego  rządu  i  jednocześnie  domaga  się  od  tego  rządu,  przeciwko  któremu  knuje  -  wsparcia  finansowego.  Czyli  wkroczyliśmy  na  pole  godności.  Dla  Pana  Redaktora  pułkownik  walczy  o  godność,  a  dla  mnie -  mały  kombinator  i  oszust.  Pobiera  zaliczkę  za  koguta,  wystawiając  do  wiatru  miejscową  społeczność,  która  karmi  przyszłego  „zawodnika”,  by  wygrał  walkę  i  przyniósł  im  satysfakcję  i  zyski.  Nasz  bohater  podkrada  kogutowi  żarcie!!!,  zaliczkę  w  dużej  części  wydaje,  a  uwagę  żony  o  konieczności  zwrotu  zaliczki,  kwituje  stwierdzeniem  w  stylu  śp   Andrzeja  Leppera,  że  odda,  jak  będzie  miał...

Do  tego  tani  chwyt  z  serduszkiem  przestraszonego  koguta.  Nie  masz  na  co  liczyć  kogucie,  twój  pan  to  podły  facet;  jak  nie  zginiesz  w  ringu,  to  i  tak  ci  łeb  ukręci.  No  i  tłumaczka  dostosowała  się  do  całości,  męcząc  czytelnika  „trzewiami”  i  FATALNĄ  stylistyką.


    

Wednesday, 16 April 2014

Krystyna UNIECHOWSKA - "Franciszka Starowieyskiego Opowieść o końcu świata"

Krystyna  UNIECHOWSKA  - 
             “FRANCISZKA STAROWIEYSKIEGO
                OPOWIEŚĆ  O  KOŃCU   ŚWIATA”

Pełen  tytuł  ma  dokończenie   „...czyli  REFORMA  ROLNA”,  a  książka  - dedykację:

                                   Dzieciom  ziemiańskim
                                                     ku  pamięci
                                                      AUTORZY

Nie  byłem  dzieckiem  ziemiańskim,  ale  w  młodości  podziwiałem  Starowieyskiego  plakaty  i  /jak  wtedy  się  mówiło/  takie  różne  „świństewka”.  To  w  tamtej  epoce  /wczesnego  Gomułki/,             a  propos  wyczynów  Starowieyskiego,  opowiadano  o  pani,  która  w  Muzeum  wzięła  Grottgera  za  Fałata,  o  czym  słysząc  inna  zdziwiła  się:  „I  to  tak  publicznie?”.

Starowieyski  opowiada  głównie  o  latach  1939-1944,  a  więc  okresie  pomiedzy  9-tym  a  14-ym rokiem  jego  życia.  Dowiadujemy  się,  że  już  w  wieku  dziewięciu  lat  bezbłędnie  posługiwał  się  językiem  niemieckim,  a  język  francuski  używał  zgodnie  z  wymogami  jego  /ziemiańskiej/  klasy.  Jego  poglądy  zostały  ukształtowane  w  tym  środowisku:

/str.106/  „Nigdy  nie  bałem  się  Niemców.  A  bolszewików  bałem  się.  Bałem  się  po  prostu  Azji.  Niemcy  walczyli  przeciwko  nam,  ale  była  to  jakby  okrutna  rozgrywka  w  ramach  jednej  cywilizacji.  A  tu  przyszli  ludzie  z  obcej  cywilizacji,  żeby  ją  nam  narzucić  i  nas  zniszczyć”

To  znaczy,  że   hitlerowska  idea  ograniczenia  wykształcenia  PODLUDZI-POLAKÓW,  aby  stali  się  robolami  pod  nadzorem  niemieckim  nie  była  Starowieyskiemu  znana. Nie  słyszał  też  o  zagładzie  PROFESORÓW  UNIWERSYTETU  JAGIELOŃSKIEGO,  mimo  przebywania  80  km  od  Krakowa,  wśród  wykształconego  ziemiaństwa.  

A  jednak  noblesse  oblige,  tak  jak  w  1944,  gdy  ucztuje  się  przy  jednym  stole  z  hitlerowskim  oficerem  i  dowodcami  AK:

/str.76/   „...Jak  postąpić  nie  narażając  się  na  zarzut  fraternizacji,  w  jaki  sposób  można  dwie  sprawy,  dwa  zagadnienia  rozdzielić  - dystans  wobec  wroga  i  OBOWIĄZEK  wobec  człowieka,  gentlemana,  zachowując  przy  tym  odpowiednią  sztywność,  ale  i  nie  rezygnując  z  LOJALNOŚCI   KLASOWEJ”. /podkr.moje/

Prawie  cały  NARÓD  walczy  z  okupantem,  o  czym   Starowieyski  wie,  bo  w  kolacji  uczestniczą  dowódcy  AK,  w  okolicy  chłopstwo  walczy  w  Batalionach  Chłopskich,  a  w  nocy  przychodzą  „bandyci”  z  AL-u,  wśród  których  połowa   jest  ruskich /!!??/,  a  on  pieprzy  o  lojalności  klasowej.

