Wednesday, 20 November 2013

BLOODLANDS

             „BLOODLANDS   -   EUROPE   BETWEEN   HITLER   AND   STALIN”

                                                 by          Timothy   SNYDER
                                                                                                /kwiecień-maj  2012/.

Ta   książka   to   imieninowy   prezent   od  mojej  wnuczki  -  Patrycji,  studiującej  na  University of  Toronto;   wręczając   ją   mnie   nadmieniła,  że  na   Uniwersytecie   polecana   jest   jako   podręcznik.    A   ja,   uprzedzając   wnioski  z   przedstawionych   niżej   uwag,   przyznaję   rację   wykładowcom,   jako,  że   dzięki  dokładnej   lokalizacji   masowych   morderstw,   umożliwia  on  /podręcznik/    na  zrozumienie,   nie   tylko    martyrologii  i  hekatomby   Żydów,  Rosjan,  Ukraińców,  Polaków,   Białorusinów,   Litwinów   i  in.,  lecz   również   na   poznanie   specyfiki   stosunków   geopolitycznych   i   społecznych   w   Europie  Wschodniej.   SNYDER,   jako   bazę   swoich   rozważań,   przyjął   dyskusyjną   liczbę   14   mln   ofiar,   z   ktorej   wynika  narodowa   „kolejność  przedstawiona   w   poprzednim   zdaniu.   Dodajmy,   że    autor   słusznie   zauważa,  że   dla   celów   nacjonalistycznej   propagandy,   ta   sama   „ofiara”   zaliczana   jest   do   statystyk   tworzonych   przez  różnych  ideologów,   znających   „jedyną   prawdę”,   jak   chociażby   w   przypadku   obywateli   polskich   lub   rosyjskich   żydowskiego   pochodzenia.   Co   więcej,   wielu   ludzi   skazanych   na   zagładę   w   gettach  nic   nie   wiedziało   o  swoich   /często   wątpliwych/   żydowskich   korzeniach.   A   kto  i  gdzie   umieściłby,  szczęśliwie   ocaloną,  moją   gosposię   Romę,   osadzoną   w   MAJDANKU,   za   seks   z   ŻYDEM,  rozstrzelanym   w   KATYNIU?   A  co   z   nim?

Czytanie   książki   zaczynam   od   informacji   umieszczonych   na   okładkach.   W   tym   przypadku,   oprócz   reklamowych   haseł:  „A   ‘New   York   Times’    bestseller”  oraz   „Najważniejsze   dzieło  historyczne   ostatnich   lat”,   znalazłem   zdanie   z   recenzji   autorki  „Gułagu”,   laureatki   Pulitzera   w   2004 r.,,   żony   lubianego   przeze   mnie   Radka   Sikorskiego,   Anne   APPLEBAUM:  „Odważna   i   original   historia   masowego   zabijania   w   dwudziestym   wieku”.   Świadomie   nie   tłumaczę  najistotniejszego       słowa   „original”   pozostawiając   wybór   czytelnikowi   z:   swoista,  autentyczna,   niezwykła,  osobliwa,   dziwaczna,   niezwykła.   Przypuszczam,   że   recenzentka   miała   na   myśli   -   „autentyczna”,   ja  jednak   /po   skończonej   lekturze/   skłaniam   się   do   znaczenia   -   „dziwaczna”.

   Również   z   okładki   dowiaduję   się,   że   SNYDER   zrobił   doktorat   w  Oksfordzie,  a  obecnie   jest   profesorem   historii  na   Uniwersytecie   w   Yale.   W   tym   momencie  sięgam   do   swoich   notatek  i   pod   datą    4.07.2011   znajduję  uwagi   wypisane   z   recenzji    /wypisz,  wymaluj/  „Skrwawionych   Ziem”   SNYDERA    napisanej   przez   B. Sienkiewicza.   Pierwsza   uwaga,   pod   którą   podpisuję   się   obiema   rękami,   to,   że...

.....„nikt   poza   Polską   nie   potrafi   uznać   polskiej   tragedii   jako   wydarzenia   istotnego   z   punktu   widzenia   historii   Europy   XX   wieku”.

    Druga  -  to,  że   Holocaust   jest   bezprecedensowy   jakościowo   i   ilościowo   /a   więc   recenzent,   podobnie   jak   ja,   nie   akceptuje   „snyderowskiego”   porównywania    zbrodni   hitlerowskich  ze   stalinowskimi/;   a   trzecia    -  to,   że   „największa   co  do   skali   zbrodnia   wojenna   na   ziemiach   polskich”   /poza   Holocaustem/  została   dokonana   na   „..jeńcach   sowieckich,   którzy  zostali   zagłodzeni   na   śmierć   /3   mln/”.
   
A   jeszcze,   pod   ręką,   mam   aktualny   „Tygodnik  Powszechny”,   z   którego   dowiaduję   się,   że   SNYDER   będzie  HONOROWYM  GOŚCIEM    sympozjum   ANAMNES   organizowanego   we   Wrocławiu   w   dniach   12-16.05.2012,   ktore   będzie  /znów/   rozstrząsać   zbrodnie  totalitaryzmów   XX  wieku.   Co  do   ANAMNES   to   jest   to   chyba   słowotwór,   bo   znalazłem   tylko   anamnesis   -   po   grecku:  przypomnienie. /Anamnes -  znalazłem  w  jęz. szwedzkim/    Przechodzę   do   drugiego   etapu   czytania   książki   czyli   przeglądu   bibliografii.

No   cóż,   delikatnie   mówiąc,   bibliografia   jest   nader   obfita.   Liczy   bowiem   40  stron   /dla   porównania   podaję,   że   bibliografia   superobszernej   /1150  str./   biografii   Wojtyły   pt   „Świadek   nadziei”   autorstwa   George’a   Weigel’a   zajmuje   12   stron/.   Oprócz   pozycji   naukowych,  badawczych,   historiograficznych   i   publicystycznych   znajdujemy   w   niej   beletrystykę   i   opowieści    mitomanów- rusofobów   oraz   bab   z   magla.   Niemożliwe   do   zaakceptowania   jest   przerażanie   czytelnika   superdrastycznymi   scenami   z   okresu   Wielkiego   Głodu   na   Ukrainie   przez   cytowanie   jednej,   jedynej   pozycji   napisanej   przez    /prawdopodobnie   chorego   psychicznie/   niejakiego   Kuśnierza,   wydanej   w   Toruniu   przez   jakieś   wydawnictwo   „Grado”.   Aby   nie   być   gołosłownym   przytaczam   przykład,   str.50-51  /tłumaczenie   moje/:

„Dzieci   miały  nadęte   brzuchy;  były   pokryte   ranami,  strupami;   ich   ciała   były  nabrzmiałe.  Przyprowadzilismy   je   z   zewnątrz,   ułożyliśmy   na   prześcieradłach,   a   one   jęczały.  Pewnego   dnia  wśród   dzieci   zapadła   nagle   cisza,  więc   poszliśmy   zobaczyć   co   się   wydarzyło,  a   one   jadły  najmniejszego   wśród   nich,   małego   Petrusa.  Zrywały  skrawki  ciała   z  niego  i   jadły   je.     I   Petrus   robił   to   samo,   on   odrywał   skrawki   z   siebie   i   zjadał   je,   on   jadł   tyle  ile    mógł.   Inne   dzieci   przykładały   wargi   do  jego   ran   i   piły   jego   krew...” /podkr.  moje/

