Monday, 11 November 2013

DOSTOJEWSKI

              DOSTOJEWSKI   /1821-1881/

                            z   cyklu:   powrót  do   młodzieńczych   lektur                                              22.09.2010

UWAGA /12.11.2013/:  Czy  nie  przekroczę  tym  razem  granic  cierpliwości  mojej  łaskawej  interlokutorki  Pani  M,  wyrażając  swoje  „trzy  grosze”  na  tak  trudny  temat?  Nie  wiem.  „Nie  chcę,  ale  muszę”,  bo  bez  „konsumpcji”  Dostojewskiego  żyć  się  nie  da.

             Truizmem,  a  również   banałem,   jest   twierdzenie,  że    książka   przeczytana   ponownie,   po   wielu   latach,   wzbudza    inne   odczucia  od   tych   pierwotnych,  młodzieńczych,  gdy  mózg  czytelnika  był   jak   terra   intacta.   Istnieją   jednakże   dzieła   do   których   trzeba   „dorosnąć”,   by  je  w  miarę   dokładnie   zrozumieć.   A,  że  do  tego   niezbędny   jest   czas,  więc   ponowna   lektura   umożliwia   weryfikację   własnej   dojrzałości.   Gdzieś,   kiedyś   wyczytałem,   że   aby   docenić   twórczość   DOSTOJEWSKIEGO    wiek   starczy   stanowi   conditio   sine   qua   non.    Dlaczego   tak   jest   wyjaśnia   cytat   z   Maine  de  Birana   zamieszczony   w  moim  tekście  pt  „HUXLEY”  [polecam].   I  właśnie  z  tego  cytatu  wynika,  że  dopiero  u  schyłku   życia  „mamy   czas”,  by  spróbować   zrozumieć  np  walkę  rosyjskiego   geniusza   z  jego   własną  słowiańską   duszą.

              Uświadomiłem   sobie,   że   tak   „Braci   Karamazow”,  uznawanych   powszechnie   za  jego  „największe”   dzieło  [w  cudzysłowie,  bo   jaką  miarą  mierzyć  „wielkość”],  jak   i   „Zbrodnię  i  Karę”,  „Idiotę”,  „Gracza”  czy   też   „Biesy”,   wszystko  to,  czytałem   ponad   50  lat  temu.  No  to  wziąłem       z   Biblioteki,  przy  wspominanej   już   wielokrotnie,   ulicy   Roncesvalles   -  „BIESY”  /nota   bene  tylko  one  były/  i   950-cioma   stronicami   przez   trzy   dni   się   delektowałem.   Po   tej  lekturze,  popieram   par  excellence   powyżej  wyrażony   pogląd,   że   dopiero   w   starości,   po   wieloletnim   zmaganiu   się   z   Bogiem,   życiem,  a   przede  wszystkim   samym   sobą,  możliwe   staje   się   odczucie  ducha  Dostojewskiego   in  toto.   Ze  względu   na   wielość   opracowań   jego   twórczości   trudno   powiedzieć  coś   nowego   i  niebanalnego.  Jednakże   spróbuję    odnotować   parę   osobistych  i  subiektywnych   uwag.

               I  tak  np,  dzięki    lekturze   „BIESÓW”  udało  mi   się   sformułować   własną   definicję   ateisty.  Otóż,

           ATEISTA   TO   KTOŚ,   KTO   JESZCZE   NIE   WIE,   ŻE   WIERZY    W   BOGA

         Oczywiście,  gdy   się   dowie,  to   będzie   wierzył.   Pozostaje   pytanie,   czy   się   dowie,   lecz   to   już   inna   kwestia.   Przykłady   „wielkich”,  jak   NIETZSCHE,   KOŁAKOWSKI,   MIŁOSZ,   GOMBROWICZ,   WITKACY   czy  też  „małych”  jak   Tadeusz  /moj  Ojciec/   i   Wojciech   GOŁĘBIEWSCY,    dają   nadzieję,  że  taki  czas   dla   każdego   nadejdzie,  jeśli   tylko   zainteresowany   będzie   wystarczająco   intensywnie   bił   się   z   własnymi   myślami.

