Wednesday, 6 November 2013

ECO Umberto /ur.1932/

       ECO    UMBERTO   /ur.  1932/

                                                                                                                               /LISTOPAD 2010/

Przepisując   dzisiaj   tj   23.11.2011 r.   tekst  na   komputer,   postanowiłem   uzupełnić   go   wstępną   tezą:   ECO    to   supermodny,   uczony   HOCHSZTAPLER,   który,   jako   autor   bestsellerów,   zapomniany   zostanie   w   przeciągu   20   lat.   Moja   ocena   dotyczy   wyłącznie   uprawianej   przez   niego   beletrystyki,   nie   dotyczy   zaś   publicystyki   czy   opracowań   historycznych.

Po   raz   pierwszy   zacząłem   czytać   jego   „WYPOCINY”   na   początku   lat   90-tych,   gdy   jego   „THRILLERY”     -   „Imię   Róży”   i   „Wahadło   Foucaulta”   zdobyły   popularność   jako   „naukowe   powieści   sensacyjne”.   Nie   strawiłem   ich,   a   że   w   swoim   długim   życiu,   przeżyłem   wiele   przelotnych   IDOLATRII   zbytnio   tym   się   nie   przejąłem.   Jednakże,   ze   względu,   na   utrzymującą   się   jego   popularność,   obecnie   /2010 r/   przestudiowałem   cztery   pozycje:   ponownie   te   dwie   w/w,   dalej   „Supermana  w   Literaturze   Światowej”  również    jego   autorstwa  oraz   biografię,   napisaną   przez   Daniela   Salvatore   SCHIFFERA  -  „Umberto   Eco   -   Labirynt   Świata”.

Żeby   być   zrozumianym   /w   przeciwieństwie   do   pisaniny   ECO,   której   pojąć   się   nie   da/   wyjaśniam   niezwłocznie   sformułowania   użyte   w   poprzednim   akapicie.   Użyłem   określenia   WYPOCINY   nawiązując   do   samego   ECO,   który   w   „Dopiskach   do   Róży”   /str.596/   swoją   mozolną   pracę   nad   książką   ocenia   następująco:

„GENIUS   IS   TWENTY  PERCENT  INSPIRATION  and   EIGHTY  PERCENT  PERSPIRATION"                   /Geniusz   to   w   20%   talent,   a  w   80%  pot  autora/.

Zdaje   się,   że   to   cytat   z   Edgara   Allana   POE,   lecz   tego   ECO   nie   uściśla:   pewne   jest   natomiast,   że   czuje   się   on,   jak   najbardziej,   geniuszem.   Wysokie   mniemanie   o   sobie   jest   jego   dominującą  cechą,   o   czym   świadczy  m.in   przedstawione   dalej   porównywanie  samego   siebie   z   JOYCEM.   Co   do   „THRILLERA”   czyli   „dreszczowca”,   to   mną  „thrilled”   -   wstrząsnęła,   przyprawiła  o   dreszcze,   megalomańska   maniera   używania   słów,  pojęć,   zwrotów   niezrozumiałych,   bądż   nieprzyswajalnych   przez   „zwykłego”   czytelnika,   dla   podkreślenia   własnej   doskonałości.   Ja,   samozwańczy   uczeń   ks. TISCHNERA,  wszedłem   w   arkana   filozofii   i   teologii   dzięki   memu   nauczycielowi,   który   najtrudniejsze   zagadnienia   przedstawiał   w   sposób   zrozumiały   dla   przeciętnego   śmiertelnika.  Tu,   tymczasem,  tej   manierze   uległ   również   autor   autoryzowanej   biografii   ECO   -   SCHIFFER.

Niech   służy   za   przykład   cytat   z   „Wahadła”   /str 395/:   „Jak   GENURA   jest   SEFIRĄ   zła   i   strachu,   tak   TIFERET   jest   SEFIRĄ   piękna   i   harmonii”.   Toć   to  dla   normalnego   człowieka   BEŁKOT.   Jednakże,   aby   nie   być   głąbem,  poszperałem   po   książkach  i  co   znalazłem   przedstawiłem   w   haśle   „KABAŁA”,   do   którego    czytania   gorąco   zachęcam.   Pozostała   mnie   ino  SEFIRA,   którą   znalazłem   jedynie   u   KOPALIŃSKIEGO:

SEFIRA   w   mozaizmie   -   każdy   z   49   dni   OMERU,   czyli   okresu   7   tygodni   między   drugim   dniem   PASCHY   a  SZAWUOT,   kiedy   to   obowiązują   różne   prawa   ograniczające,   a   każdy   dzień   wylicza   się   oficjalnie   w   czasie   wieczornego   nabożeństwa,  według   przykazania   biblijnego.   Lev. 23, 15-16.    Hebrajskie   sephirah  „liczący”,  od  sephor  „liczyć””.

Wystarczy   dodać,   że   mozaizm  to   judaizm   /od   Mosesa  tj   Mojżesza/,   że   Pascha   to   przaśniki,   święto   obchodzone   w  pierwszą   pełnię   wiosenną   /por. Wielkanoc/    na  pamiątkę   wyjścia   z   Egiptu,   że   Szawuot  to   Święto   Tygodni   /por.   Zielone   Świątki/,   święto   rolnicze,   początek   żniw   pszenicy,   inaczej   PENTECOST  /gr.  Pentecoste  -  50-ty/,  bo   obchodzone   50-tego   dnia   po  święcie  Pascha   i   już  wszystko  jasne.

