Monday, 31 March 2014

WOLTER - "POWIASTKI FILOZOFICZNE"

WOLTER   -   “Powiastki  filozoficzne”

KLASYKA,  KTÓRĄ  NALEŻY  ZNAĆ,  a  nie  dyskutować .

Cztery  powiastki:  „Zadig  czyli  los”,  „Tak  toczy  się  światek”, „Kandyd  czyli  optymizm”  oraz    „Prostaczek”.  Wszystko,  co  napisał   Wolter  zostało  gruntownie  przebadane  i  ocenione.  Pozwolę  więc  sobie  tylko  na  krótkie  osobiste  uwagi,  które  zaczynam  od  stwiedzenia,  że  wielokrotnie  czytałem,  nie  tylko  jego  utwory,  lecz  również  Diderota i  nie  wiem,  czy  profesjonalistom  to  się  spodoba  czy  nie,  odczuwam  podobną  i  porównywalną  przyjemność  z  obu  lektur.  Mało  tego,  twierdzę,  że  obaj  stali  sie  zaczynem  Rewolucji  Francuskiej.  Porównajmy:  Wolter  /1694-1778/,  a  Diderot /1713-1784/,  obaj  przez  Kościół  nie  „lubiani”  i  obaj  nie  dożyli  zburzenia  Bastylii.

Co  do  omawianych  opowiadań,  wyczytałem  o  zbieżnosci  etymologicznej  ZADIGA  z  „naszym”  CADYKIEM,  który  oznacza  sprawiedliwego  bądż  prawdomównego. Samo opowiadanie  uważane  jest  jako  autobiograficzne.   Przypomnijmy  też,  że  „candide”   to  dobroduszny,  naiwny.

 Zauważmy  jeszcze,  że  antyklerykalizm  ma  przedstawicieli  „podług  własnej  miary”.  Francja  XVIII  wieku  miała  Woltera  i  Diderota,  a  Polska  XXI  wieku  -  Palikota.


Marcin ŚWIETLICKI - "DWANAŚCIE"

Marcin    ŚWIETLICKI   -   “Dwanaście”

Z  wieloletnim  opóżnieniem   przeczytałem  pierwszą  część  “trylogii”  Świetlickiego,  a  stratę,  wynikającą  z  tej  zwłoki,  pomaga  mnie  zrekompensować   nadzieja   na  równą  przyjemność  z  lektury  dalszych  części  pt  „Trzynaście” /2007/  i  „Jedenaście” /2008/.  W pisarstwie,  tego  przede  wszystkim -  poety,  odnajduję  wszystko  co  najlepsze  u  Marka  Hłaski,  Jonasza Kofty  i  Wojciecha  Młynarskiego.  A  różnica  wynika  m.in. z  niepowtarzalnej  atmosfery  Krakowa,  której  współtwórcą,  ale  i  koneserem,  znawcą  jest  Świetlicki.

Jak  ktoś  chce,  to  może  nazywać  omawianą  książkę  -  thrillerem,  powieścią  sensacyjną  etc,  ja  jednak  widzę  w  niej   satyrę  wydarzeń  anno  domini  2005,  tak  w  skali  Krakowa,  jak  i  ogólnopolskiej.  Niektóre,  jak  kontrowersyjny  pomysł  z  rzeżbą  Igora  Mitoraja,  wprawdzie  narzucony  przez  Warszawę,  pozostaje  jednak  problemem  krakowskim;  również  docinki  autora  pod  adresem  redakcji  „Tygodnika  Powszechnego”,  mieszczącej  się  przy  ul  Wilśnej,  w  której  zresztą  sam  swego  czasu  pracował  jako  korektor,  mając  za  „kolegę”  Jerzego Pilcha,  jak  i  Festiwal  Żydowski  na  Każmierzu,  mają  charakter  lokalny,  w  przeciwieństwie  do  śmierci  papieża  JP II  czy  prezydenckiej  i  parlamentarnej  kampanii  przedwyborzej,  o  charakterze  ogolnopolskim.

Spoiwem  akcji  jest  były  idol,  który  dzieli  los  wszystkich  idoli  na  świecie,  dla  których  czas  jest  oczywiście  nieubłagalny,  przeto  słyszy  teraz  jedynie,  że  „utył,  spuchł  i  posiwiał”. W  momencie  wydawania  książki  Świetlicki  ma  45  lat  i  trochę  kokietuje,  utożsamiając  się,  w  pewnym  stopniu,  z  bohaterem  zwanym  Mistrzem    A  Mistrz,  zgodnie  z  deklaracją  poety  w  jednej  z  piosenek,  jest  „nieprzysiadalny”.  Bo  „jest  trzeżwy  jak  świnia”,  ale  to  mu  przejdzie,  gdy  stanie  się  „pijany  jak  świnia”.

Świetlicki-poeta,  Świetlicki-bard  przeniósł  do  prozy  swoją  umiejętność  superzwięzłego  opisu  uczuć  i  zdarzeń.  W  ulubionej  przeze  mnie  piosence  wzywa  wodę  w  czajniku  krótkimi:  „Gotuj  się, k...., gotuj”,  a  w  książce  - dramatyczną  sytuację  podaje  w  skondensowanej  formie:
„Porucznik  był  zmęczony.
Wteklocki  był  zmęczony.
Nic  z  tego  nie  będzie.
Nie  jest  za  dobrze.
Wszystko  jest  fatalnie

Dodajmy  opis  tłumu  pod  „oknem  papieskim”:
                                                                       „A  tłum  potężniał.
                                                                        A  tłum  oddychał
                                                                        A  tłum  czekał”
 
No  cóż,  POETĄ  trzeba  się  urodzić.  Świetlicki  jest  czułym  człowiekiem,  bo  suka  wraca.      


Saturday, 29 March 2014

Kurt VONNEGUT - "Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater"

Kurt  VONNEGUT  -  “Niech  pana  Bóg  błogosławi,
                                        Panie  Rosewater,
                                        czyli
                                        perły  przed  wieprze”

WYŚMIENITE!!!   Jedną  gwiazdkę  z  dziesięciu  zabrałem  za  zwolnienie  tempa  w  środkowej  partii.  A  teraz  zestawmy  daty  powstania,  samooceny  Vonneguta  i  moje  oceny,  niektórych  jego  utworów”:
1963  -  „Kocia  kołyska”     A+   /nie  czytałem/
1965  -  „Niech...   ..Rosewater”     A  /dziewięć  gwiazdek/
1969  -  „Rzeżnia  numer  pięć”      A+ /dziesięć  gwiazdek/
1973  -  „Śniadanie   mistrzów”       C /jedna  gwiazdka/
1991  -  „Losy  gorsze  od  śmierci”  /brak  samooceny/, /jedna  gwiazdka/

Narzuca  się  wniosek,  że  okres  świetności,  to  lata   sześćdziesiąte,  po  których  nastąpiło  samozadowolenie  i  upicie  się  sukcesem.  Cieszmy  się  więc,  że  omawiamy  pozycję,  w  której  autor  osiągnął  szczyt  lekkości  w  pisaniu  satyry  obnażającej  stosunki  społeczne  w  Ameryce,  i  nie  tylko  tam.   I  właśnie,  z  powodu  tej  „lekkości”  muszę  przestrzec  czytelników  przed  czekającymi  ich,  w  trakcie  lektury,  atakami  śmiechu,  trudnymi  do  opanowania,  gdyż  systematycznie  podsycanymi  kolejnymi  absurdalnymi  zdarzeniami. Zostawiam  aspekt  komediowy  potencjalnym  czytelnikom,  a  sam  przechodzę  do  spraw  „nieśmiesznych”.