      Zauważmy,   że  każdy   przypadek   jest   inny;   najczęściej   odrzucana   jest  „personifikacja”   Boga   oraz  podważane  zainteresowanie    Boga   stworzonym   światem.   Nawet   superprowokator   NIETZSCHE   krzyczy:  „BÓG  UMARŁ”,   a   nie  „Boga  nie  ma”.  A   przecież   aby   umrzeć,  to  trzeba   ISTNIEĆ.   Pozostając   przy     kwestiach   „boskich”   przytaczam   cytat   z   „Biesów”:

   „BÓG   jest   bólem   tkwiącym   w   lęku   przed  śmiercią”

 co   należy   rozważać   z   poprzedzającym:  „Nie   ma   GO,  ale  jest
.
       Dostojewski   porównuje   to   z   głazem   chyboczącym   się   nad   naszymi   głowami,   przez   co  /ten   głaz/  wzbudza   w   nas   lęk.   Lęk   przed   /conajmniej/   bólem,   jaki   spadający   głaz   spowoduje.   Przecież   w   głazie,  jako   takim,   nie   ma   bólu,   ból   jest   w   lęku   przed   jego   potencjalnym   upadkiem.   Wystarczy   przezwyciężyć   lęk,   by   się   wyzwolić   i   samemu   stać   się  bogiem.   Ergo,  by   wyzwolić   się   od   Boga   trzeba   popełnić   samobójstwo,   tym   bardziej,  że  śmierć   nie   jest   BYTEM,  jej   NIE   MA,  istnieje   tylko   życie.
  
                 Wg   Dostojewskiego    BÓG   jest   potrzebny   nie   tylko   jednostce,   lecz   i   narodowi.
  „Celem   wszelkiego   ruchu   nacjonalistycznego   w   każdym   narodzie.....    jest   tylko   i   wyłącznie   poszukiwanie   Boga.   Boga   wyłącznie   dla   siebie.....  Unicestwienie   jakiejś   narodowości   bierze   swój   początek   właśnie   w   momencie,   gdy   bogowie   zaczynają   być   wspólni”.
  
I   dalej:

  „Wszelaki  naród   tak  długo   jest   tylko   narodem,  jak   długo   ma   swojego   odrębnego   Boga,   a   wszystkich   pozostałych   bogów   świata   odrzuca.   A   więc   dopóty   jest   narodem,   dopóki   wierzy   w   to,   że   pod   sztandarami   swojego   Boga   zwycięży   i   wyruguje   z   tego   świata   wszystkich   cudzych   bogów”.
 
 Dlatego  BÓG   NIE   MOŻE   BYĆ   EKUMENICZNY,  lecz   narodowy.   Polacy-katolicy   w   1938  roku   bili   Słowaków-katolików,   by   rok  póżniej   ponieść   klęskę   z   rąk   niemieckich   katolików  i  protestantów,   noszących   pasy   z   wygrawerowanym   napisem   „Gott   mit   uns”   oraz   prawosławnych   Rosjan,   których   19   lat   wcześniej   rozgromili   w   ramach   „Cudu   nad   Wisłą”.   A   wszystko   to   z  woli   tego   samego   chrześcijańskiego   Boga.  Dodajmy   jeszcze   męczeńską    śmierć   chrześcijanina-antysemity   [co  jest   ewidentnym   oksymoronem]   o. Kolbego,   którego   zakatowali   chrześcijańscy   Niemcy,   drwiąc   z   wiary  katolickiego   kapłana.

  Aby   potwierdzić   słuszność   mego   stwierdzenia,   że   chrześcijański-antysemityzm   jest   oksymoronem   wystarczy   sięgnąć  po  EWANGELIĘ    św.  Mateusza   i   przeczytać   Mt. 5, 46:

  „Jeśli  miłujecie   tylko   tych,   którzy   was   miłują,   cóż   szczególnego   czynicie?   Czyż   i   poganie   tego   nie   czynią?”.
  