   A   TAKI   RYMPAŁ!!!   Przecież   to   absolutnie   nie   pasuje   do   omawianego   cytatu.  Tam   winna   być   EMANACJA,   a   nie   jakaś   sefira.

W   biografii   autorstwa   Schiffera   prowadzącymi   słowami   są   ITINERARIUM   i   EPIFANIA.   A   przecież   ITINERARIUM   to   diariusz,    dziennik,   szczególnie   dziennik   podróży,   a   EPIFANIA   to   objawienie   się,   ukazanie   się,   a  w   naszej,   europejskiej   kulturze  to  Święto   Trzech   Króli,   ku   czci   objawienia   się   Chrystusa  /Mesjasza/   trzem   mędrcom  ze   Wschodu.

Kończę   wyjaśnianie   słów   użytych   w   pierwszym   ustępie   IDOLATRIĄ,   czyli   maniakalną   wręcz,   nieuzasadnioną,   lecz   naogół   przemijającą   estymą,   której   dam   przykład,   a   że   dotyczy   pisarza   to   per   analogiam  Umberto   ECO  czeka   „tyż” samo.   W  końcu   lat   1970-tych   zabił   się   Edek   STACHURA  /1937-77/.   Ówczesna   młodzież,  zafascynowana  jego   image’m,  czytała,   przy   świeczkach,   z   nabożeństwem   jego   utwory,   głównie   „Fabula   Rasę”   i   „Siekierezadę”.   A   że   znałem   go   z   Krakowskiego   Przedmieścia,   to   zaskoczony   tą   IDOLATRIĄ,   przeczytałem   CAŁE   pięć   tomów,  które   „teenager”   Monika   przytaskała   do   domu.   Spodobały   mnie   się   dwa   sprytne   „zagrania”:   pierwsze   to   konwersja  TABULA   RASA   /czysta  karta,   w   przenośni   umysł   nie   skażony   żadną   wiedzą/   do   FABULA   RASA   -   czysta   bajka;   a   drugie   to   nazwanie   bohatera   imieniem   „SIĘ”.   Wg   HEIDEGGERA  bowiem   posługiwanie   się   „SIĘ”   służy   formułowaniu   ogólników.   Np   „MÓWI   SIĘ”.   Nie   wiadomo   kto,   a   więc   unika   się   odpowiedzialności   przy   jednoczesnym   powiększeniu   wiarygodności.  I   mimo   tych   dwóch  „fajnych”   sztuczek,   kto   dziś   Stachurę   czyta?

Teraz   będzie   o   książce   ECO   pt   „SUPERMAN   w   Literaturze   Światowej”.   Jest   to   analiza   kształtowania   mitu   NADCZŁOWIEKA    przez   pisarzy.   Mamy  tu  i   Edgara   Rice   BURROUGHSA   twórcę   TARZANA,   i   Pierre-Alexisa  wicehrabiego   Ponson  du  TERRAIL,  autora   „Wyczynów  ROCAMBOLE’a”,   i   Iana   FLEMINGA   twórcę   Jamesa   BONDa  i   DUMASA   z  jego   Hrabią   Monte   Christo   itd   itd.   ECO   zaskoczył   mnie   rozwinięciem   swego   twierdzenia,   że   „żródłem   i   wzorem   NIETZSCHEAŃSKIEGO   NADCZŁOWIEKA   był   nie   ZARATUSTRA   lecz   MONTE   CHRISTO”.    Otóż,   pewnie   jak   duża   część   czytelników   „Hrabiego   Monte   Christo”,   odbierałem   historię   Dantesa   jako   triumf   sprawiedliwości,   zwycięstwo   pokrzywdzonego   nad   wszystkimi   nikczemnikami.   ECO,   uważany   za   WIRTUOZA   ANALIZY   TEKSTOWEJ,   skupił   się   na   końcowej   partii    książki,   gdy   hrabia   Monte   Christo   staje   się   autorytarnym   władcą,   NADCZŁOWIEKIEM,   i   sam   sobie   przypisuje   prawo   do   ferowania   wyroków,   stając   się   pierwowzorem   dla   faszyzmu.    ECO   mówi   zresztą   o   „wiecznym   faszyzmie”,   w   którym   „złudną   rolę   substytutu   odgrywa   podrzucona   masom    PRZESADNA   GLORYFIKACJA   CZŁOWIEKA”.   Kulty   Nerona   czy   Napoleona,  Hitlera   czy   Stalina   najtrafniej   podsumował   CHESTERTON:   „Nie   jest   tak,   że   odkąd   ludzie   przestali   wierzyć   w   Boga,   nie   wierzą   w   nic,   lecz,  że   wierzą    w   BYLE   CO.”