Zaczynam  od  uwagi,  znanego  już  nam  z  innych  utworów,  pisarza-futurologa  Trouta:/str.180/

  „PROBLEM  POLEGA  NA  TYM,  JAK  KOCHAĆ  LUDZI  NIEPOTRZEBNYCH”.

Niestety:
Amerykanów  długo  uczono  pogardy  dla  ludzi,  którzy  nie  chcą  albo  nie  mogą  znależć  pracy,  pogardy  nawet  dla  siebie  samych”..     

To  jest  niebezpieczne,  bo:
Z  czasem  prawie  wszyscy  mężczyżni  i  wszystkie  kobiety  staną  się  bezużyteczni  jako  producenci  towarów,  żywności,  usług  i  nowych  maszyn,  jako  żródła  nowych  idei  w  dziedzinie  ekonomiki,  budownictwa  i  zapewne  medycyny  również.  Tak  więc,  jeżeli  nie  potrafimy  znależć  powodów  i  metod,  aby  cenić  istoty  ludzkie,  za  to  tylko,  że  są  i s t o t a m i   l u d z k i m i ,  to  możemy,  jak  to  już  nie  raz  proponowano,  zacząć  myśleć  o  ich  likwidacji”.

Na  razie,  bogaci  ciesżą  się,  że  są  bogaci,  choć  często  nic  nie  zrobili  w  tym  kierunku,  i   omotała  ich  chucpa,  o  której  opowiada  Selena -  dziewczynka  z  sierocińca  posłana  na  służbę  do  „takich”:  /str.135/

„Najbardziej  drażni  mnie  w  tych  ludziach..   ..ich  przeświadczenie,  że  wszystko,  co na  świecie  jest  pięknego,  podarowali  biedakom  oni  albo  ich  przodkowie.  Zaraz  pierwszego  wieczoru  pani  Buntline  kazała  mi  wyjść  na  taras  i  popatrzeć  na  zachód  słońca.  Popatrzyłam  i  powiedziałam,  że  jest  bardzo  ładny,  ale  ona  czekała,  aż  powiem  coś  jeszcze...   ...Powiedziałam: „Bardzo  pani  dziekuję”.  To  było  właśnie  to,  na  co  czekała.  „Proszę  bardzo” -  odpowiedziała.  Dziękowałam  jej  odtąd  za  ocean,  za  księżyc,  za  gwiazdy  na  niebie,  i  za  konstytucję  Stanów  Zjednoczonych...
Może  jestem  zbyt  tępa  i  złośliwa,  aby  dostrzec  uroki  Pisquontuit.  Może  to  są  perły  przed   wieprze..”.

Te  ostatnie  słowa  to   część  tytułu  książki.  Zblazowana  bogaczka  sili  się  na  homoseksualny  związek  i  na  słuchanie  Beethovena,  bo  to  jest  „cool”,  lecz  nie  zauważa,  że   płytę  33’  nastawiła  na  78’  przez   co  symfonie  są  nieco  zbyt  szybkie  i  piskliwe. To  pozerstwo  otępia  i  znieczula.   Świat  biednych  otacza  tajemnica  niepojmowalna  dla  bogatych,  którą  definiuje  żona  milionera-dobroczyńcy: /str.54/

„Tajemnica  polega  na  tym,  że  oni  są  ludżmi”.

Pierwsza  częśc  tytułu:   „Niech  pana  Bóg  błogoslawi,  panie  Rosewater”  pojawia  się  w  tekście  dwukrotnie:  raz  jako  wyraz  wdzięczności  dla  pijaka-dobroczyńcy /str.60/,  a  drugi  raz  dla  sprzedawcy  polis  ubezpieczeniowych  na   życie. /STR.103/.   O  ile  sprawa  jest  prosta  w  drugim  przypadku,  bo  dotyczy  wdów,  które  doceniają  korzyść  płynącą  z  polis,  po  utracie  męża,  to  pierwszy  przypadek  wymaga  wyjaśnienia,  BO  TO  NIE  JEST  PRZEJAW  WDZIĘCZNOŚCI  ZA  WSPARCIE  FINANSOWE,  LECZ  ZA  OKAZANIE  ZAINTERESOWANIA   DRUGIM  CZŁOWIEKIEM.

Samotna,  stara  Diana  mówi:

„Panie  Rosewater,  od  dzisiaj  pan  jest  moim  lekarzem...   ...Uleczył  pan  więcej  beznadziejnych  chorób  niż  wszyscy  lekarze  z  Indiany  razem  wzięci...   A  teraz  nerki  przestały  mnie  boleć  na   sam  dżwięk  pańskiego  słodkiego  głosu...”.

BRAWO   VONNEGUT!!  TO  JEST  PIĘKNE!!!


A  wspaniały  finał,  który  wzruszył  mnie  do  łez,  niech  każdy  sam  przeczyta  /i  popłacze/.

Friday, 28 March 2014

Elfriede JELINEK - "AMATORKI"

Elfriede    JELINEK   -   “AMATORKI”

BANAŁ   podany  w   KOSZMARNYM   JĘZYKU

Podpompowywanie  wartości  książki  Nagrodą  Nobla,  przyznaną  29   lat  póżniej   jest   UNFAIR,   tym bardziej,  że  jeden  z  członków  Akademii  Szwedzkiej,  na  znak  protestu,  posiedzenie  decyzyjne  opuścił  i  stwierdził,  że  decyzja  nobilitująca  Jelinek  „NAGRODĘ  RUJNUJE”.  Nie  przeszkadza  to  rzeszy  opiniujących  zaczynać  swoje  uwagi  na  wzór  „tworu”  Magdaleny  Miecznickiej,  zamieszczonego  w  „Gazecie  Wyborczej”  w  dniu  1.06.2005 r.:

„Od  czwartku  w  księgarniach  „Amatorki”  Elfriede  Jelinek  -  druga  powieść  zeszłorocznej  noblistki  wydana  w  Polsce”.

Czy  ta  informacja  jest  prawdziwa?  Tak,  jest  PRAWDZIWA,  lecz  NIERZETELNA.  Drobiazg,  że  „druga”  dotyczy  stanu  wydań  w  Polsce,  a  nie  Jelinek,  bo  dla  niej  to  była  trzecia  w  ogóle,  a  pierwsza  -  szerzej  zauważona.  Natomiast  wiązanie  tej  książki  z  „noblem”  jest  chyba  zbyt,  delikatnie  mówiąc,  śmiałe.  „Amatorki”  ukazały  się  w  1975 roku,  gdy  Jelinek  miała  DWADZIEŚCIA  DZIEWIĘĆ  lat,  z  których  część  niewątpliwie  spędziła  na  nocniku,  i  musiała  czekać   ponownie  DWADZIEŚCIA  DZIEWIĘĆ,  i  to  dojrzałego,  twórczego  życia,  by  tego  „nobla”  dostać. Gwoli  ścisłości  podajmy,  że  Nagrodę  Nobla  dostała  za:  „demaskowanie  absurdalności  stereotypów  społecznych  w  powieściach  i  dramatach”.  /To  pachnie  feminizmem  i  genderyzmem/.

 A więc  mamy  syndrom  Martina  Edena,  któremu  wyrywano  najwcześniejsze  „kawałki”,  oczywiście,  gdy  zdobył  sławę.  O  słuszności  mojej  teorii  świadczy  właśnie  podany  przez  „GW”  fakt,  że  edycja  omawianej  książki  odbywa  się  TRZYDZIEŚCI   LAT,  po  jej  wydaniu  niemieckojęzycznym,  a  natomiast  rok  po  „noblu’.  To  co,  nikt  w  Polsce,  przez  TRZYDZIEŚCI   lat  nie  wiedział,  że  taka  „świetna”  książka  istnieje?  A  może  nie  jest  taka  „świetna”?

