Thursday, 17 August 2017

Magalena RITTENHOUSE _ "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Magdalena RITTENHOUSE - "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Wydawnictwo Czarne podaje na:
https://czarne.com.pl/katalog/autorzy/magdalena-rittenhouse
"Magdalena Rittenhouse (ur. 1969) – studiowała filologię angielską na Uniwersytecie Warszawskim oraz teorię komunikacji społecznej na University of Colorado w Boulder. Jest dziennikarką i tłumaczką. Pracowała w Polskim Radiu, w Associated Press i Sekcji Polskiej BBC w Londynie. Publikowała m.in. Na łamach „Polityki”, „The Seattle Times”, dodatku do „Rzeczpospolitej” „Plus Minus”, „The Nation”, „Architektury” i „Kontynentów”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Mieszka w Princeton, w New Jersey. Po Manhattanie chodzi szybko; czasem z notatnikiem, czasem z aparatem, a czasem tylko z zadartą głową. "Nowy Jork" to jej pierwsza książka."

No to wychodzi, że kompetentna jest; a i inteligentna również, co mogę potwierdzić jako wytrwały czytelnik "Tygodnika Powszechnego". Skoro więc wzięła się za książkę, i to w dodatku o dobrze jej znanej części NYC, to, według wszelkich znaków na niebie i ziemi, winna powstać rzecz wybitna, a do tego wszechstronna. I tak się stało!!

Nie mam nic więcej do dodania, ino tyle, że kto tego nie poczyta, to jego strata. 10/10

Monday, 14 August 2017

Henning MANKELL - "Powrót nauczyciela tańca"

Henning MANKELL - "Powrót nauczyciela tańca"

Na LC 7,03 (1234 ocen i 143 opinii), a dla mnie trzecia próba po udanych, autobiograficznych "Grząskich piaskach" (8 gwiazdek) i po słabo ocenionym przeze mnie kryminale "Nim nadejdzie mróz" (4)
Niestety, znowu się zawiodłem. Wydaje mnie się, że problem w tym, że Mankell nie potrafił się zdecydować, co chce napisać: kryminał, powieść psychologiczno – obyczajową czy rozliczeniową z II Wojną Światową. Próbuje wszystkiego po trochu, a wychodzi rozwlekła nuda, która pozwala przypuszczać, że nabija objętość książki z przyczyn finansowych.
Mam szczęście, że w opiniowaniu wyręczył mnie "PonuryDziadyga" na LC, dzięki czemu ograniczam się do przepisania znacznej części jego recenzji:
".....Ciężko mi zacząć od wymieniania wad, bo właściwie wszystko w tej książce jest sknocone, a plusów niestety nie widać- wybrane elementy prezentują poziom najwyżej mierny, bo do dobrego im brakuje kawał drogi. Więc może "plusy": eeee, ech.. może początek powieści? Zawiązanie akcji? Tak, to by się zgadzało- to dwa jaśniejsze punkty. O, to może i twarda okładka- jeśli do reszty opuści cię cierpliwość i ciśniesz ją ze wstrętem byle gdzie, to jest mniejsza szansa, że ją uszkodzisz. Zatem "plusy" mamy odbębnione.

Niestety, tej książki praktycznie nie da się czytać, a przynajmniej mi szło to nieludzko opornie. Główny bohater- Stefan Lindman, jest postacią tak groteskowo nakreśloną i tak irytującą, że z chęcią bym przeczytał jak dostaje kulkę w potylicę już w połowie tego "dzieła". Pomimo tego, że nie posiada szklanej kuli, to cechuje go nadludzka wręcz intuicja i potrafi powiązać wątki, które nijak do siebie nie pasują- w czym wymiernie pomaga mu autor, bo doprawdy nie ma aż tak absurdalnego wytłumaczenia, po które by Mankell nie sięgnął, byle tylko umotywować działania swojego pieszczocha. To typ skrajnie egoistyczny, niezdecydowany, a jego kontakty z, podobno, "najważniejszą kobietą w jego życiu" to kuriozum ocierające się o mizoginię. Ponadto miesza się w nim, trzydziestosiedmiolatku z cywilizowanego kraju, fanatyczna poprawność polityczna i totalny analfabetyzm technologiczny. Akcja dzieje się w 1999 roku, więc jego przygody naprawdę wyglądają abstrakcyjnie. Zabrzmi to dziwnie, ale choroba nowotworowa mogła być dla tej postaci deską ratunku, bo nadałaby jej jakiś charakter, przydała oryginalności. Zapomnijcie z miejsca.
Nie ma tu miejsca na psychologiczne rozważanie tematu, czegoś głębszego. Totalnie spartaczony wątek.
Fabuła potyka się co chwilę o własne krzywe nogi, kooperacja między Lindmanem a Giuseppe Larrssonem brnie w kierunku lukrowanej telenoweli (niebawem ci dwaj obcy sobie faceci zaczęliby się z szacunkiem całować po tyłkach), a wyjaśnienia są coraz bardziej absurdalne i "od czapy".
Do tego ta nuda.. Ktoś nazwie to "klimatem charakterystycznym dla kryminału skandynawskiego". Ja to wolę nazwać po swojemu: monologi Poniedzielskiego przy tym gniocie zasuwają jak pociąg Shinkansen. Nawet końcową scenę w kościele (w zamyśle autora- najbardziej dynamiczną) czytałem na raty, bo była wprost upiornie nużąca. Nie wiem, może gdybym sobie kawę wstrzykiwał zamiast ją popijać, to bym to zdzierżył za jednym podejściem.
Nagromadzenie głupot jest tu potworne, ale zdecydowanie na pierwszy plan wychodzi sprawa krwawych kroków do tanga i truchła Herberta Molina. Kto czytał, ten się domyśli. Trudno mi uwierzyć w to, że w otoczeniu autora nie znalazł się nikt, kto nie zakrzyknął z przerażeniem w głosie: "Henning, opanuj się! To jest tak cholernie głupie i naciągane, że cię każdy myślący człowiek wyśmieje!".
Podsumowując: pierwszorzędna, dwugwiazdkowa powieść. Nie pamiętam kiedy ostatnio dałem jakiejkolwiek książce tak niską ocenę, ale tutaj, przez wzgląd na sławę pisarza, nie waham się zbytnio. Człowiekowi o takiej renomie zwyczajnie nie wypada pisać bubli, które wyglądają jak nabazgrane dla kasy, bo go rachunki cisną..."
Jedyna moja ingerencja w tekst, to odstępy, a ocena taka sama jak „PonuregoDziadygi”: 2/10

Sunday, 13 August 2017

Rober JAROCKI, Witold KIEŻUN - "Magdulka i cały świat"

Robert JAROCKI, Witold KIEŻUN -
- "Magdulka i cały świat"
Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego

Robert Jarocki (1932 – 2015) - polski dziennikarz i pisarz, autor wielu książek biograficzno-historycznych
Witold Jerzy Kieżun (ur. 1922) - polski ekonomista, profesor nauk ekonomicznych, prakseolog, uczeń Kotarbińskiego i Zieleniewskiego, żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień sowieckich łagrów. Pracownik naukowy Akademii Kożmińskiego w W-wie.
Prakseologia - teoria sprawnego działania. Jest dziedziną badań naukowych dotyczących wszelkiego celowego działania ludzkiego.
Muszę zacząć od tragicznej próby samobójstwa Profesora. Nosiciel ubeckich genów, niejaki Cenckiewicz, znany z oczerniania Wałęsy, pomówił Profesora, doprowadzając go do załamania nerwowego. Szczegóły podaję za Wikipedią:
".....21 września 2014 tygodnik "Do Rzeczy" opublikował artykuł Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego "Tajemnica 'Tamizy' - jak prof. Kiezun współpracował z bezpieką.... ..Zdaniem historyka, Piotra Gontarczyka, "nikt wcześniej nie napisał w tej materii tekstu zawierającego tylu błędów i celowych przeinaczeń", a publikacja jest "po prostu skandaliczna", ponieważ jej powodem była "tylko i wyłącznie zemsta na człowieku, który wypowiadał się inaczej, niż autorzy „Do Rzeczy” na temat Powstania". Szefowa Biełsat TV, Agnieszka Romaszewska – Guzy, stwierdziła, że autorzy są "ogarnięci obsesją" i w swojej publikacji "przekroczyli granicę", a Witold Kieżun powiedział, że po publikacji próbował popełnić samobójstwo, z uwagi na jej szkalującą i kłamliwą treść. Historyk i były szef Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, Jan Żaryn, zwrócił także uwagę, że prezentowane materiały mogły być sfałszowane i zmanipulowane przez bezpiekę...."
Nadmieniłem o ubeckich genach Cenckiewicza, więc za Wikipedią podaję:
"...Jego dziadek Mieczysław Cenckiewicz.. ...był funkcjonariuszem MBP i SB MSW..."
Po takim szkalowaniu, opluwaniu ludzi, nikt na świecie nie podałby mu ręki, a zawodowo byłby skończony. W PiS-owskiej Polsce (Wikipedia):
„...4 stycznia 2016 został powołany przez ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza na stanowisko Pełnomocnika Ministra Obrony Narodowej ds. Reformy Archiwów Wojskowych oraz na pełniącego obowiązki dyrektora Centralnego Archiwum Wojskowego. W czerwcu tego samego roku został powołany przez Sejm RP w skład Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej...."
Jeśli komuś moja pisanina się nie podoba, niech nie czyta dalej, jak i omawianej ksiązki, bo dostanie zawału serca.
Ostrzegłem o konsekwencjach zdrowotnych, to z czystym sumieniem przechodzę do książki, w której już na pierwszych stronach pojawia się temat rubieży wschodnich i poznajemy stanowisko Profesora zbieżne z Konwickim i Giedroyciem (wszyscy trzej tam urodzeni) (s.23,6 - e-book)
"..– Jakie‍ było Wilno w 1922 roku?
– To‍ mniej więcej dwa lata z okładem po przyłączeniu Wilna do Polski wskutek tzw. nieposłuszeństwa generała Żeligowskiego. Czasy były całkowicie płynne. Powstała po traktacie wersalskim niepodległa Litwa nie uznała aktu przejęcia Wilna przez Polskę i formalnie Litwa była w stanie wojny z Polską. Wśród mieszkańców samego miasta było jednak niewielu Litwinów (0,8%). Przeważali Polacy (65,9%), bardzo duża grupa mieszkańców Wilna to Żydzi (28%), częściowo niezasymilowani ani do Polski, ani do Litwy, a w znacznym stopniu zruszczeni.
Samo‍ Wilno było dla Żydów jakby historycznym ośrodkiem teologicznym wiary hebrajskiej. Działali tam wybitni naukowcy będący jednocześnie rabinami. Pomiędzy tą grupą rabinacką a inteligencją polską w Wilnie stopniowo nawiązywała się pewna współpraca z racji popierania przez część oświeconych Żydów wileńskich marszałka Piłsudskiego. Ale również wśród mieszkańców Wilna był znaczny procent Rosjan i Białorusinów, a także, w najbliższych okolicach, zwłaszcza w Trokach – grupa Karaimów o własnym obrządku religijnym. Pewną ciekawostką jest to, że powstały parę lat wcześniej uniwersytet, któremu nadano imię Stefana Batorego, miał bardzo dobrze zorganizowaną anglistykę, na której prym wodzili spolonizowani Ormianie. Jednym słowem Wilno to był tygiel narodowości, kultur, wyznań. Ale niedawna przeszłość to było imperium carskie...."
Zamiast słuchania zakłamanej nacjonalistycznej propagandy należy uczyć się historii od takich ludzi jak Kieżun.
Cała książka jest fenomenalną lekcją historii, w czym duża zasługa dobrze przygotowanego Jarockiego, lecz szczegółowe zrecenzowanie jej przekracza moje możliwości . Postanowiłem zakończyć pisaninę kontrowersyjnym cytatem na temat zawsze aktualny tj Powstania Warszawskiego skutkującego wstrzymaniem ofensywy sowieckiej (s. 931,8), a jednocześnie kończącym samą rozmowę:
„.....W czasie ostatniego spotkania w 1999 roku dwunastki żyjących jeszcze absolwentów naszego liceum przedstawiłem jemu i moim kolegom fragment nowo opublikowanej, odkłamanej wersji pamiętnika marszałka Wasylija Czujkowa, dowódcy 62. Armii obrony Stalingradu i członka kierownictwa, obok marszałka Konstantego Rokossowskiego, tzw. 1. Frontu Białoruskiego pod Warszawą. Była to pełna wersja wspomnień, bez uprzednich skreśleń redakcyjnych. Czytamy w nich: „Wojnę można było wygrać pół roku wcześniej, nie w maju 1945 roku, a grudniu 1944 roku, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca 1. Front Białoruski w sierpniu 1944 roku. Moglibyśmy dojść daleko na zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu”. Całe potężne, uprzemysłowione Niemcy, najbogatszy kraj Europy, stałyby się więc Niemiecką Republiką Demokratyczną, a my prawdopodobnie żylibyśmy do chwili obecnej w PRL-u”
Uzasadnienie tej tezy wynika z wcześniejszej rozmowy, lecz poznanie jej pozostawiam Państwu. Pozostałe 70 stron to „Końcowe impresje reportera”, „Dorobek życiowy. Osiągnięcia zawodowe. Publikacje” oraz zdjęcia.
To warto przeczytać. 10/10

John BANVILLE - "Prawo do światła"

John BANVILLE - "Prawo do światła"

Szokują mnie recenzje, bo w większości z nich powtarza się opinia, że to nic specjalnego, bo to oklepany romans młodego ze starą, lecz książka wspaniała z powodu stylu. No to pozwolę sobie zauważyć, że to zasługa przede wszystkim tłumacza, w tym przypadku Jacka Żuławnika. O znaczeniu tłumacza świadczy negatywny przykład Fitzgeralda "Czuła jest noc", kiedy to wybitnej książce byłem zmuszony (i nie tylko ja) dać pałę.

Jacek Żuławnik (ur. 1977) - ukończył edytorstwo w Instytucie Informacji Naukowej i Studiów Biologicznych UW; od 2007 – tłumacz.

John Banville (ur. 1945) - irlandzki powieściopisarz i dziennikarz, zdobywca Nagrody Bookera za powieść „The Sea” (2005)

Pozwolę sobie na dygresję, że Nagroda Bookera mnie nie wzrusza, gdyż przyznawana jest równie niezrozumiale jak Nobel czy polska „Nike”. Trudno mnie też uznać autora za szczególnie znanego, skoro ma 72 lata (a ja 74) i nigdy o nim nie słyszałem, a polskojęzyczna Wikipedia poświęca mu trzy linijki. Na LC ma książek 12, z których jedynie ta omawiana przekroczyła 7 gwiazdek - 7,22 (41 ocen i 13 opinii). Z anglojęzycznej Wikipedii dowiaduję się, że ta (oryginalny tytuł „Ancient Light”) jest trzecią częścią trylogii:
„....”Ancient Light” is a 2002 novel by Irish writer John Banville. First published on 7 July 2012, the novel concjudes a trilogy concerning Alexander Cleave and his daughter, Cass. „Ancient Light” was preceded by „Shroud” and „Eclipse”...”

Niestety, ten szumnie zapowiadany styl nie zdążył mną zawładnąć, a tym bardziej zauroczyć, bo już na drugiej stronie wyczytałem:
„......Miałem dziesięć albo jedenaście lat.... ...zanim zobaczyłem tę kobietę, usłyszałem jej rower, a konkretnie świst opon, dźwięk, który wydawał mi się fascynująco erotyczny, kiedy byłem małym chłopcem, i nawet teraz, sam nie wiem czemu, wywołuje we mnie emocjonujące skojarzenia... .... Miała szeroką, luźną spódnicę, którą wiosenny wiatr nagle schwycił i poderwał, odsłaniając wszystko, co znajdowało się pod spodem.... ...gdyby w słoneczny dzień na zatłoczonej plaży stroje kąpielowe kobiet jakaś magiczna sztuczka przemieniła w bieliznę, wszyscy znajdujący się tam mężczyźni, od małych nagusków z wydętymi brzuszkami i tycimi siusiakami, przez umięśnionych ratowników, po mężów pantoflarzy z podwiniętymi nogawkami i chusteczkami na głowach powiadam: wszyscy w jednej chwili zamieniliby się w stado napalonych satyrów o przekrwionych oczach.....”

Panie Banville! Polecam panu lwa, nie, sorry, Lwa.. ..Starowicza, bo już w wieku 57 lat wykazuje się pan starczą dewiację seksualną. Zapewniam, że w wieku 10 – 11 lat (ani wcześniej) nie interesowała mnie bielizna kobieca, bo naśladować św. Onana zacząłem dopiero dwa lata później, ani obecnie, gdy skończyłem 74 lata, bo wbrew pana nachalnym sugestiom nie jestem „satyrem o przekrwionych oczach”.

Poszukuje dalej obiecanego stylu, lecz zamiast niego znajduję (s. 26 – e-book):
„... Billy nie należał do osób przesadnie dbających o higienę osobistą. Kąpał się rzadziej niż większość nas, na co wskazywała intymna, brązowawa woń, którą czasem wydzielał; pory w zagłębieniach obok nozdrzy miał tak wściekle pozapychane, że z mieszaniną przyjemności i odrazy wyobrażałem sobie, że wyciskam je kciukami jak szczypcami...”

A dalej, coraz gorzej: niewyżyta trzydziestka piątka molestuje zielonego piętnastolatka, doprowadzając do wielokrotnego gwałtu gdzie popadnie, w warunkach wymagających wyjątkowej determinacji. Przy dalszej lekturze wynudziłem się niemożebnie poznając treść snów bohatera oraz szczegóły powierzonej mu filmowej roli, aż wybudził mnie fascynujący opis puszczenia bąka (s.282):

„....Pewnego dnia kotłowaliśmy się na podłodze w domu Cottera – była ubrana i chciała już iść, a ja uczepiłem się jej i wsunąwszy dłoń pod jej pupę, z powrotem ściągnąłem ją do parteru – kiedy przez nieuwagę puściła mi na rękę miękkiego bąka. Po tym pojedynczym pruknięciu zapadła okropna cisza, taka jak po wystrzale z pistoletu albo pierwszym pomruku trzęsienia ziemi...”