To   „BYLE   CO”   skłania   mnie   do   wspomnienia   skarłowaciałego   kacyka   Kaczyńskiego,   który   trafiając   na   podatny   grunt   polskiego   motłochu,   potrafi   narzucić   około   20%-om   populacji,   swoją   nieomylność   jako   „oczywistą   oczywistość”.   A   propos   motłochu   warto,   jako   dygresję,   przytoczyć   słuszną   uwagę   ks. Bonieckiego:  „Irytacja   i   agresja   pod   adresem   kleru   jest   w   istocie   irytacją   na   to   CIEMNE   SPOŁECZEŃSTWO”.

Przed   chwilą   powiedziałem,   że   ECO   jest   wirtuozem   analizy   tekstowej    czyli   HERMENEUTYKI.   Uprawianie   jej   jest   arcytrudne,   przeto   ja -  ignorant   czytając   dzieła   filozoficzne,   Biblię   czy   Encykliki   wspieram   się   interpretacjami   MĄDRZEJSZYCH.   Niech  różnorodność   odczytania   potwierdzi   poniższa   dygresja   o    SYNU   MARNOTRAWNYM.

   Otóż,   przed   laty,   chodziliśmy   w   każdą   niedzielę   do   BAPTYSTÓW,   gdzie   zamiast   mszy   jest   wspólne   czytanie   BIBLII,    komentowane   przez   PASTORA.   I   tak   omawiając   przypowieść   o   synu   marnotrawnym,   Pastor   zaskoczył   nas   kładąc   nacisk   na   moment,   gdy   „Młodszy  /syn/   rzekł   do   ojca:  „Ojcze,   daj   mi   część   własności,   która   na   mnie   przypada”” /Mat 15,12/.   Reszta   opowieści   to   nieuchronna   konsekwencja   tej   chwili;   chwili,   w   której   ŻLE   wychowany   młodzieniec   ma   czelność   zwracać   się   do   ojca   z   takim   żądaniem.   A   czelność   ma,   gdyż   wskutek   ZŁEGO   wychowania   mniema,   że   coś   mu   się   należy.    A   więc   rodzice   zbierają   owoce   swego   działania   czyli   ZŁEGO     wychowywania.   No   i   jak   to   usłyszałem,   to   pastorowi   rację   przyznałem.

No   to   wracamy   do   ECO,   a   ściślej   do   jego   biografii.   SCHIFFER   wysmażył   apoteozę   ECO,   którą   ten   jeszcze   weryfikował   i   autoryzował /!/.   Niemniej   parę   ciekawych   rzeczy   z   niej   się   dowiedziałem.   ECO   jest   profesorem   SEMIOLOGII   na   Uniwersytecie   w   Bolonii   i   specjalizuje   się   w   historii  Średniowiecza,   czyli   jest   MEDIEWISTĄ   specjalizującym   się   w   SEMIOTYCE.

Podchodząc   pedantycznie   do   swojej   pisaniny   wyjaśniam,   że   SEMIOTYKA   /od   gr.  SEMEIOSIS   -  oznaka/   to   OGÓLNA   TEORIA   ZNAKU.   Tendencje   słowotwórcze   doprowadziły   nas   do   SEMIOLOGII.    Wiemy,   że   przyrostek   -logia   znaczy   nauka,   a   więc    SEMIOLOGIA   to   nauka   o   OGÓLNEJ   TEORII   ZNAKU,   czyli,   tak   mi   na   mój   rozum   wychodzi,   pojęcie   zbędne.

SEMIOTYKA   dzieli   się   na:   SEMANTYKĘ   -   naukę  o   znaczeniu   wyrazów,   SYNTAKTYKĘ  -  teorię   składni   logicznej,   zajmującą   się   problemami   wzajemnych   stosunków  /znaczeniowych/   między   poszczególnymi   wyrażeniami   języka   /znakami/  w   procesie  komunikowania   się   ludzi,   i   PRAGMATYKĘ   -   zajmującą   się   problemami   stosunków   między   znakami   słownymi   a   osobami,   które   się   przy   ich   pomocy   ze   sobą   porozumiewają   /tzn   między   wypowiadającymi   je,  a   słuchaczami/.

W   związku   z   ostatnim,   nie    mogę   sobie   odmówić   przypomnienia,   że   „PRAGMATYZM  -   to   filozoficzny   kierunek   powstały   w   XIX   wieku,   w   USA,   postulujący   PRAKTYCZNY   sposób   myślenia   i   działania,   uzależniający   prawdziwość    twierdzeń   od   ich   praktycznych   skutków   /UŻYTECZNOŚĆ   JAKO   KRYTERIUM   PRAWDY/.”.
  
Ze   względu   na   obecną   popularność   słowa   PRAGMATYK,   informuję,  że   miało   ono,   od   zawsze,   trzy   znaczenia:     1.   w   Grecji   -    prawnik,   adwokat        2.   W   Rzymie   -   członek   cesarskiej   rady   prawniczej,    i    3.   w   ogóle   -   historyk   przedstawiający   dzieje   zgodnie   z   metodą   pragmatyczną,   czyli   to   co   obecnie   nazywamy   polityką   historyczną   tj   zakłamaniem.
Ponieważ   obecnie   pragmatykiem   nazywamy   ŚWINIĘ  stosującą   zasadę   „CEL   UŚWIĘCA   ŚRODKI”,   krzyknę   za   Cyceronem   „O   tempora,   o   mores!”   /O   czasy,  o  obyczaje!/,   a   od   siebie   szepnę   „Czas   umierać”.

