Wednesday, 6 November 2013

O kanadyjskiej POLONII słów kilka

O kanadyjskiej POLONII słów kilka /23-28.10.2013/
DO JANUSZA:
Poniższa pisanina rozmija się z Twoimi oczekiwaniami; nie jestem ich stricte spełnić ze względu na awersję do ludu rydzykowego jakim jest kanadyjska Polonia. Wyobrażenie o nim zdobędziesz wchodząc na stronę Polonia-Toronto, a następnie czytając polonijną prasę i komentarze wydarzeń. Ja ograniczam się do osobistych odczuć, jakich doznałem w /niechcianym/ kontakcie z jego przedstawicielami.
ERGO:
Podejmuję próbę skreślenia paru uwag na ten /nieleżący mnie/ temat, tylko i wyłącznie, na życzenie mego kochanego /stryjecznego/ Brata - Janusza, któremu nie śmiem odmówić z racji estymy, jaką Go obdarzam.
Niechęć moją do zajmowania się tą rzeczywistością wzmaga pamięć słów Norwida:
„My pochodzimy ze społeczeństwa jedynego na globie, w którym nie ma ani jednego czymkolwiek bądż wyższego obywatela, który by zelżonym od rodaków albo upoliczkowanym i nawet obitym nie był”
...Janusza Głowackiego:
„Jeżeli jesteś w nędzy albo w rozpaczy, nigdy, ale to nigdy nie przyznawaj się do tego rodakom.. Nikt ci nie pomoże, tylko cię dobiją”,
...Janusza Szpotańskiego /1929-2001, autora „Towarzysza Szmaciaka/:
/Polacy/ „to naród gęgaczy i szeptaczy zbierających się w chroniące je stadka, bo pojedynczo boją się cokolwiek powiedzieć”
...jak i Miłosza:
„Polacy składali stosy najbardziej absurdalnych donosów do władz amerykańskich... ...każdy Polak jest śmiertelnym niebezpieczeństwem...”.
Uzupełniając powyższe cytaty Kołakowskim, który pisał o:
„..zmorze klerykalnego, fanatycznego i tępego katolicyzmu, który od czterych stuleci przygniata i sterylizuje naszą kulturę narodową”
przedstawiam mojemu /potencjalnemu/ czytelnikowi obraz moich pogłądów na współziomków, w tym na społeczność Polonii kanadyjskiej, a precyzyjniej: na tworzących ją /w zdecydowanej większości/ „gęgaczy”.
Czym jednakże różni się Polonia kanadyjska od zbiorowiska /zbiorowiska, bo przecież nie narodu/ pozostałego w kraju? - PROPORCJAMI.
A tu znów muszę pozwolić sobie na dygresję, tym razem o „narodzie”, by wykazać się swoją permanentną upierdliwością. Otóż naród to „historycznie utworzona, trwała wspólnota ludzi, powstała na gruncie wspólnoty dziejów, kultury, języka, terytorium i życia ekon., przejawiająca się w istnieniu świadomości narodowej jej członków” /„Leksykon PWN”/. Przecież przyjmując taką definicję, nie sposób w ogóle mówić o „polskim narodzie”. Moreover, jak mówią starożytni Kanadyjczycy, wyczytałem ostatnio apoteozę „narodu”, „polskiego narodu” u rosyjskiego Żyda Karola Modzelewskiego /skądinąd wspaniałego i niezmiernie przeze mnie szanowanego/. Żebyś Januszku, nie musiał szperać w swoim wspaniałym zbiorze bibliotecznym, przypominam, że ww urodził się jako Cyryl Budniewicz z matki - Natalii, rosyjskiej Żydówki i ojca - podchorążego radzieckiej wyższej szkoły oficerskiej; z kolei ojczym - Zygmunt Modzelewski, internacjonał, działacz Francuskiej Partii Komunistycznej, po przejściach w sowieckim łagrze, dochrapał się w stalinowskiej /tzn obejmującej lata 1945-54/ Polsce, stanowiska ministra spraw zagranicznych, członka KC PZPR i Rady Państwa. Następne „moreover” to to, że podzielam powszechny pogląd, iż dziecięce lata pozostawiają niezatarty ślad w każdym „ego”, a te Cyryl /vel Karol/ spędził w bolszewickim domu dziecka /1941-44/, poddawany skutecznej indoktrynacji.
