Thursday, 27 February 2014

Adam MICHNIK - "WŚRÓD MĄDRYCH LUDZI"

Adam  MICHNIK  -  “WŚRÓD  MĄDRYCH  LUDZI”  
                                       Dzieła  Wybrane  t.VII

Jak  tytuł  sugeruje  dominują  rozmowy,  a  rozmówców  redaktorzy  ustawili  alfabetycznie /do  połowy  książki/,  mamy  więc  tematyczny  rozgardiasz,  który  poniekąd  uatrakcyjnia  lekturę,  lecz  utrudnia  całościową  ocenę.  Dla  mnie,  to  przede  wszystkim  kopalnia  „złotych  myśli”  rozmówcow,  ciekawostek z  ich  życia  i  anegdot,  z  której  wydobywałem  cenne  skarby  i  umieszczałem  je  w  swoich  wypracowaniach.  Nie  lubię  się  powtarzać  i  dlatego  ograniczę  się  do  cytatów   przeze  mnie  jeszcze  niewykorzystanych;  jeszcze  -  bo  ich  atrakcyjność  na  pewno  skłoni  mnie  do  ich  użycia.

Zacznę  od  propagatorki  pojęcia  totalitaryzmu  Hannah  ARENDT,  za  ktorą  nie  przepadam /gdyż  uważam  totalitaryzm  za  propagandowy  slogan  mccarthysmu/,   lecz  cenię  za  trafne  wypowiedzi.  Wg  niej:

„Rewolucja -  rozpoczynana  przez  prawych  i  rozumnych – pożera  własne  dzieci,  wynosząc  do  władzy  fanatyków  lub  ludzi  nędznych  i  skorumpowanych,  a  miast  wolności  przynosi  terror  i  zniewolenie”.

Muszę  teraz  przytoczyć  anegdotę,  którą  Michnik  kończy  rozdzial  o  Arendt:

10  sierpnia 1945 r.  amerykańska  pisarka  Mary  McCarthy,  rozważając  problem  Raskolnikowa  ze  „Zbrodni  i  kary”,  pytała  w  liście  do  Hannah  Arendt: „Dlaczego  nie  miałabym  zamordować  swojej  babki,  skoro  tego  chcę?  Daj  mi  jeden  dobry  powód”.
Arendt  odpowiedziała: „Filozoficzna  odpowiedż  byłaby  odpowiedzią  Sokratesa: skoro  muszę  żyć  z  samym  sobą,  skoro  jestem  jedyną  osobą,  od  której  nigdy  nie  będę  w  stanie  się  uwolnić,  której  towarzystwo  muszę  znosić  do  końca  życia,  nie  chcę  stać  się  mordercą.  Nie  chcę  spędzić  życia  w  towarzystwie  mordercy”.
Właśnie!!

O  wielkim  naszym  poecie  i  tlumaczu,  Stanisławie  BARAŃCZAKU,  podaje  autor  ciekawostkę:

„Jego  wiersze  stały  się  inspiracją  dla  słynnego  spektaklu  poznańskiego  Teatru  Ósmego  Dnia.  Słowa  poznańskiego  poety  stały  się  głosem  pokolenia”.

W  rozmowie  Michnika  z  BRODSKIM  pada  zlowieszcza  przepowiednia  ISAIAHA  BERLINA:

„...w  Rosji  zapanuje  nacjonalizm.  To  będzie  gorsze  niż  stalinizm..”

oraz  jego  truizm:  „..człowiek  to  jedyne  zwierzę,  ktore  zabija  osobników  swego  gatunku”.

BRODSKI,  który  niósł  trumnę  ACHMATOWEJ,  wspomina  jej  słowa:

„DOSTOJEWSKI  nie  znal  całej  prawdy.  Uważał,  że  jeżeli  zarąbałeś  staruchę  lichwiarkę,  to  potem  do  końca  życia  będą  cię  gryzły  wyrzuty  sumienia,  potem  przyznasz  się  i  pójdziesz  na  Sybir.  A  my  wiemy,  że  można  rano  rozstrzelać  10-15 ludzi,  a  wieczorem  wrócić  do  domu i  zwymyślać  żone  za  jej  brzydką  fryzurę”.

Na  literę  „B”  mam  jeszcze  Brychta  i  Bieruta,  a  potem  jeszcze  pozostale  22 litery  alfabetu.  I  znajdziemy  się  w  połowie  książki.  Wniosek  jeden:  jeśli  kogoś  zachęciłem  do  lektury,  to  mnie  chwała;  a  jeśli  nie  -  to  i  dalsze  moje  pisanie  go  nie  zachęci.

Kończąc  opinię  ostatniego  tomu  „Dzieł  Wybranych”  chcę  podkreślić  zawarty  w  nich  potencjał  intelektualny,  nieporównywalny  z  niczym,  i  dlatego  zaniechanie  tej  lektury  przynosi  stratę  tylko  nieczytającemu. 


Wednesday, 26 February 2014

Adam MICHNIK - "DWIE DEKADY WOLNOŚCI"




Adam  MICHNIK -  “DWIE  DEKADY  WOLNOŚCI”  T.VI

W  tomie  VI  poznajemy  rzeczywistość  z  punktu   widzenia  Litwinów,  Łotyszy,  Estończyków,  Słowaków,  Czechów,  Chorwatów,  Serbów,  Rumunów,  Bułgarów, Rosjan,  Ukraińców,  Białorusinów,  Żydów  oraz  Dalajlamy.  A,  że  punkt  widzenia  zależy  od  punktu  siedzenia,  to  mamy  wielobarwny  wachlarz  poglądów  czy,  jak  kto  woli,  wielce  zróżnicowany  krajobraz  Europy  po  bitwie,  czyli  po  upadku  ZSRR. Ponadto  dwa  eseje,  których  streścić  nie  sposób.

Pierwszy  pt „Zła  przeszłość  i  psy  gończe,  czyli  odpieprzcie  się  od  Wałęsy”,  w  którym  Michnik  zadaje  retoryczne  pytanie:

Co  powoduje,  że  ludzie,  którzy  wynieśli  pod  niebiosa  Lecha  Wałęsę...  ..poniewierają  teraz  swoim  idolem ?”. 

i  wyraża  pogląd,  że  nazywanie  Wałęsy  agentem  SB  jest  „tyle  warte,  co  nazywanie  Józefa  Piłsudskiedgo  organizatorem  napadów  rabunkowych  i  złodziejem  cudzych  pieniędzy”. Analizę  tego  stanu  rzeczy  wspiera  wypowiedzią  KOŁAKOWSKIEGO  /”Przegląd  Polityczny  nr84/2007/:

„Słowo  <inkwizytor>  jest  zbyt  podniosłe,  by  nim  określać  małych,  rozwścieczonych  krzykaczy  i  kłamców,  którzy  nie  mogą  znieść  tego,  że  inni  ludzie  naprawdę  walczyli  przeciwko  PRL-owskiej  władzy,  naprawdę  siedzieli  latami  po  więzieniach  albo  naprawdę  uzbrajali  nas  siłą  polskiego  słowa.  Kuroń,  Wałęsa  czy  Miłosz  muszą  być  zdrajcami.  Ale  ich  imiona  są  i  będą  chwalebnie  zapisane  w  historii  naszego  kraju.  A  o  niezdarnych  kłamcach  nikt  nie  będzie  pamiętał  za  kilka  lat”.