Niesamowite!! Wraz z 286 (z 537 całości) stroną zacząłem część II, licząc na równie ciekawe wydarzenia. I nie zawiodłem się. Autor każe filmowej partnerce bohatera spróbować popełnić samobójstwo, by dać mu możliwość do wspomnień o samobójstwie chorej psychicznie córki, które miało pewnie miejsce w poprzednich tomach, których nie znam i nie zamierzam poznać. Bohater podróżuje z niedoszłą samobójczynią przez Włochy (dlaczego z nią?), by odkryć okoliczności samobójstwa córki tam popełnionego. Lecz głównie śni bądź wspomina młodzieńczy seks (s. 385):

„.....Muszę przyznać, że zaskoczył mnie ten bezwstyd i nawet chwilowo odeszła mi ochota na cokolwiek – takie pokazy niepohamowanej żądzy odbierały mi pewność siebie – ale kiedy objęła mnie ramieniem, silnym jak męskie, i brutalnie pociągnęła do siebie, i kiedy poczułem jej serce walące jak młot i drżący brzuch, wtedy oczywiście zrobiłem to, czego ode mnie zażądała. Skończyłem po minucie, na co lekceważąco i energicznie odepchnęła mnie od siebie, poprawiła ubranie i wytarła się swoimi majtkami....”

Kapitalne! Co za styl!!! Ale koniec kpin, bo ukochana wyjeżdża na wakacje, a piętnastolatek cierpi (s. 400):
„..... Cierpienie, to nieustające cierpienie, męczyło mnie, potwornie mnie męczyło i nie wiedziałem, jak znaleźć ukojenie. Czułem się wyschnięty i wysuszony, jakbym się wypalił, bolały mnie oczy, a nawet paznokcie. Byłem jak wielki, przypominający spękaną łapę liść sykomory, który szoruje po chodniku, popychany porywami jesiennego wiatru...”

To nie żarty, bo sykomora to drzewo o lśniących liściach i drobnych, jadalnych owocach, rosnące w Egipcie i Afryce Wschodniej, a wspominane w Ew. wg Łukasza 19:4 jako figa morwowa.

Wielką sztuką jest przerwać zabawę w odpowiednim momencie i ja to czynię na 100 stron przed końcem, bo ubawiłem się wystarczająco, a dalsze losy bohatera w ogóle mnie nie interesują. Przykro mnie, lecz nie potrafię podzielić zachwytów innych, a zboczonych autorów nie cierpię. PAŁA!!

Saturday, 12 August 2017

Dorota KARAŚ - "Cybulski. Podwójne salto"

Dorota KARAŚ - "Cybulski - podwójne salto"

Dorota Karaś - dziennikarka GW, autorka książki pt "Szafa, czajnik, obwodnica. Rozmowy z obcokrajowcami" napracowała się nad tą wyjątkowo trudną biografią, bo Zbyszek jest świętością dla mojego pokolenia, a nikim specjalnym dla obecnej młodzieży.

Dla kogo więc pisać? Dla młodych czy starych? Zadanie niemożliwe do rozwiązania, a każda droga pośrednia zostanie skrytykowana przez wszystkich.

Bo dla mojego pokolenia Zbyszek to symbol, a właściwie jeden z trzech symboli odwilży, trzech symboli "nowego", trzech symboli "wolności", której namiastkę przyniósł Polski Październik. Oczywiście wszyscy trzej działali już wcześniej, lecz szerszy odbiór ich twórczości był możliwy dopiero po 1956. Proszę spojrzeć na daty: Zbyszek (1927 – 1967), Marek (1931 – 1969), Krzysztof (1934 – 1969). Trzech tragicznie zmarłych w kwiecie wieku, lecz ich osobiste losy sa dla mojego pokolenia drugorzędne, bo pierwszorzędna jest aura, którą stworzyli, oczywiście - nie sami, lecz ze środowiskiem, w którym działali.

I dla tego, dla nas, najbliższa jest opowieść Afanasjewa "Okno Zbyszka Cybulskiego. Brulion z życia aktora filmowego połowy XX wieku", której dałem 10 gwiazdek, a i również wspomnienia Fedorowicza "Ja, jako wykopalisko", którym dałem gwiazdek 8.

Zauważam starania autorki, która systematycznie odwołuje się do Afanasjewa, tak, że jego praca znajduje miejsce w "Przypisach" do każdego rozdziału i to na pierwszym miejscu (choć to przez przypadek). I świetnie! Bo tekst Afanasjewa wymaga dopowiedzeń i interpretacji, bo czytelnicy nie pamiętający tamtych lat, sami, nie przyswoją magicznej atmosfery, którą artyści tworzyli mimo peerelowskiej cenzury i restrykcji. Aby odczuć tamtejszy klimat polecam Państwu film Wajdy "Niewinni Czarodzieje" z 1960 roku, w którym, obok Łomnickiego, wystąpili akurat dwaj z wyżej wymienionych Cybulski i Komeda.

Był fenomenem i perfekcjonistą. Widziałem go w "Kapeluszu pełnym deszczu" przywiezionym do Warszawy przez Teatr Wybrzeże, w spektaklu w Ateneum "Dwoje na huśtawce" i we wszystkich ponad 35 filmach. Mówiąc o jego aktorstwie, wspominam epizodyczną jego rolę w "Pingwinie", gdy tłumaczy, dlaczego musi zachować listy od wielbicielek: "- Żeby wnuki czytały, jak kobiety dziadka kochały". Majstersztyk!

Ciekawostka z omawianej książki (s. 23):
"....Pradziadek Zbigniewa Cybulskiego Józef Benedykt oraz dziadek generała Wojciech byli braćmi.."

Pierwsze sto stron poświęciła autorka pochodzeniu i koligacjom rodzinnym Zbyszka, jego dzieciństwu i wczesnej młodości, do 1949 roku. Następnie PWST w Krakowie, początek przyjaźni z Bobkem Kobielą, setki nazwisk i opinii, a na stronie 128 wyjazd do Gdańska (rok 1953), czyli najciekawszy (dla mnie) okres w pracy nad sobą wielkiego aktora.

I od tego momentu nie potrafię od książki Karaś się oderwać, bo snuje urzekającą opowieść, przytaczając jednocześnie niesamowitą ilość szczegółów. A pogodzić to jest niezwykle trudno. Zgodnie z moją pamięcią najwięcej sensacji i kontrowersji powstało w tym okresie (1957-8) wokół
"Ósmego dnia tygodnia" Hłaski, który ukazał się po raz pierwszy w listopadzie pamiętnego 1956 roku w "Twórczości". Wynotowuję ze stron 183 -185:

"..Opowiadanie Marka Hłaski kręcić ma początkowo Andrzej Wajda, ale pomysł przejmuje wszechwładny Aleksander Ford. Załatwia koprodukcję z zachodnioberlińską firmą CCC Film. Główną rolę, obok Cybulskiego, zagra niemiecka aktorka Sonja Ziemann... ...wyjdzie za Hłaskę. Będą małżeństwem przez cztery lata.. ..W kwietniu "Ósmy dzień tygodnia" obejrzą członkowie Biura Politycznego KC PZPR. Władysław Gomułka podobno wybiegnie rozjuszony z sali, krzycząc: "Reżyserzy w Polsce widzą tylko picie wódki. Ten film znajdzie się na ekranach po moim trupie". Marek Hłasko w książce "Piękni dwudziestoletni" nazwie Forda największym cwaniakiem, jakiego znał, a o filmie napisze:... "......chodziło mnie o jedną sprawę" dziewczyna, która widzi brud i ohydę wszystkiego, pragnie dla siebie i dla kochanego chłopaka jednej tylko rzeczy: pięknego początku ich miłości. Ford zrobił film na temat, że ludzie się nie mają gdzie rżnąć, co oczywiście nie jest prawdą: rżnąć można się wszędzie..... ....Cyb uratował ten film"..... ...Cenzura pozwoli na premierę w 1983 roku, gdy nie będą już żyli Ford, Hłasko ani Cybulski.."

To koniec złudzeń polskiego społeczeństwa do popaździernikowej odwilży. Mimo to, w warunkach obostrzonej cenzury, pisarze piszą, muzycy grają, a aktorzy grają.

Zbyszek osiąga szczyt popularności w „Popiele i diamencie” Wajdy wg Andrzejewskiego, co Maria Dąbrowska zapisuje w dzienniku (s. 209):
„Być może, że film Wajdy pokazał maksimum prawdy możliwej do pokazania w dzisiejszej sytuacji...”

I o tym należy pamiętać, bo ówczesna „sytuacja” ograniczała wszelkich twórców, w tym aktorów.
Książka nic nie traci na atrakcyjności do samego końca tj do pogrzebu największego idola czasów mojej młodości, do tragicznego końca „polskiego Jamesa Deana”, a wzbogacają ją liczne fotosy, solidne przypisy, indeks osób i kalendarium z uwzględnieniem ról teatralnych i filmowych. Jednym słowem moje gratulacje dla autorki.

Jedyna uwaga to, że przy natłoku informacji autorka skrótowo opisała Bim-bom i aurę wobec niego, jak również ledwie zauważyła przełom w życiu kulturalnym w Polsce, jaki przyniósł Polski Październik i dlatego zachęcam ponownie Państwa do lektury „Okna Zbyszka Cybulskiego” Afanasjewa. 8/10.


Friday, 11 August 2017

Agnieszka BŁOTNICKA - "Tamtego lata nad Sekwaną"

Agnieszka BŁOTNICKA - "Tamtego lata nad Sekwaną"

Agnieszka Błotnicka (ur. 1966) ma na LC 6 książek, 8 fanów, a notowania omawianej to: 5,85 (52 ocen i 18 opinii)
Liczby same mówią za siebie, więc ja tylko zaznaczam, że to literatura z Biblioteki w Toronto, co "widać, słychać i czuć", bo tylko taką udostępnia Polonii troskliwa Ojczyzna.