Nie jestem w najmniejszym nawet stopniu nacjonalistą, lecz trudno mnie pogodzić się z faktem, że konieczna jest obrona PRZEDE MNĄ wielkości mojego „narodu” przez, jakby nie patrzeć rosyjskiego Żyda. Podobnie bulwersuje mnie czasem stanowczość wypowiedzi mego idola Adasia Michnika, z racji jego pochodzenia, żydokomunistycznego środowiska, w którym się wychowywał, jak również faktu, że był oczkiem w głowie dyżurnego ideologa PZPR - /Żyda/ Adama Schaffa /1913-2006/. Jak widać z powyższego tkwi we mnie jednak zakamuflowany antysemityzm wyssany z mlekiem matki /Polki/. Abym nie został prymitywnie posądzony o chęć ubewłasnowolnienia ww w materii wyrażania poglądów na temat „narodu polskiego” przypominam, że z przyjemnością czytam NIETZSCHE’ ego, mimo, iż był synem pastora /podobnie jak antyklerykał Ingmar Bergman/. Reasumując, wydaje mnie się celniejsze posługiwanie się „zbiorowiskiem” niż „narodem”. Podkreślam na koniec, że absolutnie nie upieram się przy „zbiorowisku”, możemy podyskutować np o „społeczności” bądż „społeczeństwie”.
Wracam do PROPORCJI. W kraju elektorat PiS-u, obejmujący polską ciemnotę, podkarpacką i kresową biedotę, wszelkiego autoramentu nacjonalistów, rusofobów czy katopolaków, którzy przypisują sami sobie prawo do zwania się „prawdziwymi polakami” /z małej litery, gdyż ręka mnie wzdryga się przed dużym „P”/, a więc tradycyjny elektorat PiS-u powiększony o zagarnięte, przefarbowane giertychowskie „moherowe berety” i zwolenników Jędrzeja Giertycha, w żaden sposób nie przekroczy 30 % populacji, podczas, gdy tu, w Kanadzie sięga 95 %. Efekt tej różnicy niech zilustruje przykład: w Polsce jakoś bezpiecznie żyją i kabareciarz Jacek Fedorowicz, i ksiądz-Żyd Weksler-Waszkinel; a w Kanadzie obaj cudem uniknęli linczu. Dyktat „dzikiego nacjonalizmu i mesjanizmu” /określenie Miłosza/ ujawnia się w pełnej krasie dopiero tutaj, gdzie PROPORCJE zostały zachwiane.
Nim przejdę do opisu /mam nadzieję/ zabawnych faktów z życia Polonii, powiem a propos wspomnianego „mesjanizmu”, że w ciągu 23-letniego pobytu w Kanadzie nie spotkałem Polaka, który by nie twierdził, że Polska obroniła Europę w 1920 roku przed „nawałnicą bolszewicką”, że Polska obaliła ZSRR i mur berliński. No i oczywiście, że nasz udział w II w.św. miał decydujący wpływ na jej przebieg /mimo sławnego zdania Jana Karskiego, że „bez państwa podziemnego, bez AK, wojna nie trwałaby ani o jeden dzień dłużej”/. No to powiedz mnie, Kochany Bracie Januszku, jak ja mam się z takimi ludżmi zadawać?
Ponieważ swoją pisaninę traktuje z przymrużeniem oka, pozwolę sobie tutaj na dygresję o księdzu-Żydzie. Przed wojną jedynym katolickim księdzem-Żydem był rektor w Kościele św. Jacka przy ul. Freta - Tadeusz Puder. Pewnego dnia, gdy szedł na ambonę, doskoczył doń gorliwy Polak, dał mu w twarz krzycząc: „To jest Żyd”. Opisał to Tuwim w „Kwiatach Polskich”. No cóż, z internacjonalistycznej ideologii chrześcijaństwa, porównywalnej z marksizmem, Polacy zrobili nacjonalistyczny, faszystowski katolicyzm. Dodajmy jeszcze, że wrednego, zacietrzewionego antysemitę Kolbego, Wojtyła zrobił świętym.