Drugi  -  to   Posłowie”  zatytułowane  „Liberalny  inteligent  i  wiatr  dziejów. Polemika z  Rafałem  Kalukinem”,  a  w  nim  obszerny  cytat   o  „krainie  krzywych  luster”  z  książki  ANDERMANA  pt  „To  wszystko”.  Więcej  nic  nie  powiem,  bo  eseje  warto  samemu  przeczytać,  a  Janusz  Anderman  to  „lektura  obowiązkowa”

Przejrzałem  kilkanaście  stron  swoich  notatek i  postanowiłem  zrezygnować  z  denerwowania  moich  potencjalnych  czytelników;  przeto  ograniczam  się  do  „pięknego”  stwierdzenia  Czechowa:

„Kłamstwo  jest  jak  alkoholizm”

oraz  do  cytowanego  przez  Michnika  prezydenta  HAVLA:

„..rozpowszechnił  się  w  życiu  publicznym bardzo  szczególny  rodzaj  ANTYKOMUNISTYCZNEGO  OPĘTANIA.  Tak  jakby  niektórzy  ludzie,  którzy  przez  lata  milczeli,  chodzili  posłusznie  na  wybory,  zajmowali  sie  tylko  sobą  i  bardzo  uważali,  żeby  nie  podpaść,  nagle  poczuli  potrzebę  odreagowania  jakimś  mocarnym  gestem  swego  wcześniejszego  poniżenia  i  poczucia  czy  może  podejrzenia,  że  wcześniej  się  nie  sprawdzili.  Dlatego  wzięli  sobie  na  cel  tych,  którzy  najmniej  im  to  wypominali  -  czyli  dysydentów.  Ciągle  bowiem  traktowali  ich  jako  żywy  WYRZUT  SUMIENIA,  jako  przykład  tego,  że  jeśli  ktoś  nie  chciał,  to  nie  musiał  się  całkowicie  podporządkować..”.  /podkr.moje/.


Polecam,  oczywiście,  całe  „Dzieła  Wybrane”,  lecz  ten  tom  szczególnie,  ze  wzlędu  na  tematy  wciąż  żywe.

Jose SARAMAGO - Ewangelia wg Jezusa Chrystusa




Jose   SARAMAGO  -  Ewangelia  według  Jezusa  Chrystusa”

Czyżby  potwierdzała  się  reguła,  że   większość  pisarzy  jest  w  stanie  napisać  TYLKO  JEDNĄ  DOBRĄ  KSIĄŻKĘ ?  Bo,  w  przypadku  Saramago,  poza  genialnym  dziełem  pt  „Baltazar  i  Blimunda”  spotykają  mnie  same  rozczarowania.  Gorzej,  że  ostatnio  przeczytane  przeze  mnie  „Miasto  ślepców”  i  „Ewangelia....”   to  nie  są  książki  słabe,  przeciętne,  lecz  wskroś  ZŁE,  zbudowane  na  chorej,  błędnej  koncepcji.  Opiniując  pierwszą  z  nich  pisałem:  „Tytłanie  się  w  odchodach  nie  jest  ulubionym  wątkiem  moich  lektur”.  Ba,  ale  z  drugą  -  to  dopiero  mamy  kłopot.

SARAMAGO  RŻNIE  GŁUPA.   Czlowiek  wykształcony,  oczytany  UDAJE,  że  nie  słyszał  o  APOLEGETYCE.  A to,  panie  dzieju,  APOLOGIA  przystrzyżona  na  potrzeby  wiary  chrześcijańskiej.

APOLOGETYKA  -  NAUKA  O  OBRONIE  ZASAD  WIARY  CHRZEŚCIJAŃSKIEJ, /Encykopedyczny  Słownik  Wyrazów  Obcych,  Aleksandra  Brucknera  z  1939 r/
                                -  OBRONA, USPRAWIEDLIWIENIE,  WYWYŻSZENIE    ZASAD,         PRZEKONAŃ,  zwł.  DOGMATÓW  WIARY  CHRZEŚCIJAŃSKIEJ /Kopaliński/

Przez  prawie  2000  lat  MĄDRZY  tego  świata  uprawiali  APOLEGETYKĘ,  by  opracować  spójną  doktrynę  RELIGII,  dającej  ludowi   WIARĘ,  NADZIEJĘ  i  BOŻĄ  MIŁOŚĆ.

Zaczęło  się  od  MAŁEJ  SEKTY  ŻYDOWSKIEJ,  której  nauczanie  wyprowadził  poza  krąg  OBRZEZANYCH  „nawrócony”  Paweł-Szaweł.  Przeforsował  to,  wbrew  św. Piotrowi, na  Soborze  w  Jerozolimie  w 49 r. Udostępniając  doktrynę  poganom  wyeksponował  KRZYŻ,  czyli  ZBAWIENIE,  oraz  ZMARTWYCHWSTANIE,  aby  dać  słuchaczom  NADZIEJĘ  na  lepsze  życie  w  Niebie.  Akceptacja  posłuszeństwa  w  życiu   doczesnym  skutkowała  nazwą  chrześcijaństwa  „religią  niewolników”.  Aby  NAUKA  Chrystusowa  była  przyswajalna  dla  pogan  musiał  odejść  od  pewnych  elementów  judaizmu  i  uwzględnić  elementy  filozofii  greckiej.  Najważniejszy  etap  długiej  walki  o  DOKTRYNĘ  zakończył  Św.Augustyn,  adaptując  dla  potrzeb  chrześcijaństwa  filozofię  PLOTYNA,  przedstawioną  w  ENEADACH.  Nie  miejsce  tu  na  przedstawianie  historii  chrześcijaństwa,  lecz  miejsce  na  podkreślenie,  że  PODWAŻANIE  DOGMATÓW  I  DOKTRYNY  JEST  IRRACJONALNE

Grzebanie  stricte  w  historii  jest  bezsensowne,  bo  to,  co  nawet  wydaje  się  pewne  -  nim  nie  jest,  ale  przede  wszystkim  dlatego,  że  WIARA  nie  potrzebuje  pewników  lecz  CHĘCI  uznania doktryny  i  autorytetów  ją  głoszących.  Począwszy  od  BOGA,  którego  istnienie  jest  „podejrzane”,  bo,  jak  mówi  KOŁAKOWSKI,  „podejrzana”  jest  WIELOŚĆ   DOWODÓW  NA  JEGO  ISTNIENIE.  Gdyby  istniał  JEDEN  przekonywujący  DOWÓD,  reszta  byłaby  zbędna.  Poprzez  EXODUS  i  plagi  egipskie,  nie  odnotowane  przez  kronikarzy,  aż  po   narodziny  Jezusa nic  nie  jest  udowodnione.  I dobrze,  bo  to  nam  NIEPOTRZEBNE.

Faktograficznie,  nie  znamy  ani  daty  urodzenia  Jezusa,  ani  daty  Jego  śmierci.  Nie  wiemy,  czy  nauki  pobierał  u  esseńczyków,  jak  Jan  Chrzciciel,  czy  u  faryzeuszy.  Wszystko  to  są  zbędne  dociekania,  bo  wypracowana  przez  dwa  tysiąclecia  DOKTRYNA  oparta  na  wybranych  EWANGELIACH    JEST  W  PEŁNI  SATYSFAKCJONUJĄCA,  a  istotą  jej  jest,  że  BÓG przekazał  nam  swoje  SŁOWO  /LOGOS/,  czyli  jedynego  Syna, poprzez  INKORPORACJĘ   W  JEZUSA  /a  Słowo    Ciałem się  stało/.   I  tego  SŁOWA  niech  wierni  uważnie  słuchają,  niech  Nim  się  w  życiu  doczesnym  kierują,  a  dzięki  Męce  Pańskiej.......

Nie  zgadzam  się  na  naruszanie  WSPÓLNEGO  DOBRA  jakim  jest  DOKTRYNA  CHRZEŚCIJAŃSKA,  w  imię  której  popełniono  również  wiele  zbrodni,  gdyż  jest  ONA  niezaprzeczalnie  naszym,  europejskim  DZIEDZICTWEM.  Przeto  wielce  podejrzane  pomysły  Saramago  czy  też  Coetzee /p.”Dzieciństwo  Jezusa”/  nie  powinny  być  przychylnie  oceniane.

