Saturday, 16 November 2013

McEWAN Ian

                         McEWAN      IAN

                                                                 Ur.1948, England                                           5.08.2011

Na  liście  „50  największych  brytyjskich  pisarzy  po 1945 r”   sporządzanej  przez  „The  Times”,  IAN   McEWAN   zajmuje  stabilne  35  miejsce.  Pierwsze  trzy  miejsca  okupują  niezmiennie  Larkin, Orwell  i  Golding.  Gorzej  z  dalszymi  miejscami.  Mnie,  jak  również  licznym  komentatorom,  znajome  jest  /góra/  15  nazwisk.,  w  tym  np  Tolkien /6 miejsce  na  liście/,  C.S. Lewis /11/, Rushdie /13/, Ian  Fleming /14/,  le  Carre /22/ czy  J.K. Rowling /42/.  Mistrz  logicznego  myślenia /to  JA/  zmuszony  jest  skonkludować  pozycję  McEWANA  w  „takim”  towarzystwie  jednym  słowem  -  „dno”.

Skoro  tak,  to  dlaczego  go  czytałem?  Dlatego,  że  użyłem  nieodpowiedniego  słowa  „modern”.   Prosząc  moja  żonę,  by   zapytała  dobrego  jej  znajomego -  młodego  kanadyjskiego  inteligenta,  o  wskazanie  interesujących,  popularnych  na  rynku  kanadyjskim  autorów  „z  górnej  półki” tak  właśnie  niefortunnie  się  wyraziłem,  nie  wyłuszczajaąc   szczegółów  o  co  mnie  chodzi.  Można  przypuszczać,  że  ów  młody  człowiek  zrozumiał,  że  pytanie  dotyczy  autorów  „poczytnych”,  skoro  obok  tytułowego  wymienił  Franka  McCOURTa  i  Nicka  HORNBY’ego.   Ich  też  zaliczyłem  /negatywnie/  czytając    „Teacher  Man”  pierwszego  i  „About  a  Boy”  drugiegoCzas  przejść  ad  rem.

Schemat   każdej    opowieści   jest   taki   sam:   potwornie   nudne   wprowadzenie  /około   60-stronicowe/,   krótkie   wydarzenie   i   jego   skutki,   a   cała   akcja   spowalniana   pseudomyślami   autora   na   każdy   najnudniejszy   temat,   służącymi,   w   moim   odczuciu,  zwiększeniu   ilości   arkuszy.  I   tak,   sam   na   własne   życzenie  straciłem    miesiąc   życia   uporczywie   brnąc   przez   per   saldo  prawie   DWA   TYSIĄCE   stron   Mr  Iana.  /+  McCourt, +Hornby/.   Wszystkie   te   „stories”  taki  np   Irek   Iredyński    opowiedziałby  na   pięćdziesięciu   stronach,   a   JA   będę   jeszcze   lepszy   bo  fascynująco   przedstawię  na   jednej   stronie.