Wróćmy   /przed   śmiercią/   do   biografii.   Jako   motto   biografii   SCHIFFER   przepisał   motto   z   „Biblioteki    Babel”    JORGE’A     LOUISA    BORGESA:

„WSZECHŚWIAT   /który   inni   nazywają   BIBLIOTEKĄ/   składa   się   z   nieokreślonej   i   być   może   nieskończonej,   liczby   sześciobocznych   galerii.  Jak   wszyscy    ludzie   biblioteki,   podróżowałem   w   młodości;   odbywałem   pielgrzymki   w   poszukiwaniu   jakiejś   książki,   być   może   katalogu,   katalogów...”

Powstrzymam   się   narazie   na   tym   cytacie,   bardzo   istotnym,  jako,   że   akcja    „RÓŻY”   toczy   się   głownie   w   bibliotece,   a   jej   strażnik   nazywa   się   JORGE   /p.pow.podkr./   i   jest   ślepy   jak   BORGES.

ECO   doktoryzował   się   w   wieku   22   lat   obroną   pracy   pt   „Problem   etyczny   u   Tomasza   z   Akwinu”.  Problematyką   tą   zajmował    się   w   następnych   latach   narażając   się   konserwatystom   i   „czarnym”   swoim   nowatorskim   spojrzeniem.   Między   innymi   napisal,   ze   „Papież   Jan   XXII   zbanalizował   Tomasza   ogłaszając   go  świętym”.   Mnie   zainteresowała   następująca   opinia:   „Tomasz   nie   arystotelizuje   chrześcijaństwa,   lecz    chrystianizuje   Arystotelesa.   Trzeba   powiedzieć   jasno,   iż   nigdy   nie   uważał,   że   rozum  pozwala   wszystko   zrozumieć,  lecz,   że   można   wszystko   zrozumieć   przez   wiarę:   chciał   po   prostu   wskazać,   że   wiara   nie   jest   sprzeczna   z   rozumem,   a   zatem   można   pozwolić   sobie   na   luksus   rozumowania   wychodząc   w   ten   sposób   poza   universum   halucynacji”.    Zestawmy   to   z   encykliką   „Fides   et   ratio”   JP II-ego,   pamiętając,   że   był   zagorzałym   akwinistą:   „WIARA   i   ROZUM   są   jak   dwa   skrzydła,   na   których   duch   ludzki    unosi   się   do   kontemplacji   prawdy....   WIARA   pozbawiona   ROZUMU,   podobnie   jak   ROZUM   pozbawiony   wiary   są   jednostronne   i   mogą   być   niebezpieczne”.     Na   marginesie   przypomnijmy,   że   u   św. Augustyna   wiara   jako   proste   zawierzenie   jest   potrzebna   by   poruszyć   umysł  /rozum/,   ale   dopiero   ROZUM   może   doprowadzić   do   prawdziwej   WIARY,    oczywiście,   tych   nielicznych,   którzy   go   posiadają.

Czytając   ECO   i   o   ECO   odnoszę   wrażenie,   że   ten   zdolny   mediewista-semiotyk   czuje   się   niedowartościowany   i   marzy   o   popularności   twórcy   „Ulissesa”   i   „Finnegans   Wake”   czyli   Jamesa   JOYCE’a.   To,   że   naśladuje   joyce-owski   monolog   wewnętrzny   w   formie   dygresyjno-skojarzeniowego   „STRUMIENIA   ŚWIADOMOŚCI”   to   pół   biedy,   problem   stanowi   nieznośna,   niczym   nieuzasadniona   maniera  PSEUDOINTELEKTUALNOŚCI   objawiająca   sie   stosowaniem   niezrozumiałych   słów,   cytatów   we   wszystkich   możliwych   językach   oraz   mówieniem   o   sprawach   prostych   językiem  PRZEINTELEKTUALIZOWANYM.   i   to   wszystko   w   książkach   adresowanych   do   MASOWEGO   ODBIORCY.  /Joyce   pisał   „Ulissesa”   dla   WYBRAŃCÓW/.    To   tak,   jak   z   niejaką   panią   Piotrowską,   specjalistką   od   filmów   w   „Tygodniku   Powszechnym”,   która   recenzując   jakikolwiek   błahy   film   skupia   się   na   popisywaniu   się   swoją   wiedzą   i   fachowością,   zapomina  więc   o   meritum   sprawy  i   w   efekcie   czytelnik,   przebrnąwszy   przez   jej   mądrości   i   skojarzenia,   dalej   nie   wie   czy   omawiany   film   warto   obejrzeć   czy   też   nie.   Wyprzedzając   omówienie   przeze   mnie   „Imienia   Róży”   podam   przykład   tej   maniery. 