Saramago  drwi  z  czytelnika,  czyli  m.in.  ze  mnie  wciskając  „kit” /str.70-71/;

„...to  Józef,  a  kobieta  dżwigająca  brzuch  pod  brodą  ma  na  imię  Maria,  oboje  zdążają  do  Betlejem,  aby  stanąć  tam  do  spisu...    ..z  ŁATWOŚCIĄ  można  tu  znależć  Józefów  i  Marie,  ..rzec  można  za  rogiem...   ..nie  byłoby  niczym  NADZWYCZAJNYM,  gdyby  w  tym  czasie  i  w  tych  okolicach  urodziło  się  jednocześnie,  po  dwóch  stronach  ulicy  albo  pola,  dwoje  dzieci  tej  samej  płci,  męskiej..   ..nawet  jeślibyśmy..   ..nadali  im  to  samo  imię  Joszua,  czyli  Jezus..” /podkr.moje/

Pomijając  niskie  prawdopodobieństwo  takiego  zdarzenia,  zapytajmy:  dlaczego  mielibyśmy  to  rozważać.  Przecież  tu  nie  chodzi  o  FAKTY,  lecz  o  CHORY  POMYSŁ  autora.

Panie  Saramago!  Ludzie  wierzą  w  Niepokalane  Poczęcie,  wierzą  w  Jezusa -  JEDYNEGO  SYNA   Marii,  w  imię  czego  robisz  im  zamęt  w  głowach?  Skoro  juz  ślepych  umazałeś  w  odchodach,  Marię  i  Józefa  obarczyłeś  dziewiątką  bachorów,  skąd  weżmiesz  pomysł  na  następną  książkę ?

Kogo  nie  przekonaly  argumenty  „doktrynalne”,  zapraszam  na  stronę  11,  gdzie  autor  filozofuje:

..albowiem  Dobro  i  Zło  same  w  sobie  nie  istnieją.  Każde  z  nich  jest  wtedy,  gdy  drugiego  nie  ma..”

Filozofów,  teologów,  jak  i  fizyków  powalił   paroksyzm  śmiechu,  a  Ockhman  sięgnął  po  swoją  słynną  brzytwę. No  i  Lord  Kelvin  w  grobie  się  poruszył.  Bytem  jest  DOBRO,  jak  i  CIEPŁO.
Zimno  nie  jest  bytem......



Sunday, 23 February 2014

Vladimir NABOKOV - "BEND SINISTER"




Vladimir   NABOKOV  -  “Z  NIEPRAWEJ   STRONY”

„BEND  SINISTER”    w  polskich  wydaniach   obdarzono  tytułami:  „Z  NIEPRAWEJ  STRONY”,   „NIEPRAWE   GODŁO”   oraz   „SKOŚNIE   W  LEWO”,  a  ja,  po  zapoznaniu  się  z  treścią,  najchętniej  bym  widział   dosłowne  przetłumaczenie  na  „PONURY   ZAKRĘT”.  Zobaczmy,  co  autor  mówi  na  temat  tytułu  we  wstępie  do  swojej  książki:

„Określenie  BEND  SINISTER  oznacza  w  heraldyce  pas  lub  wstęgę  malowaną  od  lewej  strony /co  w  powszechnym,  acz  niesłusznym  mniemaniu,  oznacza  pochodzenie  z  nieprawego  łoża/.  Wybór  tytułu  był  próbą  przywiedzenia  na  myśl  konturu  zniekształconego  poprzez  załamanie  światła,  skrzywienia  w  zwierciadle  bytu,  niewłaściwego  kierunku  wybranego  przez  życie,  nieprawego  i  niemrawego  świata.  Wadą  tytułu  jest  fakt,  że  poważny  czytelnik,  szukający  „idei  przewodnich”  czy  „ogolnoludzkich  wartości”  /co  znaczy  prawie  to  samo/  w  powieści,  może  dać  sie  skusić,  by  poszukać  ich  właśnie  w  tej  książce”.

Jeżeli  DODAMY  deklarację  autora,  że..

 „..wpływ  mojej  epoki  na  niniejszą  ksiażkę  jest  tak  nieistotny,  jak  wpływ  moich  książek,  a  przynajmniej  tej,  na  moją  epokę..”

oraz  ideologię  „kałuży”,  „paranomazję” /przypuszczam,  że  chodzi  o  „PARONOMAZJĘ”,  czyli  grę  słów  o  zbliżonym  brzmieniu,  lecz  o  różnych  znaczeniach/,  „enfant  terrible”  XXw.  Fradrika  SKOTOMY  z  jego  EKWILIZMEM  /którego  wyższość  nad  komunizmem  i  religią  miałaby  polegać  na  tym,  że  nie  koncentruje  się  tylko  na  równości  ekonomicznej,  niemożliwej  do  zaprowadzenia  i  sprawiedliwości  PO  ŚMIERCI,  nie  dającej  ludziom  pełnej  satysfakcji,  lecz  którego  metody  wprowadzenia  pozostają  nieznane/,  liczne  bezsensowne  anagramy,  nieporadne  próby  tworzenia  narzecza  rusko-polsko-niemieckiego,  reinterpretację  Hamleta,  odwoływanie  się  do  Sokratesa  /p.  Pankrat  Cykutin =  Sokrates  Cykutnik/, Joyce’a,  Saula  Steinberga,  Mallarme’a,    Remarque’a  , Kafki,  Orwella  czy  Werfla,  umieszczenie  akcji   w  autorytarnym  państwie  PADUKGRADZIE  rządzonym  przez  patologicznego  tyrana  PADUKA  /analogia  do  Lenina  w  Leningradzie,  bądż  Stalina  w  Stalingradzie/,

a  wszystko  po  to,  by  opowiedzieć  nam

BANALNĄ  HISTORIĘ  O   NIEDOGODNOŚCIACH   ŻYCIA   W  TOTALITARYZMIE,    

to  podjęte  środki  przewyższyly  cel.

Żenujące  są  odkrywcze  stwierdzenia  typu /str.89/:  „skoro  tylko  ekwiliści  stracą  nadzieję  na  twoją  współpracę,  zamkną  cię  w  więzieniu”,  czy  tez  historyjki  o  szantażu  czy  aresztach  „wydobywczych”.  Szczególnie  dzisiaj,  gdy  każdy  czytał  chociaż  jedną  z  publikacji  biograficznych  Stalina,  i  każdy  słyszał  o  Miłosza „Zniewolonym  umyśle”.

Staram  się  nie  powielać  opublikowanych  już  opinii,  więc  i  teraz  parę  uwag  „oryginalnych”.  Najpierw  techniczna:  nie  wiem  czy  tłumacz  czy  Wydawnictwo,  lecz  ktoś  powinien  był  pomyśleć  o  tłumaczeniu  tak  dużej  ilości  wypowiedzi  w  języku  francuskim.  Brak  przypisów  utrudnia  lekturę.  A  teraz  najważniejsza  uwaga.  Nie  zauważyłem  w  żadnej,  dosłownie  żadnej  recenzji,  ani  polsko-  ani  anglojęzycznej,  wzmianki  na  temat  wrodzonego,  paskudnego  SADYZMU  głównego  bohatera  Kruga,  który  przez  pięć  lat  przewodził  bandzie  małych  hitlerków,  znęcającej  się  nad  przyszłym  dyktatorem  Padukiem.  Ani  słowa  też  na  temat  poddańczego  pocałunku  ręki  Kruga  przez  Paduka.  W  tej  sytuacji  nie  dziwię  się,  że  Panowie  Recenzenci  nic  nie  zrozumieli  z  ostatniej  sceny  książki,  w  której  obłąkany  Krug  atakuje  nie  wszechwładnego  tyrana  Paduka,  lecz  ofiarę  swego  sadyzmu  -  młodego  Ropucha.

I  właśnie,  ze  względu  na  ten  wątek,  na  PONURY  ZAKRĘT  historii,  na  którym  zmieniają  się  role  bohaterów,  ksiażkę  polecam.  No  i  poza  tym  Nabokowa  wypada  znać.