Ale ad rem. Moje pierwsze chronologicznie odczucie, jakiego doznałem w Kanadzie związane jest poniekąd z jednym z dwóch ulubionych przez Polaków zwrotów retorycznych podkreślających ich ważność: „Pan nie wie kim ja jestem” / Drugie - to ekshibicjonistyczne - „Ja panu pokażę”/. Chodzi o przesłuchanie w urzędzie dla newcomers, prowadzone przez uśmiechniętego Chińczyka, który rzuciwszy okiem na pierwszą rubrykę wypełnioną przeze mnie słowem POLAND, bezwarunkowo stwierdził: „Jesteś inżynierem z Warszawy”. „Yes, yes” - radośnie potwierdziłem żywiąc podziw dla ich służb specjalnych. Niestety, mój entuzjazm został natychmiast ostudzony, wyjaśnieniem nieustannie uśmiechniętego Chińczyka: „Każdy Polak podaje, że jest inżynierem z Warszawy”. Diagnoza była słuszna, bo sam poznałem w krótkim czasie kilkunastu „inżynierów z Warszawy”, wszystkich fałszywych, dziecinnie prosto demaskowalnych, wskutek nieznajomości jargonu zawodowego, nie wspominając juz nawet o nieporadności w udawaniu Warszawiaka. Oczywiście, oprócz inżynierów, doznałem zaszczytu poznawania pseudoabsolwentów innych wyższych uczelni, w tym nawet lekarzy, czyli jedynej grupy zawodowej, która nie spotyka niepokonywalnych trudności w nostryfikacji dyplomów. Co do autentycznych inżynierów z polskimi dyplomami, spotkałem dwóch, którzy zrobili „karierę”: jeden po kilku latach wspinania się po szczeblach pracy governmenckiej zdał kanadyjskie egzaminy „na inżyniera”, które, jak mnie opowiadał, były bardzo trudne i dotyczyły głównie billów, czyli znajomości przepisów prawnych; a drugi był dumny ze swojej pracy przy obsłudze sterowanych obrabiarek. Zaznaczę, że ten ostatni o swoim polskim dyplomie w ogóle nie wspominał, a odkryłem to sam wsłuchując się w jargon, jakiego używał w trakcie wspólnych spacerów z naszymi psami. Kto nie miał wyższych studiów, to pozostawił majątek w Polsce, a kto nie miał ani majątku, ani studiów, to był emigrantem politycznym. To dlaczego po 1990 roku nie wracał? Wrócił jeden - Robert Mucha. Tu był dealerem samochodowym, a w Polsce został „królem margaryny”. Znów dygresja, było tu dwoch polskich dealerów Much i Penk. Polonia ułożyła wierszyk: „Jak cię Mucha nie wyrucha, to cię Penk wypęka”.
W powyższym akapicie wspomniałem o „niepokonywalnych trudnościach” w staraniach o uznanie polskich dyplomów. Trafnym ich potwierdzeniem jest pismo jakie otrzymałem z University of Toronto /19 miejsce w rankingu najbardziej prestiżowych uczelni świata/ z Comparative Education Service: „...We would consider Mr. Golebiewski’s university qualifications to be between Bachelor’s and a Master’s degree in Chemical Engineering from a reputable Canadian university… .. this assessment has no bearing on any evaluation made for the purposes of any application for a licence to practice a profession in.. ..Canada”. I tak, na mnie - zdobywcę dwóch tytułów; magistra I inżyniera, studiującego intensywnie całe osiem lat, broniącego dyplomu w pamiętnym marcu 1968 r., wylano wiadro zimnej wody, a ściśle pomyj, gdyż przecie należało mnie się uznanie choćby za bohaterskie uczestnictwo w „wypadkach marcowych”.