 Zacząłem    od   „On   Chesil   Beach”.    Najtrafniejsza   recenzja   znalazła   się  na   okładce:             „A   STORY   OF   LIVES    TRANSFORMED   BY   A   GESTURE   NOT   MADE   OR   A   WORD   NOT   SPOKEN”/Historia   żywotów   zmienionych   przez   niewykonane   gesty   lub  niewypowiedziane   słowa/.    Dwoje   młodych   ludzi   rozchodzi   się   po   nieskonsumowanej   nocy   poślubnej.   Ach,   czemuż    to   ich   spotkało?   Jest   to  „...the   tail   end   of  a   religious   prohibition,   their   ENGLISHNESS   and   class...”   To  ładne:  “...konkluzja  /wynik/  religijnych   zakazów,  ich  /bohaterów/    angielskości   I  ich   klasy”,  które,   wszystkie   razem   do   kupy  prowadzą   do   sztucznej   sztywności   i   uniemożliwiają   wykonanie   stosownego   gestu    czy   też   podjęcia   szczerej   rozmowy.
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       DZIEWIC   i   dziewica,   oboje   w   wieku   24 lat /!!!/,  spędzają    poślubną   noc   w   eleganckim,   nadmorskim   motelu.   Ona,  w   dobrej   wierze,   bierze  go  za   „fiuta”   /tj  penisa/,  on  ma   natychmiast  „EIACULATIO   PRECOX”.   Ona   ubrudzona   i   ZNIESMACZONA  /por. następny   akapit/   ucieka   na   tytułową   plażę,  gdzie  po   ochłonięciu   wysuwa   propozycję   kontynuacji   małżeństwa,   lecz  bez   seksu.  Wskutek   odmowy   małżeństwo  zostaje  unieważnione,   jako   „non   consumatum”.   Po   wielu   latach   nasz   bohater   przyjeżdża   na   plażę,   /czort  wie  po  co?/  i   dowiadujemy   się,   że   on   miał   żonę   i   dzieci,  a   ona  „oddała    się”  karierze   skrzypaczki,  a   ściślej   poruszaniu    smyczkiem.   Jedyny   pozytyw  książki  to  wykpiwanie    ENGLISHNESS   tj   etykiety   wyższej   klasy  angielskiej.   Aby   uatrakcyjnić  niniejszą   opowieść    o   zgubnych   skutkach   brania   za   „fiuta”   wspomnę  o   Kociubińskiej,   która  po  wizycie   w   „ZACHĘCIE”   opowiadała    sąsiadce,   że,   tamże,   niejaka   Przetakiewiczowa    WZIĘŁA  KOSSAKA   ZA   FAŁATA.    Sąsiadka   spąsowiała   i   wydukała:  „Jak  to,  tak  publicznie?   Ale   świnia!”.   Tak  więc   smyczek   bezpieczniejszy.

THE   INNOCENT”.  25-cioletni    DZIEWIC  /!!!/,   poderwany   przez   trzydziestolatkę   „po   przejściach”    ma   „EIACULATIO   PRECOX   /por.  wyżej/.   Tym   razem   doświadczona   „ona”   kształci  niedojrzałego   kochanka   i   uprawiają   seks   systematycznie   i   efektywnie,   aż   pewnego   dnia   znajdują   w   szafie   jej   małżonka.   On   żąda   forsy,   oni   odmawiają,   więc   dochodzi   do   bójki,  w   której   małżonek   ginie.   Kochankowie   rżną   zwłoki   piłą   i    umieszczają    w   dwóch   skrzyniach   należących   do   CIA.   On   pęta   się   z   tymi   skrzyniami   po   całym   Berlinie,   aż   umieszcza   je   w   tunelu    drążonym   przez   Amerykanów   do   strefy   sowieckiej.   Tu,  gwoli   jasności,   nadmienię,   ze   on   jest   brytyjskim   specjalistą   od   telefonów   i   korzystając   z   podkopu   ma   się   „wpiąć”   w   tajne   sowieckie   linie   telefoniczne,   by   Ruskich   podsłuchiwać.    Żeby   było   śmieszniej,   Ruskie  od   DWÓCH    LAT   o   wszystkim   wiedzą    i   chichocząc   czekają   na   ukończenie   tunelu.   Teraz,   do   tunelu   wchodzą    i   nadprogramowo    stają    się   właścicielami   skrzyń   z    poćwiartowanym   mężem.    W   ramach   współpracy   okupantów,    przekazują    feralne   skrzynie   Amerykańcom,   którzy   w   obawie   przed   rozgłosem   sprawę   wyciszają.   W   międzyczasie   nasz   ZNIESMACZONY   /por.wyżej/   bohater    traci   ochotę   na   seks   i   wyjeżdża   do   mamusi,  do  Anglii.  „JĄ”  zabiera   do   Ameryki   jego   przełożony,    żeni   się,   robi   dzieci   i   umiera.   Po   ok.   30  latach   nasz   Anglik  przybywa   do   Berlina   /czort   wie   po  co?/   /por.wyżej/    i   pęta   się   po   wysypisku   nad   tunelem      wspominając    NAJWAŻNIEJSZY    w   jego   życiu  SEKS.   Aby   uatrakcyjnić   książkę   szerokie   opisy   dziczy   sowieckiej,   która   rabowała   i   WSZYSKIE   Niemki   gwałciła.  /W   przeciwieństwie   do   amerykańskich     Murzynów,   którzy   prostytuującym   się   niemieckim   rasistkom   odwdzięczali   się   parą   nylonów   -  p.   Hans   Habe   „Off   Limits”/.