PS1. Jestem  ciekaw  wszelkich  jasnych,  łopatologicznych  wytłumaczeń,  któregokolwiek  z  trzech  polskich  tytułów  ksiażki
PS2. Nie  tylko tytuł  bym  zmienił,  również  Partię  Zwykłego  Człowieka  na  Partię  Przeciętnego  Czlowieka











Friday, 21 February 2014

Adam MICHNIK - "Takie czasy.." t.V





Adam  MICHNIK   -  “TAKIE   CZASY….”
                                     Dzieła  Wybrane  tom V

Tom  V   to  teksty  rozproszone  z  lat  1983-2009;  tak  różnorodne  tematycznie,  że  nie  sposób  ich  zwiężle  zrecenzować.  Mnie  zafascynowały,  nazwijmy  to,  ROZMOWY  zaczynające  się  na  str 295.  Polecam  je  szczególnie  młodszym  ode  mnie,  którzy  nie  byli  bezpośrednimi  świadkami  epoki  schyłkowego  PRL-u  i  nie  zawsze  są  zorientowani   w  rzetelnym  „who  is  who”, wskutek  obowiązujących  dziś  zaszeregowań  wg  schematu  „białe-czarne”.
 
1. „Gustaw-Konrad  z  Waryńskim  w  tle”  -  z  Michnikiem  rozmawia  Jacek  Żakowski /str.295-306/
2. „Marzec, Maj – a  z  wolnością  kłopot” – rozmawiają  Michnik i  Daniel Cohn-Bendit./str.306-317/ Z  tej  rozmowy  wyłowiłem  dwie  perełki:  slogan  Che Guevary  - „dopóki  ten  świat  jest  taki,  jaki  jest,  ja  nie  mam  ochoty  umierać  we  własnym  łóżku”  oraz ,  jakże  trafną,  opinię  Michnika o  USA:  „..oni  zawsze  interweniowali  tam,  gdzie  nikt  ich  nie  chciał,  a  nigdy  tam,  gdzie  wszyscy  na  nich  czekali”.
3.  „Nie  było  odwrotu”  - na  temat  interwencji  w  Czechosłowacji  w  1968 r  rozmawia  Michnik  z  prof. Jirzim  Hajkiem,  ówczesnym  ministrem  SZ w CSRS. /str.318-323/
4. „Wolałem  szybko  zapomnieć”  - w  2000 r.  z  Millerem  rozmawia  Michnik  i  Paweł  Smoleński  /str 329-342/
5. „Rozmawiać  bez  nienawiści” -  Michnik  z  Jaruzelskim./str.346-366/.  UWAGA  Jest  to  tekst  zamykający  wspomnienia  gen. Wojciecha  Jaruzelskiego  „Kajdany  i  schronienie”  wydane  w  1992 r.  przez  francuską  oficynę  Lattes. W  trakcie  tej  rozmowy  Jaruzelski  wygłasza  merytoryczny  apel  do  Narodu:

Kochany  narodzie,  jesteś  wspaniały,  godzien  szacunku  z  takiego  i  takiego  powodu,  ale  pamiętaj,  że  ciągnie  się  za  tobą  złowrogi  cień  nie  45 lat,  ale  450.  Nie  wolno  schlebiać  kołtunowi,  który  uważa   się  za  prawdziwego  Polaka..”.

/Zainteresowanych  tematyką  kołtuna  zapraszam  do  przeczytania  mojego  wypracowania  „Plica  polonica” na  blogu  wgwg1943.blogspot.com/
6. „Zadzwonił  do  mnie  Breżniew”-  z  I sekr KC PZPR /09.80-10.81/ KANIĄ  rozmawia  Michnik  i  Maziarski./str.367-378/.  I  tu  bardzo  istotna  sprawa  MAPY  planowanej  INTERWENCJI,  której  po  prostu,  NIE  MA.  Kania  /13-14.12.1997/  mówi:

„Nie  ma  jednak  w  archiwach  Sztabu  Generalnego  Wojska  Polskiego  MAPY  INTERWENCJI,  chociaż  z  całą  pewnością  została  tam  złożona  i  była  chroniona  na  specjalnych   zasadach.  Prowadziłem  w  tej  sprawie  rozmowy  z  szefem  prezydenckiego  Biura  Bezpieczeństwa  Jerzym  MILEWSKIM,  z  szefem  Sztabu  Generalnego  gen. Tadeuszem  WILECKIM  i  -  mimo  deklarowanej  przychylności -  mapy  nadal  nie  ma.....  ..Trzeba  ją  traktować  jako  wartość  narodową,  KORONNY   DOWÓD  GROŻĄCEJ  POLSCE  KRWAWEJ  KATASTROFY...  ..Albo  odnajdzie  się  mapa,  albo  poznamy  sprawców  jej  eliminacji...”  /podkr.moje/

Przyszłość  przyniosła  trzecie  „albo”   -  nikt  nic  nie  wie.
7. „Polska  zimna  wojna”  - z  Jaruzelskim  rozmawia  Michnik  i  Paweł  Smoleński /11.12.2001/ /str.379-388/
8. „Pożegnanie  z  bronią” -  z  gen.Kiszczakiem i  Michnikiem  rozmawiają  Agnieszka  Kublik  i  Monika  Olejnik    /str.409-470/.  Pasjonująca  lektura,  a  mnie  najbardziej  przypadly  do  gustu  słowa  prawdy  o  postawie  polskiego  Kościoła  w  stanie  wojennym,  wypowiedziane  przez  Michnika:

„Kościół  ma  dwa  tysiące  lat.  Kościół  współżył  z  każdą  władzą.  Także  z  władzą  generałów  w  Polsce.  Ksiądz  prymas  uważał  wówczas,  że  karta  „Solidarności”  jest  już  zamknięta.  W  tej  materii  podzielał  opinię  gen.Jaruzelskiego.  Ja  wtedy  razem  z  innymi  działaczami  podziemia  mówiłem:  „towarzysz  Glemp”...”.
9. „Wybierzmy  też  przeszłość”  -  z  prez. Kwaśniewskim  rozmawie  Michnik  i  in./str.484-94/
10. „Nasz  stół”  -  z  Helena  Łuczywo i  Michnikiem  rozmawia  Paweł  Smoleński /495-510/.

Zdając  sobie  sprawę  z  tego,  że  większość  czytelników  mojej  opinii  nie  przeczyta  omawianego  tomu,  podaję  prawdziwe  perły  rozszerzające  horyzonty  każdego  Polaka.

 Zaczynam  od  tragedii  rodzinnej, jakże  kontrowersyjnego  dzisiaj,  Antoniego  MACIEREWICZA.  Michnik  cytuje  tu  prof. Zbigniewa Ryszarda Grabowskiego:  /str.327/

„Kiedyś  w  1949 r.  /ojciec  Antoniego/  został  ostrzeżony,  że  UB  jest  na  jego  tropie  w  związku  z  rzekomą  siatką  szpiegowską  francuskiego  konsula  w  Szczecinie.  Doc.Macierewicz  w  swoim  gabinecie  na  Pasteura  wypił  szklankę  roztworu  cyjanku  potasu.  Gdy  po  niego  przyszli  -  już  nie  żył..   ... Wdowa  po  doc.Macierewiczu  została  z  trojgiem  dzieci..”.

Aby  poprawić  nastrój  czytelnika  rozbawię  go  słowami  HITLERA  zanotowanymi  przez  Rauschninga  a  prypomnianymi  przez  Michnika  na  str  117:

„Metody  marksistowskie – powiedział  Hitler – są  po  prostu  najlepsze  dla  zdobywania  mas. (..) Okrucieństwo  imponuje. Okrucieństwo  i  surowa  siła..  Ludzie  potrzebują  uzdrawiającego  strachu”.