Inna  moja   uwaga   dotyczy   sprytnej   maniery   powoływania   się   na  samego   siebie,   ściślej  traktowania   książek   uprzednio   napisanych   przez   autora   jako   faktograficznych.   Nie   będę   śledził   na   jakiej   podstawie   umieścił   swoje   rewelacje   np   w   „Sketches   from  a   Secret   War”,   gdyż   mam   prawo   sądzić,   że   gdyby   istniały   wiarygodne   żródła,   to   by   znalazły   się   w   omawianej   40-stronicowej   bibliografii.   Niech   za   przykład   służą   niecne   zamiary   Polski  w   latach  1930-31,   czyli   cztery   lata  po   zamachu   majowym,   których   jedynym   przywoływanym   żródłem  są   wspomniane   „Sketches...”.   Na   str.   37-38   „Bloodlands”   czytamy:

„...Rok   1930  był   szczytowym   okresem  polskiego   szpiegostwa  w  Związku   Sowieckim.   Polska,   w   tajemnicy,   tworzyła   ukraińską   armię   na   ich   własnej   ziemi   i   trenowała   oddziały   Ukraińców   i   Polaków  do   specjalnych   misji   wewnątrz   Związku   Sowieckiego....   Na   jesieni   1931   roku,   według   raportu   wywiadu   sowieckiego,   Polska   i    Japonia   podpisały   tajne   porozumienie   rozważające   wspólny   atak  na   Związek   Sowiecki...”

To,   że   ja   przez   69  lat   o   tym   nie   słyszałem,   oczywiście   nie   jest   żadnym   argumentem,   bo   człowiek   uczy   się   przez    całe   życie;   tym   bardziej   chciałbym   poznać   nazwę   żródła,   z   którego   SNYDER   czerpie   te   rewelacje,   a   tu   nic,   ino   inna   książka   tego   samego   Snydera.  Natomiast   coś   niecoś    słyszałem   o   sytuacji   wewnętrznej   w   Polsce   w   latach    trzydziestych,  jak   i   o   jej    potędze   militarnej   zweryfikowanej   wydarzeniami   39  r.,   przeto   z   braku   dowodów   uważam   je  za   nieuzasadnione   mrzonki,   jak   również   „urabianie”   czytelnika.

Po   przeglądzie   bibliografii,   odnośników   jak   również   skorowidzu   zabrałem   się   do  studiowania   treści.   Z   każdej   lektury   można   czerpać   korzyści,   a   przyznam,   że   ze   Snydera   nawet   sporo;   przeto,   nim   przystąpię   do   miażdżącej   krytyki   „BLOODLANDS”   omówię  jej   walory,   jak   i   ciekawostki    rozszerzające   moją   wiedzę.

Bardzo   istotne   jest   podkreślenie   różnicy   przez   SNYDERA    między   obozami   koncentracyjnymi   a   obozami   śmierci.    Pisze   on:

„Granica   między   obozami   koncentracyjnymi   a   miejscami   masowego    zabijania   nie   może   być   przeprowadzona   perfekcyjnie:    w   obozach   wykonywano   egzekucje   i   w   obozach   ludzie   umierali   z   głodu.   Jednak  jest   istotna   różnica  między   wyrokiem   skazującym   na   obóz   a   wyrokiem   śmierci,   między   pracą   a   zagazowaniem,   między   zniewoleniem   a   kulą   w   łeb.   Olbrzymia   większość   śmiertelnych   ofiar   obu   tj   niemieckiego   i   sowieckiego   reżimu   nigdy   nie   widziała   obozu   koncentracyjnego.  Auschwitz  był   równocześnie   obozem   koncentracyjnym  i   miejscem   zagłady,   jednakże   los   nie-Żydów,    jak  i    wyselekcjonowanych   Żydów  zmuszanych  do   pracy,  był   nieporównywalny   z   losem   Żydów   wybranych   do   komór   gazowych.   Tak   więc   Auschwitz  służy   dwóm   opowieściom,   pokrewnym   lecz   różnym.   Auschwitz-jako-obóz-pracy   jest   bardziej    charakterystyczny   dla    doświadczeń   wielkiej   liczby   ludzi,   którzy   przeżyli...   ..podczas   gdy   Auschwitz-jako-miejsce-zagłady  jest   bardziej   typowe   dla   losów   tych   rozmyślnie   zabitych.   Większość   Żydów   przybyłych  do   Auschwitz   została   wprost   zagazowana;   oni...   ...nigdy   nie   spędzili   czasu   w   obozie   koncentracyjnym...”.
  
  Gdy   dodamy,   że   zachodni   alianci...
   „...wyzwolili  niemieckie   obozy   koncentracyjne   takie   jak   Belsen   i   Dachau,   lecz...   nie  wyzwolili   żadnego   z   ważnych   miejsc   zagłady,   takich   jak   Treblinka,   Sobibór,   Bełżec,   Chełmno   czy   Majdanek”

   oraz,    że....
   „...Amerykanie   i   Brytyjczycy   nie   dotarli   do   „Bloodlands”  i   nie    widzieli   żadnego  z   ważnych   usprawnień   stosowanych   do   masowych   morderstw”,

   to   łatwiej   zrozumiemy   ignorancję   Zachodu   w   zakresie   ludobójstwa.
  
Z   powyższego   wynika   „przereklamowanie”   Auschwitz,  ktore  wg  SNYDERA,  jak   i   Gołębiewskiego,   wynika   z   prostego   faktu,   że  wielu   uwięzionych   doczekało   się   uwolnienia   przez   Armię   Czerwoną   i    może    świadczyć,   podczas   gdy    o   zagładzie   1,6  mln   Żydów   w   Treblince /800 tys/,  Bełżcu  /400 tys/,   Sobiborze  /150 tys/,   Chełmnie  /150 tys/   czy   Majdanku  /50  tys/  pozostały   tylko   „suche”   liczby.   SNYDER   trafnie   to   ujmuje   w   końcowym   rozdziale   „Wniosek:   Humanitarność”  /str 381/:

„Skazanie   na   pobyt   w  obozie   koncentracyjnym   Belsen   to   jedno,  a   transport  do   fabryki   śmierci   Bełżec   to   całkiem   coś   innego.   Pierwsze   znaczyło   głód  i   pracę,   lecz   także   szansę   przeżycia;   to   drugie   -   natychmiastową   i   pewną   śmierć   przez   zaduszenie.  To,  ironicznie,  jest   przyczyną   dlaczego   ludzie    pamietają  o  Belsen,   a   zapominają   o   Bełżcu..”.

Słusznie   też   autor   podsumowywuje,   że...
  „...niemiecka   polityka   zakladająca   wymordowanie   wszystkich   Żydów   w   Europie   była   realizowana   nie   w   obozach   koncentracyjnych,   lecz   nad  „dołami”,  w  „gazowych”   ciężarówkach   oraz  w  „usprawniaczach   śmierci”  w  Chełmnie,  Bełżcu,  Sobiborze,  Treblince,   Majdanku  i   Auschwitz”.

Podoba   mnie   się  też   snyderowska   ocena   polskiej   wiktymologii:
„Mimo  swoich  ogromnych   strat,   Polska  stanowi   też   przykład   propagowania   nadymanego  /inflated/   cierpiętnictwa.  Polacy   nauczają,   że   sześć   milionów   Polaków   i   Żydów   zostało   zabitych   podczas   II  w.św...      .....4,8   mln   jest   bliższe   prawdy...    ..Polacy   prawdopodobnie   stracili   około   1   mln   nieżydowskich   obywateli..”.  