Skoro  wg Starowieyskiego  polskie  dzieła  sztuki  zostały  zniszczone  bądż  zagrabione  przez  „azjatów”,  to  jak  to  się  stało,  że  tyle  odnaleziono  na  Zachodzie?  Do  czasu  tej  lektury  byłem  przekonany,  że  to  Niemcy   wywozili  z  Polski  dzieła  sztuki,  a  „azjaci”  nie,  bo  sie  na  tym  nie  znali.  Ale  szczytem  jego  mentalności  jest  wyznanie  o  „tamtym”,  wspaniałym,  ziemiańskim  świecie:

„TAMTEN   ŚWIAT  BYŁ  TAK  DOSKONAŁY  W  SWOJEJ  ISTOCIE,  ŻE  NIE  MÓGŁ  SIĘ  ZDEGENEROWAĆ”

No  comments.  To  książka  wyłącznie  dla  dzieci  ziemiańskich. 

    

Tuesday, 15 April 2014

Mario VARGAS Llosa - "Listy do młodego pisarza"

Mario  Vargas  LLosa  -
                              Listy  do  młodego  pisarza”

BUFON!!!  Nim  ocenię  książkę  kilka  uwag  o samym  autorze. Dzięki  skandalowi  obyczajowemu,  który  notabene  własnoręcznie  opisał, umiejętnej  samopromocji,  uwikłaniu  w  politykę,  szwendaniu  się  po  całym  świecie  i  niespodziewanej  Nagrodzie  Nobla  stał  się  popularny,  ale  z  miejscem  w  panteonie  już  gorzej,  bo... 1.  na  liście  Le  Monde  go  nie  ma;  2.  Czytelnicy  „lubimy  czytać”  słabiutko  oceniają  jego  „arcydzieła” -  najlepsza  nota  7,75  dla  „Rozmowy  w  Katedrze”  /Sądzę,  że  ta,  i  tak  wysoka  nota  jest  spowodowana  analogią  opisywanych  wydarzeń  w  Peru,  i  w  Polsce/. A,  i  jeśli  ktoś  twierdzi,  że  w  2010 r.  brano  Vargasa  pod  uwagę  w  przymiarkach  do  Nobla,  to  kłamie.  Dopiero  po  przyznaniu,  wszyscy  zaczęli  zgodnie  piać,  że  świetny  wybór.
No  tak,  a  KUNDERA  i  inni  będą  czekać  „ad  usranem  mortem”.  Acha,  żeby  było śmieszniej,  spójrzmy  na  pokrętne  uzasadnienie  nagrody:  

za  „kartografię  struktur  władzy  oraz  wyraziste  obrazy  oporu,  buntu  i  porażek  jednostek”.

Vargas  pisze  w  tej  książce  m.in.  o  formie,  no  to  przypatrzmy  jaką  sam  wybrał.  A  wygodną,  bardzo  wygodną,  bo  bezdyskusyjną.  Wielki  Człowiek, Święty  Augustyn  napisał  „Dialogi  filozoficzne”,  by  wyrazić  nieustanną  walkę  z  własnymi  myślami,  a  Pan  Vargas  „Listy....”,  o  charakterze  wykładu,  na  zasadzie  „jak  wół  pierdzi,  to  obora  słucha”.  Tylko  czego  tu  słuchać:  str.11:
„Życie  opisane  w  powieściach,  zwłaszcza  najlepszych,  nigdy  nie  jest  tym,  które  n a p r a w d ę  było  udziałem  ich  autorów,  czytelników,  miłośników;  jest  fikcją,  którą  autorzy  wymyślili,  wykreowali  sztucznie...”

Naprawdę?  Wprawdzie  z  takiej  stylistyki,  nie  mogę  się  domyślić  co  się  dzieje  z  życiem  w  powieściach  „nienajlepszych”,  ale  i  tak  jest  to  odkrycie  epokowe.  I  tak  całe  121  stron:  BANIALUKI,  TRUIZMY,   no  i  popisywanie  się  erudycją,  polegające  na  rzucaniu  autorami  i  książkami  nikomu  nieznanymi,  oraz  płynący  szerokim  strumieniem  NARCYZM /”och,  jaki  ja  mądry”/,  przypominający   samouwielbienie  Umberta  ECO  w  „Dopiskach”  do  „Imienia  Róży”  /gdzie  Eco  mierzył  się  z  Joycem/.


Ku  ogólnej  radości  powiem,  że  nawet  o  soliterze  klepie  dyrdymały,  bo  ja  go  50 lat  temu  miałem  i  wcale  nie  chudłem.  A  poważnie,  to  polecam  nieporównywalnie  ciekawsze  „Dzienniki”  Gombrowicza,  gdzie  rozważania  nad  „formą”  są  pierwszej  klasy.  

Monday, 14 April 2014

Khaled HOSSEINI - "Chłopiec z latawcem"

Khaled   HOSSEINI  -  “Chłopiec   z  latawcem”

REWELACJA!!    Nie  przepadam  za  historiami  z  obcego  mnie  kręgu  kulturowego,  więc  wziąłem  „islamską”  książkę  do   ręki  z  pewną  rezerwą.  I  ja,  stary  dziad,  piszę  notkę  bezpośrednio  po  przeczytaniu  książki,  głodny,  spragniony,  z  obolałym  krzyżem,  bo  na  sekundę  NIE   MOGŁEM   SIĘ   OD  NIEJ  ODERWAĆ.  I  to  prawie  cała  recenzja;   acha,  jeszcze  dodam,  ze  okulary  musiałem  przecierać,  bo  jakoś  zaporowywały.