Na   paru   stronach   tej   książki   /str.   134-150/   mamy   słowa:   TRANSEPT   /nawa   poprzeczna/,  LEMUR   /dusza   potępiona/,   KOMPLETA   /modlitwy   po   nieszporach/,   KAPICA   SOFIZMATÓW   /habit /?/,   kaptur /?/  fałszywych   dowodów/,  ANTYSTROFA   /druga   zwrotka   śpiewu/,   KACERZ  /heretyk/,   PLUDRY   /bufiaste   spodnie/,   KLUNIAKI   /???/,   MURENY   /ryby   węgorzowate/,   WELIN  /skórka   cielęca/,   PARENEZA   /przestroga/,   AUSTERIA   /gospoda,   tu   raczej   sala   gościnna/,   KARTUSZ   /zdobnik   w   kształcie   karty   do   zawieszania   emblematów/,   dalej  ĆWIERTNIA,   ARIMASPY,   SYKOFANTY,   MACHLARZE,   EPITOMA,   MYTLARZE,   CHĄŚNIKI  czy   też   wyrażenia   „MERDRE   A   TOY,   BOGOMILO   DI   MERDI”    czy   „ILLE   MENTEUR,   PUAH”.   Czyż   ja   pierwszy   mam   krzyczeć:   KRÓL   JEST   NAGI ?   Przecież   niniejszym   udowodniłem,  że   entuzjaści   beletrystyki   ECO   to   LĘKLIWE   SNOBY.

Kilka   dni   temu   czytałem   JOYCE’a   „Dublińczyków”,   przepiękny   zbiór   facecji   o   mieszkańcach   ówczesnego   Dublina   i   ich   specyficznej   moralności.   Lektura   miła,  łatwa  i  przyjemna.   A   pamiętam   z   młodości,   uczniowskie   dyskusje  po   przeczytaniu   „Portretu   artysty   z   czasów   młodości”.   Natomiast   „ULISSES”,   nad   którym   Joyce   pracował   całe   życie,   był   jego   swoistym   manifestem   przeznaczonym   dla   sędziwych   starców.    Parafrazując   MIŁOSZA:   „TAKIEGO    TRAKTATU   MŁODY   CZŁOWIEK    NIE...”     zrozumie.   Zauważmy,   że   na   przetłumaczenie   tego   dzieła   Maciej   SŁOMCZYŃSKI   poświęcił   20   lat,   utrzymując   się   z   pisania   kryminałow   pod   pseudonimem   Joe   Alex,   a   wybitnie,   niewątpliwie,   inteligentny   MÓJ   OJCIEC   chełpił   się,   że   zrozumiał   mniej   więcej   trzy   czwarte.   Nota   bene   pamiętam,   że   swój   zakres   pojmowania   oceniałem   na   30%.   Wniosek:   nadszedł   czas   by   ponownie   poczytać.

A   tymczasem   ECO   napisał   „THRILLLERY   NAUKOWE”,   które,   w   zamierzeniu,   miały   być   dostępne   dla   szerokiej   rzeszy   czytelników.  Nikt  go   nie   przestrzegł,  jak   Kwaśniewski   Dorna   i   Sabę,   że   nie   tędy   droga.   Zauważmy,   że   w  „DOPISKACH   DO   RÓŻY”/str.613/   ECO   mówi:   „chciałem,   żeby   czytelnik   się   bawił”.  No   to  mu   się   nie   udało,  bo  się   nie   bawiłem

  W   tychże   „Dopiskach...”   wielokrotnie   pokazuje   samouwielbienie,   zauważając   m.in.   /str.597/:   „o   procesie   twórczym   piszą   artyści   POMNIEJSI,   którzy   uzyskiwali   rezultaty   skromniejsze”.   Ale   bufon.   On   jest   wielki,   ponad   TO,   aż   po   lekceważenie   czytelnika,   któremu   do   końca   nie   wyjaśnia   tytułu   „Imię   Róży”.

Wracając   do   relacji   ECO   -   JOYCE   czuję   się   zmuszony   wspomnieć   o   ECO-wskich   analizach   religijności   Joyce’a.   Mowi   on:   „Joyce   jest   podszyty   moralnością   ANACHORETY,   z   całym   tym   mechanizmem   ONANISTYCZNYM,   który   takie   życie   wywołuje”.   Gwoli   jasności   przypominam,   że   „anachoreta”   to   pustelnik,  inaczej   samotnik,   odludek.   O   obciążeniu   Joyce’a   wychowaniem   katolickim   ECO   pisze:   „Jednakże   nawet   po   odrzuceniu   wiary   nie   opuszcza   Joyce’a   OBSESJA   RELIGIJNA.   Różne   formy   obecności   dawnej   ortodoksji   ciągle   pojawiają   się   w   całym   jego   dziele   pod   postacią   wybitnie   osobistej   mitologii  i   blużnierczego   zacięcia,   wskazując   na   pewne   pozostałości   emocjonalne”.    Nie   podejmując   dyskusji   z   powyższą   opinią,   zwracam   uwagę   na   ważne   sformułowanie:   „OBSESJA   RELIGIJNA”.   Otóż   na   to   cierpi   sam   ECO   i   to   bardzo   poważnie,   czego   dowodem   są   obie   poniżej   omawiane   książki.   Sam   definiuje   się   jako   ATEISTA,   co   już   wg   mnie   jest   kompromitujące,   a  prymitywny   tok   jego   myślenia   przedstawię   w   paru   poniższych   przykładach.   Zakończę   ten   akapit   stwiedzeniem,  że   ECO   wg   mnie,   poprzez   agresję,   chce   ukryć   swój   kompleks   niższości   wobec   Joyce’a.
  
