Wednesday, 6 November 2013

O kanadyjskiej POLONII słów kilka




            O     kanadyjskiej   POLONII   słów   kilka          /23-28.10.2013/

DO  JANUSZA:
Poniższa  pisanina  rozmija  się  z  Twoimi  oczekiwaniami;  nie  jestem  ich  stricte  spełnić  ze  względu  na  awersję  do  ludu  rydzykowego  jakim  jest  kanadyjska  Polonia.  Wyobrażenie  o  nim  zdobędziesz  wchodząc  na  stronę  Polonia-Toronto,  a  następnie  czytając  polonijną  prasę  i  komentarze  wydarzeń.  Ja  ograniczam  się  do  osobistych  odczuć,  jakich  doznałem  w  /niechcianym/  kontakcie  z  jego  przedstawicielami.

ERGO:
Podejmuję    próbę   skreślenia   paru  uwag  na  ten  /nieleżący  mnie/  temat,  tylko  i  wyłącznie,  na  życzenie  mego  kochanego   /stryjecznego/  Brata  -  Janusza,  któremu  nie  śmiem  odmówić  z  racji  estymy,  jaką  Go   obdarzam.  



Niechęć  moją  do  zajmowania  się   tą  rzeczywistością  wzmaga  pamięć  słów  Norwida:
 
My  pochodzimy  ze  społeczeństwa  jedynego  na  globie,  w  którym  nie  ma  ani  jednego  czymkolwiek  bądż  wyższego  obywatela,  który  by  zelżonym  od  rodaków  albo  upoliczkowanym  i  nawet  obitym  nie  był”

 ...Janusza  Głowackiego:

  „Jeżeli  jesteś  w  nędzy  albo  w  rozpaczy,  nigdy,  ale  to  nigdy  nie  przyznawaj  się  do  tego  rodakom.. Nikt  ci  nie  pomoże,  tylko  cię  dobiją”,

...Janusza  Szpotańskiego  /1929-2001,  autora  „Towarzysza  Szmaciaka/:

/Polacy/  „to  naród  gęgaczy  i  szeptaczy  zbierających  się  w  chroniące  je  stadka,  bo  pojedynczo  boją  się  cokolwiek  powiedzieć”

...jak  i  Miłosza:

„Polacy  składali  stosy  najbardziej  absurdalnych  donosów  do   władz  amerykańskich...   ...każdy  Polak  jest  śmiertelnym  niebezpieczeństwem...”.

Uzupełniając   powyższe  cytaty  Kołakowskim,  który  pisał  o:

„..zmorze  klerykalnego,  fanatycznego  i  tępego  katolicyzmu,  który  od  czterych  stuleci  przygniata  i  sterylizuje  naszą  kulturę  narodową”

przedstawiam   mojemu  /potencjalnemu/  czytelnikowi   obraz  moich  pogłądów  na  współziomków,  w  tym  na    społeczność   Polonii  kanadyjskiej,  a  precyzyjniej:   na  tworzących  ją   /w  zdecydowanej  większości/    „gęgaczy”.

Czym  jednakże  różni  się  Polonia  kanadyjska  od   zbiorowiska  /zbiorowiska,  bo  przecież  nie  narodu/  pozostałego  w  kraju?   -  PROPORCJAMI.

A  tu  znów  muszę  pozwolić  sobie  na  dygresję,  tym  razem  o  „narodzie”,  by   wykazać  się  swoją  permanentną  upierdliwością.  Otóż   naród  to  „historycznie  utworzona,  trwała  wspólnota  ludzi,  powstała  na  gruncie  wspólnoty  dziejów, kultury,  języka, terytorium  i  życia  ekon., przejawiająca  się  w  istnieniu  świadomości  narodowej  jej  członków”  /„Leksykon  PWN”/.    Przecież  przyjmując  taką  definicję,  nie  sposób  w ogóle  mówić  o  „polskim  narodzie”.  Moreover,  jak  mówią  starożytni  Kanadyjczycy,  wyczytałem  ostatnio  apoteozę  „narodu”,  „polskiego  narodu”  u rosyjskiego  Żyda  Karola  Modzelewskiego /skądinąd  wspaniałego  i  niezmiernie  przeze  mnie  szanowanego/.  Żebyś  Januszku,  nie  musiał  szperać  w  swoim  wspaniałym  zbiorze  bibliotecznym,  przypominam,  że  ww  urodził  się  jako  Cyryl  Budniewicz  z  matki -  Natalii,  rosyjskiej  Żydówki  i   ojca -  podchorążego  radzieckiej  wyższej  szkoły  oficerskiej;  z  kolei  ojczym -  Zygmunt  Modzelewski,  internacjonał,  działacz  Francuskiej  Partii  Komunistycznej,  po  przejściach  w  sowieckim  łagrze,   dochrapał  się  w  stalinowskiej  /tzn  obejmującej  lata  1945-54/   Polsce,  stanowiska  ministra  spraw  zagranicznych,  członka  KC PZPR  i  Rady  Państwa.  Następne  „moreover”  to  to,  że  podzielam   powszechny  pogląd,  iż  dziecięce  lata  pozostawiają  niezatarty  ślad  w  każdym  „ego”,  a  te  Cyryl  /vel  Karol/  spędził  w  bolszewickim  domu  dziecka  /1941-44/,  poddawany  skutecznej  indoktrynacji.