SNYDER   pisze,   że:   „Poza   Polską,   polskie   cierpiętnictwo   jest   niedoceniane”,   lecz   wyraża   też   zdziwienie,   że   Polacy   dalej   użalają   się   nad   Katyniem   i   Powstaniem   Warszawskim,   a   nie   pamiętają   o   ofiarach   lat    trzydziestych   na    terenie   Zwiazku   Sowieckiego:

„Nawet   Polscy   historycy   rzadko   wspominają   sowieckich   Polaków,   którzy   zostali   zagłodzeni  w   sowieckim   Kazachstanie   i  na   sowieckiej   Ukrainie  na   początku   lat   30-tych,   jak   też   sowieckich   Polaków   rozstrzelanych  w   trakcie   stalinowskiego   Wielkiego   Terroru   w   końcu   lat   30-tych”.

Nie   mogę   tu   nie   zacytować   Jerzego   URBANA,   który   pisał:
„W   1937 r.   w   POW   aresztowania,   stracono   111 091.   Trzy   lata   przed   Katyniem   rozstrzelano   więc   5,6   razy   więcej   Polaków   niż   w   Katyniu.   Byli   to   jednak   w   większości   chłopi,   a   w   mniejszości   robotnicy   i,   za   przeproszeniem   komuniści.   Czyli   hołota,   nie   żadna   elita...   W   demokratycznej   Polsce   osławiona   pamięć   historyczna   ma   charakter   klasowy”.

Co   do   Powstania   Warszawskiego,   to,   zaprzyjażniony   z   Polakami,   SNYDER   jest   delikatnie   mówiąc    powściągliwy.   Używa  wprawdzie   określenia   „zbiorowe  samobójstwo”,   zauważa,   że:  „Więcej   Polaków   zginęło   w   Powstaniu   Warszawskim   niż   Japończyków   w   Hiroszimie  i   Nagasaki”,   lecz   komentarz   ogranicza   do   następujących   słów:
  
„Nazistowski   i   sowiecki   reżimy   bywały   czasem   aliantami,   jak   we   wspólnej   okupacji   Polski.   Bywało   też,   że   jako   wrogowie   mieli   zgodne   cele:   jak   wtedy,   gdy   Stalin  postanowił   nie  udzielić  pomocy   powstańcom  w   Warszawie  w   1944,   pozwalając   przeto   Niemcom   wybić   ludzi,   ktorzy  póżniej   stawialiby   opór   komunistycznym   rządom”.

Postawę   Wielkiej    Brytanii   i   Stanów   Zjednoczonych   autor,  zgodnie  z   prawdą,    komentuje:
   „Czerwona   Armia   wygrywała   wojnę   przeciw   Wermachtowi   na   wschodnim   froncie,   więc   Stalin   był   o   wiele   ważniejszym   ALIANTEM   niz   jakikolwiek   rząd   Polski”.

Wróćmy   do   głównego   tematu   książki   tj     tej   dyskusyjnej   liczby   14   mln   ofiar.  Dlaczego  „dyskusyjnej”,   wyjaśnię  póżniej,   a   teraz   przypatrzmy   się   snyderowskim  liczbom:
                              5,4  mln   Żydów  /głównie  obywateli   polskich  i   sowieckich/  zagazowanych  lub   rozstrzelanych  w   latach   1941-44,
                              4,2  mln   sowieckich   obywateli   /głównie   Rosjan,   Białorusinów  i   Ukraińców/  zagłodzonych   przez   niemieckich   okupantow   w   latach   1941-44,
                              3,3  mln   sowieckich   obywateli  /głównie   Ukraińców/   zagłodzonych   przez   ich   wlasny   rząd   na   Ukrainie   w   latach   1932-33,
                         0,7  mln    cywili  /głównie   Białorusinów   i   Polaków/  rozstrzelanych   przez   Niemców   w   akcjach   odwetowych   głównie   na   Białorusi   i   w   Warszawie,   w    latach  1941-44,
                          0,3  mln     sowieckich   obywateli   /głównie   Polaków   i   Ukraińców/   rozstrzelanych   przez   ich   własny   rząd,   spośród   700   tys   ofiar  Wielkiego   Terroru   w   latach   1937-38,
                             0,2   mln     polskich   obywateli    /głównie   Polaków/   rozstrzelanych   przez   Niemców  i   Sowietów   w   okupowanej   Polsce   w   latach   1939-41.

Wnioski  z  powyższego   zestawienia   szokują   nawet   mnie:   trzy   pierwsze   pozycje   obejmujące   12,9  mln   ofiar   /z   całkowitej   ilości  14,1 mln/   nie   dotyczą   przysłowiowych   Polaków-katolików;  wśród   pozostałych   1,2   mln,   wybierając   opcję   cierpiętniczą,   bośmy   przecie   Chrystusem   narodów,   da   się   uzbierać   łącznie   700  tys   ofiar   narodowości   polskiej,  w   tym   200   tys   zamordowanych   przez   Sowietów   w   okresie   Wielkiego   Terroru,  o   ktorych   nie   bardzo   pamiętamy  /p.   powyższy  cytat   z   Urbana/.   Z   4,2   mln   mordów   dokonanych   przez   Sowietów,   aż   3,3  mln   dotyczy   Wielkiego   Głodu   na   Ukrainie   w   latach   1932-33,  0,3  mln  -   Wielkiego   Terroru   w   latach   1937-38,   w   tym   likwidację   polskiego   POW  i   KPP,  a   „zaledwie”   600  tys   miało   miejsce   w   czasie   długiej  sześcioletniej   wojny.

Liczby   snyderowskich  ofiar   sprawdzałem   w   trzech   encyklopediach  i   w   „Europie”   Normana   Daviesa   i   udowodniłem   sam   sobie,   że   jestem   niedouczony.   Otóż,   pierwsze   pytanie   zadałem   sobie,   ile   osób   zginęło   w   Oświęcimiu-Brzezince   /młodsi   używają   nazwy   Auschwitz-Birkenau/ ?   Byłem   przekonany,   że   conajmniej   4  mln,   a   okazało   się,   że   1,2  mln.   Na   usprawiedliwienie   swoje   podam,   że  przez   prawie   pięćdziesiąt   lat   byłem   poddany   indoktrynacji,   która,   zgodnie   z   szeroko  opisywaną   przez     SNYDERA      sowiecką   antyniemiecką  propagandą    wyolbrzymiała   rozmiar   nazistowskich   zbrodni,  podając   m.in    trzy  i   pół   raza   zawyżoną   ilość   ofiar   w  kompleksie   oświęcimskim.   To   kłamstwo,   podobnie   jak   i   inne   zagnieżdziło   się   w  naszych   głowach,   by   siłą   bezwładności   trwać   w   nich   aż   do   1990 r. ,   czyli   do   czasu   oficjalnego   dementi.   Jako   ciekawostkę   podaję,   za   SNYDEREM,   że  krzewieniem   wszelkich   kłamstw   zajmował   się   w   Polsce  członek   triumwiratu   /Bierut, Minc,  Berman/  -  Jakub   BERMAN,  którego  jeden  z  braci  zginął  w  Treblince,  a   drugi   Adolf   przewodniczył  Centralnemu   Komitetowi   Żydów  Polskich   w  PRL-u..  Wszyscy   trzej  byli   aktywnymi  syjonistami.   Tu,   w  obawie   przed   zapomnieniem   z   powodu   mojej   sklerozy   muszę   umieścić   uwagę,  że  w   książce   SNYDERA   wogóle  nie   pada   nazwisko   niewątpliwie  najpopularniejszego   Żyda   w   Polsce  -   Józefa   Cyrankiewicza   /vel   Zimmermana/.

