Wednesday, 20 November 2013

PANENTEIZM

Marzec, kwiecień 2013
PANENTEIZM

Czytając wspomnienie ks. Hellera o abp Życińskim /druga rocznica śmierci/ dowiedziałem się, że obaj skłaniali się ku panenteizmowi, a że zawsze miałem ich obu w dużym poważaniu, to już po wstępnym skumaniu „co to jest?”, wartko stałem się panenteistą tyż /opuszczając eo ipso panteistyczną szkołę greckich stoików, Giordana Bruna jak i Barucha Spinozę/.

Panenteizm to pogląd religijno-filozoficzny wg którego WSZECHŚWIAT jest częścią BOGA, tzn., że BÓG będąc większym od WSZECHŚWIATA /a nie identycznym z nim, jak twierdzi panteizm/ zawiera go w sobie. Etymologiczna analiza jest prosta: pan- to w złożeniach wszech-; en- to w-, wewnątrz, w sobie, a teizm wywodzi się od greckiego theos - bóg. Znacznie gorzej z semantyką. Zacznijmy od wszechświata.

WSZECHŚWIAT, inaczej Uniwersum, inaczej Kosmos, inaczej Natura - to zbiór ciał niebieskich, ktore mogą oddziaływać na nas lub my możemy oddziaływać na nie w jakikolwiek sposób /grawitacyjny, elektromagnet., itp/, teraz, w przeszłości lub przyszłości.

Kiepsko! To może Webster. Proszę bardzo: universe to 1) kosmos, albo 2) Ziemia i jej mieszkańcy. A Kosmos ? To świat pojęty jako harmonijnie zbudowana całość, przeciwieństwo chaosu; /pojęcie wprowadzone przez pitagoreizm/; obecnie odpowiednik Wszechświata. Gdzie indziej to: universe lub uporządkowany system „zawierający wszystko w sobie” /self-inclusive/ i harmonijny. Została jeszcze Natura, której definicja brzmi: - obiektywna rzeczywistość; świat dostępny poznaniu zmysłowemu; Wszechświat rządzący się określonymi prawami...

I tak w koło Macieju ! No to nie mam innego wyjścia, ino sam muszę porządek zaprowadzić, wymywając z tej pojęciowej stajni Augiasza wszelkie synonimy; i tak zostawiam WSZECHŚWIAT, a Uniwersum, Kosmos i Naturę wysyłam w niepamięć.

Wg mnie WSZECHŚWIAT to świat materialny i świat duchowy, przy czym coniunctio /spójnik/ „i” nie jest tu najwłaściwsze, gdyż może sugerować ich odrębność, a tak nie jest. Światy te są często splątane bądż pozostają w stosunku przyczynowo-skutkowym. Odnośnie człowieka, a on najbardziej nas interesuje, przypomnijmy piękny wywód kochanego ks. Twardowskiego, w którym aksjomat /pewnik/ o nierozerwalności ciała i duszy podpierał etymologicznym pochodzeniem określenia „zwłoki” od zwlekania np zbędnej szaty. Wykładnię tego znajdujemy m.in. w słowach ks. Alfonsa Józefa Skowronka /TP 13/2013/:

„....jedność ciała i duszy... CIAŁO oznacza tutaj w swym kontekście - dokładnie jak w Eucharystii, kiedy przyjmujemy „Ciało Chrystusa” /właśnie Zmartwychwstałego !/ - nie biologiczny organizm /ze skórą, umięśnieniem i kośćmi/, lecz to, co św. Paweł nazywa „pneumatycznym /duchowym/ Ciałem zmartwychwstania /1 K 15, 44/, a więc ciało z gruntu przeniknięte i przemienione przez Ducha Świętego. W procesie tym „zachowane” zostaje wszystko z naszego życia, z naszej minionej cielesności i jej doznań szczęścia, miłości i radości, co dla zbawienia człowieka ma swe znaczenie u Boga”.