 Nie  jestem  w  najmniejszym  nawet  stopniu  nacjonalistą,  lecz  trudno  mnie  pogodzić  się  z  faktem,  że  konieczna  jest  obrona  PRZEDE  MNĄ  wielkości  mojego  „narodu”  przez,  jakby  nie  patrzeć  rosyjskiego  Żyda.  Podobnie  bulwersuje  mnie  czasem  stanowczość  wypowiedzi  mego  idola  Adasia  Michnika,  z  racji  jego  pochodzenia,  żydokomunistycznego  środowiska,  w  którym  się  wychowywał,  jak  również  faktu,  że  był  oczkiem  w  głowie  dyżurnego  ideologa  PZPR  -  /Żyda/  Adama Schaffa /1913-2006/. 
Jak  widać  z  powyższego  tkwi  we  mnie  jednak  zakamuflowany  antysemityzm  wyssany  z  mlekiem  matki  /Polki/.  Abym  nie  został  prymitywnie  posądzony  o  chęć  ubewłasnowolnienia  ww  w  materii  wyrażania  poglądów  na  temat  „narodu  polskiego”   przypominam,  że  z  przyjemnością  czytam  NIETZSCHE’ ego,  mimo,  iż  był  synem  pastora /podobnie jak antyklerykał  Ingmar  Bergman/.

   Reasumując,  wydaje  mnie  się  celniejsze  posługiwanie  się  „zbiorowiskiem”   niż  „narodem”.  Podkreślam  na  koniec,  że  absolutnie  nie  upieram  się  przy  „zbiorowisku”,  możemy  podyskutować  np  o  „społeczności”  bądż  „społeczeństwie”.
    
Wracam  do  PROPORCJI. W  kraju  elektorat  PiS-u,  obejmujący  polską  ciemnotę,  podkarpacką  i  kresową  biedotę,  wszelkiego  autoramentu  nacjonalistów,  rusofobów  czy  katopolaków,  którzy  przypisują  sami  sobie  prawo  do  zwania  się  „prawdziwymi  polakami”  /z  małej  litery,  gdyż  ręka  mnie  wzdryga  się   przed  dużym  „P”/,  a  więc  tradycyjny  elektorat  PiS-u  powiększony  o  zagarnięte,  przefarbowane  giertychowskie  „moherowe  berety”  i   zwolenników  Jędrzeja  Giertycha,  w  żaden  sposób  nie  przekroczy  30 %  populacji,  podczas,  gdy  tu,  w  Kanadzie  sięga  95 %.  Efekt  tej  różnicy  niech  zilustruje  przykład:  w  Polsce   jakoś  bezpiecznie  żyją  i  kabareciarz   Jacek  Fedorowicz,  i  ksiądz-Żyd  Weksler-Waszkinel;   a  w  Kanadzie  obaj  cudem  uniknęli  linczu.  Dyktat   „dzikiego  nacjonalizmu  i  mesjanizmu” /określenie  Miłosza/  ujawnia  się  w  pełnej  krasie  dopiero  tutaj,  gdzie  PROPORCJE  zostały   zachwiane.

 Nim  przejdę  do  opisu  /mam  nadzieję/   zabawnych  faktów  z  życia  Polonii,  powiem  a  propos  wspomnianego  „mesjanizmu”,   że  w  ciągu  23-letniego  pobytu  w  Kanadzie  nie  spotkałem  Polaka,  który  by  nie  twierdził,  że   Polska  obroniła  Europę  w  1920 roku  przed  „nawałnicą  bolszewicką”,  że  Polska  obaliła  ZSRR  i   mur  berliński.  No  i  oczywiście,  że  nasz  udział  w  II  w.św.  miał  decydujący  wpływ  na  jej  przebieg  /mimo  sławnego  zdania  Jana  Karskiego,  że  „bez  państwa  podziemnego,  bez  AK,  wojna  nie  trwałaby  ani  o  jeden  dzień  dłużej”/. No  to  powiedz  mnie,  Kochany  Bracie  Januszku,  jak  ja  mam  się  z  takimi  ludżmi  zadawać? 
       