  Wracając   do   usprawiedliwień    mojej   dyletantyzmu,  muszę   wyznać, że  przez   pierwsze   65  lat   byłem   bardzo   zajęty   urokami   życia   i   nie   miałem   czasu,   ani   ochoty   na   sprawdzanie   ilu   „mośków”   poszło   z   dymem.   A,   żem   już   w   siedemdziesiątym   roku   życia,  to   mam   czas   by   zadać   sobie   konsekwentne   następne   pytanie:  gdzie   jest   ta   cholerna   TREBLINKA  -   miejsce   zamordowania   800  tys   Żydów,   głównie   z   warszawskiego   getta?   Bo   uświadomiłem   sobie,   że   nie   wiem.   No   i   okazało   się,   że   parę   kilometrów   od   Warszawy,   w   powiecie   węgrowskim,   między   W-wą   a   Białystokiem.    To,   że   nikt  mnie   tam   nie   zawiózł   przez   jedenaście   lat   szkoły    świadczy   o   skuteczności   centralnego   sterowania.

   Obowiązywały   bowiem   trzy   trasy:  Oświęcim-Wieliczka-Poronin  /bo   Muzeum   Lenina/,   Nieborów-Arkadia-Żelazowa  Wola  /bo   Chopin/   i    Kazimierz  /bo  architektura  renesansowa  z   elementami   gotyku,   jak   równiez   baroku/.   Dyżurnym   pisarzem   był   Żeromski  /plus   Newerly   z   „Pamiątką  z  Celulozy”  i   Nałkowska   z  „Granicą”   i   „Medalionami”,   w   których  Niemcy   robili   z   ludzi   mydło/,   poetą   Mickiewicz   /z   pominięciem   „towiańszczyzny”/,   malarzem   Matejko,   kompozytorem  Chopin,   a    bohaterami   Kościuszko   i    książę   Poniatowski.   Ten   ostatni  ze   względu   na   przypisywane  mu  słowa  „Bóg   mi   powierzyl   honor   Polaków”.

Teraz   przejdżmy   do   słusznych   uwag   SNYDERA   dotyczących   powstania   II  RP  i   jej   granic.  Zacznę   od    SNYDERA   rekomendującego   Polaków   jako   „a   troublesome   group”,   jak   również   przypomnień,   że   przedwojenną   Polskę   Hitler   określał   jako   unreal   creation,  a   Mołotow  jako   „ugly   offspring”.    W   tej   materii   wiarygodniejszy   wydaje   się   Davies,   który   w   „Bożym   Igrzysku”  przypisuje   Stalinowi  opinię  o   Polsce   jako  o   „przepraszam   za   wyrażenie   państwie”,   Molotowowi   -   jako   o   „potwornym   bękarcie   traktatu   wersalskiego,  Hitlerowi   zaś  -   jako   o   „sztucznie  poczętym   państwie”   oraz   „tak   zwanym   państwie,   pozbawionym   wszelkich   podstaw   narodowych,   historycznych,  kulturowych   czy   moralnych”.   Oczywiście   Mołotow  kłamał,  bo      traktat   wersalski  potwierdzał   tylko   zachodnią   granicę   Polski,  a   II RP  nie  była   bękartem,   bo powstała   „w  wyniku   procesu,   który   biolodzy   mogliby   nazwać   partenogenezą.   Stworzyła   się   sama   w   próżni,   jaka   pozostała   po   upadku   trzech   mocarstw   rozbiorowych”  /Davies/.  To   samo,   w   zasadzie   pisze   SNYDER : 

 „Deklaracja   polskiej   niepodległości   we   wrześniu   1918  r.   była   tylko   i   wyłącznie   możliwa   z   powodu,   że   wszystkie   trzy  rozbiorowe   mocarstwa  - Cesarstwa Niemieckie,   Habsburgskie   i   Rosyjskie  -  zniknęły   z   mapy   świata  wskutek   wojny   i   rewolucji.”.

  Potem,   jak   wiemy,  była   „wojna  polsko-ruska”,   która   zaczęła   się   na   BIAŁORUSI   /o  czym  nie   wiemy   i   nie   chcemy   wiedzieć/.   Po   pierwszej   wygranej  potyczce   pod   Berezą   Kartuską   w   dniu   14.02.1919  r.,   Piłsudski   zdobył   Wilno,   Mińsk,  a   w   kwietniu   1920 r.  ruszył   na   Kijów.  No  i   sukcesy   się   skończyły,   a  27-letni   Tuchaczewski  ruszył   spod   Berezyny  4  lipca   i  znalazł   się   na   przedpolu   Warszawy   już   w   pierwszych   dniach   sierpnia.   Potem   /jak   wiemy/   był   „Cud   nad   Wisłą”,   i   była   Matka   Boska,   ks. Skorupka  i   Piłsudski,  i   było  200  tys  „sowietów”,   którzy  chętnie   poszli   do  niewoli   /bo  nie   wiedzieli  jak   skończą/,   no   i   był  kontratak  na   resztki   Czerwonej   Armii,  aż  w   końcu   rozejm  /12   pażdziernika/   i   pokój   podpisany   w   Rydze  /18.03.21/.   No  to   oddajmy   głos   naszemu   tj   „polskiemu   przyjacielowi”    SNYDERowi:

„W   końcu,   terytoria   zamieszkane  przez   Białorusinów   i   Ukraińców  podzielono   między   bolszewicką   Rosję  i   Polskę.  Polska,   tym   sposobem   stała   się  wielonarodowościowym   państwem,  ktorego  zaledwie   dwie   trzecie   ludności   łączył   wspólny   jezyk,  a  pozostała   część  obejmowała   5  mln   Ukraińców,   3  mln  Żydów,   1 mln  Białorusinów  i    coś   pomiędzy  pół   milionem  a   milionem   Niemców.   Polska   była  wg  konstytucji  państwem  for  the   Polish   nation”,   mimo   posiadania   największej   populacji   Żydów   w   Europie  i   drugiej  co   do  wielkosci  /po  Rosji  bolszewickiej/  populacji   Ukraińców   i   Białorusinów.   Dzieliła   wszystkie   trzy   duże   mniejszości   narodowe  -  ze   swoim   wschodnim   sąsiadem”.

Na   plus   SNYDERA   zapiszmy,  iż   podaje  wysoką  liczebność   Żydów   w   Warszawie  i   Łodzi   /jedna   trzecia   ludności/,   a   na   minus   -   brak   opisu   różnic   wyznaniowych   i   konfliktów  na  tym   tle.  Co  do   granic   wytyczonych   po   II   w.św.   zauważmy,   że  juz  w   1939  r.  ludność   Litwy,  Białorusi  i   Ukrainy   będących   pod  polską   jurysdykcją  witała   Czerwoną   Armię  jako...

  „...wielkiego  wyzwoliciela   narodowych   mniejszości   spod   polskiej  władzy  i   wielkiego  poplecznika   chłopów  przeciwko   ich  panom.   We   wschodniej   Polsce  ludność   stanowiło  około  43%  Polaków,  33 %  Ukraińców,  po  8  %  Żydów  i   Białorusinów  oraz   małe   ilości   Czechów,   Niemców,   Rosjan,   Cyganów,  Tatarów  i  in.”. 

Co  do   „naszego”   Wilna,   SNYDER   pisze:
   „..Litwini   zgłaszali   pretensje  względem  VILNIUS  i  jego  okolic,  leżącego   aktualnie   w  pólnocnowschodniej   Polsce...    ...Litwini  traktowali  VILNIUS   jako  swoją   prawowitą   stolicę,   ponieważ   to   miasto   było   stolicą  ważnego   średniowiecznego  i   wczesnonowożytnego   państwa   znanego   jako   Wielkie   Księstwo   Litewskie...”.