Dokładniej   wyjaśnia  to  Jerzy   TUROWICZ:

     „ ANTYSEMITYZM   nie   da   się   pogodzić   z   katolicyzmem,   bo   antysemityzm   to  NIENAWIŚĆ   do   człowieka,   dlatego,   że   jest   Żydem. ...   Gdzie   „nakaz   miłości   bliżniego”?   A   bliżnim  jest   każdy   człowiek,   bez   względu   na   rasę,   kolor  skóry   czy   przekonania”.

  Wracając  do  Dostojewskiego:   rosyjski   Bóg   ma   SCALAĆ,   ma   przez   nacjonalistyczne   religijne   zjednoczenie   prowadzić   do   potęgi   Wielkiej   Rosji  /por.  Sołżenicyn/,  pod   której   egidą   zrealizowana   zostanie   idea   PANSLAWIZMU    tj    zjednoczenia     wszystkich   SŁOWIAN    w   jednej   religii   służącej   umacnianiu   wspólnego    silnego   organizmu   państwowego.   Norman   Davies    /EUROPA, str. 538/  pisze:

           „Na   pierwszy   rzut   oka   DOSTOJEWSKI   był   rosyjskim   szowinistą.   Nie   lubił   „bezlitosnych”  Żydów;    pogardzał   katolikami,   a   szczególnie   Polakami,   których  często   przedstawiał   jako   przestępców    i   kryminalistów;   nienawidził   socjalistów.   Uważał,   że   KOŚCIÓŁ    PRAWOSŁAWNY   jest   tym,   za   co   sam   siebie   podaje:    JEDYNĄ    PRAWDZIWĄ   WIARĄ.   „Na   Zachodzie   nie   ma   już   żadnego   chrześcijaństwa”,   głosił   z   patosem;   „katolicyzm   przybiera   formę   idolatrii,   a     protestantyzm   szybko   przekształca   się   w   ateizm   i   przyjmuje   zmienną   etykę”.   Wydaje   się,   że   formuła   pisarza   brzmiała:   „katolicyzm  =  jedność   bez   wolności;   protestantyzm  =  wolność   bez   jedności;   prawosławie  =  wolność   w   jedności”. ......  Jednak    ponad   wszystko   Dostojewski   wierzył   w   uzdrawiającą   moc   wiary”

            W   przeciwieństwie   do   Rosji.   w   której   rosyjski    Bóg  /czytaj:  religia,  Kościół/    SCALA   naród   i   WZMACNIA    państwo,   w   Polsce   -   polski   Bóg,   z   pomocą   Królowej   Polski   -   Najświętszej   Panienki,    DEZINTEGRUJE    społeczeństwo    i    OSŁABIA    państwo,   starając   się   podporządkować   je   własnym   interesom.    Ponadto,   dba   o  „dobro”   Rzymu,  co   z   reguły   jest   sprzeczne   z   POLSKĄ   RACJĄ   STANU.    Jest   to   działanie   permanentne,  począwszy   od   zmuszenia  nas   do  uznania   za   NARODOWYCH   ŚWIĘTYCH:  biskupa   praskiego   Adalberta,   „pepiczka”  pijaka   i   dziwkarza,   karnie   wyrzuconego   z   Hradczan  do   miejsca   odosobnienia,  w  klasztorze  na  /nomen-omen/   Monte   Cassino,   który   życie  utracił   wskutek   chuci   do   pierwszej   spotkanej   Prusaczki,  czczonego   w   Polsce   pod   imieniem   tzw   św.  Wojciecha   oraz   biskupa   krakowskiego,   spiskującego    przeciw   KRÓLOWI    POLSKI,   Bolesławowi    Śmiałemu,   tzw   św.  Stanisława    „szczepanowskiego”   [w  cudzysłowie  i   z   małej   litery,  bo  to  od  prawdopodobnego  miejsca   urodzin  -  Szczepanowic],  aż  po  długoletnie  nieuznawanie  polskich   granic  po  II  w.św.   i   wstrzymywanie   nominacji   polskich   biskupów   na   Ziemiach   Zachodnich.
  