Teraz  czas  na  dokształcenie,  bowiem  współczesna  młodzież  nie  zna  treści  „LOJALKI”  z  1950  r.,  jaką  Episkopat  podpisał  z  komunistyczną  władzą.  Przypomnijmy,  że  to  wtedy  SAPIEHA  oświadczył,  ze  nie  zgiął  karku  przed  hitlerowcami,  więc  i  nie  zegnie  przed  bolszewikami  i  opuścił  posiedzenie  Episkopatu  trzaskając  drzwiami. A  w  „lojalce”  stało: /str.157/

Episkopat wyjaśni  duchowieństwu,  aby  nie  sprzeciwiało  się  rozbudowie  spółdzielczości  na  wsi...,  ..będzie  traktować  działalność  „band  podziemnych”  jako  „zbrodnie”...   ..Będzie  piętnował  i  karał  konsekwencjami  kanonicznymi  duchownych,   winnych  udziału  w  jakiejkolwiek  akcji  podziemnej  i  antypaństwowej..”

Przejrzałem  swoje  notatki  i  zrezygnowałem  z  podawania  informacji  kontrowersyjnych  np  na  temat  Dmowskiego /str.191/,  Piłsudskiego /str.189/,  Rzepeckiego /str.230/  czy  działalności  NSZ /str.228/,  aby  nie  ściągać  gromów  na  własną  głowę.  Przytaczam  natomiast  pogląd  z  którym  się  identyfikuję:  /str.278/

„protest  moralny  przeciwko  niesprawiedliwości  i  marazmowi  społecznemu  w  Polsce” /miedzywojennej -  II  RP/...   skłaniał  do  marszu  „pod  czerwonym  sztandarem  komunizmu”.

Zakończę  zaś  słowami  mądrego  czlowieka,  Juliusza  Mieroszewskiego,  alter  ego  Giedroycia /str.246/:

„Tylko  wolność  demokratyczna  jest  wolnością   dla   wszystkich.  Polacy  stawiają  znak  równania  między  wolnością  a  niepodległością.  Ale  jest  to  ujęcie  fałszywe.  Polska  rządzona  przez  oenerowskiego  furherka  mogłaby  być  państwem  niepodległym  i  suwerennym,  ale  w  tej  Polsce  nie  byłoby  wolności  dla  mnie,  ani  dla  setek  tysięcy  moich  rodaków”.

MICHNIKA  czy  się  lubi,  czy  też  nie,  przekartkować,  chociaż,  warto.



   



Kurt VONNEGUT - "RZEŻNIA NUMER PIĘĆ"




Kurt   VONNEGUT  -   “Rzeżnia  numer  pięć”

UWAGA!!!   ARCYDZIEŁO !!!  DOSKONAŁOŚĆ   FORMY  I  TREŚCI,   a  w  dodatku  dojrzałość  intelektualna,  tak  rzadko  spotykana  u  pisarzy  amerykańskich.
Vonnegut  wystawił  sobie  ocenę   A+,  a  mnie  zabraklo  skali: A+++++++++++++++...

Wspominaną    przeze  mnie,  niedawno   /por. „Dzieciństwo  Jezusa”  Coetzee’a/  dewizę  Terencjusza „Nihil  humani  a  me  alienum  puto”  /”Nic  ludzkiego  nie  jest  mnie  obce”/  Vonnegut  przeniósł  na  o  wiele  „wyższą  półkę”,   za  pomocą  jednego  zwrotu  kwitującego  naszą  przeszłość,  terażniejszość  i  przyszłość  -  ZDARZA  SIĘ.  To  „zdarza  się”  wykracza  poza  pole  działalności  ludzkiej  powodując  tym  samym  HUMANISTĘ   pojęciem  zbyt  wąskim  dla  geniuszu  autora.  Ad  hoc  zauważam  paralelę  wszechświatów  Vonneguta  i  mego  ukochanego  LEMA,  a  „wypadanie  z  czasu”  to  ulepszony  wehikuł   H.G.Wellsa.

W  gabinecie  Billy’ego,  jak  i  kopercie  medalionu  „kosmicznej”  żony – Montany,  autor  umieścił  modlitwę:

„Boże,  daj  mi  pogodę  ducha,
abym  godził  się  z  tym,  czego  zmienić  nie  mogę,
odwagę,  abym  zmieniał  to,  co  zmienić  mogę,
i  mądrość,  abym  zawsze  potrafił
odróżnić  jedno  od  drugiego”.

I  uzupełnił  cynicznym  stwierdzeniem:  „Do  rzeczy,  których  Billy  nie  mógł  zmienić,  należała  przeszłość,  terażniejszość  i  przyszłość”.  Pozostawał  więc  „zbiór  pusty”.

Przejaw  humanizmu  Vonneguta  odnajdujemy  w  komentarzu  do  ewangelicznego  opisu  tragedii  żony  Lota: 

Ona  jednak  obejrzała  się  i  ZA  TO  JĄ  KOCHAM,  bo  to  było  TAK  LUDZKIE” /podkr.moje/

W  powieści  pojawia   się,  znany  nam  ze  „Śniadania  mistrzów”  autor  książek  fantastycznonaukowych  Kilgore  Trout  i  jedyny  jego  czytelnik  Eliot  Rosewater.  Przypomnę,  że „Śniadanie...”  oceniłem  jako  fatalny  „wypadek  przy  pracy”,  który  jestem  teraz  skłonny  skorygować  do  „nieudanego  preludium”  przed  wspaniałym  „opusem”,  w  którym  dojrzała  osobowość  Rosewatera  służy  autorowi  do  wypowiedzenia  „vonnegutowskiego”  CREDO.

Rosewater  uważa,  że  „brak  sławy  Kilgore’a  Trouta  był  całkowicie  zasłużony.  Proza  w  jego  wykonaniu  budziła  grozę.  Miał  tylko  dobre  pomysły”. Podobnie  jak  William  Blake /1757-1827/  który  wywarł   tak  wielki  wpływ  na  „naszego”  Miłosza /por.”Ziemia  Ulro”/.

Bo  Billy  Pilgrim  /po  naszemu  PIELGRZYM!!!/  i  Rosewater  „usiłowali  na  nowo  odnależć  siebie  i  swoje  miejsce  w  świecie.  Fantastyka  naukowa  była  im  w  tym  wielką  pomocą”.  A  to  dlatego,  że...

„..wszystko  czego  można  się  dowiedzieć  o  życiu,  jest  w  „Braciach  Karamazow”  Fiodora  Dostojewskiego. 
-  Ale  TO  JUŻ   DZIŚ  NIE   WYSTARCZA  -  powiedział  Rosewater”  /podkr.moje/   

Bo  Pilgrim  i  Rosewater,  Lem  i  Miłosz  ze  „swoim”  Swedenborgiem  i  Blakem,  jak  i  Bruno  Schulz  pospołu  z  Witkacym,  to  ludzie.....

„...których  schorzenia  umysłowe  nie  dają  się  uleczyć,  ponieważ  ich  przyczyny  leżą  w  czwartym  wymiarze  i  trójwymiarowi  ziemscy  lekarze  nie  potrafią  ich  sobie  nawet  wyobrazić”.

Vonnegutowski  /wymyślony/ Trout  i  miłoszowski  /rzeczywisty/  Blake  twierdzą,  że..

„....wampiry,  wilkołaki,  chochliki,  anioły  i  tak  dalej  istnieją  naprawdę,  ale  w  czwartym  wymiarze..    ...Podobnie  jak  niebo  i  piekło”.

Wprowadzając   wątek  „Ewangelii  z  Kosmosu”  Trouta  autor  zastanawia  się  „dlaczego  chrześcijanie  wykazują  taką  skłonność  do  okrucieństwa”.  Odpowiedzi  nie  udziela  a  wszystko  obraca  w  żart,  udzielając  nam  cyniczną  przestrogę:

Zanim  kogoś  zabijecie,  upewnijcie  się,  czy  nie  ma  on  zbyt  mocnych  pleców”.