  Jeśli   zwolennikom  polskości   Wilna   ta   argumentacja  nie   wystarcza,  to  wyciagamy  z  zanadrza  superkwiatek:
„Miasto  VILNIUS  było  północnowschodnim  metropolijnym   centrum   Polski   i   krótko   stolicą  niezależnej  oraz   sowieckiej   Litwy.  Lecz  przez  wszystkie  lata  tych   zmienności,  a  faktycznie  i  poprzez  poprzednie  pół-tysiąca  lat   VILNIUS  był   przede   wszystkim  czymś  innym:  centrum  żydowskiej   cywilizacji,   znanym   jako   Jerozolima   Północy”. 

Zauważyłem   przed   chwilą,   że  to   już   siódma   strona   mojej   pisaniny,  przeto  ograniczę  się   do   „perełek”   z   książki   SNYDERA,   by   przejść   do   totalnej   krytyki  i   zakończyć   na   dziesiątej   stronie   mając   na   względzie    granice   wytrzymałości,   jak   i   uprzejmości   mojego   czytelnika.   Taką   „perełką”   są   niewątpliwie   trzy   zdania   dotyczące   Polski   w    1943 roku:

„W   wyniku..   katastrofy   lotniczej   w   lecie   1943,   bardziej   sympatyczny  polski   wódz   i   premier   został   zastąpiony   przez   mniej   sympatycznego.  Pomimo   swoich   obietnic   Armia   Krajowa   nigdy   nie   zorganizowała   żydowskiego   oddziału   z   weteranów   Warszawskiego  Powstania  w  Getcie....  ......jednostki   Armii  Krajowej   zabijały   uzbrojonych  Żydów..  jako  bandytów.  W   nielicznych   przypadkach  żołnierze   Armii   Krajowej   zabijali   Żydów   aby   zagarnąć   ich   własność...

Dopełnia   poniekąd  amerykańską   opinię   uwaga  o   nastrojach   w   Polsce  po   zakończeniu   wojny:
Żydzi,   którzy   próbowali   powrócić   do   domu   byli   często   witani  z  nieufnością  i  agresją.  Możliwe,   ze  niektórzy   Polacy   obawiali   się   także,   że   Żydzi   mogliby   się   upomnieć   o   swoje   mienie   stracone   w   czasie   wojny,   gdyż   Polacy,   tym   czy   innym   sposobem,   posiadali   mienie   skradzione   Żydom  /często   z   ich   własnych   domów,   które   zostały   zrujnowane/.  Toteż   Żydzi  byli   często   przesiedlani   do   uprzednio   niemieckiego   Śląska,  do  „odzyskanych   ziem”   zabranych   Niemcom,   gdzie  takie   zdarzenia   nie   mogłyby   nawet   zaistnieć.  Nawet   w   takiej   sytuacji,  tu   podobnie   jak   gdziekolwiek   indziej  w   powojennej   Polsce,    Żydzi   byli   bici  i   mordowani  i   zastraszani   do  tego   stopnia,   że  większość   pozostałych   przy   życiu   zdecydowała  się   Polskę   opuścić...   /Pierwszym   etapem  drogi/   ....były  Niemcy,    z   ich   opustoszałymi   obozami...   Ochotniczy   ruch   Żydów   ocalałych   z   Holocaustu   do   Niemiec   był...   melancholijną   ironią   losu....  Tak,   to   było   bardzo   niebezpieczne   być   Żydem   w   powojennej   Polsce”..

Straszne,   bo   prawdziwe,   sam   płakałem   przy   wyjeżdzie   zaprzyjażnionej   rodziny   Steinlaufów  w   1949  r.,   której   jeszcze   na   Dworcu   Głównym   Polacy   ukradli   część   walizek.   Nie   wiem  ino,  gdzie   tu   miejsce   na   melancholię.   Muszę   przypomnieć   tu,   że   cytaty   są  z  książki   służącej  jako  AMERYKAŃSKI   UNIWERSYTECKI    PODRĘCZNIK.    Aby   skończyć   z  tymi   niezbyt   miłymi   sprawami   odnotujmy   tylko   wzmiankę   SNYDERA  o   pogromach   Żydów   w   1941  r. : 

 „...miejscowi   Polacy   wzięli   udział   w  około   30   pogromach   w   rejonie   Białegostoku”.

SNYDER   poruszając   temat   Powstania   w   Getcie   przywołuje   Czesława   Miłosza:

 „Niemcy  przypuścili   atak   na   GETTO   19  kwietnia   1943  r,   w   wigilię   Passover.   Wielkanoc   wypadała   w   następną   niedzielę,   25-tego.   Polski   poeta   Czesław   Miłosz   rejestrował   Święta   Wielkanocy  z  innej   strony   murów   getta,  co   przypomina   w   swoim   poemacie   „Campo   di   Fiori”,   opisując   ludzi   jeżdżących   na   karuzeli   na   pl. Krasińskiego,   tuż   obok   murów   getta,   podczas   gdy   Żydzi   walczyli   i   umierali.   „Myślałem   wtedy”  - pisał   Miłosz -  „o   osamotnieniu   w   umieraniu”.  Karuzela   kręciła   się   każdego   dnia   w   czasie   Powstania.   Stała   się   symbolem   żydowskiego   odosobnienia:   Żydzi  umierali   w   swoim   własnym   mieście,   podczas   gdy   Polacy,   poza   murami   getta,   żyli  i   śmiali   się.   Wielu   Polaków   nie   obchodziło   co   dzieje   się   z   Żydami   w   getcie..”

Pozostał   nam   jarmark   ciekawostek.   Zacznijmy   od   żony   Stalina. 
 
„Ona   wybrała  dzień  8.11.1932 roku,   nazajutrz   po   celebracji   15   rocznicy  Rewolucji  Pażdziernikowej,  aby   strzelić   sobie   prosto   w   serce.   Właściwie,   nigdy   nie   zostało   wyjaśnione   jakie   znaczenie   miało   to   dla   Stalina,   lecz   wydaje   się,   że   było   szokiem.   Probował   zabić   się   sam.   Kaganowicz,   który   znalazł   Stalina   jako   całkowicie   zmienionego   człowieka,   musiał   wygłosić   mowę   pogrzebową”.

  Nie   mogę   nie   wspomnieć,   że   Łazar   Kaganowicz,   nota   bene   Żyd,   wg   plotek,   miał   swoje   wielkie   pięć   minut   w   1953   roku,   kiedy   to,   w   czasie   narady   u   Stalina,  miał   ponoć   rzucić   kryształową   popielnicą   w   Stalina.   Nie   trafił,   lecz   Stalin   wskutek   nagłego   uniku,   miał   dostać   wylewu   krwi   do   mózgu.   No  to   jeszcze   trochę   luzu.   W   szkole   podstawowej   obowiązywała   mnie   lektura  książeczki   niejakiej   Heleny   Bobińskiej   /Żydówki,   siostry  J. Bruna/   pt   „SOSO”   o   dzieciństwie   „Naszego  Wodza”   Stalina.   W   1956  r.   na   Zjeżdzie   Literatów,   odbywającym   się   po   XX  Zjeżdzie   KPZR,   na którym   obalono   „kult   jednostki”,   zadano   pytanie   Bobińskiej   czy   prawdą   jest,   że   pracuje  ona   nad   drugą   częścią   swojej   popularnej  książki  i   czy   naprawdę   ma   ją   nazwać   „KOMU   SOSO   ZROBIŁ   KUKU” ? 