Przejdżmy   teraz   do   „IMIENIA   RÓŻY”.   Jak   wspominałem,   autor   nie   był   uprzejmy   wyjaśnić   o   co   mu   chodziło,   tzn   co  ten   tytuł   znaczy.   Licznych   interpretacji   nie   będę   przytaczał,   bo   tylko   gmatwają,   a   nic   nie   wyjaśniają.   ECO   kończy   książkę   łacińskim   stwierdzeniem;   „STAT   ROSA   PRISTINA   NOMINE,   NOMINE   NUDA   TENEMUS”,   co   można   przetłumaczyć:   „DAWNA   RÓŻA   TRWA   W   NAZWIE,   NAZWY   JEDYNIE   MAMY”.   Co   to   daje ?   Mnie   nic.   Jego   biograf   pisze,   że   ABELARD   używał   sformułowania   NULLA   ROSA   EST,   by   wykazać,   że   język   może   mówić   albo   o   rzeczach,   które   przepadły,   albo   o   rzeczach   nieistniejących.   Ja,  z  kolei,   wyczytałem,   że   mistyczna   RÓŻA   z   Pieśni   XXX   i   XXXI   „Raju”   DANTEGO,   została   przejęta   przez   Kościół   Rzymski,   jako   symbol   MATKI   ZBAWICIELA   -   stąd   właśnie   mamy   w    LITANIACH   ową    RÓŻĘ   MISTYCZNĄ.   /I   stąd   ROSARIO   czyli   RÓŻAniec/  A   jak   to   się   ma   do   treści   książki ?   NIJAK.   No   to   przejdżmy   do   treści.

Koniec   września   1327 r.   Cesarz   Ludwik  IV   Bawarski   oblega   PIZĘ;   szykuje   się   do   marszu   na   RZYM,   by   tam   na   nowo ustanowić   ŚWIĘTE   CESARSTWO   RZYMSKIE.    Papież   Jan  XXII,   przeprowadzony   do   Avignonu   /„niewola   awiniońska   1309-1377/,   ekskomunikuje   cesarza,   a   antypapież   Mikołaj  I   atakuje   papieża.   Misję   pojednawczą   powierzono   uczonemu  franciszkaninowi,   byłemu   inkwizytorowi   Wilhelmowi   z   Baskerville   /jak   pies   u   Conan  Doyle’a/,   który   wyrusza   z   sekretarzem  ADSO   /jak   Sherlock   Holmes  z   dr   Watsonem/   z   Toskanii   do   Avignonu.   W   drodze   trafia   do   klasztoru,   gdzieś   między   Piemontem   i   Ligurią,   a   tu   proszony   jest   o   wyjaśnienie   morderstwa.   No  i   wyjaśnia,   oczywiście   „sherlockowską”   metodą   dedukcji,   a   im   więcej   wyjaśnia,   tym   trupów   przybywa.   Na   koniec   dowiadujemy   się,   że   dedukcja   wprawdzie   zawiodła,   lecz   doprowadziła   do   rozwiązania   zagadki,   jako,   że   fałszywy   trop   też   może   prowadzić   do   właściwego   celu.   Przez   570   stron   autor   buduje   teorię   tajemnego   spisku   chroniącego    przed   ujawnieniem   CZEGOŚ,   co   siedzi   w   tajemnej   bibliotece,   BIBLIOTECE   będącej   substytutem   BOGA.   Tym   CZYMŚ   okazuje   się   nieznane   dzieło   Arystotelesa,   które   wg   pojebanego,   ślepego   strażnika   biblioteki   -   JORGE’a  /wróć   do   str.4 /dół/ i   do  str. 5 /pocz/   oraz   por.  z   Borgesem/,   udostępnione   ludziom,   zniszczyłoby   wszystkie   dogmaty   i   doktryny   chrześcijaństwa.   Dzieło   to   oczywiście   ulega   spaleniu   w   przypadkowym   pożarze,   a   więc   już   nie   dowiemy   się   CZYM   JEST   TO,  co   miałoby   zaszkodzić   chrześcijaństwu.   Wprawdzie   szeroko   się   mówi   o   Tomaszu   z   Akwinu,   którego   nauka   jest   przecież   rozwinięciem   filozofii   arystotelowskiej,   jak   również   wspomina   twórców   kanonów   katolicyzmu,   w   tym   obok   Dionizego   Areopagity,   św.  Augustyna  i   św.  Tomasza   -   PLOTYNA,   tworcę   neoplatonizmu,   lecz   i   tak   DIABŁEM   pozostaje   ARYSTOTELES.   Żeby   było   śmieszniej,   a   właściwie   durniej,   okazuje   się,  że   wszystkie  trupy   „zaistniały”   skutkiem   HOMOSEKSUALNEJ    CHUCI    MNICHÓW.   Tfu,   tfu,  i   po   co   ja   się   tak   męczyłem   superlekturą ?