/proszę przeczytać ostatni cytat ponownie, zwracając uwagę na moje podkreślenia/. Jeśli ktoś dalej ani nie „wyczuwa”, ani nie „przyswaja” tego podstawowego doktrynalnego rozróżnienia, zalecam mu akapit „O ciałach po zmartwychwstaniu” z 1 K 15, 35-53, w którym św. Paweł definiuje „ciało zmysłowe”, jak i „ciało duchowe”.

WSZECHŚWIAT to zbiór wszystkich byłych, obecnych i przyszłych elementów materialnych oraz wynikających z ich wzajemnego oddziaływania / tj ich relacji/ efektów tak fizycznych, jak i psychicznych.

Elementy materialne to fauna, w tym i dinozaur, i pluskwa, i pies, i krowa, jak i neandertalczyk na równi ze współczesnym człowiekiem i postczłowiekiem, tj umownym, następnym tworem ewolucji; flora, w tym np nieistniejące dziś skrzypy, które się zwęgliły /w sensie dały węgiel czy diamenty, przechodząc uprzednio przez stadia torfu i węgla brunatnego/, istniejąca dziś roślinność, jak i ta, która pojawi się w przyszłości samoistnie, /bądż wskutek eksperymentów człowieka/; no i świat, który zwykliśmy nazywać „martwym”, obejmujący elementy potencjalnie „dotykalne”, jak i, w mniejszym czy większym stopniu, „hipotetyczne” jak gwiazdki na niebie czy też hadrony lub nietrwałe pierwiastki promieniotwórcze, których ledwie ślad jest rejestrowalny w maserze czy tam jakimś innym amplifikatorze /bądż przyspieszaczu/.

Efekty fizyczne to zjawiska i zdarzenia; to fala na morzu, tsunami, pożar czy kolizja dwóch okrętów wskutek wzajemnego przyciągania się itp - jest to pierwsza grupa; dalej mamy wielgachną róznorodność począwszy od wybicia komuś zęba, poprzez akt kopulacyjny i jego /sporadyczne, bo sporadyczne, lecz znamienne/ efekty czyli ciąże, po skutki chorób wywołanych inwazją drobnoustrojów. Nie należy zapominać też o tzw ciałach niebieskich, ktore dostały „zajoba” po Bing Bangu i jedne kręcą się jak głupie wokół innych, a że „kręciek” jest „kosmiczny”, to jakby im było mało, kręcą się wokół własnego ogona /tj własnej osi/, a inne z kolei gnają jak szalone oddalając się od siebie /wbrew prawom dotychczas nam znanej fizyki/ i trwa to biliony lat i ma się nigdy nie skończyć. A przy tym wszystkim zagrażają nam - Ziemianom generując anomalie pogodowe, jak i zasypując nas gradem nieprzewidywalnych meteorytów. Poniekąd osobną grupę stanowią wyrafinowane efekty fizyczne wywołane perfidią człowieka, jedynego stworzenia psychopatycznego, który wskutek doznanych efektów psychicznych zdolny jest działać sadystycznie i irracjonalnie tj w sprzeczności z prawem naturalnym; tzn że pewne zdarzenia by nigdy nie nastąpiły, gdyby wielce ułomny stwór jakim jest człowiek nie został obdarzony przez chrześcijańskiego Pana Boga wolną wolą. Ale o tym w następnym akapicie.

Efekty psychiczne powstają wskutek rzeczywistych bądż wyimaginowanych zdarzeń fizycznych. Aby nie komplikować rozważań pomijam efekty wtórne powstające jako sprzężenie zwrotne /ang. feedback/ na działania psychiczne drugiej strony. Przyczyny rzeczywiste są łatwe do zrozumienia, gdyż każdego z nas wielokrotnie skłaniają do radości lub smutku, pobudzają nas do aktywności, a innym razem wpędzają w apatię bądż depresję. Są to jednak stany psychiczne, wydaje mnie się, dość proste, gdyż dostępne wielu przedstawicielom fauny. Sprawa zaczyna się natomiast komplikować przy przyczynach wyimaginowanych, jak choćby przy miłości. Niedawno coś na jej temat pisałem, więc nie będę się powtarzał. Obecnie, na nasze potrzeby wystarczy przypomnienie, że powodem miłości jest specyficzna „emanacja” obiektu, powodująca, niezrozumiałą dla innych fascynację delikwenta, a niebezpiecznym jej skutkiem jest chęć zagarnięcia i okupacji jak największego obszaru tego obiektu przez zauroczonego.