Na  pewno  jest  ORYGINALNA,  bo  na  ogół  przyjęte   jest:  imiona  własne,  jak  i  nowe  zdania  zaczynać  DUŻĄ  LITERĄ;  niewykorzystany  wydaje  się  pomysł  napisania  powieści  SAMYMI  DUŻYMI  literami,  z  pominięciem  małych.  Można  by  też  co  drugą /lub  co  trzecią,  stawiać  literę  dużą,  lub  vice  versa  małą.  Z  tantiem  za  pomysł  rezygnuję.  No  cóż,  nie  takie  „innowacyje”  przetrzymałem,  bo  i   szum  wokół  „Gry  w  klasy”  Cortazara  czy  „Idzie  skacząc  po  górach”  Andrzejewskiego,  jak  to  z  szumem  bywa  -  poszumiał  i  ucichł,  więc  i   po  Jelinek  nastąpi  znamienna  cisza,  żeby  nie  powiedzieć -  milczenie. 

No  to  czas  na  język,  który  jest  sztucznie  rynsztokowy.  Sztucznie,  bo  nawet  „element”  tak  się  nie  wyraża.  Owszem,  język  prymitywów  nasycony  jest  wulgarnymi  określeniami  narządów  płciowych,  jak  i  kobiet  nader  łatwo  uprawiających  seks  lecz  nie  eksponuje  słowa  „gówno”,  które  u  Jelinek  bryluje.  Nie  wiem,  czy  to  zasługa  Jelinek  czy  tłumaczek,  że  konteksty  brzmią  fałszywie,  a  nadmiar  „mięsa”  zohydza  lekturę.  Przykład  na  str  190,  gdzie  o  poczęciu  dziecka  autorka  pisze:
„...jeśli  tylko  to  maleństwo  wytryśnie  z  właściwego  chuja
chuj  heinza  byłby  niewłaściwy..”.
I  dalej,  na  TEJ   SAMEJ  STRONIE:
„...heinz  najchętniej  ustawiłby  natychmiast  swego  kutasa  w  pozycji  startowej..”
A  jeszcze:  jedyne  określenie  aktu  płciowego,  u   Jelinek,  to   posuwanie.  To  epatowanie  niecenzuralnymi  słowami,  przypomina  mnie  nowego  kolegę  w  pracy,  który,  by  sie  „wkupić”  zaprosił  nas  -  starych  na  piwo  /biedak  nie  umiał  nawet  pić  z  butelki!/,  i  aby  ujść  za  „swojaka”  zapytał:  „Powiedzcie,  KURWA,  z  kim  na  Wydziale  trzeba  się  liczyć?”.  Ten  jego  przerywnik  był  równie  sztuczny  jak  „jelinkowe”.

Jak  już  pisałem,  członkowie  Akademii  Szwedzkiej  mieli  problem  jak  określić  wątpliwe  zasługi  Jelinek  i  wymyślili  kuriosalne:   „demaskowanie  absurdalności  stereotypów  społecznych”.  No  to  ja  się   „zapytowuję”  dlaczego  Nagrody  nie  dali  Redlińskiemu  za  „KONOPIEŁKĘ”??

Jak  zwykle,  nie  zdradzę  przebiegu  zdarzeń,  lecz  muszę  podać,  że  jedna  bohaterka  czuje  do  swego  wybrańca  tylko  „wstręt  i  nienawiść”,  a  seksowi  poddaje  się  z  obrzydzeniem,  a  druga  ma  piętnaście  lat.  Autorka  uważa   za  haniebny  stereotyp  bicie  tych  panienek  przez  rodziców,   a  ja  twierdzę,  że  obie  były  bite  za  mało.

I  na  koniec  o  końcu:  pesymistyczny  obraz  bohaterki  „po  przejściach”,  Jelinek  tworzy  wskazując  na  katorżniczą  pracę  w   fabryce,  która  odbiera  chęc  do  życia.   Pani  Autorka  nie  „kuma”,  że  praca  w  jedynej  fabryce  w  okolicy  jest  szansą  i  awansem  społecznym.

Podkreślam,  że  jest  to  JEDYNA  książka  Jelinek  jaką  przeczytałem,  przeto  czuję  się  zobligowany  do  przeczytania  choćby,  o  wiele  póżniejszej   „Pianistki”,  co,  oczywiście  zrobię,  jeśli  ją  w  Toronto  dorwę.       


Tuesday, 25 March 2014

Gunter GRASS - "KOT i MYSZ"

Gunter   GRASS  -  “Kot  i  mysz”

Mówi  się  o  TRYLOGII   GDAŃSKIEJ,  do  której  obok  genialnego  “Blaszanego  Bębenka”  miałyby  należeć  omawiana  oraz  „Psie  lata”.   Jeat  to  typowe  „podwieszanie”  się  pod  najlepszego.  Bo  nic  nie  ujmując  wybitności  pozostałym,  „Blaszany  Bębenek”  jest  niepowtarzalnym  ewenementem  i  takim  pozostanie.  Ponadto  ta  MANIERA  klasyfikowania  wszystkiego  prowadzi  do  marginalizacji,  jak  najbardziej  gdańskiej  opowieści  „Idąc  rakiem”,  w  której  znana  nam  Tulla  Pokriefke  rodzi  w  trakcie  tragicznej  ucieczki  „Wilhelmem Gustloffem”.
Co  za  dzieło  bez  „grande  finale”,  bez  wielkiego  exodusu  z  ponad  400 tys  miasta,  w  którym  zwycięska  mniejszość - Polacy  stanowili  zaledwie  kilka  procent /3-15/  dotychczasowej  polulacji.

Tu  muszę  zauważyć,  że  ja  z  powodu  sklerozy,  lenistwa  i  braku  dostępu  do  książki,  napisałem  tylko  króciutką  wzmiankę  o  „Idąc  rakiem”,  w  której  wspomniałem  o  Tulli,  natomiast  wszyscy  inni  widzą  tylko  górnolotne  tematy  „rozliczania  Niemców”,  „winy  i  kary”,  „odradzającego  się  nazizmu”  itd  itp.,  a  o  muzie  bohaterów  „Kota i  myszy”   zapominają.

A  tam  -  symboliczną  myszą  jest  grdyka,  tzw  jabłko  Adama,  czyli  inność  Joachima  Mahlke. No,  właśnie,  jak  to  jest  z  tym  tytułem?  Przeczytałem  wszystkie  dostępne  recenzje,  opinie  i  komentarze,  a  jako  jedyne  wyjaśnienie  tytułu  znalazłem  stwierdzenie,  że  „Mahlke  gra ze  społeczeństwem  w  kotka  i  myszkę”.   Może;   dla  mnie  kotem  jest  niemiecki   Ordnung,  a  myszką   WOLNOŚĆ  indywidualnego  człowieka, oczywiście,  przede  wszystkim  Wielkiego  Mahlke,  lecz  równiez  wszystkich,  nawet  młodziutkiej  kurewki,  która  MUSI  być  konduktorką.  Główna  mysz  przegrywa,  bo  zaszywa  się  w  swojej  dziurce -  w  podtopionym  wraku,  ale  co  z  pozostałymi? Tullę  spotkamy  w  „Idąc  rakiem”,  jako  wielbicielkę  nowego  porządku – sowieckiego,  a  inni?

Grass  wskazuje  na  koegzystencję,  w  społeczeństwie  niemieckim  protestantyzmu  i  katolicyzmu,  lecz  nasz  buntownik  ODRZUCA   BOGA  w  ogóle: /str.109/

Oczywiście  nie  wierzę  w  Boga.  To  zwykłe  oszustwo,  żeby  ogłupiać  lud.  Wierzę  jedynie  w  Marię  Pannę.  Dlatego  też  nie  ożenię  się”.