        Co   do  DEZINTEGRACJI,  to   właśnie    KOŚCIÓŁ   stworzył,   ukształtował   i  wychował    ciemnego,   szowinistycznego     POLAKA-KATOLIKA,    dzięki   czemu   KATONACJONALIZM     w   Polsce   kwitnie,   owocując   antysemityzmem,  rusofobią,   schizofreniczną   ideą    Polski   jako   „przedmurza   chrześcijaństwa”,   nietolerancją   i  nienawiścią   do   wszystkich   odmieńców   tj   do   czarnych   i   żółtych,   do   Cyganów   i   Świadków   Jehowy,  do  rudych   i   garbatych,  do  zbyt   wysokich  lub  zbyt   niskich,  do   pedałów  i   lesbijek,  no   i  oczywiście   do   masonów   i   cyklistów.

   Tak  ksobne,   ksenofobiczne   społeczeństwo  jest   wyjątkowo   podatne   na   dalsze   podziały   i  zamykanie   się   w   twierdzach ,   by   strzec   jedynej    prawdy,  jaką  objawiają   im  lokalni   szarlatani;  vide:  o.  RYDZYK.   O  rozmiarach  tej   dezintegracjii   świadczą   choćby   wydarzenia   na   Krakowskim   Przedmieściu   po   katastrofie   smoleńskiej.  Kończąc  ten   akapit   pozwolę   sobie   sformułować   wniosek:   POLAKOM   -    BÓG   JUŻ   NIE   JEST   POTRZEBNY.   Mają   Królowę   Polski   /Żydówkę,  lecz   udają,   że   o  tym   nie   wiedzą.  Nie,  oni   nie   udają,   oni  naprawdę   nie   wiedzą,  bo  ich  małe   móżdżki   nie   są   w   stanie   przyjąć   takiej   wiadomości/  do  tego   z   licznymi   klonami   jak   Matkę   Boską:    Częstochowską,   Ludżmierską,   Ostrobramską,   Kalwaryjską,   Zebrzydowicką   itd.  Itd.  Itp.   Bo   przecież   „Pod   Twoją   opiekę ......oddajemy   się...Boża   Rodzicielko”   {tzn  że  BOGA  MOŻNA  URODZIĆ !!! ;   cóż,   ciemnogród!!].   Nie  jest   też   potrzebny   Chrystus   marudzący   swoimi   nawoływaniami:  „Kochaj   bliżniego   jak   siebie   samego”   czy   „Ten,   bez   winy   niech   rzuci   pierwszy   kamieniem”;    wystarczy   pusty   krzyż,  pod  którym  będziemy   głosić   jedyną   prawdę,   bo   NASZĄ   PRAWDĘ.

             Wracajmy   do   Dostojewskiego:
    
 „Bez   despotyzmu   nigdy   jeszcze   nie   udało   się   zaprowadzić   ani   wolności,   ani   równości,  ponieważ   równość   może   istnieć   jedynie   w   STADZIE”.

      Święte   słowa,   lecz  ja   znów   wtrącę   swoje   trzy   grosze.    Otóż,   wymyśliłem,  że   hasło   „LIBERTE,  EGALITE,   FRATERNITE”   /Wolność,  Równość,  Braterstwo/,   wywieszone   przez    Francuzów   w  1793  roku,   jest   ekstremalnie   sprzeczne   samo   w   sobie,   przez   co   niemożliwe   do   spełnienia,  bo:   WOLNOŚĆ    unicestwia    RÓWNOŚĆ   i   vice   versa,   a   do   BRATERSTWA   nie   obliguje;   BRATERSTWO   zaś   wyklucza    WOLNOŚĆ.    Przytoczmy    tu   jeszcze    wypowiedż    KOŁAKOWSKIEGO:  

„....doskonałą    równość   mógłby   zaprowadzić   jedynie   totalitarny   despotyzm,   a   ustrój   zarazem   despotyczny   i    egalitarny    jest    kwadratowym   kołem”
  i    dalej
   „Absolutna   równość    może   być  zaprowadzona    tylko   przez   rządy   despotyczne,   co   zakłada   istnienie   przywilejów,   a   więc   niszczy   równość;   podobnie   absolutna   wolność   oznacza   anarchię,   a   anarchia   kończy   się   panowaniem   najsilniejszych,   tak   więc   absolutna   wolność   zmienia   się   we   własne   przeciwieństwo.”.
  