Mnie zafrapowała już okładka, na której wyczytałem:
"....kawa w termosach była chłodniejsza od wymiętego prześcieradła w ich hotelowym pokoju..."

Wzruszyłem się jak stary siennik, bo w odległej przeszłości nieraz, na wymiętym hotelowym (gorącym) prześcieradle, poparzyłem się kawą (również gorącą) z rozbitego pechowo termosu. Ale w ogóle książka cenna dla wszystkich kobiet zawiedzionych swoim stadłem małżeńskim.

Sursum corda!

A za sugerowaną nadzieję, że każdej zawiedzionej może się jeszcze przytrafić piękny romans - gwiazdek 6.
Snujcie marzenia. To nic nie kosztuje!

Elizabeth STROUT - "Mam na imię Lucy"

Elizabeth STROUT - "Mam na imię Lucy"

Elizabeth Strout (ur. 1956) - laureatka Pulitzera (2009) za "Olive Kitteridge", omawianą opublikowała w 2016. Wikipedia:

".....'My Name is Lucy Barton' is a 2016 ' New York Times Bestselling' novel and the fifth novel by the American writer Elizabeth Strout.... ...The book details the complicated relationship between the titular Lucy Barton and her mother.... ....Critical reception for 'My Name Is Lucy Barton' has been positive and the work has received praise from the 'Washington Post' and the 'AV Club'. 'The 'Guardian' compared the book favorably to Strout's earlier book, 'Olive Kitteridge', as they felt that it 'confirms Strout as a powerful storyteller immersed in the nuances of human relationships, weaving family tapestries with compassion, wisdom and insight.' ....."
Na LC 6,61 (689 ocen i 125 opinii).
Ksiądz Jan Twardowski mówił:
"....ŚPIESZMY SIĘ KOCHAĆ LUDZI tak szybko odchodzą....."
.... i taką szansę "pokochania" dała autorka córce i matce, umieszczając je w szpitalu: jedną jako pacjentkę z komplikacjami zdrowotnymi, a drugą jako odwiedzającą, za to w podeszłym wieku. Gdyby nie wyrostek, to spotkania by nie było i wielce możliwe, że już nigdy do próby rozmowy by nie doszło. Według mnie, szkoda, że autorka nie dała obu stronom równych szans, bo opowieść w pierwszej osobie jest subiektywna, a "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia".
Połowiczny sukces nawiązania nitki porozumienia z matką, osłabiają nieciekawe relacje z pozostałymi bliskimi osobami (w tym rozpad małżeństwa), a więc przypisywanej sobie mądrości nie zauważam.
Lektura niewątpliwie pobudza do refleksji. Mnie przypomniała sentencję ks. Józefa Tischnera, że człowiek samorealizuje się poprzez drugiego człowieka, a stąd wniosek, że pisanie książek przez Lucy jest chybionym antidotum na samotność.
Czyta się nieźle, lecz brak skromności i samokrytycznego spojrzenia Lucy, nie pozwala bym ją polubił. Na mój gust 6 gwiazdek wystarczy.



Thursday, 10 August 2017

Therese Anne FOWLER - "Z: Powieść o Zeldzie Fitzgerald"

Therese Anne FOWLER - "Z: Powieść o Zeldzie Fitzgerald"

UWAGA! 10 GWIAZDEK ZE WZGLĘDU NA FITZGERALDÓW, A NIE KSIĄŻKĘ SAMĄ W SOBIE
Wydawnictwo Amber:
http://www.wydawnictwoamber.pl/fowler-therese,s330
"...Therese Anne Fowler jest autorką wydawanych w 28 krajach powieści z najwyższej półki, w których „przeglądamy się jak w lustrze z drugim dnem”, jak napisał „Kirkus Reviews”......"

Nieprawda; napisała TRZY i poniosla klęskę:
https://thereseannefowler.wordpress.com/contact-bio/therese/
"....After the publication of three contemporary novels, each of which sold fewer copies than the previous one, Therese faced a hard truth: her career was in a nosedive. Her editor at the time felt she should take on a pen name and try again with the same sort of book, but Therese was not persuaded. While she was considering some ideas she had for historical novels, Zelda Fitzgerald came to mind and Therese decided to see where this new idea might lead. "Z: A Novel of Zelda Fitzgerald" was the result....
....What Therese has discovered is that she has an affinity for badass women from history whose stories have been either mistold or are largely untold..."

"Badass" - w tym kontekście to chojrak, zuchwalczyni, która miałaby, według Fowler, przeciwstawiać się dominacji męża.
Ruth Styles zaczyna swój artykuł słowami:
http://www.dailymail.co.uk/femail/article-2302267/Was-F-Scott-Fitzgeralds-mad-bad-wife-Zelda-just-misunderstood.html

"Zelda is the victim of a 'persistent, damning mischaracterisation' Therese Anne Fowler says she was sane and a devoted wife..."
I w tym też problem, bo Fowler upiera się, że Zelda nie była schizofreniczką, ale każdy chwyt jest dobry do obrony swojej tezy kat - ofiara.
Nie każdy zna angielski, nie każdy sięgnie do wspomnianych recenzji, i nie każdy przeczyta Wikipedię - hasło Zelda Fitzgerald (1900 - 1948), i dlatego zamieszczam najciekawszy z niej fragment:
"....W kwietniu 1925 roku, po powrocie do Paryża, Scott poznał Ernesta Hemingwaya i pomógł mu w karierze. Zostali przyjaciółmi, także od alkoholu, jednak Zelda uważała go za fałszywego. Hemingway zapoznał ich z Gertrude Stein. Pewnego razu Zelda rzuciła się w dół schodów, gdy Scott zbyt długo rozmawiał z Isadorą Duncan. Gdy Scott pisał, Zelda nudziła się w izolacji i często mu przeszkadzała... ...W 1929 roku Fitzgeraldowie robili na przyjęciach już przykre wrażenie, jakby zmierzali ku samozniszczeniu. Wraz z krachem na Wall Street skończyła się epoka jazzu i ich złote lata. W kwietniu 1930 roku miała pierwszy napad depresji; wkrótce stwierdzono u niej schizofrenię i odtąd musiała okresowo przebywać w szpitalach psychiatrycznych (łącznie przez około 8,5 roku, 10 pobytów, pierwszy w Szwajcarii, pozostałe w USA. Być może były to jednak zaburzenia afektywne dwubiegunowe.... ...W 1932 roku wydała na wpół autobiograficzną powieść "Zatańcz ze mną ostatni walc", pisaną przez 6 tygodni w klinice w Baltimore[. Jest to opis małżeństwa podobnego do jej własnego. Scott zmusił ją do usunięcia materiału, który sam wykorzystywał w pisanej latami powieści "Czuła jest noc". Od 1925 roku malowała, np. swój autoportret we wczesnych latach 40. W 1934 roku miała wystawę. W roku 1938, po nieudanej wycieczce na Kubę, rozstała się na zawsze z mężem, choć nigdy się formalnie nie rozwiedli. Pisali jednak do siebie często, aż do jego nagłej śmierci w wyniku ataku serca w grudniu 1940 roku. Nie była na pogrzebie męża ani na ślubie córki. Zginęła w wieku 47 lat w wyniku pożaru w szpitalu Highland Mental Hospital w Asheville, razem z ośmioma innymi pacjentkami. Czekała zamknięta w pokoju na elektrowstrząsy....."
Niewątpliwie mamy do czynienia z bestsellerem i dlatego warto go przeczytać. Natomiast punkt widzenia Fowler jest co najmniej dyskusyjny, a i forma nie zachwyca. Jestem więc w sytuacji "nie chcem, ale muszem" i ze względu na genialnego Scotta i jego niesamowitą żonę stawiam 10 gwiazdek, by zachęcić, szczególnie młodych czytelników, do ich poznania, jak i innych najsławniejszych postaci tamtych lat, zastrzegając równocześnie, że stricte wartość literacka i faktograficzna pozostawia wiele do życzenia i to nie tylko z powodu feministycznego punktu widzenia.
Szczęśliwie Fowler nie napisała biografii wspomnianej Isadory Duncan, bo wtedy Jesienin by został pijakiem i łajdakiem, a jego akurat ja kocham.



Wednesday, 9 August 2017

Henning MANKELL - "Nim nadejdzie mróz"

Henning MANKELL - "Nim nadejdzie mróz"

A ze mnie taki oryginał, ze Mankella czytałem tylko raczej autobiograficzne "Grząskie piaski", którym dałem 8 gwiazdek, a jego bohatera Wallandera w ogóle nie znam i w tej chwili nie poznam zbyt dobrze, bo w tej książce z 2002 roku, podobno szpanuje jego córka. A w ogóle przeraża mnie objętość - 544 stron, a e-booku - 845, podczas gdy kryminał nie powinien (według mnie) przekraczać 300 stron, bo to ma być „podróżna” rozrywka, a nie wielka literatura!

W dodatku, według wielu recenzentów, ta, jedenasta w serii, jest ponoć najsłabsza ze wszystkich książek z Wallanderem. Postanowiłem sprawdzić na LC i okazało się, że oceny wyższe od omawianej (6,91) mają tylko (7) „O krok” - 7,44; (5) „Fałszywy trop” - 7,21; (6) „Piąta kobieta” - 7,18; (8) „Zapora” - 7,14; (9) „Niespokojny człowiek” - 7,02. Różnice w ocenach są minimalne i zaskoczony jestem stosunkowo niskim ich poziomem.