A  to  już  bałwochwalstwo  i  infantylizm. 


Reasumując,  dobrze  się  czyta,  lecz  to  tylko  przedsmak  „Blaszanego  Bębenka”.  Czyżby  i  Grass  był  autorem  tylko  jednego  arcydzieła? 

Sunday, 23 March 2014

Milan KUNDERA - "Księga śmiechu i zapomnienia"

Milan  KUNDERA  -  Księga  śmiechu  i  zapomnienia”

Recenzenci   powtarzają  za  Kunderą,  że  to  „powieść  w  formie  wariacji”,  oraz,  że  „każda  z  siedmiu  części  obraca  się  wokół  tych  samych  tematów”. ABSOLUTNIE   TAK  NIE  JEST. To  nie  jest  powieść,  lecz  kilka  odrębnych  tematycznie  opowiadań,  jednych  z  tytułowym  śmiechem,  drugich  z  tytułowym  zapomnieniem,  a  jeszcze  innych  z  nieprzetlumaczalną  „litostią”,  spiętych  jedynie  klamrą  geniuszu  Kundery,  objawiającego  się  jego  wrażliwością  i  znajomością  psychiki  ludzkiej.

Aby  obronić  swoją  MISTYFIKACJĘ,  autor,  do   swoich  pięciu  miniaturowych  ARCYDZIEŁ,   dołączył  nieudane  treściowo  szóste,  w  ktorej  snuje  pokrętny  wywód  o  „wariacjach”  zaczynając  od  Beethovena,  a  kończąc  oświadczeniem:

„Cała  ta  książka  jest  powieścią  w  formie  wariacji.  Poszczególne  części  występują  po  sobie  jako  kolejne  części  drogi  prowadzącej  do  wnętrza  tematu,  do  wnętrza  myśli,  do  wnętrza  jednej  jedynej  sytuacji,  które  zrozumienie  niknie  mi  w  nieskończoności”.

Poszczególne  części  występują  po  sobie  jako  kolejne  części....”.   W  co  Pan  gra,  panie  Kundera?   Ja  Panu  kadzę,  a  Pan  idiotę  ze  mnie  chce  zrobić. 

  PUSTOSŁOWIE  i  kpina  z  czytelnika.  „Jestem  wielki,  ludzie  to  kupią”.  I  niestety,  kupują.  Jeszcze  gorzej  z  ostatnim  opowiadaniem  pt  „Granica”.  W  latach  siedemdziesiątych  do  Krajów  Demokracji  Ludowej   przyszła  ze  Szwecji  moda  na  seks  grupowy.  Znamy,  znamy,  uczestniczyliśmy.  Bywało,  że  już  w  przedpokoju  goście  rozbierali  sie  do „rosołu”,  by  nie  zakłócać  atmosfery  w  salonie.  Zdarzyło  się,  że  młodzieńca  nudzącego  się  na  przyjęciu  rodzinnym,  odwiedził  kolega.  Zachęcony  przez  gospodarza,  widząc  w  dodatku  wieszak  pełen  ubrań,  ochoczo  się  rozebrał   i  nie  czekając  na  gospodarza  zajętego  w   kuchni,  wparował  nago  do  salonu  pełnego  babć  i  ciotek.....  Ale  się  działo!! 

Tak  bywalo,  ale  o tym  można  pisać  humorystycznie,  a  nie  obscenicznie.  A  rozważania  o  „granicy”  sa  w  tym  opowiadaniu  „dęte”..Te  dwa  ostatnie  opowiadania  zmusiły  mnie  do  odjęcia  trzech  gwiazdek  z  dziesięciu  przyznanych  pierwszym  pięciu.

Z  zasady,  książek  nie   streszczam,  wyjaśnijmy  więc  tylko  co  to  ta  „litost”.  W  internecie  znalazłem  definicję  i  to  w  odniesieniu  do  Kundery:

LITOST  -  is  a  state  of  torment  created  by  the  sudden  sight  of  one’s  own  misery

Tłumacząc  na  nasze  -  żal,  wściekłość  z  powodu,  że  zostało  się  zgnojonym.  Jasny  przykład  podaje  Kundera: w  czasie  igraszek  w  morzu  dobrze  pływająca  dziewczyna  zakpiła  z  chłopaka  wzywając  go  do  ścigania  jej;  on,  słaby  pływak,  usiłuje  szybko  płynąć,  zachłystuje  się  wodą,  co  wzmaga  jego  poczucie  bezradności,  upokorzenia,  które  przeradzają  się  w  złość.  I  to  jest  „litost”. Gdy  na  brzegu  uderza  dziewczynę  w  twarz,  odreagowuje  i  „litost”  z  niego  uchodzi.

Kundera  jest  humanistą,  więc  wie o  ważnosci  kontaktu  z  drugim  czlowiekiem.  Tylko,  że  ten  kontakt,  to  najczęściej  poszukiwanie  polegliwego  słuchacza.  Każdy  żyje  w  swoim  świecie  i  o  nim  chce  opowiadać.  Zresztą  pamieta  dewizę  Pascala:  „Poznanie  człowieka  budzi  rozpacz”.  Jak  więc  w  tych  warunkach  pisać  powieść?  Kundera  mówi  ustami  jednego  z  bohaterów:

„...powieść  jest  wymysłem  ludzkiej  iluzji,  że  możemy  zrozumieć  drugiego  człowieka...  ..Jedyne,  co  możemy  zrobić,  to  zdać  sprawozdanie  ze  swojego  życia.  Wszystko  pozostałe  jest  przekroczeniem  naszych  kompetencji.  Wszystko  pozostałe  jest  kłamstwem..”

Kundera  stawia  również  odważną  diagnozę  na  temat  coraz  powszechniejszej  potrzeby  pisania:

„Powszechna  samotność  wywołuje  grafomanię...   ...Piszemy  książki,  bo  dzieci  się  nami  nie  interesują.  Zwracamy  się  do  anonimowego  świata,  ponieważ  nasza  żona  zatyka  sobie  uszy,  kiedy  do  niej  mówimy”.

Na  koniec,  dzielę  się  refleksją,  że  w  trakcie  lektury  tych  opowiadań,  przypomniał  mnie  się  Wila  Lipatowa  „Wiejski  Sherlock  Holmes”,  gdyż  obie  książki  łączy  głeboki  humanizm  podawany  często  w  atmosferze  groteski,  a  nawet  absurdu.



Saturday, 22 March 2014

Julia HARTWIG - "Wybrańcy losu"

KLASA,  o  której  decyduje  KULTURA  i  TAKT,  to  nieodłączni  towarzysze  Julii  Hartwig /ur.1921/  i  jej  męża  - Artura  Międzyrzeckiego /1922-96,  poety  i  autora  słów  najpopularniejszych  przebojów  Szpilmana,  jak  np  „Trzej  przyjaciele  z  boiska”/.  W  zbiorku  wydanym  w  2006 r.,  Pani  Julia  snuje  wspomnienia  o   swoich  znajomych,  pierwszoplanowych  postaciach  kultury  polskiej.

Zaczyna  od  MIŁOSZA,  a  że  recenzowałem  jego  „Traktat  teologiczny”,  odnotowuję   jej  uwagę:

„...byłam  po  stronie  Miłosza,  kiedy  głosił  swój  „Traktat  teologiczny”,  na  który  z  taką  zapalczywością   rzuciła  się  młoda  poetycka  sfora..”.