Jednak najpotężniejszym i najważniejszym efektem zdarzeń tak rzeczywistych jak i/bądż wyimaginowanych jest STRACH, który wytworzył w człowieku zapotrzebowanie na BOGA, bez względu na to, co przez to pojęcie rozumiemy. Tak, pierwszym niepodzielnym STWÓRCĄ był /i często jest/ STRACH; bez niego żaden BÓG by nie zaistniał czy też inaczej: bez niego ludzie nie odczuwaliby konieczności stworzenia samodzielnego bytu - BOGA - tj sprawcy wszelkich radości i nieszczęść, jak i parasola ochronnego nad nimi. Bo przecież wizerunek Boga „intelektualnego”, nie rozwiązującego naszych powszednich problemów jest dla większości z nas nie do przyjęcia. To na inną okazję. A teraz i tak muszę przerwać, bo rozmowa z moją drogą ŻONĄ zmusiła mnie do zastanowienia się nad prawidłowością mojej definicji WSZECHŚWIATA.

Otóż, w odczuciu jej, jak i zapewne rzeszy innych ludzi, WSZECHŚWIAT to świat materialny, to świat poznawalny zmysłami. Absolutnie nie mogę się z tym zgodzić, gdyż wszelkie rozważania nad relacją między nim - WSZECHŚWIATEM, a jakkolwiek wyobrażanym sobie BOGIEM byłyby bezsensowne /bo jedno jest pewne: BÓG materią nie jest, a wogóle do ułudnej możliwości poznania Go prowadzi tylko ludzka pycha (Pascal)/. A przecież mój mistrz, nota bene specjalista marksizmu, Kołakowski pisał: „..Jeśli ktoś nie uznaje, że człowiek i cały świat pochodzą ze STWÓRCZEGO ROZUMU ..to pozostają mu tylko „przepisy drogowe” ludzkiego zachowania, które można projektować i uzasadniać z punktu widzenia ich wartości użytkowej..”

No i właśnie; skoro zdefiniowaliśmy jednego uczestnika relacji - WSZECHŚWIAT weżmy się za drugiego. Niestety, BOGA zdefiniować się nie da. Próbowali tego dokonać liczni propagatorzy przeróżnych religii, lecz nic z tego sensownego nie wyszło. Dwie koncepcje, jedyne wg mnie akceptowalne, to idea STWÓRCZEGO ROZUMU oraz plotynowska - JEDNIA. Nie będę tu przepisywał własnego eseju pt „PLOTYN” z 2011 r. /zainteresowanych tam odsyłam/, zacytuję tylko fragment: /JEDNIA ew. JEDNO - tu użyte/ „..jest WIECZNOŚCIĄ,.. jest DOBRE,.. jest WSZECHOBECNE,.. jest ŻRÓDŁEM WSZYSTKIEGO, co jest.. ...JEDNO tworzy Umysł, pierwszy twór EMANACJI... ..DUSZE wyłaniają się z UMYSŁU... ..W odróżnieniu od UMYSŁU są one częścią świata. Świat, przez UMYSŁ stworzony, jest wieczny w sensie „wiecznotrwały”, nie mający początku ani końca w czasie. Cały proces EMANACJI, wyłaniania się niższych form rzeczywistości z wyższych, nie odbywa się w czasie. Jest to jakby logiczne, nie czasowe następstwo..”. Oczywiście JEDNIA /JEDNO/ nie jest OSOBĄ w żadnym sensie, nie można przeto jej utażsamiać z BOGIEM Biblii, można natomiast porównać słowa zapisane tłustym drukiem z biblijnym „..stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz” /R. 1, 27/.