Skoro  już  wspomnieliśmy  o  chrześcijanach,  to  posłuchajmy  uwagi  Vonneguta  na  temat  podstawy  doktrynalnej  tej  religii,  czyli  nadanej  ludziom  przez  Boga  -  WOLNEJ  WOLI.  Ustami  Tralfamadorczyka  mówi:

Gdyby  nie  moje  długoletnie  studia  nad  Ziemianami,  nie  wiedziałbym  w  ogóle  co  to  znaczy  „wolna  wola”.  Byłem  na  trzydziestu  jeden  zamieszkanych  planetach  i  studiowałem  materiały  dotyczące  stu  innych.  Ziemia  jest  jedyną  planetą,  na  której  wspomina  się  o  czymś  takim  jak  wolna  wola”. 

Do  chrześcijaństwa   nawiązuje  też  druga   część  pełnego  tytułu  książki,  który  brzmi:

„RZEŻNIA  NUMER  PIĘĆ  czyli  krucjata  dziecięca  czyli  obowiązkowy  taniec  ze  śmiercią”

Nie  miejsce,  ani  czas  na  zajmowanie  sie  tu  jedną  z  czarnych  kart  w  historii  chrześcijaństwa.  Nas  interesuje  przeniesienie  nazwy  „krucjata  dziecięca”  na  końcowe  sceny  teatru  Drugiej  Wojny  Światowej,  kiedy  to,  po  obu  stronach  walczyły  niewinne  dzieci.  Żona  weterana,  Mary  O’Hare  szydzi  z  zakłamania  i  apologii  bohaterstwa  jej  uczestników:

„-Będziecie  udawać,  że  byliście  mężczyznami,  a  nie  dziećmi,  i  w  filmie  będą  was  grali  Frank  Sinatra  i  John  Wayne  albo  któryś  z  tych  wspaniałych,  zakochanych  w  wojnie  obleśnych  staruchów.  I  wojna  będzie  wyglądać  tak  cudownie,  że  zapragniemy  nowych  wojen.  A  walczyć  będą  dzieci...”.  

Pierwsza  część  tytułu  -  ta  rzeżnia,  to  miejsce  w  którym  przetrwało  około  100  jeńców  amerykańskich  w  czasie  dywanowego  bombardowania  Drezna.  Wydaje  mnie  się  przesadne  eksponowanie  tego  miejsca  przez  recenzentów.  Fakt,  że  Vonnegut  osobiście  to  bombardowanie  przeżył,  nie  zmienia  mojej  opinii.  Bo  co  wtedy  powiemy  o  cywilnych  mieszkańcach  Hiroszimy  i  Nagasaki,  których  zagłada  była  wynikiem  chęci  wykazania  przewagi  militarnej  Stanów  Zjednoczonych  nad  dotychczasowym  aliantem,  szczodrze  finansowanym  przez  podatników  amerykańskich -  ZSRR,  który   stał  się  nagle  wrogiem  w  rozpoczętej  właśnie „zimnej  wojnie”,  wskutek  głupoty  nic  nie  rozumiejącego  /to slowa syna  Eisenhowera  w  „World  War II  Chronicle/ Trumana.

Istotne  jest,  że  o  tym  „oszałamiającym  sukcesie”  lotnictwa  amerykańskiego:

„-Amerykanie  dowiedzieli  się  wreszcie  o  Dreżnie  w  dwadzieścia  trzy  lata  po  wojnie” /str.200/

Vonnegut  kpi,  że  wg  Darwina  „kazdy  trup  to  krok  naprzód  w  rozwoju”.

Dobrze  się  bawiłem  czytając  o  mentalności  amerykańskiej.  Najpierw  okrutne  pytanie  „Jak  jesteś  taki  mądry,  to  dlaczego  nie  jesteś  bogaty?”.  A  teraz  o  micie  łatwego  wzbogacenia  się:

Najbardziej  szkodliwym  ze  wszystkich  amerykańskich  kłamstw  jest   przesąd,  że  w  Ameryce  łatwo  można  się  dorobić.  Nie  uznając  faktu,  że  zdobycie  pieniędzy  jest  ogromnie  trudne,  wszyscy  ci,  którzy  ich  nie  zdobyli,  mają  pretensje  tylko  do  siebie.  Ta  tendencja  do  samooskarżania  jest  wielkim  atutem  w  ręku  bogatych  i  możnych,  którzy   dzięki  temu  mogli  robić  dla  swoich  biednych  mniej..niż  jakakolwiek  klasa   rządząca,  powiedzmy,  od  czasów  Napoleona”.

Ze  względu  na  mój  wiek /71/  pozwolę  sobie  zakończyć  wypracowanie  radosnym  cytatem  ze  str.198:

Staruszek  cierpiał  bardzo  na  skutek  wzdęcia.  Odbijało  mu  się  i  miał  straszliwe  gazy.
  - Przepraszam – powiedział  do  Billy’ego  i  znowu  pryknął,  - O, Boże – dodał – wiedziałem,  że  starość  to  nie  radość,  ale  nie  przypuszczałem,  że  to  takie  straszne”.


Wednesday, 19 February 2014

Kurt VONNEGUT - ŚNIADANIE MISTRZÓW



Kurt   VONNEGUT  -  „ŚNIADANIE  MISTRZÓW”


C,   tylko  C /a  może  aż  C/  to  SAMOOCENA  Vonneguta  tej  NIEUDANEJ  książki,  opublikowanej  w  Polsce  pt  „Śniadanie  mistrzów,  czyli  żegnaj,  czarny  poniedziałku”  /w  orig.: „Breakfast  of  Champions”/,  przeto  dziwię  się  tej  niczym  nieuzasadnionej  idolatrii  polskich   czytelników,  wyrażanej  dużą  ilością  gwiazdek.   Przeczytałem  ją  jednym  tchem,  a  przed  przyśnięciem  chroniła  mnie  złość  na  autora  budzącego  mnie  coraz  bardziej  imponujacymi  rozmiarami  PENISA.  To  po  kilku  razach  przestało  być  zabawne,  aż  w  końcu  zakrawało  na  patologię.

Wracając  do  samooceny,  Vonnegut  przyznał  sobie  A+   za  „Slaughterhouse-Five” /”Rzeżnię  nr 5”/  „Cat’s  Craddle”;  notę  A  -  za  cztery  książki;  notę  B  za  dwie,  jak  i  za  dwie  -  C  /obok  omawianej,  -  „Palm Sunday”/  oraz  D  /za  „Slapstick”  i  „Happy  Birthday,  Wanda”/.

„NOBLESSE  OBLIGE”,  dlatego  też  UZNANY  PISARZ  za  swoje  wpadki  winien  być  ukarany /podobnie  jak  mój  ulubiony  Coetzee  za  „Dzieciństwo Jezusa”/   przez  nadanie  jego  knotowi,  góra,  dwóch  gwiazdek.

Doceniam  innowacyjne  poszukiwanie  formy  przez  włączenie  autora  w  tok  akcji,  lecz  kończy  się  ono  na  czczej  deklaracji  o  możliwości  podejmowania  ad  hoc  alternatywnych  rozwiązań.  Wydaje  mnie  się,  że  ten  pomysł  nie  został  dostatecznie  wykorzystany.

Na  okładce  jakiś  bardzo  „mądry”  Pan  Redaktor  pisze:

  „Autor  bezlitośnie   demaskuje  zakłamanie,  głupotę  i  fałszywą  dumę,  ukazując  całkowity  brak  szacunku  dla  symboli  i  rzeczy  powszechnie  uważanych  za  świętości,  jak  np.  hymn  narodowy”.

Takie  zdanie  Pana  Redaktora  mógłbym  potraktować  jako  atak  na  mój  POLSKI  PATRIOTYZM,  gdyż  zwyczajowo  śpiewam:  „..dał  nam  przykład  Bonaparte  jak  zwyciężać  mamy..”.,   a  z  naszej  POLSKIEJ   „fałszywej  dumy”  oszczercy  nieraz  się  naśmiewali.