Niniejsza  opinia  ma  tylko  zachęcić  do  lektury  całości,  która  notabene  winna  wchodzić  w  zakres  lektur  szkolnych,  przeto  ograniczę  się  do  zamieszczonego  tam  cytatu  z  eseju  Seamusa  HEANEY’a  pt   „Śmierć  starego  króla”,  napisanego  w  2004,  po  śmierci  Miłosza:

„Odkąd  zabrakło  Miłosza,  świat  stracił  wiarygodnego  świadka  tej  odwiecznej  ufności  w  zbawczą  moc  poezji”.

Wspomnienie  o  Miłoszu,  kończy  Hartwig  początkiem  wiersza  pt  „Wyznanie”:

„Panie  Boże,  lubiłem  dżem  truskawkowy
I  ciemną  słodycz  kobiecego  ciała,
Jak  też  wódkę  mrożoną,  śledzie  w  oliwie,
Zapach  cynamonu  i  gożdzików,
Jakiż  więc  ze  mnie  prorok?”.

Miłosz  żałował,  że  tego  wiersza  nie  mógł  już  usłyszeć  HERBERT,  bohater  następnego  wspomnienia,  w  ktorym  znajdujemy  uwagi  odnośnie  jego  charakteru:

„Może  tym,  co  czytują  jego  wiersze,  nieobojętne  będzie,  że  pisał  je  człowiek  w  życiu  czuły,  współczujący,  ze  wspaniałym  poczuciem  humoru,  uważny  wobec  biegnącego  życia  i  wzruszającej  kruchości  codziennych  drobiazgów.  Człowiek  czasem  nieznośny  w  chwilach  ekscytacji..,  ale  choć  trudny,  zawsze  bliski,  którego  się  kocha  i  któremu  wszystko  się  wybacza.  W  poczuciu,  że  obcowało  się  z  kimś  zupełnie  niezwykłym”.

Dalej,  jakże  trafna,   ocena  „herbertowskiego”,  dziś  nadużywanego:   „Bądż  wierny. Idż”,  przyjażni  z  jego  mistrzem – prof. Elzenbergiem  i  „Epilogu  burzy”,  pisanego,  gdy  poetę  doświadczyła  choroba.

Cały  czas  świetny  styl,  znakomita  polszczyzna,  wszechstronna  erudycja,  a  wśród  dziewięciu  wspominanych  postaci   m.in.  Szczepanski,  Lutosławski,  Turowicz  i  Szymborska. 


SUPERPRZYJEMNA   LEKTURA!!! 

Eugene IONESCO - SAMOTNIK

Eugene   IONESCO  -  “SAMOTNIK”


IONESCO  się  w  grobie  przewraca,  gdy  polscy  recenzenci  uparcie  nazywja  go  egzystencjalistą.  On  nienawidził   Sartre’a   i  wielokrotnie  odżegnywał  się  od   jakichkolwiek  powiązań  z  tym  kierunkiem.  Określany  jest  jako  „absurdist”.  Wybaczcie, Państwo,  że  podeprę  się  cytatem  w  języku  angielskim:

Ionesco is often considered a writer of the Theatre of the Absurd. This is a label originally given to him by Martin Esslin in his book of the same name, placing Ionesco alongside such contemporary writers as Samuel Beckett, Jean Genet, and Arthur Adamov. Esslin called them "absurd" based on Albert Camus' concept of the absurd, claiming that Beckett and Ionesco better captured the meaninglessness of existence in their plays than in work by Camus or Sartre. Because of this loose association, Ionesco is often mislabeled an existentialist. Ionesco claimed in Notes and Counter Notes that he was not an existentialist and often criticized existentialist figurehead Jean-Paul Sartre.

Ionesco  również  samookreślał  się  patofizykiem,  wskazując  na  cechy  wspólne  z  twórcą  terminu   - Jarrym /tym  od  “Krola  Ubu”/.  Lubił  dadaizm  i  surrealizm,  a  wyrażał  uznanie  dla  Andre  Bretona -  za „rozwalanie  ścian  realu”.  O  nurtującym  go  problemie  pisał:

Śmierć  jest  naszym  głównym  problemem,  wobec  którego  wszystkie   inne  są  mniej  ważne.  Śmierć  jest  ścianą  i  granicą.  Daje  nieuniknione  wyobcowanie  i  daje  nam  poczucie  naszych  granic...”

Bohatera  „Samotnika”alter ego  pisarza,  dręczy  myśl:

„...umrę  tak  samo  nic  nie  wiedząc,  jak  w  chwili  urodzenia.  To  niepojęte  nie  móc  pojąć  niepojętego..”.

Nieważny   jest   wiek  bohatera,  ani  otrzymany  spadek,  gdyż,  faktycznie,  jest  to  duchowy  testament,  starszego  o  ok. 20  lat,  autora.  Obaj  kończą  pewien  etap  życia,  by  oddać  się  samotnym  kontemplacjom.  Książka  ta  jest  ukoronowaniem  całej  dotychczasowej  twórczości   Ionesco.   /Nic  już  więcej  nie  napisał/

Wskutek  zdobytej  wolności  pogłębia  się  samotność,  w  której  buszuje  nuda  na  przemian  z  lękami.  Na  jedyne  lekarstwo,  jakim  by  była  aktywność,  bohatera  nie  stać,  bo  poddał  się  znużeniu  niemocą.   Łatwiej  chlać  i  filozofować:

..Kabała  napomyka,  iż  Bóg  probował  tworzyć  wszechświat  dwadzieścia  siedem  razy  z  rzędu.  Wydaje  się,  że  ten  raz,  dwudziesty  ósmy,  jest  najmniej  zły.... A  kiedy  uda  mu  się  twór  dobry?” 

Analizując  ilości  alkoholu  wypijane  przez  bohatera,  śmiem  przypuszczać,  że  mamy  do  czynienia  ze  stanami  delirycznymi,  podobnymi  do  tych  z  „Lęków  Porannych”  Grochowiaka,  które  dwa  dni  temu  opiniowałem.





Thursday, 20 March 2014

Stanisław GROCHOWIAK - "Lęki Poranne"


Stanisław  GROCHOWIAK  -  LĘKI   PORANNE”

Zdecydowałem  się  napisać  o  „Lękach  Porannych” WYBITNEGO  POETY  I   DRAMATURGA  STANISŁAWA  GROCHOWIAKA,  gdyż  pojawiły  się  pierwsze  jaskólki  o  jego   powrocie  do  łask.  Po  ćwierćwieczu  przerwy  zaczyna  się  go  wystawiać  i  publikować.  O  skali  zapomnienia  MISTRZA /tak  się  do  niego  zwracano/  świadczy  brak  recenzji  jego  sztuki  w  internecie.  W  artykule  wspominającym  przedstawienie  w  Teatrze  Telewizji  z  1972 r,  w  reżyserii  Tomasza  Zygadły,  gdzie  brylowali  Wilhelmi  i  Kondrat,  znalazłem  fragment  JEDYNEJ  recenzji  autorstwa  prof.  Krystyny  Kuliczkowskiej:

„Alf  wciąga  w  swe  urojenia  i  lęki  w  sposób  tak  sugestywny  i  fascynujący,  że  realistyczny  wątek  fabularny  znika  z  pola  widzenia,  a  deliryczne,  alkoholiczne  stany  stają  się  tylko  znakami  spraw  uniwersalnych,  egzystencjalnych,  takich  jak  samotność,  poczucie  zagrożenia,  lęk  przed  śmiercią.  Może  nawet  ci  ludzie  z  drugiego  planu  nie  są  wcale  konkretni,  może  to  on  sam  zanurzony  w  głębi  swego  cierpienia,  zaludnia  scenę  ludzkimi  zjawami  uosabiającymi  okrucieństwo,  wrogość,  a  potem  równie  nienawistną  łaskawość,  wyższość  <czystych>  wobec  odrażającego  ludzkiego  upadku”.