O powyższym wspomniałem, gdyż chciałem płynnie przejść do sprawy języka polskiego wśród Polonii, a do poznania tej kwestii przyczyniły się studia na Seneca College, na które się wybrałem, by zdobyć kanadyjskie papiery niezbędne do pracy w mojej profesji tj chemii. Otóż tamże poznałem zdolną techniczkę z Gdańska, jak ja - studentkę, która wstydziła się używać języka polskiego. Nazwałem ją „GARBATĄ” i pod taką „ksywą” została w mojej pamięci. Nie udało mnie się jej przekonać, że „Polacy nie gęsi, też swój język mają..”. Pomocny w jej wyprostowywaniu, lecz też w ograniczonym stopniu, okazał się wykładowca, dr Jarzmik z AGH, przybyły do Kanady po kontraktach w Afryce, który prowadząc zajęcia podkreślał swoją polskość i do Garbatej, i do mnie zwracał się ostentacyjnie po polsku. Garbata przemogła się i zaczęła w trakcie przerw odzywać się do mnie po polsku, lecz chęć skanadolizowania się była przeogromna, więc z obowiązkowym tu kubeczkiem po kawie nie rozstawała się. /Nie z kawą, bo te już rano wypiła, a że skąpa była, to pusty kubeczek „po” nosiła/. Rozwożąc KFC spotykałem Polaków nie przyznających się do znajomości języka polskiego, ale wspomnę o dwóch wydarzeniach komicznych.
Pierwszego miejscem jest sala przylotów na torontańskim lotnisku : w grupie oczekujących na polski samolot wyróżnia się dwóch „zakapiórów” z czerwonymi nosami, rozmawiających po „pseudoangielsku”, co gorsza, nie zdają sobie sprawy ze swojej śmieszności; drugim miejscem - „Polka – delikatessen”, polski sklep, z polską obsługą, gdzie głośno rozbrzmiewa język polski. Nie powiem, że zawsze, ale przy co-drugich odwiedzinach jestem świadkiem scenki, w której Polka /rzadziej Polak/ udaje, że nie rozumie naszego języka i żąda „sołsedż” /lub „Kolbasa”/ i „ham”-u. Co gorsza, gdy trafi na ekspedientkę płynnie mówiącą po angielsku, gubi się i przechodzi na „polski”. No cóż, pamiętam jak Elżbieta Czyżewska, po krótkim pobycie w Stanach, zapomniała ojczystego języka, a i dość niedawno oglądałem niejakiego Kraśkę, ktory jako korespondent TV z USA udawał, że zapomniał reguł polskiego akcentowania; szczęśliwie wrócił do W-wy i mowę odzyskał.
Jednakże, w znaczącej większości kanadyjska Polonia kultywuje swój język i obyczaje. Wielkie wzruszenie wywołuje przywiązanie do korzeni tej najstarszej Polonii /np zamieszkującej slynne kanadyjskie Kaszuby/, lecz i młodsza Polonia, np „solidarnościowa”: posyła urodzone tu dzieci do polskich szkółek i rozmawia z nimi w domu po polsku. Niestety liczna pozostaje grupa dorosłych Polaków, którzy usiłują porozumiewać się między sobą po „pseudoangielsku”, a największy problem z młodymi, którzy nawet z rodzeństwem rozmawiają wyłącznie po kanadyjsku. W dużym stopniu sprzyja temu brak znajomości odpowiedników w języku polskim, ktorych ich rodzice nie zdążyli lub nie byli w stanie poznać bądż zasymilować. /Poziom umysowy uniemożliwiał percepcję/. Używam określenia „pseudoangielski”, czuję więc się zobligowany to wyjaśnić.