PIĘKNA,  MĄDRA  KSIĄŻKA  DLA   WSZYSTKICH    

Sunday, 13 April 2014

Irek GRIN - "ZE ZŁOŚCI"

IREK GRIN - “Ze złości”

Ad-lo-jada - czyli “radosne sponiewieranie się za pomocą alkoholu” /str.10/, a w dokładnym tłumaczeniu – „aż nie będziesz wiedział”, - to największa korzyść jaką wyniosłem z tej książki.

Irek Grin wykazał się NIEBYWAŁYM TALENTEM. Wybrał arcyciekawy temat, wyraziste postacie, zebrał bardzo dużo wiarygodnego materiału, tudzież anegdoty i szmoncesy, i to wszystko ekstremalnie SPIEPRZYŁ. Powiem ino o SZMONCESACH, które opowiada jak przysłowiowa blondynka. Z szacunku dla jego pracy w zgromadzeniu ciekawego materiału oraz za stronę 157, na której słusznie DOKOPAŁ Kisielowi i Wańkowiczowi /choć szkoda, że nie podał, iż Różański to brat Borejszy, orig. Goldberg/ daję aż CZTERY gwiazdki.

Niemniej, ze względu na tematykę i wiele ciekawostek, jak chociażby, że Ala z ”Elementarza” Falskiego to póżniejsza wspaniała lekarka Alina Margolis-Edelmann, książkę POLECAM

Saturday, 12 April 2014

Sergiusz PIASECKI - "Zapiski oficera Armii Czerwonej"

Sergiusz  PIASECKI  - “Zapiski  oficera  Armii  Czerwonej”


Trudno  uwierzyć,  że  parę  dni  temu,   piałem  peany  na  cześć  Piaseckiego,  a  jego  wspaniałej  książce  pt  „Siedem  pigułek  Lucyfera”   z  przyjemnością  dałem  10  gwiazdek,  a  dziś  pozostaję  zniesmaczony  niestrawną  lekturą  PRYMITYWNEJ  groteski,  napisanej,  by  wzbudzić  rubaszny  rechot  „rusofobów”  i  tych  z  Polaków,  którzy  pogardzają  Rosjanami.

Nie  ja  wymyśliłem  prawdę,  że  POLACY  MAJĄ  KOMPLEKS  NIŻSZOŚCI  WOBEC  ZACHODU  I   KOMPLEKS  WYŻSZOŚCI  WOBEC  WSCHODU.

Miłosz  wielokrotnie  pisał  o  swoim  rozmiłowaniu  w  literaturze  i  muzyce  rosyjskiej,  a  ja  biorę  do  ręki,  leżący  na  moim  biurku  „The  WORLD  ALMANAC  2007”   i   w  dziale  „Noted  Personalities”,  w  rubryce  „Writers  of  the  Past”  z  adnotacją  /Russ/  kolejno  znajduję:  Achmatową,  Aleichema,  Babla, Błoka, Brodskiego, Bułhakowa, Czechowa, Dostojewskiego, Erenburga,  Gogola, Gorkiego,  Lermontowa,  Mandelstama, Majakowskiego, Nabokowa, Pasternaka,  Puszkina,  Randa, Szołochowa,  Tołstoja,  Turgieniewa  -  razem  21,  wobec  „naszych”  3 -  Herberta,  Miłosza   i   Singera.  W  rubryce  „Composers  of  Classical  and  Avant  Garde  Music”  widzę:  Borodina,  Glinkę,  Chaczaturiana,  Musorgskiego, Prokofiewa,  Rachmaninowa,  Rymskiego-Korsakowa, Szostakowicza, Strawińskiego,  Czajkowskiego  -  dziesięciu,  wobec  „naszych”  znów  trzech: Chopina,  Paderewskiego  i  Pendereckiego.  A  może  w  nauce  mamy  kogoś  porównywalnego  z  np  Mendelejewem?  Więc  troszkę  ostrożniej  z  tym  rechotem.

Zacofanie  cywilizacyjne  Wschodniej  Europy  ciągnie  się  przez  całą  historię,  a  wraz  z  nim  historia  wszy.  W  szkole  nas  uczono  jak   Piotr  I,  po  powrocie  z  Holandii,  obcinał  bojarom  zawszone  brody,  ale  ja  dobrze  poznałem  jak  wszy  gryzą,  i  to  w  Polsce.  Po  raz  pierwszy  pogryzły  mnie  w  1944 r,    „na  wygnaniu”  tzn  gdy  w   panice  przed  zbliżającymi  się  do  Warszawy  wojskami  sowieckimi,  w  wyniku  szerzącej  się  rusofobii,  wyniesiony  /bo  miałem  rok/  zostałem  przez  rodziców  do  zawszonej wsi.  Gdy  poszedłem  w  WARSZAWIE /a   nie  kołchozie/,  do  szkoły  w  1949,  co  miesięczna  kontrola  zawszenia  w  klasie  dawała  pozytywny  rezultat  od  10  do  50% /to  50 - po  koloniach,  obozach  etc,/.  Na  wielu  koloniach  golono  łby  /mnie  w  Bukowinie  w 1953/  przymusowo.  A  ponad  wszystko,  Drodzy  Czytelnicy,  proponuję  wystukać  PLICA  POLONICA   bądż  POLISH  PLAIT  tzn  kołtun,  to  dowiecie  się   z  jakim  narodem  kojarzy  się  na  całym  świecie  ta  JEDNOSTKA  CHOROBOWA.