Ponieważ   swoją   pisaninę  traktuje  z  przymrużeniem  oka,  pozwolę  sobie  tutaj  na  dygresję  o  księdzu-Żydzie.  Przed  wojną   jedynym  katolickim  księdzem-Żydem  był  rektor  w  Kościele  św. Jacka  przy  ul. Freta -  Tadeusz  Puder.  Pewnego  dnia,  gdy  szedł  na  ambonę,  doskoczył  doń  gorliwy  Polak,  dał  mu  w  twarz  krzycząc:  „To  jest  Żyd”.  Opisał  to  Tuwim  w  „Kwiatach  Polskich”.  No  cóż,  z  internacjonalistycznej  ideologii  chrześcijaństwa,  porównywalnej  z  marksizmem,  Polacy  zrobili  nacjonalistyczny,  faszystowski  katolicyzm.  Dodajmy  jeszcze,  że  wrednego,  zacietrzewionego  antysemitę  Kolbego,  Wojtyła  zrobił  świętym. 

Ale  ad  rem.  Moje   pierwsze   chronologicznie    odczucie,   jakiego  doznałem   w  Kanadzie  związane  jest  poniekąd   z  jednym  z  dwóch  ulubionych  przez  Polaków  zwrotów  retorycznych  podkreślających  ich  ważność:   „Pan  nie  wie  kim  ja  jestem”   / Drugie  -  to  ekshibicjonistyczne  -  „Ja  panu  pokażę”/.  Chodzi  o  przesłuchanie  w  urzędzie  dla  newcomers,  prowadzone  przez  uśmiechniętego    Chińczyka,  który  rzuciwszy  okiem  na  pierwszą  rubrykę  wypełnioną  przeze  mnie  słowem  POLANDbezwarunkowo  stwierdził:  „Jesteś  inżynierem  z  Warszawy”.   „Yes, yes”  -  radośnie  potwierdziłem  żywiąc  podziw  dla  ich  służb  specjalnych. Niestety,  mój  entuzjazm  został  natychmiast  ostudzony,  wyjaśnieniem  nieustannie  uśmiechniętego  Chińczyka:  „Każdy  Polak  podaje,  że  jest  inżynierem  z  Warszawy”.  

 Diagnoza  była  słuszna,  bo  sam   poznałem  w  krótkim  czasie  kilkunastu  „inżynierów  z  Warszawy”,   wszystkich  fałszywych,  dziecinnie  prosto  demaskowalnych,  wskutek  nieznajomości  jargonu  zawodowego,  nie  wspominając  juz  nawet  o  nieporadności  w  udawaniu  Warszawiaka.  Oczywiście,  oprócz  inżynierów,  doznałem  zaszczytu  poznawania  pseudoabsolwentów  innych  wyższych  uczelni,  w  tym  nawet  lekarzy,  czyli  jedynej  grupy  zawodowej,  która  nie  spotyka  niepokonywalnych  trudności  w  nostryfikacji  dyplomów.  Co  do  autentycznych   inżynierów   z  polskimi  dyplomami,  spotkałem  dwóch,  którzy  zrobili  „karierę”:  jeden  po  kilku  latach  wspinania  się  po  szczeblach  pracy  governmenckiej   zdał  kanadyjskie  egzaminy  „na  inżyniera”,  które,  jak  mnie  opowiadał,  były  bardzo  trudne  i  dotyczyły  głównie  billów,  czyli  znajomości  przepisów  prawnych;  a  drugi  był  dumny  ze  swojej  pracy  przy  obsłudze  sterowanych  obrabiarek.   Zaznaczę,  że  ten  ostatni  o  swoim  polskim  dyplomie  w ogóle  nie  wspominał,  a  odkryłem  to  sam  wsłuchując  się  w  jargon,  jakiego  używał  w  trakcie  wspólnych  spacerów  z  naszymi  psami.  Kto  nie  miał  wyższych  studiów,  to  pozostawił  majątek  w  Polsce,  a  kto  nie  miał  ani  majątku,  ani  studiów,  to  był  emigrantem  politycznym.  To  dlaczego  po  1990  roku  nie  wracał?  Wrócił  jeden -  Robert  Mucha.  Tu  był  dealerem  samochodowym,  a  w  Polsce  został  „królem  margaryny”.     Znów  dygresja,  było  tu  dwoch  polskich  dealerów   Much  i  Penk.  Polonia  ułożyła  wierszyk:  „Jak  cię  Mucha  nie  wyrucha,  to  cię  Penk  wypęka”.