Otóż niestety, większości Polonusów wydaje się, że język angielski /jak równiez dialekt kanadyjski/ jest łatwy, bo nie ma deklinacji, koniugacji, a poza ludżmi wszystko jest „it”. Nie bedę rozwodził się nad aksjomatem, że akurat jest odwrotnie. Słownictwo jest przebogate, budzące grozę przyimki zmieniają w iście diabelski sposób znaczenie rdzenia /np fuck/, a wyrafinowane reguły następstw „czasów” widać w anglosaskiej literaturze. Tylko, że podobnie jak w kraju, Polonia nie czyta. Przeciętny Polak, którego słownictwo obejmuje circa 1000 polskich wyrazów, w języku angielskim ogranicza się do ok. 500. Pamietajmy tez, że kanadyjska wersja angielskiego wykluczyła podstawowe angielskie niuanse jak „shall” contra „will”, czy „should” contra „would”. Znikło też „ought to” zastąpione przez wspomniane „should”. Do tego w mowie dominuje niepodzielnie Present Perfect i to oczywiście w fomie skrótowej I’ve. Rezultat łatwy do przewidzenia: analfabetyzm. Delikwent nie kojarzy frazy mówionej z zapisaną, nawet w formie skrótowej. Zdecydowana większość Polonusów nie jest w stanie przeczytać jakiegokolwiek urzędowego pisma, nie mówiąc o kanadyjskiej gazecie. Wiadomości czerpią z polonijnej /pisowsko-rydzykowej/ prasy, a wobec urzędowego słowa stają się infantylnie bezradni. Podam przykład do jakich nieporozumień to prowadzi.
Sąsiad szukał pracy i składał aplikacje w niezliczonych miejscach, m.in. w administracji dzielnicy Toronto – Scarborough. Pewnego dnia dostał w municypalnej kopercie list wraz z tajemniczym kluczykiem. Uczona żona /studiowała ponoć anglistykę w Łodzi/ z pomocą koleżanki „świetnie” znającej język angielski, otworzyła list, przestudiowała i uświadomiła męża, że dostał governmencką pracę, a przesłany kluczyk będzie mu służył do otwierania, przydzielonej mu, szafki ubraniowej. Stary cwaniak z Bałut nie uwierzył swojej połowicy i poprosił mnie o przetłumaczenie pisma. Miałem poważny problem z przekonaniem go do mojej wersji, więc wsadziłem go w samochód i zawiozłem na Kennedy Rd, gdzie na szczerym polu, pomiędzy dwoma słupami trakcji wysokiego napięcia wskazałem mu ogrodzone poletko z podzielonymi parcelkami o wymiarach 2x2 m przeznaczonymi na ogródki działkowe dla mieszkańców dzielnicy. Dopiero, gdy własnoręcznie, przysłanym kluczykiem, otworzył kłódkę na furtce parkaniu okalającego poletko, zwątpił w umiejętności żony i jej koleżanki. Od tej pory obie baby mnie znienawidziły, a nieszczęsny kluczyk sam odwiozłem do władz dzielnicy, bo sąsiad się wstydził.
Ten analfabetyzm Polonusów ma również swoje dobre strony; pozwolił m.in. dobrze prosperować Monice /mojej pasierbicy/ w paralegal biznesie; wyspecjalizowała się w egzekwowaniu odszkodowań za wypadki w pracy oraz choroby związane /w choćby w najmniejszym stopniu/ z warunkami pracy. Jej klientów cechują: analfabetyzm /w tym nieznajomość przepisów, jak i praw i obowiązków/, strach przed pracodawcą i wszelkimi urzędami oraz post factum buta, bezczelność i arogancja wobec ratującej im tyłek. Bezradni, załamani, płaczący, bez środków do życia w pierwszej fazie przemieniają się, po otrzymaniu odszkodowania, w bezczelne, pewne siebie kreatury, twierdzące, że dostali tyle, ile im się należało, więc nie widzą powodu by cokolwiek komukolwiek płacić. Taki charakter Polaka, za pomoc oplują. Całe lata Monika opracowywała system zabezpieczeń swego honorarium, a jeszcze i dziś w niektórych przypadkach dochodzi swoich roszczeń w sądach. Ponieważ „fortuna kołem się toczy” , przyznane benefity często są zawieszane lub cofane, i wtedy skruszony polonijny cwaniaczek robi się znów malutki i żebrze o pomoc.