Nie  mam  zamiaru  bronić  sowieckiej  „dziczy”,  która  rabowała  i  gwałciła,  m.in.  bliską  mojej  rodzinie  osobę,  z  którą  najpierw  opłakiwali  śmierć  jej  17-letniego  syna  w  Powstaniu  Warszawskim,  by  za  chwilę  w  ponad  20  zgwałcić.  Nie  bronię  też  smakoszy  pasty  do  podłóg  „Dobrolin”,  którzy  nie  usłuchali  przestróg,  znajomego  mnie,  kierownika  firmowego  sklepu  i  spożyli  ją  jako  „sało”,  a  dostawszy  krwawej  biegunki  wskutek  zawartej  w   niej  terpentyny,  chcieli  go  rozstrzelać.  Pamiętam  też  doskonale  przygodę  rosyjskiego  generała  podejmowanego  na  przyjęciu,  we  Lwowie,  który  znalazwszy  się  w  łazience  z  porcelanowymi  utensyliami,  nie  śmiał  ich  zbrukać,  więc  przykucnął  w  samym  rogu,  po  czym,  zobaczywszy  sznurek  rezerwuarowy,  pociągnął  go,  a  w  lecącej  wodzie,  opłukał  ręce.  Mam  też  przed  oczami  „ruskich”  obwieszających  się   orderami  i  zegarkami,  lecz  w  beztroskim  rechotaniu  nad  wszawicą, złotymi  zębami,  nieznajomością  pasa  do  pończoch  czy  bananów   przeszkadza  mnie  pamięć.
Pamięć  warszawiaka  z  ekskluzywnej  dzielnicy -  Saskiej  Kępy,  wychowanego  w  inteligenckiej  rodzinie,  który  dopiero  na   emigracji,  w  Kanadzie  uczył  się  z  mozołem  spożywania  większości  „południowych”  owoców.  Ze  swojej  pamięci  nie  potrafię  też  wymazać  rozmowy  z  Holendrem  w  Interklubie  „Dziekanka” /kluby  studenckie  na  okres  wakacji  przemianowywano  na  Interkluby otwarte  do  2  w  nocy,  i w  których  codziennie  grano  jazz/, w  końcu  lat  60-tych,  który  nie  mógł  się  nadziwić,  że  Polki  nie  depilują  ,nóg,  a  i  często,  włosy  spod  pach  im  sterczą.  A  zęby?  Do  lat  90-tych,  trudno  było  znależć  Polaka  z  pełnym,  zdrowym  uzębieniem,  a  złotymi  zębami  niektórzy  świecą  do  dziś.
Wybitnie  zdolny  Piasecki,  znający  wyjątkowo  dobrze  rzeczywistość  ze  względu  choćby  na  swoją  bogatą  przeszłość  kryminalną,  wypisuje  dyrdymały,  by  się  przypodobać  rusofobicznej  londyńskiej  emigracji  wśród  ktorej  żyje,  po  ucieczce  z  kraju  w  1946  roku,  a  dzisiejszy   zachwyt   nad  książką  jest  wynikiem  nawrotu  tejże  rusofobii.
Wskutek  „poprawki”  z  10-ej  do  maturalnej klasy,  z  rosyjskiego,  którego  ostentacyjnie  nie  uczyliśmy  się,  /co  za  głupota,  przecież  „wroga”  język  lepiej  znać,  co  udowodniła  niedawna  okupacja  niemiecka/,  zmuszony  byłem  do  nauczenia  się  kilku  wierszy  rosyjskich.  I dziemu stałem  się  miłośnikiem  Błoka  i  Jesienina,  a  potem  z  własnej  inicjatywy - oczarowanie  Achmatową,  Cwietajewą  czy  Mandelsztamem.  A  z  modą  na  brząkanie  na  gitarze  WSZYSCY  kochaliśmy  Wysockiego,  Wertyńskiego  czy  Okudżawę,  co  nie  przeszkadzało  nam  coraz  silniej  buntować  się  przeciw  zwierzchności  Moskwy.