W  powyższym  akapicie  wspomniałem  o  „niepokonywalnych  trudnościach”  w  staraniach  o  uznanie  polskich  dyplomów.   Trafnym  ich  potwierdzeniem  jest  pismo  jakie  otrzymałem  z  University  of  Toronto   /19  miejsce  w  rankingu  najbardziej  prestiżowych  uczelni  świata/  z  Comparative  Education  Service:  „...We  would  consider  Mr. Golebiewski’s  university  qualifications  to  be  between  Bachelor’s  and  a  Master’s  degree  in  Chemical  Engineering  from  a  reputable  Canadian  university…    ..  this  assessment  has  no  bearing  on  any  evaluation   made  for  the  purposes  of  any  application  for  a  licence  to  practice  a  profession  in..  ..Canada”.    I  tak,  na  mnie  -  zdobywcę  dwóch  tytułów;  magistra  I  inżyniera,  studiującego  intensywnie  całe  osiem  lat,  broniącego  dyplomu  w  pamiętnym  marcu  1968 r.,  wylano  wiadro  zimnej  wody,  a   ściśle  pomyj,  gdyż  przecie  należało  mnie  się  uznanie  choćby  za  bohaterskie  uczestnictwo  w  „wypadkach  marcowych”.

O  powyższym  wspomniałem,  gdyż  chciałem  płynnie  przejść  do  sprawy  języka  polskiego  wśród  Polonii,  a   do  poznania  tej  kwestii  przyczyniły  się  studia  na  Seneca  College,  na  które  się  wybrałem,  by  zdobyć  kanadyjskie  papiery   niezbędne  do  pracy  w  mojej  profesji  tj  chemii.  Otóż  tamże  poznałem  zdolną  techniczkę  z  Gdańska,  jak  ja  - studentkę,  która  wstydziła  się  używać  języka  polskiego.  Nazwałem  ją  „GARBATĄ”   i  pod  taką  „ksywą”  została  w  mojej  pamięci.  Nie  udało  mnie  się  jej  przekonać,  że  „Polacy  nie  gęsi,  też  swój  język  mają..”.   Pomocny  w  jej  wyprostowywaniu,  lecz  też  w  ograniczonym  stopniu,  okazał  się  wykładowca,  dr Jarzmik  z  AGH,  przybyły  do  Kanady  po  kontraktach  w  Afryce,  który  prowadząc  zajęcia  podkreślał  swoją  polskość  i  do  Garbatej,  i  do   mnie  zwracał  się  ostentacyjnie  po  polsku.   Garbata  przemogła  się  i  zaczęła  w  trakcie  przerw  odzywać  się  do  mnie  po  polsku,  lecz  chęć  skanadolizowania  się  była  przeogromna,   więc  z  obowiązkowym  tu  kubeczkiem  po  kawie  nie  rozstawała  się. /Nie   z  kawą,  bo  te  już  rano  wypiła,  a  że  skąpa  była,  to  pusty  kubeczek  „po”  nosiła/.   Rozwożąc  KFC  spotykałem  Polaków  nie  przyznających  się  do  znajomości  języka  polskiego,  ale  wspomnę  o  dwóch  wydarzeniach  komicznych.
 
Pierwszego  miejscem  jest  sala  przylotów  na  torontańskim   lotnisku :  w  grupie  oczekujących na  polski  samolot  wyróżnia  się  dwóch  „zakapiórów”  z  czerwonymi  nosami,  rozmawiających  po  „pseudoangielsku”,  co  gorsza,  nie  zdają  sobie  sprawy  ze  swojej  śmieszności;  drugim  miejscem -  „Polka – delikatessen”,  polski  sklep,  z  polską  obsługą,  gdzie  głośno  rozbrzmiewa  język  polski.  Nie  powiem,  że  zawsze,  ale  przy  co-drugich  odwiedzinach  jestem  świadkiem  scenki,  w  której  Polka   /rzadziej  Polak/  udaje,  że  nie  rozumie  naszego  języka  i   żąda  „sołsedż” /lub  „Kolbasa”/   i    „ham”-u.  Co  gorsza,  gdy  trafi  na  ekspedientkę  płynnie  mówiącą  po  angielsku,  gubi  się  i  przechodzi  na   „polski”.  No  cóż,  pamiętam  jak  Elżbieta  Czyżewska,  po  krótkim  pobycie  w  Stanach,  zapomniała  ojczystego  języka,  a  i  dość  niedawno  oglądałem  niejakiego  Kraśkę,  ktory  jako  korespondent  TV  z  USA  udawał,  że  zapomniał  reguł  polskiego  akcentowania;  szczęśliwie  wrócił  do  W-wy  i  mowę  odzyskał.
   