Warto   wspomnieć   chyba   o   żydowskim   otoczeniu   Stalina.   Pierwsza   „trojka”  -  Trotsky-Zinowiew- Kamieniew     to   Bronstein,   Apfelbaum   i   Rosenfeld,   czego   akurat   SNYDER   nie   podaje.   Opisuje   natomiast   perturbacje   Stalina   z   Żydami   w   swojej   rodzinie,  jak  i   rodzinach   najbliższych   współpracowników:   Mołotowa   i   Woroszyłowa.

Stalina   syn,  Jakow,   który   zmarł   w    niewoli   niemieckiej   był   ożeniony   z   Żydówką.   Swietłany   pierwszą   miłoscią   był   żydowski   aktor   nazwany   przez   Stalina   brytyjskim   szpiegiem  i   zesłany   do   gułagu.   Pierwszy   mąz   Swietłany   też   był   Żydem;   Stalin   zarzucil   mu   skąpstwo  i   tchórzostwo,   no  i   kazał  się  jej   rozwieść,   by   mogła   poślubić   syna   Żdanowa...”.

Zabawny   jest   epizod  z   Mołotowową: 
   „Polina   Żemczużina,   żona   ministra   spraw   zagranicznych   Wiaczeslawa   Mołotowa,   zobaczyła   Goldę   Meir   w   dniu   7   listopada   1948,  w   rocznicę   Bolszewickiej   Rewolucji,  i  zachęciła  ją   do   odwiedzenia   synagogi.   Co  gorsza,   Żemczużina   powiedziała   to   w  jidysz,  języku   jej   i   Meir   rodziców  -  w   paranoidalnym  interpretacji   miala   to   być  sugestia   narodowej   jedności   Żydów   pomimo   granic..   Katarzyna   Gorbman,   żona   Klimenta    Woroszyłowa     ponoć   wykrzykiwała:  „Teraz  mamy  także   naszą   własną   ojczyznę”.....      Polina   została   aresztowana   w   styczniu   1949...    ...została   skazana  na   pobyt   w   obozie   pracy,   a   Mołotow   rozwiódł   się   z   nią.      Spędziła   5   lat   na   wygnaniu   w   Kazachstanie,   wśród   „kułaków”,   których   jej   mąż   pomógł   deportować   w   latach   trzydziestych..”.

Zapomniałem   o   „perełce”   związanej   z   Leninem,  którą   SNYDER   powtarza   conajmniej   trzy   razy:
„Schorowani   żołnierze  i   zubożali   chłopi   Rosyjskiego   Cesarstwa   wszczęli   rewoltę  na   początku   1917.   Po   ludowym   powstaniu,   które   doprowadzilo   do  upadku  rosyjskiej   monarchii  w   lutym,  nowy   liberalny  rząd   dążył   do   wygrania   wojny  poprzez  zwiększoną   ofensywę   przeciw  wrogom   tj   Cesarstwu   Niemieckiemu   i   Monarchii   Habsburskiej.   W  tej  sytuacji   tajemną   niemiecką   bronią      stał   się   Lenin.   Niemcy   wyekspediowali   Lenina   z   szwajcarskiego   wygnania   do   rosyjskiej   stolicy   Pietrogrodu   w   kwietniu,   aby   zrobił   rewolucję,   ktora   wyprowadziłaby   Rosję   z   wojny.   Z   pomocą  swego   charyzmatycznego   sprzymierzeńca   Leona   Trotskiego   i   jego   zdyscyplinowanych   bolszewików,   Lenin   dokonał   coup   d’etat    /zamach   stanu/...   w   listopadzie.   Na   początku   1918,   Lenina   nowy   rząd   podpisał   traktat   pokojowy   z   Niemcami,  zgodnie   z   którym   zachodnia   Białoruś,   Ukraina,   kraje   bałtyckie  i   Polska   pozostawały   pod   niemiecką   kontrolą.   W   części  dzięki   Leninowi,  Niemcy   wygrały   wojnę   na   wschodnim   froncie   i   na   krótko   poznały   smak   Wschodniego   Imperium”. 
       
Nie   mogę   tu   nie   pociągnąć   cytatu,   gdyż   dotyczy   powstania   Polski: 
  „...upadek  Cesarstwa   Niemieckiego   stworzył      mocarstwową   próżnię   we   wschodniej   Europie....    Podczas  gdy   Lenin   i   Trotski   uwikłali   swoją   nowopowstałą   Czerwoną   Armię   w  domowe   wojny   w  Rosji   i   na   Ukrainie,   pięć   krajów   wokół   Morza   Bałtyckiego  -   Finlandia,   Estonia,   Łotwa,   Litwa  i   Polska  -    - stało   się   niezależnymi   republikami”.

   Wracając   do   Lenina,   SNYDER   gdzie  indziej   kontynuuje:

„Lenin,   sam   w   sobie,  był   tajemną   niemiecką   bronią  w  Pierwszej   Wojnie   Światowej;  sama   Rewolucja   Bolszewicka   była   ubocznym   efektem   niemieckiej   polityki   zagranicznej   w   1917  roku”. 
 
Uff !   Mocno !   Jeszcze   o   priorytecie   w   cierpieniu,   nie   Polaków,  a   Białorusinów:
  „W   ciągu  II  w. św.   połowa   ludności   Białorusi   została   albo  zabita,   albo   wysiedlona.   Tego   nie   można   powiedzieć    o   żadnym   innym   europejskim   kraju”.

    Teraz   o   deportacji   Ukraińców   z   Polski:  
„...około   483 099   Ukrainców  deportowano   z   komunistycznej   Polski   do   sowieckiej   Ukrainy   w  latach   44-46,   większość   z   nich   siłą.....     ...pod   kryptonimem   „Wisła”   około  140 660   Ukraińców   wysiedlono   w   1947...”.

   I   na   koniec   dwie   ciekawostki.   W   1939   roku   po   obronie   gdańskiej   poczty,   został   zamordowany,   wraz   z   pozostałymi   obrońcami,   Franciszek   Krause,...
„..wujek   chłopca   imieniem  Gunter   GRASS,   ktory   póżniej   został  wielkim   niemieckim  pisarzem.   Dzięki  jego   powieści  pt    „Blaszany   Bębenek”  ta   szczególna   wojenna   zbrodnia   stała   się   szeroko   znana”.

 Druga   -  o   „nadludziach”:   ponieważ   „nazi”   „nie   mogli   uważać   nie-Niemców   za   równych”   oraz   wierzyli  w   „niemiecką    wyższość   rasową”   to   nie   dziwimy   się   ich   ocenie   wobec  zachowań    rosyjskich  POW  w  niemieckich   obozach   jenieckich   w   1941,   gdy   to   Goring   wprowadził   w   życie   plan   zagłodzenia  więżniów  i ...
„...kiedy   kanibalizm   się   zaczął,   Niemcy   przyjmowali   to   jako   rezultat   niskiego   poziomu   sowieckiej   cywilizacji”.

   Miał   rację   mój   Ojciec,   gdy   mnie   nauczał,   że  „lepiej   „kacapa”  w   dupę   pocałować   niż   „szwabowi”   rękę   podać.