Piszę  o  tym,  bo  żeby  było  zabawnie   musi  być  zachowana  krztyna  prawdy,  a  zbyt  daleko  posunięty  radykalizm  powoduje  utratę  wiarygodności.  A  to  obserwujemy  u  Piaseckiego,  np  w  sprawach  religijnych.  O  ile  możemy  się  uśmiechnąć,  z  reakcji  naszego  bohatera  na  widok,  jak  i  przesłuchanie  księdza  katolickiego,  mimo,  że  o  nim  dużo  czytał /str.54/,  to  absolutnie  niewiarygodne  jest  nazywanie  Matki  Boskiej -  „damą  z  koroną” /str.73/.  Chyba  nikt  przy  zdrowych  zmysłach   nie  zakwestionuje  twierdzenia,  że  Kult  Maryjny  zawsze  był  silny  u  Rosjan  i  że  mimo  SIEDEMDZIESIĘCIOLETNICH  restrykcji  przetrwał,  jak  i  umiejętność  PISANIA  IKON,  jako,  że  Rosjanie  byli,  są  i  będą  IKONODULAMI.   Spójrzcie  na  dzisiejszą  Rosję;  jej  wielkomocarstwowość  jest  głoszona  przez  dysydenta  Sołżenicyna  na  bazie  zrewitalizowanego Kościoła  Prawosławnego.
Ale  i  cała  perfekcyjna  indoktrynacja,  która  doprowadziła  bohatera  do  bezgranicznej wiary  w  Stalina,  staje  się  u  Piaseckiego  niewiarygodna,  gdy  z  powodu  niesprawdzonej  plotki  zostaje  zniweczona: /str.123/
Więc  ja  portret  jego  ze  ściany  zdjąłem  i  patrzę  w  tę  fałszywą  gruzińską  mordę..   i  przemówiłem:...    ..rozumu  na  to  miałeś  za  mało,  więc  wygnali  ciebie  z  seminarium  jak  sobakę.  A  teraz  znów  durniem  okazałeś  się!”         
Pamiętam  1956 rok  i  referat  Chruszczowa  na  XX  Zjeżdzie  KPZR,  obalający  mit  Stalina.  Wielu  ludzi  nie przeżyło  utraty  tego „boga”,  wielu  trafiło  do  klinik  psychiatrycznych;  i  to  nie  tylko  w  Rosji,  również  w  Polsce,  znam  to  z  autopsji.
Ta  cała  dotychczasowa  krytyka,  to  małe  piwo, wobec  najważniejszej  kwestii. Otoż  Piasecki,  w  ramach  sianej  nienawiści,  zaprzecza  niepodważalnej  opinii,  że  Rosjanin  ostatnią  kromką  się  podzieli,  że  koszulę  z  grzbietu  ściągnie,  by  pomóc  potrzebującemu.  Świadectwo  temu  dają  we  wspomnieniach  m.in.  SYBIRACY,  pensjonariusze  gułagów  i  łagrów,  „turyści”  zwiedzajacy  Tajgę...   W  wielu  polskich  wspomnieniach  czytamy,  jak  biedni  Rosjanie  pomagali  przeżyć  katorgę.  Nie  można  NKWD,  działalności  rożnych  funkcjonariuszy  wrzucać  do  jednego  wiadra  z  uciemiężoną  duszą  rosyjską.  Autor  delektuje  się  wymyślonym  brakiem  empatii  u  Rosjan:  str  127, 128, 132 ;  np:
U  nas  to  by  nikt  mnie  pomocy  nie  okazał”.
No  i  finał.  Za  ponad  dwa  lata  pomocy,  jak  się  odwdzięczył. Proszę  samemu  przeczytać,  dla  mnie  zbyt  drastyczne. ....  A  to  wredny  kacap.
 Dla  panów  z  Londynu,  którzy  nie  przeżyli  okupacji  w  kraju,  którym  nie  podobał  się  układ  Sikorski-Majski,  i  tym  obecnym, co plują  w  twarz WIĘŻNIOM  ŁAGRÓW  I  GUŁAGÓW,   którzy  nie  zdążyli  wyjść  z  Andersem,  więc  przyszli  z  Berlingiem,  na  „SOWIECKICH   CZOŁGACH”,  książka  może  się  podobać.   MNIE  NIE.  Bo  chociaż moja  rodzina  szczęśliwie  przeżyła  niemiecką  okupację,  a  w  PRL-u  mój  Ojciec  został  przez  słynną  „krwawą  Lunę” Brystygierową  wyrzucony  na  bruk  z  uczelni,  to  dalej  wyznaję  Jego  dewizę,  że  „LEPIEJ  RUSKIEGO  W  D..Ę  POCAŁOWAĆ,  NIŻ  NIEMCOWI  RĘKĘ  PODAĆ”.  Tylko  ci  ostatni  nas  nazywali  Untermenschen.
A  czytelnikom  lubiącym  dobrą  satyrę  na  temat  ZSRR  polecam  Erenburga  „Burzliwe  życie  Lejzorka  Rojtszwańca”,  Ilfa  i  Pietrowa  „Złoty  Cielec”  i  „Dwanaście  krzeseł”  oraz  wszystko  Bułhakowa.  
PS  Wyścigi  w  donoszeniu  do  NKWD  Piasecki  „zapożyczył”  z  Erenburga,  gdzie  Lejzorek  stara  sie  ubiec  /i  vice versa/  towarzyszkę  Pukie.