Jednakże,  w  znaczącej  większości  kanadyjska  Polonia  kultywuje  swój  język  i  obyczaje.  Wielkie  wzruszenie  wywołuje   przywiązanie  do  korzeni  tej  najstarszej  Polonii  /np  zamieszkującej  slynne  kanadyjskie  Kaszuby/,  lecz  i  młodsza  Polonia,  np  „solidarnościowa”:  posyła  urodzone  tu  dzieci  do  polskich  szkółek  i   rozmawia  z  nimi  w  domu  po  polsku.  Niestety  liczna  pozostaje  grupa  dorosłych  Polaków,  którzy  usiłują  porozumiewać  się  między  sobą  po  „pseudoangielsku”,  a  największy  problem  z  młodymi,  którzy  nawet  z  rodzeństwem  rozmawiają  wyłącznie  po  kanadyjsku.  W  dużym  stopniu  sprzyja  temu  brak  znajomości  odpowiedników  w  języku  polskim,  ktorych  ich  rodzice  nie  zdążyli   lub  nie  byli  w  stanie  poznać  bądż  zasymilować.  /Poziom  umysowy  uniemożliwiał  percepcję/.  Używam  określenia  „pseudoangielski”,  czuję  więc    się  zobligowany  to  wyjaśnić.

Otóż  niestety,  większości  Polonusów  wydaje  się,  że  język  angielski /jak  równiez  dialekt  kanadyjski/  jest  łatwy,   bo  nie  ma  deklinacji,  koniugacji,  a  poza  ludżmi  wszystko  jest  „it”.  Nie  bedę  rozwodził  się  nad  aksjomatem,  że  akurat  jest  odwrotnie.  Słownictwo  jest  przebogate,  budzące  grozę  przyimki  zmieniają  w  iście  diabelski  sposób  znaczenie  rdzenia  /np  fuck/,  a  wyrafinowane  reguły  następstw  „czasów”  widać  w  anglosaskiej  literaturze.  Tylko,  że  podobnie  jak  w  kraju,  Polonia  nie  czyta.  Przeciętny  Polak,  którego  słownictwo  obejmuje  circa  1000  polskich  wyrazów,  w  języku  angielskim  ogranicza  się  do  ok. 500.   Pamietajmy  tez,  że  kanadyjska  wersja  angielskiego  wykluczyła  podstawowe   angielskie  niuanse  jak  „shall”  contra  „will”,  czy  „should”  contra  „would”.  Znikło  też  „ought  to”   zastąpione  przez  wspomniane  „should”.  Do  tego  w  mowie  dominuje  niepodzielnie  Present  Perfect  i  to  oczywiście  w  fomie  skrótowej  I’ve.   Rezultat  łatwy  do  przewidzenia:  analfabetyzm.  Delikwent  nie  kojarzy  frazy  mówionej  z  zapisaną,  nawet  w  formie  skrótowej.  Zdecydowana  większość  Polonusów  nie  jest  w  stanie  przeczytać  jakiegokolwiek  urzędowego  pisma,  nie  mówiąc  o  kanadyjskiej  gazecie.  Wiadomości  czerpią  z  polonijnej /pisowsko-rydzykowej/  prasy,  a  wobec  urzędowego  słowa  stają  się  infantylnie  bezradni.  Podam  przykład  do  jakich  nieporozumień  to  prowadzi.