Odejdżmy  od  profesorskiego  stylu,  bo  niby  wszystko  prawda,  ale  dalej  nic  nie  wiadomo.  Rozdwojenie  jażni  bohatera -  alter  ego  Grochowiaka -  na   pijaka  Alfa  i  nawiedzającego  Bisa,  służy  do  uzewnętrznienia  wszelkich  lęków  poety,  pogłębianych  alkoholem. 

Lęki  egzystencjalne  przeszkadzały  Grochowiakowi  w  oddaniu  się  pracy  twórczej.  Konieczność  utrzymania  całej  gromady  swoich  dzieci  stresowała  go,  a  odhamowania  szukał  w  alkoholu.  Zresztą  praktycznie  całe  środowisko  chlało,  i  to  najczęściej  bez  zakąski.  Nie  słyszałem,  aby  Grochowiak  sięgał  po  „wynalazki”,  lecz  zdawał  sobie  sprawę  ze  swojej  degrengolady.  Dlatego  też  Alfa  umieścił  na  samym  dnie.  On  nie  pije  „salicylu”, „aknosanu”  czy  „przemysławki”;  on  wali  „jagodziankę”  czyli  „olabogę”,  inaczej  „dyktę”  tzn  denaturat.  Owładnięty  jest  totalną  „niemożnością”,  bo  we  łbie  „tupot  białych  mew”,  a  dygot  tak  straszny,  że  butelką  do  dzioba  trudno  trafić.  Ale  jak  trafi  i  łyknie  to  elokwencja  się  poprawia,  a  najlepiej  w  samotności  uduchawiać  się  i  mistyce  się  poddawać.  Niestety  „delirka”  nawiedza,  i  już  nie  wiadomo,  co  jawa,  co  sen,  a  w  końcu  nadchodzi  w  czarnym  garniturze  wyrzut  sumienia  -  BIS,  by  znęcać  się  nad  biednym  ALFĄ.


Próbkę  możecie  Państwo  zobaczyć  w  internecie  w  wykonaniu  Sławomira  Orzechowskiego /ponad 9  min/,  a  przeczytać  i  tak  musicie  bo  to  100  razy  prawdziwsze  i  bogatsze  intelektualnie  niż  żałosne  udawania  Pilcha.  

Tuesday, 18 March 2014

Milan KUNDERA - ŻART

MILAN    KUNDERA  -  “ŻART”

NOBEL   in  spe.  Książka  GENIALNA.  Mój  problem  polega  na  tym,  że  napisano  o  niej  prawie  wszytko,  zaszeregowano  i  zanalizowano,  spopularyzowano  własne  mądrości  i  nauczono,  co  należy  o  niej  mówić.  A  ja  to  wszystko  przeczytałem  i  się  w  łeb  stuknąłem,  aż  wyszedł  ze  mnie  jęk:  „TO  WSZYSTKO  BZDETY”

Większość  twierdzi,  że  to  SATYRA.  No  to  przypomnijmy,  co  to  jest  ta  satyra:

''Satyra''' – [[gatunek literacki]] lub publicystyczny łączący w sobie [[epika|epikę]], [[liryka|lirykę]] i dramat  (także inne formy wypowiedzi) wywodzący się ze [[starożytność|starożytności]] (pisał je m.in. [[Horacy (poeta)|Horacy]]), ośmiesza i piętnuje ukazywane w niej zjawiska, [[obyczaj]]e, politykę, [[stosunek społeczny|stosunki społeczne]]. Prezentuje świat poprzez [[komizm|komiczne]] [[Hiperbola (teoria literatury)|wyolbrzymienie]], ale nie proponuje żadnych rozwiązań pozytywnych. Cechą charakterystyczną satyry jest [[karykatura]]lne ukazanie postaci. Istotą satyry jest krytyczna postawa autora wobec rzeczywistości, ukazywanie jej w krzywym zwierciadle.  /wikipedia/
                                                                                                                               
W  „ŻARCIE”   NIE  MA  KRZYWEGO   ZWIERCIADŁA,  nie  ma  też  „wyolbrzymiania”, „ośmieszania”  ani  „piętnowania”,   jest  natomiast   BOLESNA  PRAWDA   o  rzeczywistości powojennej  w  CSRS,  i  to  prawda  niedopowiedziana,  bo  obejmująca  zaledwie  błahy  wycinek  martyrologii  naszej  tj  mieszkańców  tzw  „obozu  komunistycznego”.  Nie  dostrzegam  też  „krytycznej  postawy  autora”,  bo  krytycyzm  jest  zbędny,  gdy  REALIA  PRZEMAWIAJĄ. Po  co  „krytykować”  Auschwitz-Birkenau,  gdy  żadne  słowa  nie  zrelacjonują  adekwatnie  dokumentacji.  Reasumując:  NIE  SATYRA,   LECZ  ŚWIADECTWO  EPOKI.

Wiązanie  tytułu  książki  z  paroma  nieszczęsnymi  słowami  na  kartce  pocztowej  jest  zgodne  z  prawdą,  lecz  NIEISTOTNE.  Toć  sam  Kundera  pisze: /str.209/:

„..cała  moja  historia  poczęta  została  z  pomyłki,  z  kiepskiego  ŻARTU  kartki  pocztowej..  ...Ale  w  jaki  sposób  mógłbym  ją  /tj historię/  odwołać,  skoro  pomyłki,  z  których  wynikła,  nie  były   jedynie  moimi  pomyłkami? Kto  bowiem  się  pomylił,  gdy  głupi  ŻART  mojej  kartki  został  potraktowany  na  serio?  Kto  się  pomylił,  kiedy  ojciec  Aleksa..  ..został  aresztowany  i  uwięziony?  Te  pomyłki  były  tak  pospolite  i  tak  powszechne,  że  bynajmniej  nie  stanowiły  wyjątku  ani  pomyłki  w  istniejącym  porządku  rzeczy,  lecz  przeciwnie,  one  go  właśnie  tworzyły.  Kto  wobec  tego  się  mylił?  Sama  historia?  Ta  boska,  ta  rozumna? A  dlaczegóż  by  właśnie  to  miałyby  być  jej  p o m y ł k i?... ..A  JEŚLI  HISTORIA   ŻARTUJE?  I  tu  uświadomiłem  sobie,  jak  bezsilne  jest  pragnienie  odwołania  WŁASNEGO  ŻARTU,  skoro  ja  sam  z  całym  moim  życiem  wciągnięty  jestem  w  ŻART  o  wieje  bardziej  WSZECHOBEJMUJĄCY  /dla  mnie  NIEPRZENIKNIONY/  i  absolutnie  NIEODWOŁALNY”. /podk.moje/

A  więc  tytułowy  „ŻART”  to  „IRONIA  LOSU”,  „FATUM”,  „ŻARTY  PANA  BOGA”  bądż  /jak  tytuł  u  Normana  Daviesa/  „BOŻE  IGRZYSKO”.   Co  do  naszego  bohatera,  to  miał  „jednak  pewne  <pozostałości  indywidualizmu>”/str.23/,  więc  i  tak,  wcześniej  czy  póżniej,  by  podpadł,  bez  względu  na   „kartkowy  żart”.  Indywidualizm  doprowadził  go  do  stwierdzenia:  /str.59/

„Świadomość  własnej  małości  absolutnie  nie  godzi  mnie  z  małością  innych.  Czuję  najgłębsze  obrzydzenie,  kiedy  ludzie  żywią  dla  siebie  braterskie  uczucia,  dlatego,  że  dojrzeli  w  sobie  nawzajem  podobną  podłość.  Nie  tęsknię  za  takim  oślizłym  braterstwem”.