Tuesday, 8 April 2014

Henry David THOREAU - "WALDEN"

Henry  David  THOREAU  -    “WALDEN”

PRZECZYTANE  Z  OBOWIĄZKU,  a  jak  ja,  to  i  inni  winni  przeczytać.  A  że  tematyka  bogata  i  twierdzeń  dyskusyjnych  sporo,  siedem  aż  gwiazdek  daję,  poniekąd  wbrew  sobie.

Jako  stary  dziad,  sceptyczny  i  złośliwy  muszę   zapytać:  PO  COŚ  PAN  WRACAŁ,  PANIE  THOREAU?”.

Z   jego  życiorysu  wiemy,  że  był  ekscentrykiem  i  samotnikiem,  że  niewątpliwie  był  pod  silnym  wpływem,  starszego  o  14  lat  Ralpha  Valdo  EMERSONA,  o  którym  Wikipedia  pisze:

„...nie  stworzył  SPÓJNEGO  systemu  filozoficznego..” /podk.moje/

Dalej,  że   w  1841  roku,  zamieszkał  u  Emersonów  i  pełnił  rolę  korepetytora  dla  dzieci,  ogrodnika  i  człowieka  do  wszystkiego,  że  spowodował  pożar  1,2 km kw.  lasu  WALDEN  Woods  w  1844,   no  i  że  w  1845 r,  jego  rówieśnik,  poeta  Ellery  Channing /1817-1901/,  przekładajac  „na  nasze”  powiedział  tak:  „Chłopie,  masz  28  lat,  nie  masz  żadnej  dziewczyny,  siedzisz  za  służącego  u  Ralpha,  czego  tu  się  będziesz  pętał?  Śmigaj  do  lasu,  chałupę  se  postaw  i  zastanów  się  nad  samym  sobą”.  No  i  4 lipca 1845  roku  Thoreau  rozpoczął  życie  eremity  nad  emersonowskim  stawem  Walden.  Wiemy  o  dwóch  przerwach  w  tym  pobycie;  jedna -  z  powodu  wycieczki  na  Mount  Katadhin  w  Maine,  a  druga  -  mniej  przyjemna,  bo  w  areszcie  z  powodu  niepłacenia  przez  6  lat  podatków.  Ciotka  za  nieudacznika  zapłaciła,  a  on  wrócił  do  buszu.  W  dniu  6 września  1847 roku  zakończył  happening i  zamieszkał  ponownie  u  Emersonów,  skad  się  wyniósł  ostatecznie  w  1849 r.,  by  resztę  życia /13 lat/  spędzić  na  łonie  rodziców  i  siostry.  Żadnej  kobitki,  żadnych  dzieci,  całe  życie  NIEPRZYSTOSOWANY.  No  i  moment,  w  którym  decyduje  się  na  erem;  ma  28  lat, za  dwa  lata  trzydziestka,  a  więc  granica  między  zbijaniem,  a  czerpaniem  z  jakiegokolwiek  zdobytego  dotąd  kapitału.

Ta  książka  jest  właśnie  pocieszającą,  podtrzymującą  na  duchu i pozwalającą  na  snucie  nierealnych  marzeń  lekturą,  przeznaczoną   dla  sfrustrowanych,  mających  problemy  z  asymilacją  w  cywilizacji  XXI  wieku.  Książka  ta  odżyła  obecnie,  dzięki  działaniom  propagandowym  i  marketingowym  Billa  McKibbena,  „leading  environmentalist”,  specjalisty  od  organizowania  „zadym”  związanych  z  „global  warming,  alternative  energy,  risks  associated  with  human  genetic  engineering”. Nie  wiem,  jak  w  polskim  wydaniu,  ale  amerykańskie  był  uprzejmy  „obciążyć”  swoją  nudną  przedmową,  w  której  instrumentalnie  traktuje  książkę  dla  propagowania  własnych  idei,  i  potwornymi  przypisami-komentarzami   służącymi  do  urabiania  opinii  czytelników  w  materii  poglądów  przez  siebie  lansowanych.  Przykład -  już  na  stronie  6  rozpisuje  się  na  temat  „symptoms  of  <burnout>”,  które  objawia  OBECNIE  71 % robotników  czując  się  „used  up”  pod  koniec  dnia  roboczego.  Nie  po  to  czytam  XIX-o  wiecznego  Thoreau,  by  XXI-o  wieczny McKibben  psuł  mnie  lekturę. 

A  jeszcze  jedno  moje  zwarcie  z  McKibbenem.  Najpierw  w  przedmowie  oświadcza:

„Understanding  the  whole  of  the  book  is  a  hopeless  task”

a  w  przypisie  na  str.1  mnie  poucza:

„You  will  get  very  little  from  „Walden”  if  you  read  it  hunting  for  contradictions..”

McKibben,  WAL  SIĘ,  jak  mawia  dzisiaj  młodzież,  bo  ja  czytam  książki,  by  m.in.  móc  polować  na  sprzeczności,  czyli  wychwytywać  głupoty.
.
Nim  przejdę  do  książki,  czuję  się  zobowiązany  wyjaśnić,  że  czując  się  uczniem  ks. J. TISCHNERA,  powtarzam  za  nim,  że  człowiek  realizuje  się,  tylko  i  wyłącznie,  przez  drugiego  człowieka,  więc  ciągoty  alienacyjne  są  dla  mnie  z  innej  bajki.  Gdy  byłem  młody  było  nas 1,8  mld  i  katastrofiści  wróżyli  koniec  świata,  gdy  ludność  Ziemi  przekroczy  2,5  mld;  dzisiaj,  zdaje  się,  jest  nas  ponad  7 mld.....  Nauczmy  się  żyć  wśród  ludzi,  a  nie  uciekać  od  nich.