Nie  jestem  praktykującym  katolikiem,  a  mimo  to  czuję  pewien  dyskomfort  czytając  następujący  fragment:  /str.77/

Prostytutki  pracowały  dla  alfonsa.  Był  wspaniały  i  okrutny.  Był  ich  bogiem.  Pozbawił  je  wolnej  woli,  co  im  zupełnie  nie  przeszkadzało.  I  tak  nie  wiedziały,  co  z  nią  zrobić.  Czuły  się  tak,  jakby  się  oddały  Jezusowi  na  przykład,  żeby  prowadzić  życie  pełne  poświęcenia  i  ufności,  tyle  że  oddały  się  alfonsowi,  a  nie  Jezusowi”.

Kurt!  Ty,  amerykański  prymitywie,  dowiedz  się,  że  najważniejszym  dogmatem  religii  judeochrześcijańskiej  jest  WOLNA  WOLA,  jaką  Bóg  obdarzył  człowieka.

A  poza  tym  banał  goni  banał,  wskutek  czego  udało  mnie  się  wynotować  tylko  jedną  „złotą”   myśl,  notabene  też  banalną: /str.180/  na  pytanie  „...czy  boi  sie  przYszlości..   ...da  odpowiedż...  ..największym  przerażeniem  napawa  mnie  przEszłość”.

Nie  przemawia  do  mnie  również  fragment  nawiązujący  do  tytułu: /str.202/:

„Karbekian  zamówił  wytworne martini  Beefeater  ze  skórką  cytryny,  więc  Bonnie  powiedziała:
- Śniadanie  mistrzów.
- To  samo  powiedziała  pani,  przynosząc  mi  pierwsze  martini – zauważył  Karabekian.
-  Mówię  to  zawsze,  kiedy  podaję  komuś  martini  -  odparła  Bonnie.
-  Czy  to  nie  staje  się  nudne? – spytal  Karabekian – A  może  ludzie  po  to  właśnie  zakładają  miasta  w  takich  zakazanych  miejscach,  żeby  móc  powtarzać  w  kółko  te  same  dowcipy,  dopóki  Jasny  Anioł  Śmierci  nie  zasypie  im  ust  popiołem”

Jak  ktoś  zrozumie,  o  co  tu  biega,  to  bardzo  proszę  o  kontakt.

Książki,  które  czytam  sa  poniekąd  wynikiem  ograniczoności  zbiorów  biblioteki  torontańskiej,  i  tylko  to  mnie  tlumaczy.   




Tuesday, 18 February 2014

Paul AUSTER - SZALEŃSTWA BROOKLYNU




Paul  AUSTER   -   “The  Brooklyn  Follies”

„”You  can’t  change  weather”  -  znaczy,  że  pewne  rzeczy  są,  po  prostu,  takie,  jakie  są,  a  my  nie  mamy  wyboru,  lecz  musimy  je  akceptować”.  Moje  /może  nieporadne,  ale  dosłowne/  tłumaczenie  cytatu  ze  str.25  to  motto  tej  książki. 

Idealizm  cechuje  młodych;  walczyć  z  całym  światem  można,  ale  PO  CO?. Rozmawia  o  tym  dwóch  starych  /Harry  i  Nathan/  z  młodym  /Tom/. /str.99-110/,   a  kropkę  „nad  „i”  autor  stawia,  kończąc  akcję  książki  na  46 minut  przed  atakiem  na  WTC /11.09.2001/,  po  którym  „dym  z  trzech  tysięcy  spalonych  ciał  będzie  się  unosił  nad  Brooklynem  i  opadnie  na  nas  jako  biała  chmura  popiołów  i  śmierci”. To  brzmi  jak  przestroga,  bo  zanim  nastąpi  skończymy  lekturę  ostaniego  zdania:

Ale,  ponieważ  teraz,  jest  wciąż  godzina  ósma,  więc  spaceruję  aleją  pod  lśniącym  błękitem  nieba,  będąc   szczęśliwy,  moi  przyjaciele,  tak  szczęśliwy,  jak ktokolwiek,  kto  kiedykolwiek  żył” 

Bynajmniej,  autor  nie  przedstawia  wizji  katastroficznej.  U  Austera  każdy  poszukuje  swego  miejsca  w  życiu,  swego  „The  Hotel Existence”,  i  prawie  każdy  znajduje,  bo  sprzyja  temu  wszechobecna  tolerancja,  pobłażanie  i  empatia.  Nie  walczmy  więc  ze  światem,  lecz  starajmy  się  stworzyć  „swoj  intymny  mały  świat”  /wzorem  Sammy  Lee/.  To  nie  jest  konformizm;  to  jest  HUMANIZM.

Tak  więc,  Auster  znów  zachwyca.  I  znów  jego  Brooklyn.  W „Sunset  Park”  centralną  postacią  był  28-letni  „uciekinier”,  a  tu  59-letni  schorowany  emeryt,  który  u  schyłku  życia  zamierza  napisać  książkę  pt   „Book  of  Human  Folly”,  lecz  natłok  wydarzeń  w  otaczającej  go  rzeczywistości   uniemożliwi  mu  to.  Nasz  bohater -  Nathan  jest  spoiwem  całej  powieści:  jest  powiernikiem,  spowiednikiem,  słuchaczem,  głosem  rozsądku  i  sumienia  oraz  zaklinaczem  przyszłości. A  to  wszystko  jest  wynikiem  jego  aposteriorycznej    mądrości,  czyli,  mówiąc  po  ludzku,   umiejętności  korzystania  z  doświadczenia  życiowego.

W  trzystu  stronicowej  książce  mamy  bogactwo,  szczegółowo  sportretowanych,  różnorodnych    postaci,  przedziwne  ich  losy,  zbiegi  okoliczności,  lecz  przede  wszystkim  wszechobecną  miłość  we  wszelkich  możliwych  odmianach.  Przyjemności  płynącej  z  tej  lektury  nie  mogę  potencjalnemu  czytelnikowi  odbierać,  przechodzę  więc  do  strefy  „intelektualnej”.

Autor  niebezpiecznie  balansuje  na  granicy  percepcji  czytelnika  nasycając  książkę,  o  raczej  skromnej  objętości,  światem  intelektu  w  formie  wtrąconych  dykteryjek  raczej  mniej,  niż  bardziej,  związanych  z  treścią.  Takie  igraszki  są  niebezpieczne,  czego  dowiódł,  zatracając czytelność,  m.in  Saul  Bellow, Philip  Roth  czy  Umberto Eco  /o  Joyce  nie  mówię,  bo  to  trochę  inna  sprawa/.  Nie  chciałbym,  aby  mój  ulubiony  pisarz  stracił  równowagę  w  tej  materii.  A  w  omawianej  książce  m,in.  mamy:  porównywanie  E.A.Poe /1809-49/ z  Henry’m  Davidem  Thoreau /1817-62/;  dalej  historię  grobu  Poe’go  - „pierwszego  pisarza  jakiego  Ameryka  dała  światu”/,  który  honorują  stojąc  razem „twin  fathers  of  modern  poetry”  Walt  Whitman /1819-92/  i Stephane  Mallarme /1842-98/;  wcześniej  historyjkę  o  Ludwigu  Wittgensteinie /1889-1951/.  Kuriozalna  jest  strona  150,  na  której  znalazły  się  następujące  nazwiska:  Stendhal,  Melville, Kafka,  Flaubert,  Musil, Cervantes, Marlowe, Higginson, Dickinson, Poe  i  Griswold.  Ale  to  takie  drobne  utyskiwania,  jako,  że  należę  do  czytających  dokładnie.

Podobała  mnie  się  natomiast  nazwa  zespołu   bluesowego  -  „Brave  New  World” /nawiązująca  do  Huxleya.  Książkę  POLECAM,  i  przypominam  o  moim  ulubionym  „Timbuktu”
A  jeszcze  piękna  dykteryjka  o  Kafce,  który  pocieszał  dziewczynkę  w  parku  pisząc  do  niej  listy  w  imieniu  zagubionej  lalki.     


Friday, 14 February 2014

Paul AUSTER - SUNSET PARK




Paul  AUSTER  -   “SUNSET   PARK”

Na  okładce  cytat:  „Paul  Auster  is  defnitely  a  genius”  -  Haruki  Murakami.

