Monday, 11 November 2013

CARVER Raymond /Clevie/ 1938-88

CARVER     RAYMOND   /CLEVIE/                                           /1938-88/                                         

                                                                                                                                            /17.10.2011/

UWAGA   z 11.11.2013:   Od  trzech  m-cy  mam  dostęp  do  internetu,  dzięki  któremu  można  wszystko  znależć,  nawet   minimalizm  w  literaturze;  mimo  oświecenia  w  tej  materii  zostawiam  tekst  bez  zmian,  gdyż  chodzi  o  sedno  mojej  recenzji.

Wyczytałem   o   nim   kiedyś   w   Tygodniku   Powszechnym,   że   to   „amerykański   Czechow”.    Czym   się   kierował   recenzent,   Bóg   raczy   wiedzieć,   bo   jedyne   podobieństwo   można   dostrzec   w   długości   opowiadań.   Po   przeczytaniu   posłowia   i   to   okazuje   się   złudą.   Otóż,   okazuje   się,   że   formę   „short   stories”   zawdzięczamy   przyjacielowi   i   wydawcy   autora,   Gordonowi   LISH,   który   skracał   opowiadania   średnio   z   pięciu   tysięcy   słów    do   dwóch.    Autorzy   antologii   Carvera   rozpaczają   nad   skrótami,   które   ponoć   zubożyły    „dzieła”,   a   ja,    w   przeciwieństwie   do   nich,   żałuję,   że   wydawca   nie   skrócił   ich   do  „góra”   tysiąca   słów,    dzięki   czemu   straciłbym   dwa   razy   mniej   mego    cennego   czasu   na   poznanie   tej   twórczości.   Właściwie,   gdyby   ich   przyjażń   była   szczera   i   prawdziwa,   to   edytor     wspomógłby   potrzebującego   „pisarza”   w   inny   sposób,   a   nie   przyczyniał   się   do   „brnięcia”   jego   w   pisarstwo.   Zaznaczę   tu,   iż   piszę  te  słowa   dokładnie   dwie   doby   po   cudem    przeżytym   paskudnym   ataku   serca   co   legitymizuje   pogląd,   że   mój   czas   jest   cenny,   bo   coraz   go   mniej.    Oddajmy   tymczasem   głos   wydawcy:

„Kolejno    ponure,   śmieszne   i   rozdzierające   serce   opowiadania   Raymonda   Carvera   pozostawiają   nie   dającą   się   zatrzeć   obecność   w   amerykańskiej   literaturze.   Carver   pisał   bezlitośnie   o   desperacji   i   zdradzie,   o   frustracjach   klasy   pracującej,   o   rozdżwięku   wynikającym   z   różnicy   płci   i   o   spustoszeniu   wywoływanym    przez   alkohol.   Lecz   jego   wrażliwość    była   złożona:   on   mógł   także   pisać   ze   współczuciem   i   liryzmem   poety. .....Wieloznaczne   raczej   niż   kategoryczne,   oraz   sprawiające    wrażenie,   że   wszystko   co   najważniejsze    pozostało   niedopowiedziane,   opowiadania   Carvera     zostały   uznane   za   przykłady   nowej   szkoły   w   amerykańskiej   beletrystyce   znanej   jako   MINIMALISM    lub    DIRTY   REALISM,   którego   szeroki   wpływ   odczuwa   się   do   dnia   dzisiejszego....”
   
Nie   wiem   jak   dla   Państwa,   bo   dla   mnie   to   bełkot.    Autorami   jego   są    profesor   i   adiunkt   jakiegoś     University    of   Hartford    w   Connecticut,   którzy    poświęcili   ponad   dwie   dekady /!!!!/   badaniom   twórczości   Carvera    /”...have    devoted   more   than   two   decades   to   the   work   of   Raymond   Carver”/.     Przecież   to   czysta   paranoja   I   to   podwójna:    u   „badaczy”,   bo   jak   nawet  najwybitniejszym   autorem   można   zajmować   się   ponad   dwadzieścia   lat,   gdy    tyle   fascynacji   czeka   na   nas   w   otaczającym   świecie,   jak  i   u   osób   przydzielających   środki   finansowe   na   prowadzenie    badań.  A    w   Polsce   tak   trudno   zdobyć   “granty”   na   badania   humanistyczne.    Nim   bliżej   się   zajmę   notą   wydawcy   podam,   że   pana   Carvera    nie   ma    w   żadnym   almanachu,    jak   równiez   w   Websterze    z    1990   roku.    Dzięki   swojemu   uporowi   znalazłem   jednakże   wzmiankę   o   nim   w   Websterze    z    2003   r.,   dziewięciolinijkową,   kończącą się   stwierdzeniem:    „Umarł   na   raka   płuc   w   wieku   50   lat.   Jego   MINIMALIST      styl   wywarł    silny   wpływ   na   póżniejszych    pisarzy”.