Osiemnaście  różnorodnych  tekstów,  ktore  łączy  poza  intelektualisty  i  infantylizm.  Widocznie  ukończenie  studiów  w  wieku  20  lat  było  przedwczesne,  a  i  brak  jakiegokolwiek  normalnego  zajęcia  skrzywiło  osobowość.  W  niektórych  kwestiach  trudno  zrozumieć  o  co  mu  chodzi.  Np  zglasza  pretensje,  że  klasyczna  literatura  grecka  i  łacińska,  czytana  w  tłumaczeniu  na  język  angielski  nie  pozwala  na  dokładne  zrozumienie  idei.  No  to  po  co,  chłopie,  siedzisz  w  lesie?  Wracaj  na  Harvard,  poducz  się  łaciny  i  greki,  i  studiuj  originały.  Ale  to  nie  zadziała,  bo  język  pisany  różni  się  od  mówionego,  a  ponadto  dużą  rolę  odgrywają  dialekty.  A  w  ogóle,  niespełniony  w  życiu  między  ludżmi,  ucieka  do  pustelni,  by  współżyć  z  naturą,  a  znalazwszy  się  tam,  filozofuje  i  otoczony  licznymi  książkami,  wyszukuje  w  nich  liczne  cytaty,  tracąc  czas,  który  miał  poswięcić  naturze.

Bardzo  staranną,  profesjonalną  analizę,  wraz  z  uwagami  Tadeusza  SŁAWKA  warto  przeczytać  w   polskiej  Wikipedii,  pod  hasłem  WALDEN;  ja  z  niej  się  dowiedziałem,  że  podobno  „Iliadę”  Thoreau  czytał  w  oryginale.  

Na  koniec  zdemaskuję  go  w  kwestii  zarobków.  Twierdzi,  że  tak  sobie  ustawił  życie,  że  wystarczy  mu  pracować  6 tygodni  w  roku.  Jak  to  ma  się  do  rzeczywistości?.  Przecież  całe życie  spędził  na  łasce  Emersona,  a  póżniej  rodziców i  siostry.  Jak  miał  pracować  6  tygodni,  skoro  był  służącym,  ogrodnikiem  i  korepetytorem?  Studia  skończył  w  1837 r,  do  Emersona  wprowadził  się  w  1841 r.,  a  w  lipcu  1846  trafił  do  więzienia  za  niepłacone  podatki.  A  swoje  wiekopomne  dzieło  wydał  własnym  sumptem  i  w  ciągu  8  lat  sprzedał  niecałe 2000  egzemplarzy.  Dodajmy,  że  szybko  zostało  zapomniane,  na  równi  z  autorem,  a  prawdziwa  rewitalizacja  nastąpiła  obecnie,  by  służyć  jako  manifest  ,  nazwijmy  to  skrótowo, -  zielonym. 


Sunday, 6 April 2014

Zbigniew HERBERT - "Mistrz z Delft"

Zbigniew  HERBERT  -  “Mistrz  z  DELFT”


Bardzo  ciekawy  zbiór  szkiców,  tak  różnorodnych,  że  czuję  się  zmuszony  do  spokojnego  odnotowywania,  co  mnie  one  dały. Pośmiertne  opracowanie  tego  zbioru  jest  tamże  dokładnie  opisane,  więc  ja  podkreślę  tylko  najcenniejszy  w  nim  udział  Barbary  Toruńczyk.
I  tak  w  „Hamlecie  na  granicy  milczenia”  spodobało  mnie  się  określenie  myślenia  „jako  pewnej  luksusowej  formy  życia”,  jak  i  odróżnienie  „myśli  myślanej”  od  „myśli  myślącej”,  rozumianej  jako  intelektualnej  formy  przeżywania  rzeczywistości.  Trafne  jest  też  nazwanie  kwestii,  zaczynającej  się  od  „być  albo  nie  być” -  „monologiem  o  metafizycznym  ryzyku  samobójstwa”.  Dalej  kapitalne  wykazanie  różnic  między  Werterem  a  Hamletem,  jak  i  Orestesem  a  Hamletem,  aby  w  końcu  wytłumaczyć  różnicę  między  wyborem  a  świadomym  losem.
W  „Holy  Iona”  Herbert  zauważa  napis  na  rzeżbie  przedstawiającej  Madonnę:
„Leo  Lipschitz -  Żyd  wierny  wyznaniu  swoich  przodków  -  wyrzeżbił  tę  Madonnę,  aby  ludzie  porozumieli  się  między  sobą  i  aby  duch  zapanował  na  ziemi”.
I  stwierdza:  „Wtedy  uświadomiłem  sobie,  że  podróżuję  po  Europie  po  to,  aby  z  długich  i  dramatycznych  dziejów  ludzkich  wydobyć  ślady,  znaki  utraconej  wspólnoty”.
W  „Diariuszu  greckimobok  stwierdzenia,  że..
„Wszystko,  co  lepsze  w  dziedzinie  sztuki,  przypada  na   czasy,  kiedy  warunki  materialne  były  liche..”
- poznajemy  poczucie  humoru  Herberta,  który  opowiada,  jak  znużony  całodziennym  zwiedzaniem  starożytnych  zabytków,  zostaje  zaskoczony  przez  dwie  „leciwe  Amerykanki,  że  nie  widział  rzeczy  najważniejszej  -  grobu  Ewy  Palmer,  a  co  gorsza  nie  wie,  kim  była  ta  istota”.
Cztery  następne  szkice,  w  tym  tytułowy  o  Vermeerze,  dotyczą  malarzy  holenderskich  i  dzięki  erudycji  Herberta  mają  wielką  wartość  poznawczą.  Z  przyjemnością  się  poduczyłem  i  „no  comments
Tak,  to  omówiliśmy  jedną  z  pięciu  części  książki,  ale  najistotniejszą  z  punktu  widzenia  recenzenta.  Bo  II  części,  zawierającej  wybór  wierszy,  nie  śmiem  omawiać,  skoro  zyskały  najwyższe  miejsce  w  poezji  światowej,  a  dalsze  trzy  są  króciutkie.
W  trzeciej – „Prywatnej  historii  świata”  Herbert,  najpierw,  porusza  kwestię  świadomości  historycznej:
„Świadomość  historyczna  to  taka  postawa  myślowa  i  moralna,  która  akceptuje  przeszłość  jako  rozległe  pole  ludzkich  doświadczeń:  błędów,  zbrodni,  ale  także  przykładów  męstwa  i  rozsądku,  i  która  zakłada,  że  nasze  czyny  tutaj  i  teraz  znajdą  przedłużenie  w  przyszłości...   ...ludzkość  nie  powinna  się   /jej/  wyzbywać  za  niską  cenę  pragmatycznych  sukcesów  politycznych..”.