Aby  skończyć  z  ŻARTOWANIEM,   przypomnę,  że  los  zakpił  z  naszego,  bardzo  podłego  bohatera,  gdy  zachował  się  jak  „agent  Tomek”,  nie  wiedząc,  że  uwodzona  mężatka  jest  w  separacji  od  dłuższego  czasu.  No  cóż,  kierował  się  on  zawsze  nienawiścią,  ktora  wg  Kundery: /str.67/

„..rzuca  na  wszystko  zbyt  ostre  światło, w  którym  zatracają  się  właściwe  kształty  przedmiotów”

Charakterystykę  okresu  do  1956 r.,  czyli  XX Zjazdu  KPZR,  na  którym  Chruszczow  w  swoim  slynnym  referacie,  poddał  ostrej  krytyce  „kult  jednostki”,  znajdujemy  m.in.  na  str.169:

Był  to  okres  wielkiej  zbiorowej  WIARY.  Człowiek,  ktory  szedł  krok  w  krok  z  tą  epoką,  doznawał  uczuć  przypominających  uczucia  religijne:  wyrzekał  się  swego  ja,  swojej  osobowości,  swego  życia  prywatnego  na  rzecz  czegoś  większego,  czegoś  ponadosobowego.  Nauki  Marksa  były  wprawdzie  pochodzenia  całkowicie  świeckiego,  ale  znaczenie,  jakie  im  przypisywano,  przypominało  znaczenie  Ewangelii  i  przykazań  biblijnych....   ..Ten..  ..okres  miał  w  sobie...  coś  z  ducha  wielkich  ruchów  religijnych.  Szkoda,  że  nie  potrafił  dojść  aż  do  końca  w  swoim  religijnym  samopoznaniu.  Miał  religijne  gesty  i  uczucia,  ale  wewnątrz  pozostawał  pusty,  bez  Boga...”.

Analizując  szerzenie  się  świeckiego  marksizmu,  Kundera  wskazuje  na  zaniechania  Kościoła /str.161/:

Kościół  nie  zrozumiał,  że  ruch  robotniczy  jest  ruchem  poniżonych  i  wzdychających,  którzy  pragną  sprawiedliwości.  Całkowicie  wbrew  duchowi  Jezusowemu odwrócił  się  od  nich.....  Związał  się  z  wyzyskiwaczami  i  w  ten  sposób  ruchowi  robotniczemu  odebrał  Boga.  A  teraz  zarzuca  komunizmowi,  że  jest  bezbożny?  Co  za  przewrotność!  Tak,  ruch  socjalistyczny  jest  bezbożny,  ale  ja  widzę  w  tym  bicz  boży,  przeznaczony  dla  nas,  chrześcijan.  Bicz  za  naszą  nieczułość  wobec  biednych  i  cierpiących”.

Lecz  mentalność  komunisty  nie  wyzwoliła  się  z  wpływów  chrzescijaństwa: /str.164/:

„Komuniści,  zupełnie  na  sposób  ludzi  wierzących,  uważają,  że  człowiek,  który  dopuścił  się  jakiegoś  przewinienia  wobec  partii,  może  otrzymać  rozgrzeszenie,  jeżeli....”

-  odpokutuje  winę.  Tylko,  że  okres  pokuty  był  nieprzewidywalny.  Historia  zweryfikowała  ten  stan  rzeczy,  lecz  dopiero  w  1956 r.,  by  za  chwilę  szukać  nowych  winnych  i  wykluczać  z  szeregów  uprzywilejowanych.  Na  razie  do  uprzywilejowanych  należą  również  ofiary  indoktrynacji,  a  wśród  nich:  biorąca  wszystko  „na  serio”  Małgorzata,  wyrzekający  się  ojca -  Aleks  i  wyborowy  strzelec,  który  osiąga  wspaniałe  wyniki  w  strzelaniu  do  tarczy,  bo    wyobraża  sobie,  iż  strzela  do  „wroga  ludu”.  Są  naiwni,  więc  z  dużym  prawdopodobieństwem  znajdą  się  szybko  wśród  „pokutników”.

Kundera  precyzyjnie  opisuje  wykorzystywanie  folkloru  ludowego  do  celów  propagandowych.  Władze  komunistyczne  rekultywują  wszelką  dzialalność  folklorystyczną,  ludową, sowicie  ją  dotują,  wspierają  patriotyzm  lokalny,  by  poprzez  ścisły  nadzór  wyplenić   z  niego  elementy  religijne.  Internacjonalistyczna  ideologia   awansuje  lokalne  patriotyzmy!!.  Znamy  to,  znamy.  Piękną  robotę  Sygietyńskiego  czy  Hadyny  można  jednak  uświnić  komunizmem!!  Co  za  perfekcja  perfidii!!

Fabuły  nie  streszczę,  bo  niech  każdy  sam  się  Kunderą  rozkoszuje  w  zaciszu,  a  wspomnę  natomiast  o  formie  i  stylu.  Forma  - dopracowana:  cztery  osoby  opowiadają  na  przemian  w  pierwszej  osobie.  Styl  doskonały,  a  ja  odkryłem  w  nim  styczności  z  „witkacy-owskim”: /str.51/

„„powolność  nie  opuszczała  jej..  ..nawet  siedziała  powoli ..”

Zakończę  zaś  cytatem  dającym  do  myślenia: /str.213/

Tak,  tak  to  jest:  ludzie  przeważnie  łudzą  się  dwiema  błędnymi  wiarami:  wierzą  w  w i e c z n ą   p a m i ę ć  /ludzi,  spraw,  czynów,  narodów/  i  w   m o ż n o ś ć   n a p r a w y /czynów,  pomyłek,  grzechów,  krzywd/.  Obie  te  wiary  są  fałszywe.  W  rzeczywistości  jest  właśnie  na  odwrót:  wszystko  zostanie  zapomniane  i  nic  nie  będzie  naprawione.  Naprawę /zemstę,  przebaczenie/  zastąpi  zapomnienie.  Nikt  nie  naprawi  krzywd,  które  wyrządzono,  ale  wszystkie  krzywdy  ulegną  zapomnieniu.”


Sunday, 16 March 2014

Sergiusz PIASECKI - "SIEDEM PIGUŁEK LUCYFETRA"

Sergiusz   PIASECKI  “SIEDEM  PIGUŁEK  LUCYFERA”
                                               czyli
Autentyczne  przygody  diabła  Marka,  w  latach  1945 i  1946,  w  niepodległej  Polsce  demokratycznej,  odtworzone  na  podstawie:  dokumentów,  zeznań  świadków,  wycinków  prasowych,  oraz  własnych  obserwacji  autora.

Jako  prolog  do  mojej  opinii  niech  służy  pytanie  diabła  Marka  ze  str. 152:

„- Nie  mogę  zrozumieć  - rzekł  oburzony  Marek  -  dlaczego  ci  zwariowani  Polacy,  tak  bezkrytycznie  kochają  Anglików   /UWAGA!  Wstawić  zamiennie  Francuzów,  Amerykanów  etc – przyp.mój/,  których  nigdy  na  oczy  nie  widzieli  i  którzy  sprawili  im  tyle  zawodów,  wściekle  zaś  nienawidzą.....    ...Rosjan.  Przecież  mieli  dość   czasu,  żeby  ich  poznać!
-.....WŁAŚNIE.”  /podk.moje/

To  „właśnie”  jest  kwintesencją  tej  wspaniałej  satyry,  której  autor  nadał  formę  groteski.  Aby  właściwie  ocenić  twórczość  Piaseckiego,  wydaje  mnie  się  konieczne   sięgnięcie  do  jego  arcyciekawego  życiorysu,  który  można  znależć,  choćby,  w  wikipedii.  Dla  mnie,  w  tym  momencie,  istotny  jest  fakt,  że  w  jego  rodzinnym  domu  posługiwano  się  wyłącznie  językiem  rosyjskim.   Wychowanie  w  kulturze  rosyjskojęzycznej  wspiera  moją  śmiałą  tezę  o  podobieństwie  diabła  Marka,  Ostapa  Bendera  – Ilfy  i  Pietrowa,  Lejzorka  - Erenburga, jak  również  Wolanda – Bułhakowa,  podczas,  gdy  w  literaturze  polskiej  - nie  znajduję  podobnego  fenomenu.  Oczywiście,  takie  porównanie  ma  na  celu  dowartościowanie  naszego  pisarza.