Mam    szeroko   rozwinięte   zainteresowania     paraczytelnicze   /para  -  obok/,   tzn,   że   KAŻDA   lektura   inspiruje   mnie   do   poszerzania   zasobu   mojej   wiedzy.    Takoż   i   w   tym   przypadku   próbowałem   się   /mimo   wszystko/  intelektualnie   wzbogacić   dowiadując   się  /chociaż/   co   to   za   zwierzę   ten   MINIMALISM   czy   jak,   kto   woli     DIRTY    REALISM,    przez   co   zrekompensowałbym    sobie   czas   stracony   na   samą   lekturę.    Sukces    osiągnąłem    połowiczny,   bo   dowiedziałem   się   sporo   o   minimalizmie   przede   wszystkim   w   rzeżbie,   jak   również   w   malarstwie   i    muzyce,   lecz   nigdzie   nie   znalazłem   słowa   wyjaśniającego   co   ten   termin   oznacza   w   literaturze.    Moją   zdobyczą   się    dzielę:

MINIMALIZM   -   Dwudziestowieczny   kierunek   w    sztuce   i   muzyce   charakteryzujący   się   ekstremalną    prostotą   formy   i   odrzuceniem    emocjonalnej    treści.  /Już   to   zdanie   absolutnie   uniemożliwia    przeniesienia   semantycznego   do   twórczości   Carvera   -   przyp.mój/.   W   sztukach   wizualnych,   rozwinął   się  w   latach   1950-ych,   w   Nowym   Jorku,   jako   protest   przeciw   panującemu    w   abstrakcjonizmie   ekspresjonizmowi.   Odrzucając   dekoratywność   i   wyrażanie   osobistych   uczuć    minimaliści   kładli   nacisk   na   strukturę   /używając   prostych   geometrycznych   form/,   kolor,   jak   również   „bezosobowość”.   Wierzyli   bowiem,   że   sztuka   winna   wyłącznie  odnosić   się   sama   do  siebie  /self-referential/.     /Za   mądre   to   dla   mnie,  lecz   nachodzi   mnie   deja  vu   czyli   paramnezja,   iż   polscy   moderniści    głosząc   maksymę   „sztuka   dla   sztuki”    byli   ideologicznie   podobni,   lecz   tamto   doprowadziło   do   secesji.   A   co   do   głoszonej   przez   minimalistów   simplifikacji    tj   uproszczenia   to   przypomina   mnie   się   twórca   „czarnego   kwadratu”,    Kazimierz    Malewicz    /1878-1935/,   który   osiągnął   apogeum   w   tej   materii   dając   początek    SUPREMATYZMOWI,   stanowiącemu   jakby   wyższe   stadium   w   upraszczaniu   formy   w   stosunku   do   KUBIZMU/.    W   kazdym   razie   termin   „MINIMALIZM”   ukuła   /prawdopodobnie/   krytyczka   sztuki   Barbara   ROSS   pod   wpływem    prac   rzeżbiarzy   takich   jak   Donald   JUDD  /1928-94/   i   Robert   MORRIS  /ur.1931/.   Za   prekursora   uważany   jest   również   Carl   ANDRE  /ur.1935/,   który   w  1988  r.   został   uniewinniony   z   zarzutu   próby   morderstwa   swojej   żony   /Ana   MENDIATA  -   też   rzeżbiarka/   przez   wyrzucenie   jej     przez   okno.   Ale   to   dygresja.    W   malarstwie   odnotowujemy   trzy   nazwiska:   Elsworth   KELLY  /ur.1923/,    Agnes   MARTIN   /ur.1912/   oraz   Frank   STELLA  /ur.1936/.   Całkowicie   inaczej   przedstawia   się   sprawa   w   muzyce.   Zrozumiałem   tyle,   że    podstawowy   wpływ   miała   muzyka   hinduska   /i  in.  krajów   płd-wsch   Azji/,   a   sam    minimalizm   polega   na    wielokrotnym   powtarzaniu   frazy   z   powolną   stopniową   zmianą   jej   składników.   Główni   przedstawiciele   to:   La   Monte   YOUNG /ur.1935/,   Terry   RILEY  /ur.1935/,   Steve   REICH  /ur.1936/   i   John   ADAMS  /ur.1947/. 
           