A   że   jestem   uparty   wziąłem   się   za   „WAHADŁO   FOUCAULTA”.   I   znów   ECO   nie   wyjaśnia   tytułu   do   końca.   Mało   tego,   gmatwa,   bo   w   posłowiu   sugeruje,   że   może   chodzić   o   Michela,   a   nie   Jeana   Bernarda   Leona.   Wyjaśnijmy,   ten   pierwszy   to   STRUKTURALISTA,   podobnie   jak   BARTHES   czy   JACOBSON.   /Strukturalizm   to   kierunek   badawczy   nad   kulturą,   kładący   nacisk   na   analizę   strukturalną   badanych   zjawisk,  a   nie   na   ich   genezę   lub   funkcję,   stworzony   przez   Claude’a   LEVI-STRAUSSA/.   Ten   drugi   to   fizyk,   twórca   wahadła   dowodzącego   obrotu   Ziemi   względem   własnej   osi.   Pierwsze   doświadczenie   przeprowadzono   w   1851  r.,   w   piwnicy,   potem   w   Obserwatorium,   a   w   końcu   pod   kopułą   paryskiego   PANTEONU   przy   pomocy   sznura   długości   67  m  i   kuli   ważącej   28  kg.   W   wersji   pomniejszonej   wisi   w   Saint   Martin-de-Champs   w   Conservatoire   des   Arts   et   Metres.   Mniemam,   że   chodzi   tu   o   Serves   pod   Paryżem,   gdzie   za   mojej   młodości   mieściły   się   wzorce   miar   i   wag.   Co   do   wahadła,   to,   zgodnie   z   siłami   Coriolisa,   wahać   się   będzie   na   północnej   pólkuli   zgodnie   ze   wskazówkami   zegara,   na   południowej   -   przeciwnie,   a   na   równiku   -   wogóle  wahać   się   nie   będzie.   Acha,   na   biegunie   pólnocnym   będzie   obracać   się   zgodnie   z   obrotem   Ziemi,   a   obrót   będzie   trwał   24   godziny.

   Nie   mogę   nie   wspomnieć,   że   mój   dziekan   i   wykładowca,   nieodżałowany   prof.  Józef   Hurwic   /exodus   Żydów   w 1968/,   aby   nam   głąbom   zademonstrować    działanie    sił   Coriolisa   „rozkręcił”   na   obrotowym   stołku   adiunkta   dr   Borkowskiego,   trzymającego    pionowo   kręcące   się   koło   rowerowe.   Chodzi   bowiem   o   dodatkową   siłę   bezwładności   uwzględniającą   wpływ   ruchu   obrotowego   układu   odniesienia   na   ruch   względny   tego   ciała.

No  to   metodycznie   zaznajomiłem   się   z   tytułem   i   zacząłem   czytać.   Cóż,   okazało   się,   że   poszczególne   rozdziały   noszą   nazwy   EMANACJI   KABAŁY.   Chcąc,   nie   chcąc   musiałem   poczytać   o   KABALE,   czego   efektem   jest   opracowane   przeze   mnie   hasło   „KABAŁA”.   Polecam.

   Jak   można   było   przypuszczać,   te   tytuły   rozdziałów   /jak  i   całej   książki/   mają   się   nijak   do   treści.   Ponieważ   wyczytałem   gdzieś,   że   trzeba   przebrnąć   przez   150   stron,   a   potem   będzie   lekko,   to   żem   ambitny,   dojechałem   aż   do  438  str  co   stanowi   63,5%   całości   tego   „szajsu”.   Gdy   byłem   młody   i   niecierpliwy,   to   nie   zmogłem   „Starej   Baśni”   Kraszewskiego,   „Nocy   i   Dni”   Dąbrowskiej,   a   nawet   „Nad   Niemnem”   Orzeszkowej;   i   do   dziś   ich   nie   przeczytałem.   Przyznam   też   ze   wstydem,   że   „W   poszukiwaniu   Straconego   Czasu”   Prousta,   porzuciłem   po   III   tomie.   Na   starość   człowiek   cierpliwszy,   czytaj   łaskawszy,   bardziej   wyrozumiały,   to  i   438   stronic   „chały”   zaliczyłem.   Acha,   w   ostatnich   latach   nie   dobrnąłem   do   końca   tylko   raz,  a   autorem   był   niejaki   DUKAJ,   ale   stało   się   dobrze,   bo   póżniej,   gdy   się   dowiedziałem,   że   on   pozytywnie   zrecenzował   książkę   gnoja   Ziemkiewicza,   to   i   tak   był   u   mnie   na   cenzurowanym.

Teraz    przejdżmy   do   treści.   Istnieje   wielki,   ponadczasowy   spisek   i    to   nie   tylko   „masonów,   Żydów   i   cyklistów”,   lecz   również   różokrzyżowców,   kawalerów   maltańskich,   poszukiwaczy   Graala,   kabalistów,   templariuszy   i   kupy   innych.   Wszyscy   są   wysłannikami   szatana   i   knują   nad   apokaliptycznym   faszyzmem.   A   właściwie   szkoda   pióra,   by   dalej  o   tym   pisać,   gdy   dzień   dzisiejszy   obfituje   w   teorie   Macierewicza       o   helu   i   bombie   termojądrowej.