Nie sądzę, bym miał jeszcze okazję wymądrząć się na temat JEDNI, a tymczasem znalazłem przepiękne wytłumaczenie tak jej, jak i teorii emanacji w „Ontologii” Władysława Stróżewskiego. Nim je zacytuję przypomnę, że hipostaza to etymologicznie podstawa, lecz również przedmiotowość, rzeczywistość, istota /substancja/. Tutaj chyba najbliższa będzie rzeczywistość:

„JEDNO, nie dające się adekwatnie w żaden sposób określić, przekraczające nasze możliwości poznawcze, jest czymś irracjonalnym i niepoznawalnym także samo w sobie. Warunkiem poznania Jedni staje się emanacja pierwszej hipostazy: umysłu (nous), który z jednej strony zwrócony jest ku niej, odbijając niejako w zawartych w nim ideach jej niepoznawalną naturę, z drugiej strony zaś emanuje kolejne hipostazy, także wedle idei, które są dla nich wzorami. Umysł jest siedliskiem idei, które - podobnie jak u Platona - będą wzorami dla reszty rzeczywistości. Energia emanowana poprzez poszczególne hipostazy coraz bardziej się rozprasza, a przez to porządek powstawania bytów jest porządkiem malejącej doskonałości. Świat duchowy, jaki stanowi kolejna hipostaza, jest mniej doskonały od świata umysłu i idei. Składają się na niego przede wszystkim dusza świata, a w dalszym ciągu indywidualne byty duchowe, dusze ludzkie i demony, a wreszcie byty materialno-duchowe, istoty ożywione i przedmioty materialne. Granicą bytowości jest materia....” /podkr.moje/

Zobaczmy jak ta relacja - BÓG a WSZECHŚWIAT wygląda w poszczególnych poglądach filoz.-relig. W tym celu cytuję zdanie z mego eseju „Agnostycyzm” z 2010 r.: „TEIZM odróżnia się od POLITEIZMU, bo ten uznaje więcej bogów niż jednego; od PANTEIZMU, bo ten neguje Boga Osobowego; od AGNOSTYCYZMU, bo ten neguje możliwość poznania Boga, w jakimkolwiek stopniu; a od DEIZMU, mimo etymologicznej równoważności, bo ten wprawdzie uznaje Boga Osobowego, lecz neguje Boga Opatrznościowego i jego czynnej obecnosci w życiu świata”. Z tych definicji oraz odróżnienia panteizmu od panenteizmu podanego na stronie pierwszej, wynika wprost, że również w tym ostatnim nie ma miejsca dla Boga Osobowego. I to mnie odpowiada!!

A więc nasz Wszechświat jest częścią Boga. Logika dyktuje następne pytanie: a co z resztą Boga ? A no mieszczą się tam inne Wszechświaty. Jak to inne, przecież nasz obejmuje wszystko, w tym miliardy galaktyk, z miliardami gwiazd w każdej ? Wszechświatów jest mnogość, lecz ograniczoność ludzkiego umysłu nie jest ich w stanie pojąć. Jeden z nich, hipotetycznie związany z „czarnymi dziurami” postaram się przybliżyć:

Prawie sto lat temu model atomu Bohra, w którym wokół jądra, zawierającego protony i neutrony, krążą elektrony, zaczęto modyfikować, rozmnażając elementarne cząsteczki. Jedną z nich nazwano pozytonem /ang. positron/. Jest to „dziura po elektronie”, tzn gdy stabilny układ zostanie naruszony poprzez wyemitowanie na zewnątrz elektronu o ładunku „-” to opuszczony układ zostaje z ładunkiem „+” o tej samej wartości, co utracony elektron. W latach 60-tych przygotowujący się ze mną do egzaminu A.J. miał koszmarny sen. Śniło mu się, że jest elektronem odjeżdżającym z Dworca Głównego w siną dal i obserwuje w układzie żegnających go kolegów swój pozyton tj dziurę po sobie. Obudził się przerażony, bo nie znaliśmy wtedy teorii „czarnych dziur”, więc dziura kojarzyła nam się tylko z nicością, z nieistnieniem, a przecież żywimy nadzieję, że po naszym „odejściu”, coś jednak zostaje.