 Sąsiad  szukał  pracy  i  składał  aplikacje  w  niezliczonych  miejscach,  m.in.  w   administracji  dzielnicy  Toronto – Scarborough.  Pewnego  dnia  dostał  w  municypalnej  kopercie  list  wraz  z  tajemniczym  kluczykiem.  Uczona  żona  /studiowała  ponoć  anglistykę  w  Łodzi/  z  pomocą  koleżanki  „świetnie”  znającej  język  angielski,   otworzyła  list,  przestudiowała   i  uświadomiła  męża,  że  dostał  governmencką  pracę,  a   przesłany  kluczyk  będzie  mu  służył  do  otwierania,  przydzielonej  mu,  szafki  ubraniowej.   Stary  cwaniak  z  Bałut  nie  uwierzył  swojej  połowicy  i  poprosił  mnie  o   przetłumaczenie  pisma.  Miałem  poważny  problem  z  przekonaniem  go  do  mojej  wersji,  więc  wsadziłem  go  w  samochód  i  zawiozłem  na  Kennedy Rd,  gdzie  na  szczerym  polu,  pomiędzy  dwoma  słupami  trakcji  wysokiego  napięcia  wskazałem  mu  ogrodzone  poletko  z  podzielonymi  parcelkami  o  wymiarach  2x2 m  przeznaczonymi  na  ogródki  działkowe  dla  mieszkańców  dzielnicy.  Dopiero,  gdy  własnoręcznie,  przysłanym  kluczykiem,  otworzył  kłódkę   na  furtce  parkaniu   okalającego  poletko,  zwątpił  w  umiejętności  żony  i  jej  koleżanki.  Od  tej  pory  obie  baby  mnie  znienawidziły,  a  nieszczęsny  kluczyk  sam  odwiozłem  do  władz  dzielnicy,  bo  sąsiad  się  wstydził.

Ten  analfabetyzm  Polonusów  ma  również  swoje  dobre  strony;  pozwolił  m.in.  dobrze  prosperować  Monice /mojej  pasierbicy/  w  paralegal  biznesie;  wyspecjalizowała  się  w   egzekwowaniu  odszkodowań  za  wypadki  w  pracy  oraz  choroby  związane  /w  choćby  w  najmniejszym  stopniu/  z  warunkami  pracy.  Jej  klientów  cechują:  analfabetyzm /w  tym  nieznajomość  przepisów,  jak  i  praw  i obowiązków/,  strach  przed  pracodawcą  i  wszelkimi  urzędami  oraz  post  factum   buta,  bezczelność  i  arogancja  wobec  ratującej  im  tyłek.  Bezradni,  załamani,  płaczący,  bez  środków  do  życia  w  pierwszej  fazie  przemieniają  się,  po  otrzymaniu  odszkodowania,  w  bezczelne,  pewne  siebie  kreatury,  twierdzące,  że  dostali  tyle,  ile  im  się  należało,  więc  nie  widzą  powodu  by  cokolwiek  komukolwiek  płacić.  Taki  charakter  Polaka,  za  pomoc  oplują.  Całe  lata  Monika  opracowywała  system  zabezpieczeń  swego  honorarium,  a  jeszcze  i  dziś  w  niektórych  przypadkach  dochodzi  swoich  roszczeń  w  sądach.  Ponieważ  „fortuna  kołem  się  toczy” ,  przyznane  benefity  często  są  zawieszane  lub  cofane,  i  wtedy  skruszony  polonijny  cwaniaczek  robi  się  znów  malutki  i  żebrze  o  pomoc.

I  znów, jak  stara  pierdoła,  się rozgadałem,  a  przecież  nie  skończyłem  jeszcze  z  „pseudoangielskim”.  Jest  to  slang,  jakim  posługuje  się  znaczna  część  Polonusów,  obejmujący  najwyżej  z  500  słów,  których  dżwięk  nie   koresponduje   /w ich  umysłach/  z  formą  graficzną  i  który  charakteryzuje  się  m.in.  twardym  „r”  jak  w „szarap”   wyrażającym  „shut up”  czy  „gerałt” -  „get out”. W  środowiskach  polonijnych,  w  których  pracowałem  słyszy  się  najczęściej  /w   zastępstwie pseudoangielskiego/   dialekt  polsko-kanadyjski,  w  ktorym  dominują  trzy  słowa:  fuck  ze   wszystkimi  przyimkami;  screw  up   oraz   bullshit. Czwartym  równie  często  słyszanym   jest  tubajfor  /to  w  construction  -  rozmiar  belki  „two  by  four”/.  „Polskokanadyjski”   wymaga  umiejętnego  stosowania  tych  słów.    Np.:  „Bullshit,  wszystko  screw  up.  Stasiek - fuck  out!  Józek, kurwa  mać,  podaj  tubajfor”.