I  tu  znów  muszę  powrócić  do  biografii  Piaseckiego,  bo  ona  przekładała  się  wprost  na  moją  /nie/znajomość  z  jego  twórczością.  Wskutek  ucieczki  z  kraju  i  związanie  się  z  obozem  Grydzewskiego w  Londynie  był  w  PRL-u  zakazany,  a  i  póżniej  negatywnie  oceniany,  przez  część  intelektualnych  elit,  za  nieprzejednanie    miażdżąco  krytyczny  jego  stosunek  do  Miłosza.

Wstyd  przyznać:  JA  GO  NIE  ZNAŁEM.  Oczywiście  we  wczesnej  młodości  zaliczyłem  „Kochanka  Wielkiej  Niedżwiedzicy” ,  a  wiele  lat  póżniej  spotykałem  jego  nazwisko  w  „Listach  Giedroycia  do...”  -  Mieroszewskiego,  Stempowskiego,  a  szczególnie  Wańkowicza,  który  już  przed  wojną  zasłużył  się  wyciągając  wielkiego  in  spe   pisarza  z  więzienia.  Biję  się  więc  z  pokorą  w  piersi  i  oznajmiam  wszem  i  wobec,  że  SERGIUSZ  PIASECKI  WYBITNYM  PISARZEM  JEST.

Rżałem  od  pierwszej  strony  do  ostatniej,  a  i  póżniej  nie  mogłem  spać,  bo  wstrząsały  mną  paroksyzmy  śmiechu.  By  nie  psuć  przyszłym  czytelnikom  lektury,  wspomnę  tylko  o  paru  opisanych  faktach,  do  których  mogę  dorzucić  swoje  trzy  grosze.  Przy  takim  założeniu  na  pierwszy  plan  wysuwa  się  idiotyczna,  trwająca  do  dziś,  moda  na  zmianę  nazw  ulic.  U  Piaseckiego  czytamy:

„ - Przepraszam  pana,  gdzie  jest  ulica  Walki  Młodych? – spytał  go  Marek
   - A  pan  pewnie  przyjezdny? – nie  odpowiadając  na  pytanie, odezwał  się  staruszek
  - Tak. Jestem  z  Torunia.
  - Więc,  panie  kochany,  nie  radzę  pytać  o  ulicę  Walki  Młodych  czy  Walki  Starych,  a  lepiej  pytaj  pan  o  ulicę  Święty  Marcin.  Bo  to  czasem  za  takie  pytanie  można  i  po  uszach  oberwać”

W  Warszawie  nigdy  nie  przyjęły  się  nowe  nazwy  Chmielnej  czy  Złotej  pozmieniane  na  Rutkowskiego,  Kniewskiego,  Hubnera etc.  Zmieniono  nawet  miejsce  każni -  Aleję  Szucha.  Ale  najśmieszniej  było  z  ul. Żymirskiego.  Jej  patrona -  gen. Franciszka  Żymirskiego,  uczestnika  Insurekcji  Kościuszkowskiej  utożsamiono  z  gen. Rolą-Żymierskim,  członkiem  „rządu  lubelskiego”,  który  w  1949 r.  podpadł  sowieckiej  władzy.  Polskie  niedouczone  lizusy  zmieniły  więc  w  1950 r.  nazwę  ulicy  na  Międzyborską.
 
Spojrzmy  na  przykład,  jak  Autor  bawi  się  słowem:

 „-Słyszałam,  że  wkrotce  na  kupon  10  ser  dadzą.
  -Co  kuma  mówi?  Dużo  dadzą?
  -Po  gomółce  na  osóbkę”.
/aluzja  do  Gomułki  i  Osóbki-Morawskiego/

I  tu  dorzucę  osobiste  wspomnienie.  Na  początku  lat  60-tych  dwóch  moich  kolegów  pracowało  w  jednym  z  instytutów  chemii,  w  ktorym  dyrektorem  naczelnym  był  jakiś  GOMÓŁKA,  w  związku  z  czym  mieli  legitymacje  z  jego  podpisem.  Taka  legitymacja  zapewniała  nam  absolutną  bezkarność,  bo  interweniujący  milicjanci  nie  zauważali  różnicy  w  ortografii.

Swój  pogląd  o  stosunkach  między  Polakami  sygnalizuje  wielokrotnie:  zdziwieniem  diabła /str.116/
- I  któżby  w  to  uwierzył,  że  Polacy  tak  postępują  z  Polakami!  Co za  naród!”
opisem  postawy  bezpieki  wobec  londynskiej  emigracji  /str.143/:
„Ale  mamy  instytucję  niezawodną: bezpiekę.  Wydział  Zagraniczny  trzyma  rękę  na  pulsie  emigracji,  więc  możemy  spać  spokojnie. EMIGRACJA  MUSI  SAMA  SIEBIE  WYDUSIĆ.  Resztę  zaś  załatwi  bezpieka”./podk.moje/
czy  też  komentarzem  do  masowych  gwałtów  w  czasach  repatriacji /str.34/:
„...Marek  wiedział,  że  repatriacja  dotyczy  Polaków  z  terenów  wschodnich  Polski  na  zachód.  Więc,  jego  zdaniem, Polacy  sami  gwałcili  i  zakażali  Polki,  tylko  polskie  Ministerstwo  Sprawiedliwości  nie  chciało  do  tego  się   przyznać,  zwalało  zaś  winę  na  jakieś  tajemnicze  <różne  narodowości>”.

W  Polsce  powojennej  na  eksponowanych  stanowiskach  znalazło  się  dużo   Żydów,  nie  używających  swoich  prawdziwych  nazwisk,  jak  chociażby  bracia  GOLDBERG,  z ktorych  jeden,  jako  RÓŻAŃSKI  trząsł  bezpieką,  a  drugi  jako  BOREJSZA – rynkiem  wydawniczym.  Piasecki  mówi  o  tym: /str.146/

...A   któż  z  nas  pamięta  swe  nazwisko ?  Ja  mam  ich  jedenaście”.

Trafnie  definiuje  politykę:

„-Polityka  jest  to  sposób,  w  jaki  jednostki -  nie  mające  żadnych  przekonań – narzucają  lub  wywołują  w  społeczeństwach  jakieś  przekonania,  aby  z  tego  procederu  ciągnąć  dla  siebie  zyski..”
Jak  również  Anglię  i  Rosję: /str.80/

Anglia:  „Jest  to  państwo,  gdzie  obywatel  ma  wielką  wolność,  bo  musi  robić  to,  co  mu  się  chce  robić” ,  podczas,  gdy:  „Rosja  jest  to  państwo,  w  krórym  obywatel  musi  chcieć  robić,  co  mu  każą  robić”.

Na  koniec  zacytujmy  pytanie-perełkę  z  biurokratycznego  formularza:

Panna,  czy  mężatka?  A jeśli  tak,  to  dlaczego?”