Fascynację    „własną  wyjątkowością,  poczuciem,  że  żyjemy  w  czasach  nieporównywalnych,  bez  żadnej  analogii  do  tego,  co  było  przedtem”  nazywa  delikatnie  „swoistym  narcyzmem  cywilizacyjnym”,  podczas,  gdy  to  głupota  i  chucpa.

Z  dalszych  szkiców  wyłowiłem  piękne  zdanie  o  naiwnej  nadziei  naukowców:
„Chcemy  wierzyć,  że  istnieją  królestwa  intelektu  poza  dobrem  i  złem,  nieskażone  politycznym  obłędem,  wolne  od  zbrodni  epoki.  Wydaje  się,  że  w  dzień  Sądu  Ostatecznego  ci,  którzy  zajmowali  sie  astronomią,  heraldyką  czy  entomologią  -  przejdą  gładko  na  stronę  zbawionych,  automatycznie  niejako,  z  samej  racji  wykonywanego  zawodu”.
W  podziękowaniu  za  Nagrodę  Eliota,  Herbert  mówi  o  roli  literatury,  o  jej  „suwerennym  władaniu  czasem” :
„Najtrafniej  wyraził  to  Eliot,  odkrywając  pod  regułami  gramatyki  nurt  poezji:
Time  present  and  time  past
Are  both  perhaps  present  in  time  future,
And  time  future  contained  in  time  past..”


Część  czwarta  została  zatytułowana  “Herbert  o  swoich  wierszach”  i  przynosi  autokomentarz  „Dlaczego  klasycy?”,  poprzedzony  wierszem  o  tym  samym  tytule  i   niewykonane  słuchowisko  radiowe  pt  „Dotknąć  rzeczywistości”.  W  autokomentarzu  czytamy:
„Sądzę,,,,  że  czarna  tonacja  literatury  współczesnej  ma  swoje  żródło  w  postawie,  jaką  zajmują  twórcy  wobec  rzeczywistości.  I  właśnie  tę  postawę  starałem  się  w  wierszu  zaatakować.
Romantyczna  koncepcja  poety  obnażającego  swoje  rany,  opowiadającego  o  własnym  nieszczęściu,  ma  dziś  wielu  zwolenników  mimo  przemian  stylów  i  gustów  literackich.  Uważa  się  powszechnie,  że  świętym  prawem  artysty  jest  jego  ostentacyjny  subiektywizm,  manifestowanie  obolałego  „JA” .”
Przygotowane  słuchowisko  radiowe  to  ponad  dwadzieścia  wierszy  komentowanych  przez  poetę.  Znajdujemy  tam  uwagę  odnoszącą  się  do  Nauczyciela  Herberta  -  prof.  Henryka  ELZENBERGA,  z  którym  poeta  pozostawał  w  bardzo  bliskim  stosunku:
„Mój profesor  filozofii,  ucząc  mądrości  greckiej,  wpajał  nam  entuzjazm  dla  stoików.  W  czasach,  kiedy  to  się  działo,  amor  fati  ratował  od  szaleństwa.  Czytaliśmy.  Czytaliśmy  tedy  Epikteta,  Marka  Aureliusza  i  ćwiczyliśmy  się  w  sztuce  ataraksji,  wypędzając  z  duszy  wzburzenia  i  namiętności.  Życie  w  zgodzie  z  naturą,  to  znaczy  z  rozumem,  pośród  szalejącego  świata  i  wrzasków  nienawiści  było  trudnym  doświadczeniem”.
Herbert  jest  znawcą  historii  starożytnej  i  mitologii,  więc  bezlitośnie  je  obie  wykorzystuje  w  komentarzach,  by  mówić  o  problemach  świata  współczesnego.


Ostatnia,  krótka  część,  zatytułowana  „Charaktery”  to  pięć  szkiców,  w  ogóle  ze  sobą  niepowiązanych,  lecz  idea  chęci  ocalenia  ich  od  zapomnienia,  jest  jak  najbardziej  słuszna,  a  ja  ze  szczególną  przyjemnością  czytam  słowa  o  Jerzym  Ficowskim  i  Josifie  Brodskim.