Lecz   wracajmy   do   naszego   Carvera.   Gdy   byłem   młody   mówiono   o   mistrzu   krótkiej   formy  -   Hemingwayu,    pózniej   o   Fitzgeraldzie,   z   „klasyki”   znałem   Guy   de   Maupassanta,  a   z   życia   Himilsbacha,   Iredynskiego,   Nowakowskiego ,   nie   zapominając   o   Hłasce /jego  nie  znałem  osobiscie/.  Nie   mogę   nie   wspomnieć    też   o   opowiadaniach   „dla   dorosłych”   Kornela   Makuszyńskiego.  A   jeszce   Andre   Gide   ze   swoim   „Konformistą”.    Co  do   Janka   Himilsbacha,   to   przy   pierwszym   zbiorku  opowiadań   pt   „Monidło”,   pomagał   mu   arcymistrz   felietonu   HAMILTON  /Jan   Zbigniew   Słojewski; znałem/   dzięki    któremu   każde   opowiadanie   jest   „perełką”.   Ostatnio,   w   ramach   powrotu   do   młodzieńczych   lektur,   rozkoszowałem   się    Jamesa   Joyce’a   „Dublińczykami”  i   je   właśnie   chcę   porównać   z   opowiadaniemi   Carvera.   Łączy   je   ogarniająca   czytelnika   nuda   przy   lekturze   pierwszych   opowiadań,   która   w   przypadku   Carvera   towarzyszy   do   końca,   a   u   Joyce’a,   poprzez   sukcesywnie   rosnące   zainteresowanie,   doprowadza   do   ekstatycznej   empatii   i   identyfikacji   z   mieszkańcami   Dublina.  U   Joyce’a   przewodnią   jest   maksyma   Terencjusza:  „NIHIL   HUMANI   A   ME   ALIENUM   PUTO”   /nic   ludzkiego   nie   jest   mi   obce/,   która   zmusza   czytelnika   do   zastanowienia   się   nad   miejscem   jednostki   w   społeczności.   Carver,   poza   alienacją   człowieka   i   zanikiem   rodziny   w   europejskim   znaczeniu   tego   pojęcia,   nic   nie   ma   nam   do   przekazania,   a   amerykańska   powierzchowność   uczuć   objawiająca   się   np   wspólną   konsumpcją   indyka,   raz   w   roku,   jest   zbyt   banalna,   by   mogła   kogokolwiek   poruszyć.

Typowym   przykładem   jest   opowiadanie    pt  „Boxes”.    Staruszka   matka,  osamotniona   po   śmierci   męża,   postanawia   przeprowadzić   się   na   drugi   koniec   Stanów,   by   być   bliżej   jedynego   syna.   Kochający  /”po   amerykańsku”/   syn   uważa,   że  dotychczasowy   kontakt   z   matką-staruszką    polegający   na   jednej   w   miesiącu    rozmowie   telefonicznej,   w  której   /i   którą/  on   potwierdza  swoją   synowską   miłość   jest   „enough”,   przeto   odradza   matce   przyjazd    argumentując   złą   pogodą   w   zimie,   nawałem   turystów   w   lecie,   a   przez   cały   rok   niebezpieczeństwem   płynącym   z   usytuowania   więzienia   w   sąsiedztwie   domu   starców.   Matka   jednak   przyjeżdża,   syn   nie   ma   dla   niej   czasu,   więc   po   miesiącu   pakuje   się  ona   w   tytułowe   BOXES   i   szykuje   do   odjazdu.   Siedząc   na   BOXES,   po  raz   kolejny   odkłada   wyjazd   pod   pretekstem   niezjedzonego   kurczaka,   wymuszając   tym   odwiedziny   syna.   W  końcu   wyjeżdża   do   Kalifornii,   a   zatroskany,   kochajacy   syn   telefonuje   do  niej   i   oświadcza,   że   ją   kocha.   Banał   do   kwadratu.

  W   innym   opowiadaniu   pt   „Cathedral”   mamy   szczęśliwe  /”po   amerykańsku”/,   kochające   się  /jw. „po  amerykańsku”/  małżeństwo,   tzn   dwoje   ludzi   żyjących   obok   siebie.   Ona   znajduje   powiernika   w   niewidomym,     u   którego   kiedyś   pracowała   jako   opiekunka.   Zaproszenie   niewidomego   do   ich   rezydencji   przeraża    małżonka,   a   przyjazd   uświadamia,   że   ten   obcy   człowiek   wie   więcej  o   żonie   i   ich    małżeństwie   niż   on   sam.   Symboliczne   rysowanie   tytułowej   katedry,   w   końcowej   fazie   z  zamkniętymi   oczami,   ma   potwierdzić   dotychczasową   ślepotę   małżonka   na  ich   związek   i   otaczający   świat.

Reasumując:   po   ostatnio   czytanych   utworach   trzech   uznanych   /nie   przeze   mnie/   pisarzy   amerykańskich   /Ian   McEwan,   Frank   McCourt,   Nick   Hornby/  mamy   czwartego   przeciętniaczka   -   Carvera.
  

Mimo   usilnych   starań   Ameryka   Paryżem   się   nie   stanie   i   nie   będzie   dyktować   trendów,   ani   w   sztuce,   ani   w  literaturze.   Wobec   takiego   stwierdzenia   zakończę   opinią   MIŁOSZA   o   Amerykanach:  „Masa,  rojowisko   ciał   ludzkich   ŻYJĄCYCH   FIZJOLOGICZNIE....Oni   zeżrą   wszystko.... Instynkty   NIE   SKAŻONE   ZROZUMIENIEM,   jak   u   plemion   prymitywnych”