 Zresztą,   jak   różnie   można   te   pojęcia   interpretować    pokazał   KIEŚLOWSKI,   w   swoim   tryptyku:    „Biały,  Niebieski,  Czerwony”   nawiązującym,  przez   barwy   francuskiej   flagi,  do   wyżej   wspomnianego   rewolucyjnego   hasła.   Reasumując:   bez   despotyzmu   nie   może   być   równości,   a   wolności   nie   ma   ani   z   nim,   ani   bez   niego.   Lecz   WOLNOŚĆ   to   temat   rzeka,  a  ponadto   jest   odrębnym   hasłem   w   moim   ABECADLE.

         Chcę   teraz   zwrócić   uwagę   na   jeszcze   jedno   zdanie   wyłowione   przeze  mnie   z   „BIESÓW”:

  „Ten,   kto   sprawi,   że   dobro   zagości   w   sercach   wszystkich   ludzi,   położy   kres   temu   światu”.

  No   właśnie,   bo   świat   istnieje,   póki   biesy   czy   dybuki   siedzą   w   nas.

        Na   koniec   chciałem   przypomnieć,   że   Dostojewski   miał   na   imię   TEODOR,   a   nie   Fiodor;  że   był   rosyjskim   szowinistą;   że   obsesyjnie   nienawidził   Polaków,   choć   mówił   biegle   po   polsku   i   czytał   polską   literaturę;   że   mawiał,  że   gdyby   wiedział,   iż   w   jego   żyłach   płynie  chociaż   jedna   kropla   polskiej   krwi,   kazałby   ją   natychmiast   wypuścić;   że   w   jego   powieściach  „POLACZYSZKI”    tworzą   istną   galerię   „łobuzów,   oszustów,   ladacznic,   szachrajów   i   bestii”,   a   w  „Braciach   Karamazow”    dwaj   głupi   polscy   szlachcice   okazują   się   obaj   szulerami.

   GOMBROWICZ    ironizował:   „My,   Polacy,   jesteśmy    Słowianami   zlatynizowanymi;  [Jesteśmy   zbyt   słowiańscy,   aby   być   Latynami,   i   zbyt   łacińscy,   aby   być   Słowianami]    i   dlatego   właśnie   nienawidził   nas   DOSTOJEWSKI.   Rosyjski    geniusz   uważał   nas   za   ZDRAJCÓW   ducha   słowiańskiego.....”.

   Więcej   na   ten   temat   pod   hasłem    „NIESAMOWITA    SŁOWIAŃSZCZYZNA”.

         Skleroza   nie   boli,   ino   dezorganizuje.    Zapomniałem   o   dwóch   fajnych   opowieściach   wyczytanych   w   „Biesach”.   Pierwsza   to   zabawna   /dla   mnie/  historyjka  o   ukróceniu   sobiepaństwa   polskiej   szlachty.   Otóż,  wg   Dostojewskiego   tylko   i   wyłącznie   w   tym   celu,   car   zniósł   poddaństwo    i    uwłaszczył   chłopów,   co   polska   szlachta   uznała   za   ansę   i  wręcz   jej   prześladowanie.  [Przypominam   „Biesy”   ukończone   w  1871 r.].   Druga   to  instruktaż   do  tworzenia  systemu   inwigilacji:    montowanie   „piątek”   spiskowców,   w   których   uczestnicy   ścigają  się   we  wzajemnych   donosach.   Pół   wieku   póżniej   opisał   to   ERENBURG   w   „Lejzorku”,  gdzie  kochankowie   tj   Rojtszwaniec   i   tow.   Pukie    starali  się   wzajemnie   wyprzedzić   w  donosie,   a   Dzierżynski   stworzył   „CZEKA”.


          Podkreślmy,   na   koniec,   że    Dostojewski,    bez   najmniejszego   cienia   wątpliwości,  to   najgenialniejszy    pisarz   rosyjski    [świadomie   stawiam  go  daleko   przed   Tołstojem]    i   jeden   z  filarów   literatury   światowej.