Reasumując:   zmarnowalem   koło   miesiąca,   lecz   mam,   raz   na   zawsze,   wyrobione   zdanie   o   idolu  -   ECO.   Skoro   ja   zmarnowałem   tyle   czasu,   to   choć   symbolicznie   obarczę   jakąś   jego   cząstką   mego   czytelnika,   zmuszając   go   do    przeczytania   cytatu,   potwierdzającego   obsesję   religijną   i   paranoję   ECO:  /str 219/

„Pomyślmy:   Mateusz,   Łukasz,   Marek   i   Jan   to   grupa   wesołków,   którzy   zbierają   się   i   postanawiają   zrobić   kawał,   wymyślając   pewną   postać,   ustalają   kilka   najważniejszych   faktów,   co   do   reszty   każdy   ma   wolną   rękę,   potem   zobaczymy,   kto   najlepiej   sobie   poradził.   Cztery   opowieści   trafiają   do   znajomych,   którzy   zaczynają   się   wymądrzać.   Mateusz   jest   dość   realistyczny,   ale   zbyt   duży   nacisk   kładzie   na   kwestię   mesjasza.   Marek   całkiem,   całkiem,   lecz   trochę   bałaganiarski.   Łukasz   ma   elegancki   styl...   to   trzeba   przyznać.   Jan   za   dużo   filozofuje....   Ale   w   sumie   książeczki   podobają  się,   krążą   z   rąk   do   rąk   i   kiedy   tamci   czterej   spostrzegają   co   się   stało,   jest   już   za   póżno.   Paweł   spotyka   Jezusa   na   drodze   do   Damaszku.   Pliniusz   rozpoczyna   śledztwo   na   rozkaz   zatroskanego   przebiegiem   wydarzeń   cesarza,   całe   stosy   apokryfów   wmawiają   czytelnikom,   że   ich   autorzy   też   wiedzą   niejedno....  ty,  apokryficzny   czytelniku,   mój   bliżni,   mój   bracie...   Piotrowi   to   wszystko   uderza   do   głowy,   zaczyna   traktować   siebie   poważnie.   Jan   grozi,   że   wyjawi   całą   prawdę.   Piotr   i   Paweł   każą   go   złapać,   zakuwają   w   łańcuchy   na   wyspie   Pathos   i   biedaczysko   zaczyna   widzieć   niestworzone   rzeczy;   szarańcza   na   oparciu   łoża,   uciszcie   trąby,   skąd   wzięła   się   ta   krew....   Inni   mówią,   że   za   dużo   pije,   że   to   arterioskleroza...   A   jeśli   naprawdę   tak   było ?”.
       
Nie   wiem   komu   te  brednie   mogą   się   spodobać.  Rozumiem,   że   ludzie   POTULNIE   przyjmują   doktrynę   stworzoną   przez   św.   Pawła  /por.hasło  „Św.   Paweł”/,   eksponującą   MĘKĘ   PAŃSKĄ   i   ZMARTWYCHWSTANIE,  przez   co   dającą   nadzieję   motłochowi   na   lepsze   życie   w   „NIEBIESIECH”.    Rozumiem,   że   łatwiej   cieszyć   się   darowaną   nadzieją,  niż   przyswajać   nauki   Jezusa   skłaniające   do   prób   stworzenia   nieba   na   ziemi.   Rozumiem,   że   poważni   myśliciele,   jak   np   prof. ks. Węcławski,   odchodzą   z   Kościoła,  nie   mogąc   pogodzić   się   z   jego   populistycznym  doktrynerstwem.  NIE   ROZUMIEM   zaś    skąd   w   tzw   katolickim   narodzie,   jak   Polska   czy   Włochy,   biorą   się   entuzjaści   ECO   czy   DAWKINSA.

I   dwoma   słowami   o   tym   ostatnim   chcę   zakończyć   moje   wypracowanie.   Dawkins   zdobył   nieporównywalnie   większą   popularność   niż   Eco   pozycją  pt     „THE   GOD   DELUSION”,    której   tytuł   został   błędnie   przetłumaczony  na   jęz.  polski    „BÓG   UROJONY”.  /Bliższe   byłoby   „BOSKA   ZŁUDA”,   bądż   „Oszustwa  z   Bogiem”,   lub   „Mistyfikacje   na   temat   Boga”   czy   też   „Fałsz   w   image’u   Boga”/.   W   2007  r.   pisałem   o   nim:   prymitywnyprostacki.   A   książka   to   kogel-mogel,   bełkot   i   idiotyzmy.   Ani   słowa   o   LOGOSIE,  za  to   głupot   dużo,   w  tym   najzabawniejsza   dotycząca   Wojtyły.  Otóż   Dawkins   nazwał   JP II   hipokrytą,   bo   ten   uznał   ewolucjonizm.   Lepszego   dowodu  własnej   ignorancji   nie    trzeba.   Na   końcu   wyczytałem,   że   naprawdę   nazywa   się   SIMONYI,   to   jakby   z   Indii.   /U   Collinsa,   w   World   Encyclopedii,   wyczytałem,   że   urodził   się   w   1941  r.,  w   KENII/.

Reasumując:   spiski,   półprawdy,   sensacyjne  „odkrycia”   -    ludziom   TO   potrzebne,   bo   ich   nudne   życie   TO   wzbogaca.  A   więc   LUDZIE   TO   KUPIĄ.   I   wio,  do   przodu.  Amen