I znów, jak stara pierdoła, się rozgadałem, a przecież nie skończyłem jeszcze z „pseudoangielskim”. Jest to slang, jakim posługuje się znaczna część Polonusów, obejmujący najwyżej z 500 słów, których dżwięk nie koresponduje /w ich umysłach/ z formą graficzną i który charakteryzuje się m.in. twardym „r” jak w „szarap” wyrażającym „shut up” czy „gerałt” - „get out”. W środowiskach polonijnych, w których pracowałem słyszy się najczęściej /w zastępstwie pseudoangielskiego/ dialekt polsko-kanadyjski, w ktorym dominują trzy słowa: fuck ze wszystkimi przyimkami; screw up oraz bullshit. Czwartym równie często słyszanym jest tubajfor /to w construction - rozmiar belki „two by four”/. „Polskokanadyjski” wymaga umiejętnego stosowania tych słów. Np.: „Bullshit, wszystko screw up. Stasiek - fuck out! Józek, kurwa mać, podaj tubajfor”.
Bez względu na to, gdzie Polaków los rzuci, bez względu na to, czy mówimy o Polakach w kraju, czy też gdziekolwiek na obczyżnie, dominującą ich cechą jest chęć imponowania, wywyższania się etc realizowana często łańcuchem kłamstw i pozorów. W ostatnim czasie do stwarzania swego wymarzonego image’u wykorzystywany jest internet gdzie /na stronach personalnych, na portalu nasza klasa etc/ można wyczytać chore fantazje na temat własnego wykształcenia, pozycji zawodowej czy szczęścia w życiu osobistym. No cóż polskie kompleksy, odwieczne polskie kompleksy. Opiszę tu tylko jeden przykład, związany z wycieczką do polonijnego ośrodka w Grimsby.
Piękny ośrodek, położony nad samym jeziorem, za Hamilton, na drodze do Niagara Falls, a w nim przestrzenny parking i wszędzie napisy zabraniające wjeżdżania samochodami na trawę. Co musi zrobić zakompleksiony Polak? Tak, tak, wjechać swoją „wypasioną bryką” na trawę i obowiązkowo podnieść maskę i otworzyć bagażnik. Przecież gdyby zostawił auto /zdobyte takim wysiłkiem, poświęceniem, kosztem tylu wyrzeczeń/ na parkingu, nikt by nie wiedział, że to jego, że ON MA. Upał 30 stopni, smród spod podniesionej maski wali; to nieważne, grunt, że wszyscy widzą, do czego ja – Józek doszedłem. Teraz czas na wyładunek tego co się MA; a więc stolik, krzesełka, baldachim etc; a tam - nie działa, inni też mają, w końcu jest, jest: coś czym wzbudzi zawiść, czego inni nie mają - drabinka sznurowa. Wprawdzie skarpa ma jeno 70 cm wysokości, lecz drabinkę poprowadzi się do wody i wszyscy będą widzieli.
Teraz mnie się przypomniały zakupy w polskim sklepie; „na pokaz”. Najlepiej w piątek po południu, albo w sobotę, gdy dużo ludzi. Aby nabić IMPONUJĄCY rachunek bierzemy wszystko, nawet polską wodę mineralną, polskie kosmetyki, ale to wszystko za mało. No to dołóżmy polską aspirynę, środki chemii gospodarczej /bez wątpliwości nieporównywalne z kanadyjskimi, cha,cha!/, a na koniec „polskie” /robione w Toronto/ ogórki konserwowe i „ptasie mleczko”, jedno i drugie zalegające półki w sąsiednich sklepach kanadyjskich, i to w niższej cenie. Jak nie nabiliśmy jeszcze 200$, to dokładamy parę gazet przy kasie i płacimy; niech wszyscy widzą, żem pan. /Bywam tam co tydzień i wydaję 9,89 $ na odłożone dla mnie „NIE” /dyskretnie, bo biją/ i „Tyg. Powszechny” /przywożą dwa egzemplarze, oba do teczek/.