SATURDAY”.   Bez   „EIACULATIO   PRECOX”.  Sto   dwadzieścia   stron   przepotwornie   nudnego   przedstawiania   rodziny,    przy   czym   jedynym   istotnym  faktem,   jest   to,   że   pan   domu   jest   neurochirurgiem.   To,   z   kolei,   daje   okazję   przewlekania   akcji    opisami    przeróżnych    zabiegów   chirurgicznych.   Ale   do   rzeczy.   Przypadkowa   „stłuczka”   staje   się   pretekstem   dla   bandziorów  do   wyciągnięcia   dużej   forsy   od   naszego   neurochirurga,   który   u   szefa   gangu   rozpoznaje   nieuleczalną    chorobę   genetyczną   /Huntington’s   disease/,   objawiającą   się   niekontrolowanymi   skurczami    i   tikami,   a    prowadzącą   do   progresywnego    zaniku   komórek   mózgu.   Informując   bandziora   o   swojej   diagnozie,   wywołuje   zamieszanie,   które   udaje   mu   się   wykorzystać    i   uciec.    Urażony   ucieczką   bandzior   odnajduje   go,   „wparowuje”   z   koleżką   do   chałupy  i   całą   rodzinkę   terroryzuje.   Córeczce  /nota   bene   ciężarnej/   karze   się   rozebrać   i   czytać  wiersz/?!/,   którym   się   tak   wzrusza,   że   rezygnuje    z   gwałtu.  Teraz  udaje   się   z   neurochirurgiem   do   komputera    by    poczytać   o   nowej,   rzekomej   metodzie   leczenia   jego   przypadłości.    Aby   uniknąć   demistyfikacji   /bo   choroba   dalej   jest   nieuleczalna/  neurochirurg,   wraz   z   synem,   zrzucają   bandziora   ze   schodów,   skutkiem   czego   dostaje  on   poważnych   obrażeń   mózgu.   Oczywiście,   operuje   go   nasz   dzielny   neurochirurg    i   oczywiście   operacja   jest   udana,   a   perfidia    ma   polegać   na   tym,   że   to   nowe,   „drugie   życie”   będzie   krótkie  i   straszne  z  powodu   dokuczającego    schorzenia   i   świadomości   niechybnej   śmierci.   Całkowity   brak   logiki   bo   desperacja   bandziora   wynikała   właśnie   z   tej   beznadziei.    Tytuł   „Saturday”   ma   oznaczać   granicę   czasową   między   dwoma   światami,   tym   przed   zdarzeniem,   w  którym   rodzina   prowadziła   swój   ustabilizowany,   drobnomieszczański   żywot,    a   tym   obecnym,   po   zdarzeniu,   w   którym   zainteresowani   tj  rodzina   neurochirurga   i   autor,   nie   wiedzą    „JAK    ŻYĆ”.  Hodowca  papryki  pytał  o  to  samo  Tuska.    Niech   do   mnie    zadzwonią.