No  i   dojechaliśmy   do   krytyki,   która   zgodnie   z   obietnicą   będzie   miażdżąca.   SNYDER   posługuje   się    TOTALITERIANIZM-em   uczciwie   zresztą   omawiając   historię   upowszechnienia   tego   „nowotworu”    przez   Hannah   ARENDT:

„Ustroje   nazistowski   i    stalinowski   muszą   być   porównywane,   nie   tak   bardzo  by   jeden   czy   drugi   pojąć,   lecz   aby   zrozumieć   nasze   czasy   i   siebie   samych.   Hannah   Arendt   zrobiła   to   w   1951,   łącząc   dwa   reżimy    w   rubryce   pod   nagłówkiem   „TOTALITARIANISM”.   Z   kolei   rosyjska   literatura   XIX   wieku   oferowała   jej   ideę   „zbędnego   człowieka”   /”superfluous   man”/.”  
    
Jeden   krótki   cytat,   a   trzy   poważne   kontrowersje.    Pierwsza   zasadnicza:   NIE   WOLNO   TYCH   USTROJÓW   PORÓWNYWAĆ.     Ktoś    mądry   powiedział,   że    mierzenie   zbrodni   stalinowskich,   tak   popełnianych   w   gułagach,   w   trakcie   przesiedleń   całych   narodów   jak   i    zagłodzenia   Ukrainy   -  Holocaustem   spłaszcza   je   i   trywializuje.   Takie   porównywania   poprzez    arendtowskie „łączenie”   ich,   wrzucanie   „do   jednego   worka”,   poprzez   „unirołowkę”    pomniejszają   ogrom   zbrodni  obu   reżimów.   Jest   to   czysta   demagogia   /o  tym   za   chwilę/   populistyczna   albo   efekt   mentalności   kaprala,   który   wie,   że   stopni  to   kąt   prosty   ma   tylko   90,   podczas   gdy  wrząca  woda  - 100. Ze  względu  na   wszechobecne   w   tej   tematyce   nazwisko   Arendt,   parę   słów  o   niej.

Hannah   ARENDT  /1906-1975/,   Żydówka,   politolog,   doktorat   obroniony   w   Heidelbergu,   zmuszona   do   opuszczenia   Niemiec   w   1933,   a   Francji   w   1941   osiedliła   się  w  Nowym   Yorku.   W   1951   opublikowała   swoją   najważniejszą   pracę   pt   „Origins   of   Totalitarianism”,   dzięki   której   stała   się    „świętą   krową”   trendu   usprawiedliwiania   zbrodni   hitlerowskich  -  sowieckimi.   Bez    względu   na   jej   zamierzone   przesłanie,  książka   została   wydana  w  apogeum „zimnej   wojny”,  w   trakcie   procesu   Rosenbergów   i   została   wykorzystana  przez  McCarthy’ego   do  obsesyjnej propagandy   antykomunistycznej.  Póżniej  /1963/  wydała   jeszcze   bardziej   kontrowersyjną   książkę   „Eichmann   in   Jerusalem”.   Supermodne /lub  jak  kto  woli  cool/  jest   powoływanie   się   na   nią,  jak   na   równie   nieobecnych   Simone  WEIL  /1909-43/   czy   von   BALTHASARA  /p.   mój  tekst/.   Przyznaję,   że   i   ja   uległem    temu   i   wynotowałem   dwa   celne   spostrzeżenia.  Pierwsze   o  relacji   rozumu  i   wiary„Myślenie   jest   jednakowo   niebezpieczne   dla   wszystkich   ustalonych   wierzeń   i   przekonań,   samo   zaś,   jako   takie,   nie   tworzy  żadnej   nowej   wiary”.   Drugie   zaś   o   rewolucji:   „Rewolucja   -   -   rozpoczynana   przez   prawych   i   rozumnych   -   pożera   własne   dzieci,   wynosząc   do   władzy   fanatyków   lub   ludzi   nędznych   i   skorumpowanych,   a   miast   wolności   przynosi   terror   i   zniewolenie”.

Teraz   kontrowersja   druga  -  TOTALITARIANIZM.    Zauważmy,   że   w   języku   polskim   w   powszechnym   użyciu   mamy    TOTALITARYZM   i   TOTALIZM.    Z   polskich   żródeł   najadekwatniejsza   wydaje   mnie   się   definicja   Kopalińskiego:   „TOTALIZM   /rządy   TOTALITARNE/  despotyczna,   scentralizowana   dyktatura   autokratycznego   władcy   albo   hierarchii   uważającej   się   za  nieomylną,   poporządkowująca   życie   i   prawa   obywateli   biurokratycznemu   aparatowi   ucisku”.   Leksykon   PWN  z   1973 r.  /okres   gierkowskiego   socjalizmu   „z   ludzką   twarzą”/   rozróżnia   totalizm   od   totalitaryzmu;   definicja   pierwszego   zbliżona   jest   do   Kopalińskiego,   na   temat   zaś   drugiego   pisze:

„TOTALITARYZMU   teoria   -   antykomunistyczna   teoria   głoszona   w   pierwszym   dziesięcioleciu   po  II    wojnie    światowej   przez   ośrodki   imperialistycznej   propagandy   w   ramach   wojny   psychologicznej   przeciw   państwom   socjalistycznym;   teoria   ta   stawiała   znak   zrównania    między   ustrojem   państw   faszystowskich,   a   ustrojem   socjalistycznym   i   określała   je   wspólnym   mianem  „TOTALITARYZMU”   -   totalnego   ustroju”.

Nie   muszę  chyba  dodawać,   że   ta   ostatnia   definicja   jest   spójna   z   moimi   poprzedzającymi   uwagami.   Zobaczmy   jak   to  widzi   WEBSTER:

TOTALITARIANIZM.   Forma   władzy,   która  podporządkowuje   sobie   wszystkie   aspekty   życia   obywateli   autorytetowi   państwa,   z   pojedynczym   charyzmatycznym   przywódcą   jako  ostatecznym   władcą.  Termin   został   ukuty  we   wczesnych   latach   20-tych   prze   Benito   MUSSOLINIEGO,   lecz   totalitarianizm   istniał   poprzez   całą   historię.   Jest   odróżniany   od      DYKTATURY   i   AUTORYTARYZMU    wskutek  wyrugowania   w   nim   wszelkich   politycznych   zwyczajów   i   wszystkich   starych   prawnych  zasad.   Legitymizuje   zorganizowaną   przemoc.   Policja   dziala  nieprzestrzegając   prawa.  Dążenie   do   celu  jest   jedyną   ideologiczną   podstawą   do   takiego   rządzenia,   chęć   osiągnięcia   celu   nie  może   być   nigdy   podważana”.

A   więc   i   ta   definicja   potwierdza   zdolności   ARENDT   w   demagogii   populistycznej   /czy   też   demagogicznym   populizmie/.   Bo,   tak   naprawdę,   czyż   coś   bardziej   zasługuje   na   miano   TOTALITARIANIZMU    niż   II  RP?    Krwawy   zamach   majowy,   rozwiązanie   Sejmu,   proces   brzeski   i   pierwszy   na   świecie   obóz   koncentracyjny  -  Bereza   Kartuska   spełniają   wymogi   jakiejkolwiek   definicji.   

Skoro,   wbrew   rozsądkowi,   do   powszechnego   używania   tego   „słowopotworu”   doszło,   to   pamiętajmy   o   przestrodze   Kołakowskiego:
Ludzie,   na   ogół,   co   jest   naturalne,   chcą   mieć   WOLNOŚĆ,   ale   chcą   mieć   także   POCZUCIE   BEZPIECZEŃSTWA   i   domagają   się   tego   od   państwa.   Coraz   dalej  idące   wymagania   stawiane   państwu   zawierają   w   sobie   POTENCJAŁ   TOTALITARNY...”.