Chęć imponowania idzie w parze z zawiścią, a ta prowadzi często do potrzeby dewastacji „wrażego” mienia. Może i istnieje inne wytłumaczenie, ja wiem tylko tyle, że póki w moim bloku mieszkało dużo polskich rodzin, to karoserie samochodów /głównie tych należących do Polaków/ były systematycznie charatane, a potem ten wandalizm ustał. Dodam, że zjawisko to w innych kręgach kulturowych pozostaje nieznane.
Teraz o antysemityzmie. Znam, znam - powiesz - wg jego krzewicieli Żydzi wszystkiemu winni; „żydzi, masoni i cykliści”, albo inaczej: „żydomasoneria”, a do tego „żydokomuna”. No i nasze dzieci Żydzi porywają i mordują na macę, a ponadto to Żydy zamordowały naszego Pana Jezusa”. To ostatnie mało co, nie doprowadziło do wyżej wspomnianego linczu księdza Weksler-Waszkinela, który /bezczelnie!!/ powiedział: „..jestem Żydem, i Jezus jest Żydem. Jestem bliżej Jezusa od tych, którzy się jeszcze nie nawrócili i jeszcze w Nim ŻYDA nie zobaczyli”. A jeszcze dolał oliwy do ognia, cytując św. Pawła: „...nie odrzucił Bóg swego ludu, który wybrał przed wiekami”. Uciekał w popłochu, bo „polski lud Boży” zapomniał, że ich ukochany PAPIEŻ-POLAK Wojtyła często ten cytat przytaczał. Ale ja o czym innym, mianowicie o tym do jakiego ABSURDU prowadzi taki sposób myślenia, a raczej tego rodzaju bezmyślność. /Myślenie jest wykwitem rozumu, a tego zgodnie z teorią św. Augustyna „polski lud Boży” nie posiada, i przeto pozostaje mu zawierzenie i posłuszeństwo lokalnym autorytetom/.
Otóż, pracowałem z Polonusem z warszawskiego Żoliborza; to istotne, bo nie z zapadłej wiochy, gdzie jedynym autorytetem stale jest ksiądz proboszcz, ino z samej stolicy. Ciężko przeżywał odejście żony, która z Hindusem otworzyła piekarnię. Przyszła chwila zwierzeń. „Wiesz, Wojtek, jak ja nienawidzę tych pierdolonych żydów” - zaczął - „To oni zniszczyli moje małżeństwo”. „Jak to? Słyszałem, że twoja z Hindusem poszła..” –probowałem wyrazić zdziwienie. „Co ty wiesz, to oni, to przez nich - jebanych żydów, bo mnie za mało płacili”. „To czemu nie zmieniłeś roboty?” – rżnąłem głupka. „A bo innej nie miałem, ale to oni winni”.
Na koniec wspomnę galerię poznanych okazów, a w niej: znanego mnie uprzednio Bohdana-Małolata z Krakowskiego Przedmieścia, który dla nas – dorosłych po „alpagi” latał, a teraz za Piotra, fotoreportera „Polityki” się podaje; hydraulika, który znał życie studenckie, bo krany w akademiku naprawiał; recydywistę-złodzieja, który i tu z każdego sklepu /lub z roboty/musi coś wynieść, a twierdzi, że w polskim więzieniu siedział za kolportaż solidarnościowych ulotek; małżeństwo ubeckich partyjniaków, którzy chwalą się jak przechytrzyli „reżim”, bo tak naprawdę to oni walczyli z „komuną” ; sierżanta WP, agenta służb specjalnych, ktoremu status refugee nie przeszkadza w pobieraniu z Polski emerytury wojskowej itd, itp. Przez 23 lata poznałem jednego polskiego inteligenta, ale się zapił na śmierć, przeto nie dziw się, Kochany Braciszku, że Polonii nie znam, nie chcę znać, i niewiele mam o niej do powiedzenia.
Aby zakonczyć mile, wspomnę, że ten zmarły inteligent odkrył w sklepach 45% chińską przyprawę do zup, która w ilości paru kropel czyniła ją /tj zupę/ niezmiernie słoną i pikantną, a on duszkiem wypijał jej /przyprawy, nie zupy/ ćwierć litra.