Piszę o tym, bo wydaje się istotne, czy pechowo trafiłem na najgorszą książkę w serii czy też cała kryminalna twórczość Mankella nie jest najwyższej jakości.

Niestety, nie mogę udzielić autorytatywnej odpowiedzi, bo przerwałem szczytowo nudną męczarnię na 200 stronie (e-book), lecz obiecuję, że po relaksującej przerwie, podejmę próbę przeczytania „Niespokojnego człowieka”, którego mam pod ręką i wtedy szerzej zaopiniuję. Na razie, by zostawić sobie furtkę, daję gwiazdek 4.

Autor potrzebował 200 stron, by zaginęły dwie kobiety, ktoś oblał benzyną i podpalił łabędzie i cielaka oraz podać słowo JOMATOT. Do tego w praworządnej Szwecji startująca w zawodzie policjantka dokonała dwóch włamań z rabunkiem (samochód). Za stary jestem na takie bzdety!

Uważam, że specyfika tego gatunku polega na wciągnięciu czytelnika w emocjonalny odbiór, wykluczający znudzenie już w trakcie lektury pierwszych stu stron, a ja zdrzemnąłem się dwukrotnie i to nie z powodu swojego podeszłego wieku. Obietnice recenzentów, że „potem jest ciekawiej” nie zmusza mnie do dalszej lektury. Książka „..longa, vita brevis”.

Tuesday, 8 August 2017

Igor OSTACHOWICZ - "Noc żywych Żydów"

Igor OSTACHOWICZ - "Noc żywych Żydów"

Żenująca sytuacja. Wielka dyskusja o książce, której większość nie czytała, bo Ostachowicz (ur. 1968) to "człowiek Tuska". A mnie to niewiele obchodzi, bo jako wyznawca poglądu Giedroycia, potrafię ocenić książkę niezależnie od powiązań politycznych autora. Nim do tego przejdę, polecam Państwu, recenzje Justyny Sobolewskiej, Pawła Dunina Wąsowicza i Kazimiery Szczuki. Adresy:
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1525917,1,recenzja-ksiazki-igor-ostachowicz-noc-zywych-zydow.read
http://wyborcza.pl/1,76842,14595128,_Noc_zywych_Zydow__Igora_Ostachowicza_w_finale_Nike.html
http://www.instytutksiazki.pl/ksiazki-detal,literatura-polska,8963,noc-zywych-zydow.html

Jednak niewątpliwie największe wrażenie zrobiła na mnie recenzja prof. dr hab. Joanny Tokarskiej – Bakir, antropolog kultury, zajmującej się m. In Zagładą Żydów i stosunkiem Polaków do Żydów:
http://www.dwutygodnik.com/artykul/3511-pol-strony-noc-zywych-zydow-ulica-szmalcownikow.html

Pani Profesor pisze:
"...Znalazłam fantastyczną, uroczą, mądrą, bardzo śmieszną, napisaną grepsami książkę, z której, gdyby nad nią popracować lat dwadzieścia, można by zrobić arcydzieło. Czasy są jednak inne, a i pomysł nienowy. Ostachowicz, skromniejszy niż Bułhakow i Littell, na arcydzieło się nie sadzi. Wszelako gdybym w tym roku zasiadała w jury nagrody NIKE, zgłosiłabym tę książkę do konkursu...."

Ja też, choć już od dawna nie jestem entuzjastą tej nagrody, podobnie zresztą jak Booker Prize czy Nobla.
W obawie, że nie każdy z Państwa zechce przeczytać wspomnianą recenzję przytaczam ostatnie zdanie z sekwencji o głównym bohaterze tj glazurniku z wyższym wykształceniem:
".....Chwila wysiłku i każdy z nas rozpozna się w Glazurniku. Poza tymi oczywiście, którzy nigdy nie będą w stanie, jest to bowiem poniżej ich godności osobistej...."

Recenzentka "FrouFrou" na LC zauważa, że "żywi Żydzi":
"...zamiast iść do nieba wolą baraszkować w, nomen omen, warszawskiej Arkadii..."
Uzupełniam to zdanie definicją Arkadii:
"Arkadia – fikcyjna kraina, uważana przez poetów za krainę wiecznego szczęścia – ziemski raj, symbol wyidealizowanej krainy spokoju, ładu, sielankowej, wiecznej szczęśliwości i beztroski..."

Możliwe, że książka nie jest wybitnym dziełem literackim, lecz wpisuje się w mój prywatny program walki z własnym antysemityzmem ("wyssanym z mlekiem matki"), z którym permanentnie i konsekwentnie walczę od co najmniej 50 lat (od tragicznej hecy z gomułkowskim syjonizmem mija dzisiaj 49,5 roku) i dlatego odnotowuję ją jako ważną i wartościową, tym bardziej, że polski brak tolerancji, nacjonalizm i fenomen zaistnienia pojęcia "ciapatych" przeraża.

Jeszcze jedno: książka, wydana w 2012 roku, poniekąd się zdezaktualizowała, bo rzeczywistość przerosła fikcję.

Na koniec, dla koneserów pastisz Witkacego (s. 267,1 - e-book):
„.... A cała sprawa przez to podobno, że wszystkiego naszemu doktorowi zazdrościł. Najpierw zazdrościł mu kariery, a jak doktor przestał dbać o karierę, to mu tego niedbania zazdrościł. Zazdrościł mu dobrych ubrań, ale jak doktor w czas wojny zaczął tu i tam nosić łaty i cery, to mu tego spokoju i nonszalancji zazdrościł. Zazdrościł mu pieniędzy, ale jak doktor swoją fortunę stracił na łapówki i pomoc dla niedoszłych teściów, to mu zazdrościł, że tak godnie i z podniesioną głową nie dojada. Zazdrościł mu narzeczonej, ale wiedział, że gdyby zwyczajnie się rozstali, toby mu zazdrościł wspomnień i braku zobowiązań. Tylko gestapo mogło go uwolnić od palącej zazdrości...”

U Witkacego w „Pożegnaniu jesieni” mamy:
„...O ile Atanazy zazdrościł trochę Lohoyskiemu maski hrabiego, mocą której był on czymś, choćby w Almanachu Gotajskim, o tyle Jędruś zazdrościł (również trochę) sławy Zieziowi i skrycie cierpiał nad tym, że jest tylko „turystą wśród ruin”. Obu im zazdrościł Sajetan Tempe, że mogli być właśnie tymi nieokreślonymi stworami, podczas kiedy on musiał (koniecznie musiał) być społecznym działaczem; a wszystkim trzem razem zazdrościł Chwazdrygiel, marząc w głębi duszy o wyrwaniu się z naukowej pracy w życie społeczne lub sztukę. Ale wszystko przechodziła zazdrość księdza Hieronima, tak wielka, że aż nieuświadomiona i do niepoznania przetransformowana w żarliwość nawracania i naznaczania nieznośnych pokut..”.

Na pewno warto przeczytać; zaslużone 7 gwiazdek


Monday, 7 August 2017

Violetta OZMINKOWSKI - "Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki"

Violetta OZMINKOWSKI - "Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki"
Opowieść o pierwszej damie polskiej seksuologii

UWAGA! Czyta się jak najlepszą powieść sensacyjną!!

Wisłocka (1921 – 2005) według Wikipedii:
"....Dyplom lekarza uzyskała 1 września 1952, natomiast stopień naukowy doktora nauk medycznych 24 kwietnia 1969. Byla współzałożycielką Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa, w którym zajmowała się leczeniem niepłodności i antykoncepcją. Objęła kierownictwo Poradni Świadomego Macierzyństwa w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. W latach 70. XX wieku kierowała Pracownią Cytodiagnostyczną Towarzystwa Planowania Rodziny.
Oprócz książek z dziedziny seksuologii takich jak: "Sukces w miłości", "Kalejdoskop seksu", "Kultura miłości", "Sztuka kochania" (1978), "Sztuka kochania – w 20 lat później" (1988), "Sztuka kochania – witamina M" (1989), była również autorką pamiętników "Miłość na całe życie. Wspomnienia z czasów beztroski".
Jej popularnonaukowy poradnik z dziedziny seksuologii "Sztuka kochania" wydany w 1978 stał się bestsellerem (nakład łączny 7 mln egzemplarzy) i zapoczątkował większą otwartość w sprawach seksu i życia seksualnego w Polsce.."
Jest to niedopuszczalne uproszczenie, bo "Sztuka kochania" była uwieńczeniem kilkunastoletniej drogi Wisłockiej w oświacie seksualnej. Zawsze ją wielbiłem i uważałem za przebojową kontynuatorkę działalności Boya w tej materii tj w walce z zacofaniem, kołtuństwem i pruderią.
O autorce niewiele dowiedziałem się, poza tym, że pracowała w "Newsweeku" i że wyszła za mąż za Krzysztofa Daukszewicza. Wydawnictwo Prószyński i S-ka daje notkę:
"Violetta Ozminkowski – dziennikarka „Gazety Wyborczej” i „Newsweeka”, współautorka książki o Marku Edelmanie „Pan doktor i Bóg”, autorka wywiadu rzeki z Grzegorzem Miecugowem „Szkiełko i oko” i rozmowy z Agnieszką Osiecką „Lubię farbować wróble”... "
Ta biografia Wisłockiej (2014) jest szczególnie cenna dzisiaj w Polsce, gdy oświata seksualna i wynikająca z niej świadomość jest w potwornym regresie w stosunku do lat 60. XX wieku.
Gratuluję autorce, która w umiejętny sposób połączyła potężne części pamiętnika Wisłockiej, różnych listów i rozmów z jej córką. Pasjonująca lektura i bez oporów 10 gwiazdek, bo to pozycja bardzo pożyteczna szczególnie w sytuacji, gdy Polska pozostaje w ogonie cywilizacji ograniczając radykalnie aborcje, in vitro i dostęp do antykoncepcji.
Na zakończenie parę rad i przemyśleń Wisłockiej:
s. 129 „...Nie zabierajcie mężczyznom możliwości opieki nad wami. Nic się nie stanie, jak czasem zemdlejecie w jego ramionach”,
s. 317 „....wakacyjny romans nie może być powodem rozbijania życia prywatnego... ..ma nikłe szanse na przetrwanie w zderzeniu z prozą życia...”
s. 320 „...miłość jest sztuką, dlatego pośpiech w łóżku jest błędem niewybaczalnym, trzeba pozwolić pracować wyobraźni...”
s. 361 „....Nie ma miłości bez ufności. A ufność przewraca na grzbiet żółwia do góry nogami i żaden pancerz go nie chroni i odsłania mu miękką pierś i gardło, tam gdzie mieszka życie...”
s. 367,9 "... Łatwo powiedzieć »kocham«, ale czy to jest miłość? Miłość to szereg lat przyjaźni, serdeczności, opieki i serca. Jednym słowem, kapitał wspólnych przeżyć i doświadczeń, a nie słowo jako czek bez pokrycia. Może z czasem być z pokryciem, ale to dopiero życie pokaże..."