Obecnie wiemy, a właściwie przypuszczamy, że „czarne dziury” to nieskończenie wielkie masy, o nieskończenie wielkiej koncentracji i nieskończenie wielkiej grawitacji, pochłaniające wszystko co znajdzie się w ich zasięgu. To pochłanianie przypomniało mnie magmę z „Cyberiady” St. Lema, która jednak po „spożyciu” intelektu, obiekt wyrzucała. A teraz wyczytałem o hipotezie innego Wszechświata, w którym pozytony, przypominam - „dziury po elektronie” rozrabiają w „czarnych dziurach”. Nie miejsce tu na zgłębianie tej koncepcji, podobnie jak doniesienia o badaniach nad życiem w głębiach skorupy ziemskiej, w ktorych niedostępny proces fotosyntezy miałaby zastąpić „chemosynteza”. Jedno jest pewne: inne Wszechświaty, choć na dziś dla nas niepojęte, istnieją.

Lecz ad rem, czyli panenteizmu. Cha, cha, cha !! Moja czujność została uśpiona, a tu sprytni teolodzy odwrócili kota ogonem i na internecie podają wygodne im dyrdymały. Monika wyciągnęła dla mnie z „internetu” 25 stron pt „ Panentheism”. Jest to wyciąg z Stanford Encyclopedia of Philosophy, ktorą, jak wynika z załączonej historii, stworzył jakiś John Perry we wrześniu 1995 r. Nie mnie oceniać rangę publikacji i autorów, na które powołują się twórcy encyklopedii, jednakże wśród wymienianych „panenteistów” jedynie nazwisko Whitehead coś mnie mówi. Gorzej, że to moje „coś” sugeruje, że tak zakwalifikowany ten wielki matematyk, filozof i przyjaciel Bertranda Russella, wierci się z niezadowolenia w grobie i autorom „epitetu” może zrobić kuku. Z teorii metafizycznej kosmologii Whiteheada /wśród której zwolenników odnotujmy ks. Hellera i abp Życińskiego/ wyciągnięto wybiórczo jedno stwierdzenie, a właściwie jego fragment, i przypisano mu miano panenteizmu. Ten fragment brzmi: Bóg nie jest wszechmocny, ale jest zależny od Wszechświata. Podobnie Wszechświat jest zależny od Boga. /Funk&Wagnalls, tom 25, str.9188/. Dalej to już poszło „chrześcijańskim” tokiem, tj obróbką i zniekształcaniem dla swoich potrzeb /jak z filozofią grecką, a szczególnie „jednią” Plotyna zawłaszczoną przez św. Augustyna, jak z filozofią Arystotelesa wykoślawioną przez Tomasza z Akwinu, jak z judaizmem i „arką przymierza” zawłaszczoną przez Kościół, który sam się nazwał „nowym Israelem”, jak z datą celebracji kultu boga Słońca -Mitry przypadającą w dniu 25 grudnia, którą zawłaszczył Kościół i obwieścił dniem Bożego Narodzenia, czy też parodystycznym ustanowieniem dnia św. cieśli-Józefa w dniu proletariackiego 1 Maja - ŚWIĘTA Pracy, itd itp/. Oczywiście pierwszą część Bóg nie jest Wszechmocny, skrzętnie przerobiono na Bóg jest częścią Wszechświata, i tak jak to u „czarnych” bywa mamy clou, które wszystko mówi, ino, że nikt go nie rozumie:

Wszechświat jest częścią Boga, a Bóg jest częścią Wszechświata, a różnica między nimi polega na docześności /tymczasowości/ pierwszego wobec wiecznosci drugiego.

Nic to nie ma wspólnego z moim panenteizmem, który wyklucza Boga osobowego, w którym Bóg jest nadrzędny w stosunku do Wszechświata i który jest NIEOGRANICZONY w każdym względzie.

Pozostaje odpowiedzieć na naiwne pytanie, czy tak pomyślany BÓG może ingerować w los człowieka ? Skoro jest nieograniczony.......