A  ja  jestem  zafascynowany  dwoma  geniuszami:  AUSTEREM  I   MURAKAMI,  z  tym,  że  ten  drugi  już  promocji  nie  potrzebuje,  podczas,  gdy  pierwszy  wciąż  jeszcze  nie  zdobył  takiej  popularności,  na  jaką  zasługuje.  Ma  wprawdzie  25  pozycji  na  „lubimy  czytać”,  lecz,  poza  „The  New  York  Trilogy”,   pozostałe  książki  są  niedocenione,  a  szczególnie  ulubiona  przeze  mnie  historia  Mr. Bones’a /GNATA/  pt  „TIMBUKTU”.

Zgodnie  z  moimi  oczekiwaniami  lektura  kolejnej  książki  Austera  pt „Sunset  Park”  była  wielką  przyjemnością,  która  skończyła  się,  wraz  z  ostatnią  stroną,  o  trzeciej  rano,  bo  nie  potrafiłem  się  od  niej  oderwać.

Powieść,  z  jednej  strony  opowiada  o  stosunkowo  młodych  ludziach,  którzy  zawierają „a  silent  pact  of  some  sort,  a  mutual  understanding  that  allows  them  to  share  their  loneliness  and  frustrations” /str.248/  /”swoistą  milczącą  umowę,  na  bazie  wzajemnego  zrozumienia,  która  pozwala  im  dzielić  swoje  osamotnienie  i  frustracje”/,  a  z  drugiej  - o  „harcie  ducha”  w  rozwiązywaniu  problemów   związanych    z  uporządkowaniem  własnego  życia  i  dostosowaniem  się  do  otaczającej  rzeczywistości.  Aby  uwypuklić  ten  temat  Auster  przypomina  kultowy  film  Wiliama  Wylera  z 1946 r  pt „The  Best  Years  of  Our  Lives”  /”Najlepsze  lata  naszego  życia”/,  o  którym wzmianki przewiją  się  przez  całą  powieść.   W  filmie  tym  trzej  weterani  II w.św.  wykazują  się  wspomnianym  właśnie  „hartem  ducha”,  w  pokonaniu  trudności  w  przejściu  do  stabilnego  /cywilnego/  życia.

Auster  zachwyca  umiejętnością  skondensowanego  opisu  życia  w  brooklynowskiej  rzeczywistości,  szczegółowym  przedstawieniem  panujących  stosunków  i  obyczajów,  w tym  przebiegu  uroczystości  pogrzebowych,  jak  i  roli  rozgrywek  baseballowych w  życiu  typowych  Amerykanów.  Zwróciłem  uwagę  na  zasady  współżycia  rodziców  i  dzieci,  których  sedno  tkwi  w  zdaniu: /rodzice/  „nie  mają  prawa  zmuszać  go  do  czegokolwiek  niezgodnego  z  jego  wolą”.  A  więc  nie  ingerować;  OK,  ale  serce  boli,  toteż  Morris  przez  siedem  lat  jeżdzi  po  całych  Stanach -  do  Chicago,  Arizony,  New  Hampshire,  na  Florydę,  by  dyskretnie  podejrzeć  jedynego  syna, czy  nie  jest  w  niebezpieczeństwie,  czy  nie  potrzebuje  pomocy. Tak  to  obowiązująca  „corectness”  przegrywa  z  tradycją  kulturową.

Umieszczenie  naszych  bohaterów  w  niezamieszkalej  ruderze  zapowiada  niechybny  koniec  pewnego  etapu  życia,  a  solidność  autora  nie  pozwala  na  „happy  end”.

  
.
  

Tuesday, 11 February 2014

Joseph HELLER - "CATCH-22"




Joseph  HELLER  -   “Catch-22”

Książka  „lekka,  łatwa  i  przyjemna”;  jedni  nazywają  ją  groteską,  inni  satyrą  wojenną,  a  jeszcze      inni  absurdalną  komedią  lub  zlepkiem  absurdów.  W  każdym  razie  można  się  pośmiać,  przynajmniej  do  jej  połowy.  I  za  to  dałem  aż/tylko  5  gwiazdek,  bo...

1.  W  miarę  czytania  coraz  mniej  mnie  bawiły  powtarzane  chwyty  stylistyczne,  m.in.  polegające  na  powtarzaniu  fraz.  Np.  „Then  KEEP  YOUR  STUPID   MOUTH  SHUT  when  I  tell  you  KEEP  YOUR  STUPID  MOUTH  SHUT”    lub   “They  told  him  to  APPLY  FOR  AVIATION  CADET  TRAINING,  and  he  APPLIED  FOR  AVIATION  CADET  TRAINING”  czy  też   “..SITTING  IN  HIS  OFFICE  SIGNING  THEM  ALL  DAY  LONG  was  a  lot  better  than  SITTING  IN  HIS  OFFICE  ALL  DAY  LONG  not  SIGNING  THEM”.   /podkr.moje/

2.  Do  znudzenia  schematyczne  rozmowy,  w  których  jeden  “rżnie  głupa”  a  drugi  przestaje  panować  nad  nerwami,  co  pierwszy  skrzętnie  wykorzystuje,  aż  drugi  wpada  w  furię.

3.  Autor  sam  oświadczył,  że  nie  napisałby  tej  książki,  gdyby  nie  poznał  „Przygód  Dobrego  Wojaka  Szwejka”,  tym  samym  narzucając  mnie  poniekąd  podświadome  porównywanie  obu  książęk.  Ogłaszam  werdykt:  wygrał  Hasek.

Lecz  niestety  zastrzeżenia  moje  są  głębsze.  Heller  z  pochodzenia  jest  rosyjskim  ŻYDEM,  który,  niestety,  uosabia  stanowisko  amerykańskich  Żydów,  udających,  że  nie  słyszeli  o  Holocauście  czy  jak  kto  woli  o  Shoah.  Tylko,  że  Żydzi  udawali  w  czasie  trwania  II w.św.,  a  on  dlugie  lata  od  jej  zakończenia.  Jego  alter  ego  - Yossarian  jest  jakimś  debilem,  dziwi  się,  że  chcą  go  zabić;  za  co?,  skoro  on  nikomu  krzywdy  nie  zrobił.  A  puszczani  z  dymem  Żydzi,  Cyganie,  homoseksualiści,  chorzy  psychicznie  i  przedstawiciele  wszelkich  innych  nacji,  a  mordowana  ludność  cywilna  na  swój  los  zasłużyła ?

Heller  wysłany  został  do  Włoch  w  1944 r.  gdzie  wziął  udział  w  60  lotach,  absolutnie  bezpiecznych,  bo  obrona  przeciwlotnicza  już  nie  istniała.  Toteż  oceniał  wojnę:  „zabawna  na  początku..  Doznawałeś  uczucia,  że  uczestniczenie  w  niej  jest  chlubne..”.  Może  dla  Amerykanów  chlubne,  bo  dla  Europejczyków  -  niechcianą  koniecznością.

Cały  spór  z  dowództwem  dotyczy  ilości  bojowych  lotów,  a  „Yossarian  devises  multiple  strategies  to  avoid  combat  missions”  /”Yossarian  wymyśla  wielorakie  strategie,  aby  uniknąć  bojowych  misji”/.  OK,  podejście  szwejkowskie,  tylko  że  wojny  I  i  II  -  niepodobne.  Na  koniec  „złota”  myśl   Hellera  przytoczona  w  recenzji  anglojęzycznej:  „Pokój  na  ziemi  mógłby  znaczyć  koniec  cywilizacji  jaką  my  znamy”.  Wysoki  intelekt.


Mimo  moich  starczego  marudzenia  książkę  polecam,  jako  niezłą  rozrywkę  z  krainy  absurdu,  choć  osobiście  wolę  Ionesco,  Becketta,  Jarry’ego  czy  naszego  Gombrowicza  i  Mrożka.