I wiele innych, które proszę samemu wyczytać. W w ogóle bomba!

Sunday, 6 August 2017

Heinz Heger - "Mężczyźni z różowym trójkątem"

Heinz Heger - "Mężczyźni z rożowym trójkątem"
Świadectwo homoseksualnego więźnia
obozu koncentracyjnego z lat 1939 - 1945

W "Przedmowie" czytam:
"...relacja podpisana pseudonimem Heinz Heger, powstała w latach 1967–68. Podstawę książki stanowiła relacja Josefa Kohouta, złożona przyjacielowi – Johannowi Neumannowi, który opowieść spisał i prawdopodobnie uzupełnił, a następnie doprowadził do jej wydania. Świadectwo to było pierwszym publicznym głosem więźnia z różowym trójkątem. Świadczy ono także o odwadze, z jaką autor mówi o losie nie zawsze tylko godnym współczucia, lecz czasem też stawiającym go w dwuznacznym moralnie świetle..."

Wypowiedzi homoseksualnych więźniów są niezbędnym, cennym uzupełnieniem przerażającego obrazu prześladowań i upodlania Człowieka w obozach koncentracyjnych. Ta opowieść to ilustracja starego stwierdzenia homo homini lupus jest, a nawet gorzej. Używając modnego określenia: lektura porażająca.

Wstrząśnięty lekturą tej książki, przestrzegam przed wylewaniem dziecka z kapielą i przypominam, że... (Wikipedia - "Oscar Wilde"):
".....6 kwietnia 1895 r. Wilde został aresztowany i oskarżony o kontakty homoseksualne (w tamtych czasach karalne w Wielkiej Brytanii). Sąd skazał go na 2 lata ciężkich robót, karę odbywał w więzieniu w Reading pod Londynem.."

a przede wszystkim, że... (Wikipedia - "Homofobia"):
".....Przedstawiciele wielu religii, w tym rzymskiego katolicyzmu, prawosławia, konserwatywnego protestantyzmu, konserwatywnego islamu, mormonizmu i konserwatywnego judaizmu, wypowiadają się negatywnie o osobach homoseksualnych... ....Biblia zarówno w Starym (Rdz 19,1-29; Księga Kapłańska 18,22), jak i Nowym Testamencie (List do Rzymian 1, 24-27; 1.List do Koryntian 6, 9; I. List do Tymoteusza 1, 10) bezpośrednio piętnuje homoseksualizm.... ......Według sondażu ze stycznia 2007 wykonanego na zlecenie Unii Europejskiej 59% Polaków uważa, że dyskryminacja ze względu na orientację seksualną jest rozpowszechniona w kraju. Jednocześnie 41% jest zdania, że zwiększyła się w ciągu ostatnich pięciu lat... .....Przykładem znanych i publicznie manifestacyjnych działań skrajnie homofobicznych są akcje Młodzieży Wszechpolskiej podczas wieców i pochodów polskich środowisk LGBT. Organizowane wówczas przez Młodzież Wszechpolską kontrmanifestacje polegają na wyszydzaniu i porównywaniu osób LGBT do zoofilów lub innych parafilii seksualnych..."

A książce stawiam 10 gwiazdek, bo jest bardzo potrzebna, szczególnie w przypadku homofobicznych Polaków.

Philip K. DICK - "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant"

Philip K. DICK - "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant"

Recenzowałem Dicka tylko trzy razy i trzy razy dałem 10 gwiazdek, lecz przeczytawszy obecnie moje recenzje szczególnie zadowolony jestem z dotyczącej "Valisa". Istotne są daty opublikowania recenzowanych książek: "Oko na niebie" 1955; "Ubik" 1966; "Valis" 1978; a obecnie omawiana 1974, czyli między "Ubikiem" a "Valisem". Z Wikipedii wypisuję:
"..Została napisana w 1970, a pierwszy raz wydana w 1974. W 1975 roku powieść otrzymała nagrodę Campbella za najlepszą powieść science fiction i była nominowana do nagród Nebula i Hugo...
Opis fabuły
Po wojnie domowej w Stanach Zjednoczonych obywatele poddawani są szczegółowej obserwacji przez wszechobecną policję. Znany piosenkarz i gwiazda telewizji Jason Taverner budzi się jednego dnia, w którym nagle okazuje się, że pomimo sławy, nikt go nie rozpoznaje. Co więcej – nie ma przy sobie żadnych dokumentów i nie figuruje w żadnych rejestrach. Zaczyna się nim interesować policja. Ukrywając się przed nią – rozpoczyna zupełnie nowe życie, w którym stara się w ukryciu odnaleźć swoją tożsamość."
Zaczynam od istotnej sprawy "Przedmowy", w tym przypadku autorstwa Tima Powersa. Proszę jej nie czytać, a jeśli już to po lekturze książki, która sama wstrząsa, sama się broni, a łopatologiczne udowadniania jej autobiograficzności są potrzebne jak psu na budę. Szafowanie w niej, jak również w wielu recenzjach meskaliną jest nadinterpretacją, szukaniem sensacji, analogicznie do przypadku Witkacego czy Huxleya. Dodajmy, że Dickowi przypisywano nawet schizofrenię paranoidalną, dlatego też propaguję odbiór książki bez szukania autobiograficznych powiązań, bo i bez nich, a może właśnie bez nich, jest arcydziełem.
Od pierwszych stron Jason podkreśla swoją wyższość jako „szóstaka”, a czytelnik męczy się nie rozumiejąc tej hierarchii. Autor wyjaśnia to późno, bo dopiero na stronie 54 (e-book) uchyla rąbek tajemnicy:
„Szóstak, bez względu na warunki, zawsze zwycięży, ponieważ tak nas genetycznie zdefiniowano.”
Dominacji i niezależności nadludzi - „szóstaków”, mogą zagrozić „siódmaki” w rodzaju Buckmana, ale czy tak jest proszę wyczytać samemu.
Do tego duży ładunek intelektualny Dicka (np. Jung), a kwintesencję tego dzieła ujmuję krótko:
SYSTEM a jednostka. System stwarza egzystencję, system ją unicestwia, a Jason Taverner to Józef K. w krainie science – fiction.
Tytuł "Flow my tears..." nawiązuje do utworu Donovana, ulubionego przez romantycznego policjanta Buckmana, do odtworzenia np na: https://www.youtube.com/watch?v=SnKR3gKD5VA

Duża frajda! 10 gwiazdek!

Saturday, 5 August 2017

Mario Vargas Llosa - "Raj tuż za rogiem"

Mario Vargas Llosa - "Raj tuż za rogiem"

Nie dziwię się, że Peruwiańczyk Mario Vargas Llosa chwycił się za Gauguina (1848 - 1903), bo jego związki z Peru do tego zachęcają. Jak podaje Wikipedia:
".....Jego babcią była bardzo znana we Francji socjalistka i pisarka Flora Tristan. Ojciec, Clovis Gauguin, był dziennikarzem w radykalnym piśmie "Le National". Po zamachu stanu Ludwika Napoleona Bonopartego rodzina Gauguina w obawie przed prześladowaniami wyemigrowała do Peru, skąd pochodziła rodzina matki malarza. Pod koniec podróży ojciec Paula Gauguina nagle zmarł. Byt rodzinie zapewnili bogaci krewni w Peru. Po 6 latach Gauguinowie wrócili do Paryża...."