Bez  względu  na  to,  gdzie  Polaków  los  rzuci,  bez  względu  na  to,  czy  mówimy  o  Polakach  w  kraju,  czy  też  gdziekolwiek  na  obczyżnie,  dominującą  ich  cechą  jest  chęć  imponowania,  wywyższania  się  etc  realizowana  często  łańcuchem  kłamstw  i  pozorów.  W  ostatnim  czasie  do  stwarzania  swego  wymarzonego  image’u  wykorzystywany  jest  internet  gdzie  /na  stronach  personalnych,  na  portalu  nasza  klasa  etc/  można  wyczytać  chore  fantazje  na  temat  własnego  wykształcenia,  pozycji  zawodowej  czy  szczęścia  w  życiu  osobistym.  No  cóż  polskie  kompleksy,  odwieczne  polskie  kompleksy.  Opiszę  tu  tylko  jeden  przykład,  związany  z  wycieczką  do  polonijnego  ośrodka  w  Grimsby. 

Piękny  ośrodek,  położony  nad  samym  jeziorem,  za  Hamilton,  na  drodze  do  Niagara  Falls,  a  w  nim  przestrzenny  parking  i  wszędzie  napisy  zabraniające  wjeżdżania  samochodami  na  trawę.    Co  musi  zrobić  zakompleksiony  Polak?    Tak,  tak,  wjechać  swoją  „wypasioną  bryką”   na  trawę  i  obowiązkowo  podnieść  maskę  i   otworzyć  bagażnik.  Przecież  gdyby  zostawił  auto  /zdobyte  takim  wysiłkiem,  poświęceniem,  kosztem  tylu  wyrzeczeń/  na  parkingu,  nikt  by  nie  wiedział,  że  to  jego,  że  ON  MA.   Upał  30  stopni,  smród  spod  podniesionej  maski  wali;  to  nieważne,  grunt,  że  wszyscy  widzą,  do  czego  ja – Józek  doszedłem.  Teraz  czas  na  wyładunek  tego  co  się   MA;  a  więc  stolik,  krzesełka,  baldachim  etc;  a  tam  - nie  działa,  inni  też  mają,  w  końcu   jestjest:  coś  czym  wzbudzi  zawiść,  czego  inni  nie  mają  -  drabinka  sznurowa.  Wprawdzie  skarpa  ma  jeno  70  cm  wysokości,  lecz  drabinkę  poprowadzi  się  do  wody  i  wszyscy  będą  widzieli.

Teraz  mnie  się  przypomniały  zakupy  w  polskim  sklepie;  „na  pokaz”.  Najlepiej  w  piątek  po  południu,  albo  w  sobotę,  gdy  dużo  ludzi.  Aby  nabić  IMPONUJĄCY  rachunek  bierzemy  wszystko,  nawet  polską  wodę  mineralną,  polskie  kosmetyki,  ale  to  wszystko  za  mało.  No  to  dołóżmy  polską  aspirynę,  środki  chemii  gospodarczej  /bez  wątpliwości  nieporównywalne  z  kanadyjskimi,  cha,cha!/,  a  na  koniec  „polskie” /robione  w  Toronto/  ogórki  konserwowe  i  „ptasie  mleczko”,  jedno  i  drugie  zalegające  półki  w  sąsiednich  sklepach  kanadyjskich,  i  to  w  niższej  cenie.  Jak  nie  nabiliśmy  jeszcze  200$,  to  dokładamy  parę  gazet  przy  kasie  i  płacimy;  niech  wszyscy  widzą,  żem  pan.  /Bywam  tam  co  tydzień  i  wydaję  9,89 $  na  odłożone  dla  mnie  „NIE” /dyskretnie,  bo  biją/  i  „Tyg. Powszechny” /przywożą  dwa  egzemplarze,  oba  do  teczek/.

Chęć  imponowania  idzie  w  parze  z  zawiścią,  a  ta  prowadzi   często  do  potrzeby  dewastacji  „wrażego”  mienia.  Może  i  istnieje  inne  wytłumaczenie,  ja  wiem  tylko  tyle,  że  póki  w  moim  bloku  mieszkało  dużo  polskich   rodzin,  to  karoserie  samochodów  /głównie  tych  należących  do  Polaków/  były  systematycznie  charatane,  a  potem  ten  wandalizm  ustał.  Dodam,  że  zjawisko  to  w  innych  kręgach  kulturowych  pozostaje  nieznane.
 