Jako   dygresję   przypomnę,   że   zmorą   obecnej   „nowomowy”   są   też   wirtualny,   który  z   komputerowej   wirtualnej   rzeczywistości  czyli    „skutecznej”   /łac.  virtualis/  symulacji   wizualnej  i   dżwiękowej   sytuacji,   miejsc   i   osób,    przeszedł   do   języka   potocznego   jako   „wymyślony,   mogący   się   zdarzyć”   oraz    energia   pozytywna,   która   wyparła,   w   zakresie   przymiotników,   takie   jak    konstruktywny,   optymistyczny,   optymalny   czy,   w   ostateczności,   dodatni.

No   i   wreszcie   kontrowersja   trzecia   -   „ZBĘDNY   CZŁOWIEK”   /”SUPERFLUOUS    MAN”/.   Używam   słowa   „zbędny”,   gdyż   nie   potrafiłem   znależć   innego   /poza  „niepotrzebny”, „zbyteczny”/   polskiego   odpowiednika.   Znając    literaturę   rosyjską   oraz   starając   się   zrozumieć   tok   rozumowania   Arendt   czy   SNYDERA,   doszedłem   do   wniosku,   że   chodzi   o   „NIEWAŻNOŚĆ”   jednostki,   że   pojedynczy   człowiek   jest   przedmiotem,   a   nie   podmiotem,   że   w   realizacji   nadrzędnego    celu   ważnego   dla   ogółu   losy   indywidualne   są   bez   znaczenia. 

  Tylko,   że   to   ma   miejsce   od   zarania   ludzkości,  a   „odrodzeniowa”   idea   humanizmu   istnieje   od  ponad   półtysiąca   lat.   Zgoda   też,  że   literatura   rosyjska   jest   WIELKA   i   może   inspirować   każdego   i   do   wszystkiego,   lecz  snyderowska   stylistyka   omawianego   zdania   jest,   po   prostu,  wredna;   jest   zamaskowaną    sugestią,   że   bezwartościowy   los   jednostki    jest   domeną   Rosji.

Przejdżmy   do   dalszych   najistotniejszych   zarzutów.   SNYDER  nie  potrafi   uzasadnić   dlaczego   wybrał  14  mln,   dlaczego   akurat   te   14   mln,   jak   również   sens   wybranego   przedziału   czasowego.
   Z  około   4   mln   przypisanych   Sowietom    3,3  mln   zostało   zagłodzonych   w   latach   1932-33,   a   więc   przed   datą   dojścia   Hitlera   do   władzy,   co   wyznacza   początek   omawianego   przez   autora   okresu.   Ponadto,   do   1939   r.   zbrodnie   hitlerowskie   są   ilościowo   bez   znaczenia.  Lata   1933-45,  to   okres   władzy   Hitlera,   istotny   dla   Niemiec  i   poniekąd   Zachodniej   Europy,   lecz   nie   dla   Europy   Wschodniej,   bo   takie   zawężenie   jest   wprost   absurdalne   i   pozbawione   jakiegokolwiek   zrozumienia   dla   cierpień   ludności   zamieszkującej   tą   część   Europy.  Jeślibyśmy   nawet   pominęli   lata   1917-32,  z   jednoczesnym   przesunięciem   Wielkiego   Głodu  na   rok   1933,   to   i   tak   pozostaje   ogrom   zbrodni   sowieckich  w  latach   1945-53.    SNYDER,   mimo   swoich   licznych   pobytów   m.in.   w   Polsce,   absolutnie   nie   wyczuwa   traumy   narodów   pozostających   w   sferze   wpływów   sowieckich.   Stawia   równiez   poza   nawiasem   los   jeńców   walczących   po   stronie   państw   osi,   którzy   dostali   się   do   niewoli   sowieckiej.   Dzięki   takim   ograniczeniom   nie   ma   w   książce   miejsca   dla   jednego  z   największych   zbrodniarzy   20   wieku,   twórcy   „czeka”   Feliksa   Dzierżyńskiego,   nie   ma   też  go   dla   Żyda,   kata   Polaków   w   okresie   stalinowskim,    Józefa   RÓŻAŃSKIEGO   /vel   GOLDBERG/.   

Pośpiech   SNYDERA   w   pisaniu   swoich   „dzieł”   objawia  się    brakiem   spójności  i   powtarzaniem   tych   samych   fraz.   Książka   robi   wrażenie   zlepku   poprzednich   publikacji   autora.  Poza  tym,  często   nie   rozumiem   o  co   mu   chodzi,   tym   bardziej,  ze   reprezentuje   kraj,   w   którego  bardzo   krotkiej   historii   mamy   zawłaszczenie   ziem   indiańskich  i    wymordowanie  ich   właścicieli,   niewolnictwo   i   KuKluxKlan.
   SNYDER   bowiem   pisze:  „W   wielkim   planie   Stalina,   kolektywizacja   rolnictwa   konieczna   była,   by   przekształcić   Związek   Sowiecki   w   potęgę   przemysłową”,   a   chwilę   póżniej   biadoli:    „Deportacja   bogatszych   chłopów   umożliwiała   kradzież   ich   własności”.  To  jak   Stalin   miał   wprowadzać   „własność   społeczną” ?.   Dodrukować   pieniądze   i   wykupić   ziemie   „kułaków”   i   majątki   „polskich   panów” ?.    Oczywiście,  początkowy  entuzjasta   socjalizmu,    uczeń   Schaffa,   a   póżniej   wielki   znawca  i   krytyk   marksizmu,   mój   ukochany   Leszek   Kołakowski   zauważył   gdzieśtam,   że   najistotniejszą    wadą   wdrażania   w   życie   socjalizmu,  było   dysponowanie   dobrami    nienależącymi   do   dysponentów.   Cel   uświęca   środki.   Pamiętamy   przecież   za   co   inny   Żyd,   św.   Paweł   zabił    Ananiasza  i   jego   żonę   Safirę  /Dz.5.1-11/. 
 
Największą   bzdurę   wypisuje   SNYDER   o   1968  r.   przypisując   ideowemu   komuniście  z   przeszłością   w „żydowskim”  KPP,   z   żoną    Zofią,  a   naprawdę   Liną   SZOKEN,   czyli  tow.  Wiesławowi,   antysemityzm:

   „Gomułki   reżim,   tym   sposobem,   /tj   oczyszczając   Partię   z   Żydów/   próbował   zrobić   komunizm   etnicznie   polski”.

   Nie   pada   wogóle   nazwisko   Moczara.   Za  to  odradzający  się   endecki   antysemityzm   przypisuje   Stalinowi: 
 STALINOWSKI    ANTYSEMITYZM   w   Polsce   w  1968   zmienił   życie   dziesiątek   tysięcy   ludzi,  oraz   zakończył   wiarę   w   marksizm   wielu   inteligentnych   młodych   ludzi  we   wschodniej    Europie”.



   Jakim   prawem   nam,   Polakom,   katolikom,   którzy   wyssysają   antysemityzm   z   piersi   matki,   którzy   słyną   z   żydowskich   pogromów,   którzy   juz   w   II  RP   wysyłali   Żydów   na   Madagaskar,   którzy   za   wszelkie   niepowodzenia   obwiniają   żydokomunę   bądż   „Żydów,   masonów   i   cyklistów”,   którzy   za   wroga   nr.  1   mają   Żyda   Michnika,   taki   SNYDER   zabiera   godność   nazywając   nasz  swojski,   narodowy,   nauczany   przez   Kościół   antysemityzm  -  STALINOWSKIM.   Bóg,  Honor,   Ojczyzna.   Nikt  antysemityzmu   polskiego   kołtuna   uczyć   nie   będzie.