Wspomniana babcia, a jednocześnie równoległa do wnuka bohaterka omawianej książki, Flora Tristan (1803 -1844) to (Wikipedia):
".... – francuska działaczka socjalistyczna, jedna z pierwszych francuskich feministek. Flora Tristan była córką... ...peruwiańskiego arystokraty.. ..Tristan sama rozpowszechniała informację – najprawdopodobniej fałszywa - o tym, jakoby miała być córka Simona Bolivara.. ...Jej ojciec zmarł, gdy Flora miała cztery lata. Resztę dzieciństwa spędziła tylko z matką, w trudnej sytuacji materialnej. Z tego powodu jako siedemnastolatka musiała wyjść za mąż za rzemieślnika André Chazala... ..Jej relacje z mężem, mimo urodzenia dwójki dzieci, systematycznie się pogarszały. Wreszcie, nie mogąc wziąć rozwodu (zabronionego, poza wyjątkowymi wypadkami, od 1816 r.), zdecydowała się na ucieczkę od męża. Chazal nie przestał jednak jej prześladować; w 1838 strzałem z pistoletu poważnie uszkodził jej lewe płuco... ......Zaangażowała się w ruch robotniczy i walkę o prawa kobiet... ... w 1843 r. opublikowała swoją najważniejszą książkę – "Unię robotniczą". Przedstawiła w niej swoje poglądy na funkcjonowanie organizacji pracowniczych, ze szczególnym uwzględnieniem roli kobiet, oraz dokonała analizy położenia ekonomicznego i społecznego kobiet we Francji... ..W 1844 r. zmarła przedwcześnie na tyfus...."

Drugiego bohatera, wnuka - Paula Gauguin, przedstawiać nie trzeba, ja go poznałem 60 lat temu z przepięknej fabularyzowanej biografii autorstwa Henri Perruchot (1917 -1967), którą gorąco polecam (jak również do jego biografii wielu innych malarzy takich jak Cezanne, Renoir, Van Gogh, Modigliani i innych).

Vargas prowadzi akcje dwutorowo: - jeden wątek to życie Gauguina w latach 1892 – 1903, a drugi - to życie i działalność Flory od kwietnia do listopada 1844 roku, a więc na cztery lata przed urodzeniem się Paula. To co łączy oba wątki to różny stosunek do, ujmując to skrótowo, do seksu. "Skrótowo", bo chodzi o godność kobiety i jej miejsce w społeczeństwie.

Połączenie biografii dwóch niezwykłych postaci musi prowadzić do zubożenia ich, a w przypadku Vargasa do zawężenia tematyki, do jego konsekwentnie realizowanych erotomańskich zapędów.
Działalność Flory, aktywistki "Jedności Robotniczej", a w tym jej dysputy z klerem czy paniami zajmującymi się działalnością charytatywną przedstawiona jest na żałosnym poziomie, argumenty o spójności idei socjalizmu i katolicyzmu oklepane i wielokrotnie ośmieszone.. Jednym słowem: szkoda gadać, a jak kogoś to kręci to polecam Simone Weil.

Gorsza sprawa z wciskaniem Gauguinowi spaczonego toku myślenia, dewiacji sprzecznej z europejską mentalnością (s. 37):
"......Teraz, kiedy dziewczyna nosi w sobie twoje nasienie, kiedy zacznie tyć i stanie się jedną z tych tłustych, monstrualnych miejscowych kobiet, wtedy - zamiast uczucia i pożądania – poczujesz do niej odrazę. Lepiej przerwać wasz związek, zanim zakończy się w sposób niegodny. A twój przyszły syn lub córka? Będzie jeszcze jednym bękartem na tym świecie zaludnionym bękartami..."

Nie lubię Vargasa za takie poglądy, a szczególnie gdy wykorzystuje swojego bohatera, by je snuć. Przypomnijmy, że Vargas, w wieku 17 lat (Wikipedia):
".....W 1955, w atmosferze skandalu obyczajowego, poślubił Julię Urquidi, swą daleką ciotkę, starszą od siebie o 10 lat...."
...- co niewątpliwie wpłynęło na jego nienormalny stosunek do kobiet i do piękna aktu seksualnego.
Dla świetego spokoju daję aż 5 gwiazdek.

Andrzej DRAWICZ - "Mistrz i diabeł"

Andrzej DRAWICZ - "Mistrz i diabeł"
O Michale Bułhakowie

Andrzej Drawicz (1932 – 1997) - polski eseista, krytyk literacki, tłumacz literatury rosyjskiej. Czytam w Wikipedii:
"....W książkach o literaturze rosyjskiej XX wieku: "Zaproszenie do podróży" (1977), "Spór o Rosję" (1981), "Jeszcze Rosja nie zginęła" (1988), "Mistrz i Diabeł" (1987) – popularyzował w Polsce twórczość pisarzy, którą uważał za wartościową artystycznie i poznawczo. Przy wszelkich ograniczeniach, jak kompromisy i przemilczenia, jakimi zostało okupione jej istnienie w oficjalnym obiegu wydawniczym w ZSRR, próbował przemycać cenzurowanych autorów do polskiej świadomości literackiej. Formułując wyważone sądy, biorąc pod uwagę skomplikowaną sytuację pisarzy rosyjskich w kraju i na emigracji, próbował być mediatorem między inteligencją polską a rosyjską ("Pocałunek na mrozie").
Walczył ze stereotypami narosłymi wokół obrazu Rosjan i Rosji w Polsce, przekazując Polakom wiedzę o kulturze rosyjskiej i życiu codziennym w sowieckiej Rosji. Drawicz tłumaczył głównie Bułata Okudżawę, A. Płatonowa, W. Bykowa, W. Meyerholda, Wieniedikta Jerofiejewa, G. Władimowa, a także wspomnienia Nadieżdy Mandelsztam, żony Osipa. Był ponadto redaktorem pracy zbiorowej "Historia literatury rosyjskiej XX wieku, edytorem prozy Michaiła Bułhakowa oraz opowiadań i opowieści Michaiła Zoszczenki...."
Opiniowałem jego zbiór felietonów pt "Pocałunek na mrozie" (8 gwiazdek), który również gorąco polecam.
Drawicz we wstępniaku "Od autora" pisze (s. 7):
"....żyjąc przez wiele lat w kręgu Bułhakowa starałem się, jak umiałem, go zrozumieć. Tak postępując stałem się w jakiejś mierze, choćby najmniej pojętnym, ale przecież uczniem mojego wielkiego Mistrza. Jeśli zatem to, co w efekcie powstało, choć trochę się do Bułhakowa zbliża i coś zeń chwyta, to nie powinno mieć łatwego losu, bo łatwy los jest ze swojej istoty niebułhakowski..."
Ujmująca skromność Drawicza nie pomniejsza jego dzieła, którego wydanie opóźnił niełaskawy los.
Proszę Państwa, warto skorzystać z dzieła Drawicza, by lepiej zrozumieć twórczość Bułhakowa, w tym "Mistrza i Małgorzatę". Piszę to, mimo, że Drawicz uważa Bułhakowa za swojego mistrza, a ja nie jestem jego bezkrytycznym fanem, czemu dałem wyraz w swoich recenzjach „Mistrza i Małgorzaty” (5 gwiazdek), „Fatalnych jaj” (5), „Diaboliady” (7), „Życia pana Moliera” (7), „Białej Gwardii” (7) oraz pracy Marianne Gourg „Michał Bułhakow 1891 -1940” (1). Ze względu na prowokacyjne 5 gwiazdek, jak i treść mojej recenzji „Mistrza i Małgorzaty” podaje adres recenzji:
http://wgwg1943.blogspot.ca/search?q=mistrz++i++ma%C5%82gorzata

Nie miejsce tu jednak na ocenę Bułhakowa, lecz dzieła Drawicza, a tu nie ma wątpliwości, że jest to najwyższej jakości dogłębna i szeroka analiza życia i twórczości Bułhakowa, dokonana przez intelektualistę, profesjonalistę i wielkiego znawcę rosyjskiej inteligencji. Drawicz „czuje” Rosję i wspaniale rozróżnia co rosyjskie, a co sowieckie, w przeciwieństwie do wspomnianej wyżej Gourg.
Zachętę do tego dzieła kończę wypisem z przedostatniego rozdziału pt „Mistrz (s. 327 – 333):

„...Diabolus maior jest brakiem dobra, a więc pustką, słowem nihil, pokusą samounicestwienia. Niszczy się go najbardziej nie - zwalczaniem, lecz zanegowaniem. Bodaj to właśnie zostało zawarte w słowach poetyckiego nekrologu, napisanego po śmierci Bułhakowa przez Achmatową:
„Ty tak surowo żył i do konca donios/ Wielikolepnoje priezrienije”
(„Żyłeś tak surowo i doniosłeś do końca wspaniałą pogardę”)

„Wspaniała pogarda” obraca w nicość „wszechmiażdżącą siłę”...”

I kończy rozdział jakże trafną uwagą:
„....Pod koniec głównej księgi Woland mówi do Małgorzaty: „Proszę się nie niepokoić, wszystko będzie jak należy, na tym trzyma się świat”.
„Wsio bydiet prawilno, na etom postrojen mir”.
Być może jest to najważniejsze Bułhakowskie zdanie. Jego zwyczajność jest pozorna. Jeśli wszystko, co pisarz zrobił, zbiegło się w 'Mistrzu i Małgorzacie', to sens głównej księgi koncentruje się w tej frazie.
Naturalny, ludzki porządek rzeczy, nic więcej. To, za co zginął Joszua”.

Napisanie odpowiedniej recenzji tej fascynującej biografii przekracza moje możliwości, więc chylę czoło przed Drawiczem i gorąco polecam książkę szczególnie entuzjastom "Mistrza i Małgorzaty".