Teraz  o  antysemityzmie.  Znam,  znam  - powiesz  -  wg  jego  krzewicieli  Żydzi  wszystkiemu  winni;  „żydzi,  masoni  i  cykliści”,  albo  inaczej:  „żydomasoneria”,  a  do  tego  „żydokomuna”.  No  i  nasze   dzieci  Żydzi  porywają  i  mordują  na  macę,  a  ponadto  to  Żydy  zamordowały  naszego  Pana  Jezusa”.  To  ostatnie  mało  co,  nie  doprowadziło  do  wyżej  wspomnianego  linczu  księdza  Weksler-Waszkinela,  który  /bezczelnie!!/  powiedział:  „..jestem  Żydem, i  Jezus  jest  Żydem.  Jestem  bliżej  Jezusa  od  tych,  którzy  się  jeszcze  nie  nawrócili  i  jeszcze  w  Nim  ŻYDA  nie  zobaczyli”.  A  jeszcze  dolał  oliwy  do  ognia,  cytując   św. Pawła: „...nie  odrzucił  Bóg  swego  ludu,  który  wybrał  przed  wiekami”.    Uciekał  w  popłochu,  bo  „polski  lud  Boży”  zapomniał,  że  ich  ukochany  PAPIEŻ-POLAK  Wojtyła  często  ten  cytat  przytaczał.  Ale  ja  o  czym  innym,  mianowicie  o  tym  do  jakiego  ABSURDU  prowadzi  taki  sposób  myślenia,  a  raczej  tego  rodzaju  bezmyślność.  /Myślenie  jest  wykwitem  rozumu,  a  tego  zgodnie  z  teorią  św. Augustyna  „polski  lud  Boży”  nie  posiada,  i  przeto  pozostaje  mu  zawierzenie  i  posłuszeństwo  lokalnym  autorytetom/
.
Otóż,  pracowałem  z   Polonusem  z  warszawskiego  Żoliborza;  to  istotne,  bo  nie  z  zapadłej  wiochy,  gdzie  jedynym  autorytetem  stale  jest  ksiądz  proboszcz,  ino  z  samej  stolicy.  Ciężko  przeżywał  odejście  żony,  która  z  Hindusem  otworzyła  piekarnię.  Przyszła  chwila  zwierzeń.  „Wiesz,  Wojtek,  jak  ja  nienawidzę  tych  pierdolonych  żydów”  -  zaczął  -  „To  oni  zniszczyli  moje  małżeństwo”.  „Jak to?  Słyszałem,  że  twoja  z  Hindusem  poszła..” –probowałem  wyrazić  zdziwienie.  „Co  ty  wiesz,  to  oni,  to  przez  nich -  jebanych  żydów,   bo  mnie  za  mało  płacili”.  „To  czemu  nie  zmieniłeś  roboty?” –  rżnąłem  głupka.  „A  bo  innej  nie  miałem,  ale  to  oni  winni”.

Na  koniec  wspomnę  galerię  poznanych  okazów,  a  w  niej:  znanego  mnie  uprzednio  Bohdana-Małolata  z  Krakowskiego  Przedmieścia,  który  dla  nas – dorosłych  po  „alpagi”  latał,  a  teraz  za  Piotra,  fotoreportera  „Polityki”  się  podaje;  hydraulika,  który  znał  życie  studenckie,  bo  krany  w  akademiku  naprawiał;  recydywistę-złodzieja,  który  i  tu  z  każdego  sklepu  /lub  z  roboty/  musi   coś  wynieść,   a  twierdzi,  że  w  polskim  więzieniu  siedział  za  kolportaż  solidarnościowych  ulotek;  małżeństwo  ubeckich  partyjniaków,  którzy  chwalą  się  jak  przechytrzyli  „reżim”,  bo  tak  naprawdę  to  oni  walczyli  z „komuną” ;  sierżanta  WP,  agenta  służb  specjalnych,  ktoremu  status  refugee   nie przeszkadza  w  pobieraniu   z  Polski  emerytury  wojskowej  itd, itp.  Przez  23  lata  poznałem  jednego  polskiego  inteligenta,  ale  się  zapił  na  śmierć,  przeto  nie  dziw  się,  Kochany  Braciszku,  że  Polonii  nie  znam,  nie  chcę  znać,  i  niewiele  mam  o  niej  do  powiedzenia.

Aby  zakonczyć   mile,  wspomnę,  że  ten  zmarły  inteligent  odkrył  w  sklepach  45%  chińską  przyprawę  do  zup,  która  w  ilości  paru  kropel  czyniła  ją  /tj  zupę/  niezmiernie  słoną  i  pikantną,  a  on  duszkiem  wypijał  jej /przyprawy,  nie  zupy/  ćwierć  litra.