Friday, 4 August 2017

J. R. R. TOLKIEN - "Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Podlesia Wiekszego"

J. R. R. TOLKIEN - "Rudy Dżil i jego pies. Kowal z Podlesia Większego"


Wszyscy, oprócz mnie, Tolkiena znają i kochają. Mnie ominął, bo jak znalazłem na:
http://www.fahrenheit.net.pl/archiwum/fif_p1/66.html

pierwsze polskie wydania (w tłumaczeniu Skibniewskiej) przypadają na lata 1960 – 61, a wtedy dostałem się na studia i bardziej mnie interesowało bujne życie studenckie niż ten rodzaj literatury. Już na emeryturze próbowałem czytać "Hobbita..", "Władcę Pierścieni" i "Silmarillion", ale nie zmogłem. Obecnie wpadła mnie w ręce ta siedemdziesięcioośmiostronicowa książeczka zawierająca dwa opowiadania i ze względu na jej "szczupłość" postanowiłem ją przeczytać. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że na LC nie ma ona żadnej opinii, a ocen 30 i notę 7,2. Szczęśliwie jestem dociekliwy i znalazłem każde z opowiadań wydane osobno i ich oceny 6,91 i 6,83.

W pierwszej baśni Dżil dostał miecz od króla, który okazał się magicznym, coś w rodzaju kija -samobija i przy jego pomocy zwyciężył smoka, zdobył bogactwa i obalił króla, by samemu nim zostać. I utył wraz z żoną swą. Do tego przez cały czas był niedobry dla swojego wiernego psa. Niezbyt pedagogiczne...

W drugiej baśni chłopiec, a z czasem mężczyzna, nabywa, wskutek połknięcia czarodziejskiej gwiazdki, zdolność przechodzenia do Krainy Czarów... Wybraniec z czasem gwiazdkę przekaże, a negatywny bohater Kołek pozostanie po wsze czasy kołkiem. Fajne!

Czyli ponad godzinę miło spędziłem, aby nie budzić kontrowersji daję 6 gwiazdek, lecz dalej nie mam ochoty na większe dzieła Tolkiena. Za stary na nie jestem!

Thursday, 3 August 2017

Jerzy PILCH - "Spis cudzołożnic"

Jerzy PILCH - "Spis cudzołożnic. Proza podróżna"

W anglojęzycznej Wikipedii znalazłem bardzo odważne zdanie:
"...Critics have compared Pilch's style to Witold Gombrowicz, Milan Kundera or Bohumil Hrabal..."

Brak takiego stwierdzenia na stronie polskojęzycznej proszę sobie samodzielnie zinterpretować.
Wśród moich 1482 recenzji na LC, znajdziecie Państwo, jedną jedyną moją recenzję twórczości Pilcha, mianowicie "Tysiąca spokojnych miast", w której pisałem:

".....Pamiętam jego pierwsze utwory, następnie felietony w "Tygodniku Powszechnym", którego jestem wiernym czytelnikiem od ponad 60 lat, jak i dalsze, wraz z dziennikiem. Pilch (ur. 1952), zaczął publikować w 1988, omawianą książkę wydał w 1997, a z "TP", szczęśliwie dla mnie znikł w 1999; niestety w 2012 - powrócił. Nigdy nie mogłem zrozumieć przyczyn drukowania go w tym katolickim tygodniku, przez złośliwych nazywanym "Żydownikiem Powszechnym", gdyż ani katolikiem, ani Żydem nie jest...."

I dalej:
"......nie znoszę megalomanii, a Pilch niewątpliwie zasłużył na tytuł Super Megalomana..."

Megalomanów w polskiej literaturze mieliśmy wielu, na czele z Iwaszkiewiczem, Miłoszem i Gombrowiczem, lecz im wybaczam, bo zrekompensowali poniekąd ten minus swoją twórczością. Pilch natomiast pracował usilnie nad swoim wizerunkiem łatwym do zaakceptowania przez czytelników: pijak lub alkoholik, a mimo to sprawny pisarz i intelektualista, protestant, a mimo to chrześcijanin bliski polskiej obyczajowości katolickiej. Ze względu na jego wszechobecność i autoreklamę postanowiłem milczeć, by nie walczyć znowu z całym światem, czyli jego powszechna akceptacją.

Do przerwania mojego milczenia skłoniło mnie, dość przypadkowe przyjrzenie się jego osiągnięciom na LC, gdzie znalazłem 26 jego samodzielnych pozycji, z których zaledwie 5 przekroczył granicę 7 gwiazdek, przy czym 3 książki zaopiniowano kolejno 0, 1 i 2 razy. Taka sama ilość książek (5) uzyskała noty poniżej sześciu gwiazdek, a aktualnie omawiana dostała dzięki 1845 ocenom przeciętną 6,1, co daje jej 7 miejsce od końca, czyli nie jest najgorszą, jak wielu recenzentów twierdzi. Ten w istocie brak Państwa zachwytu Pilchem zmobilizował mnie do próby weryfikacji mojego stosunku do autora przez ponowne przeczytanie tej książki, znajdującej się akurat w zasięgu mojej ręki i sformułowania jednozdaniowej recenzji:

Alter ego autora, mgr Gustaw, pisarz, intelektualista i pijak, wyznania ewangelicko – augsburskiego robi za sutenera dla gościa ze Szwecji, w celu przekonania go o łatwości polskich kobiet, co dodatkowo uzasadnia wspomnieniami własnych podbojów. Żenada!!

Nie rozumiem recenzentów, którzy sami stwierdzają, że to grafomania, by ją usprawiedliwiać, bo oni ją lubią bądź że to naśladownictwo Gombrowicza . Dla mnie grafomania pozostaje grafomanią, a jazda na "fenomenie obojętności świata" - żałosna. Doceniając nieliczne zabawne sytuacje podnosze ocenę do 4 gwiazdek

Tym samym powracam do milczenia w sprawie twórczości tego pana.

PS Szanowni Państwo! Więcej odwagi i konsekwencji w wyrażaniu swoich poglądów, bo nie ma przymusu bawić się w political correctness

Wednesday, 2 August 2017

Grażyna JEROMIN - GAŁUSZKA - "

Grażyna JEROMIN – GAŁUSZKA - "Złoty sen"Złoty sen"

Żeby nie doszło do nieporozumień oświadczam, że przeczytałem z uwagą „Złoty sen” do ostatniej strony, przyzwyczaiłem się do życia bohaterek wspomnieniami oraz wpływem ich na teraźniejszość, a pogodzić się mnie trudno z pesymizmem i poglądami na zmierzch życia i stosunek do śmierci. Stąd pozwalam sobie na parę upierdliwych uwag

Po pierwsze walczę od lat z pojęciami "literatura kobieca" czy też "literatura dla kobiet", bo są to pojęcia bezsensowne mające na celu usprawiedliwić niedoskonałość danej książki. Literatura jest dobra lub zła, a poza tym podziałem wydawane są również książki nie mające z nią nic wspólnego. Omawiana książka jest niezła nawet dla chłopa, za jakiego się uważam. Po drugie - nieprawdą jest, że człowiek stary ma więcej czasu czy też nudzi się, bo sam mając siedemdziesiąty piąty rok życia, a więc doświadczony aposteriorycznie (masło maślane), jestem "busy", a czas biegnie tak szybko, jak mówi Jerzy Urban:
„,,,Poczynając od matury czas, ogólnie biorąc, biegnie w tempie nierównomiernie przyspieszonym. W starości akurat, kiedy człowiek ma go za mało, pędzi przekraczając dozwoloną prędkość”

Trawestując Miłosza z „Traktatu teologicznego” („Takiego traktatu młody człowiek nie napisze"), wyszło mnie: "poniższych słów stary człowiek nie napisze":

„Jakoś tak to zostało wymyślone, że dotykające ludzi na starość choroby i związany z nimi ból sprawiają, że człowiek zaczyna oswajać się ze śmiercią, aż w końcu z utęsknieniem jej oczekuje. I może jest w tym jakaś przyjemność, jak w zasypianiu po nużącym dniu.” (s. 278 - bzdura! - wbrew autorce nikt ze śmiercią się nie „oswaja”, ani też nikt nie oczekuje jej „z utęsknieniem”)

„Nuda to taka straszna rzecz. Świadomość, że zaczyna się i kończy dzień identycznie jak poprzedni i tak już będzie zawsze, sprawia, że czas przestaje płynąć, tylko ucieka bez sensu. Czas bez zdarzeń jest jak zegar ustawiony w szczerym polu- nie wiadomo komu i po co odmierza kolejną godzinę.” (s. 48 - tylko początkowe zdanie słuszne))

„..Młodzi ludzie, którzy mają czym wypełnić dzień i noc i którym wciąż brakuje czasu na to czy tamto, mogą spać tak długo...” (s. 86 - nielogiczne, jest akurat na odwrót)

„...śmierć to taki piękny sen, gdy wszystko wokół zasypia w jednej chwili...” (s. 197 - to słowa staruszki, a w realu - tak może mówić tylko młody, gdy nie czuje bliskości kostuchy)

„...śmierć to tylko kompletna awaria maszyny zwanej ludzkim ciałem..” (s.302 – cyniczne) )

Ergo: autorka jest młodą kobietą, z błędnym wyobrażeniem o starości, lecz gdy się postarzeje to zdanie zmieni.
Książka nie jest „lekką, łatwą i przyjemną”, bo jest ponurą i dlatego nie polecam jej czytelnikom ze skłonnością do depresji... ..Ale wszystkim innym tak, tym bardziej, że koniec tchnie optymizmem. „Dobra” to jest 6 gwiazdek, a ja, trochę dla zachęty, a trochę z wdzięczności za brak obsceniczności, która regularnie zatruwa mnie lekturę, decyduję się na 7.