AMSTERDAM”.  W   pogrzebie   czterdziestoparoletniej    kobiety   uczestniczy   m.in.  pięciu  mężczyzn,  którzy   uprawiali   z   nią   seks.   Oczywiście   każdy   w   innym   czasie.   Zmarła  była  w  młodości  na   tyle   filuterna,   że   seks   z  nią    pozostawił   trwały   świat   w   psychice   dwóch  z   nich:   kompozytora   i   dziennikarza.   /No   to  mamy   coś   z   „Chłopców”   Grochowiaka/.   To   piętno   seksu   stało   się   bazą    specyficznej   przyjażni    naszych   bohaterów;   ludzi   absolutnie   róznych,   których   poza   tą  traumą   nic   nie   łączy.    Przedstawienie   ich   światów   ciągnie   się   przez   sto   nudnych   stron.  Trzeci,   który   pielęgnował   potwornie   cierpiącą   i   zniekształconą   kobietę   w   ostatnich   dniach   jej   choroby,  nie   wzbudza   agresji    przyjaciół,   gdyż,   w   ich   mniemaniu,   to   „frajer”,   z   którym   się   zmarła   nie   liczyła.   Czwarty,   o   wiele   od   nich   starszy,   zadaje   im   wprawdzie   upokarzający   ból  stwierdzając,   że   wytrawnie    uprawiała   z   nim   seks   jako   szesnastolatka,  a  więc   grubo   przed   nimi,   jednakże   różnica   wieku,   jak   i   zniknięcie   z   ich  pola   widzenia,   powodują,   że   chęć   zemsty   go   nie   sięga.   Co   innego   z   piątym.

  Nie   dość,   że   był   udanym   kochankiem,  to   również   odniósł   sukces   w   życiu   osobistym   i   zawodowym,   ma   bowiem   „udaną”   rodzinę   i   kandyduje    na   stanowisko   premiera   Wlk. Brytanii,   podczas   gdy   kompozytor   jest   samotny,   a   dziennikarz,   wprawdzie   ma   rodzinę,   ale   zawodowo   jest   typową   dziennikarską   „gnidą”.   Okazją   do   zemsty   stają   się   zdjęcia,   perfidnie   podsunięte   przez    tego   trzeciego -  „frajera”,   zrobione   przez   nieboszczkę,   przedstawiające   piątego /człowieka   sukcesu/,  w   kobiecych   fatałaszkach.   Mimo   zastrzeżeń   kompozytora,   dziennikarz   je   publikuje,   lecz   zamiast   zniszczenia   polityka,  powoduje   samozagładę,   bo   panująca,   w   społeczeństwie   brytyjskim,   moda   na   tolerancję   wobec   „inności”,   z   pobłażaniem    traktuje   igraszki   z   przebieraniem,   a   potępia   wścibskie   dziennikarstwo.
 
 No  i   dziennikarz,   wyrzucony   z   pracy   staje   się   życiowym   bankrutem .  Jedzie   ze   swoim   przyjacielem   do   tytułowego   Amsterdamu,   gdzie  ten   odnosi   życiowy   sukces.  Teraz   muszę   wspomnieć,  że   przyjaciele   zainspirowani    tragicznym   umieraniem   ich  sekspartnerki,   która   nie   miała   możliwości   odebrania   sobie   życia,   zawarli   swoiste   zobowiązanie   do  wzajemnej    pomocy   w   odejściu   z   tego   padołu   w   adekwatnej   sytuacji.   I   jak   łatwo   się  domyślić,   po   koncercie,   w   hotelu    policja   znajduje   ciała   naszych   bohaterów.   Na   mój   rozum  kompozytor   zatruwając   szampana    w   kieliszku   dziennikarza   wywiązał   się   z   umowy,  ale   dziennikarz,   sam   zostawszy   życiowym   bankrutem,   zrobił   to   chyba   z   zawiści.   Dodatkowego   smaczku   ma   dodać   fakt,   że   w   celu   identyfikacji   zwłok   do   Amsterdamu   udają   się   „trzeci”  i   „piąty”   tj   „frajer”  i   „polityk”.   No  i   proszę,   jedna   „dobrze”   dała,   a   tyle   nieszczęścia   narobiła.
      
ATONEMENT”.   Do   117   strony /!!/   poznajemy   bohaterów:   13-letnia   intrygantka    oraz   jej   23-letnia   siostra    zakochana   z   wzajemnością    w   rówieśniku,   synu   ich   gosposi,  którego   studia   sponsoruje   ich   ojciec.   Dodajmy   jeszcze,   że   13-latka   wraz   z   mamusią   są   snobkami   wrogo   nastawionymi    do   zbliżania   się   z   ludżmi  niższej   klasy,   a   więc   i   sponsorowania    naszego   bohatera.    Teraz   przychodzi    czas   akcji.    13-tka   fałszywie,    z    pełną   premedytacją    oskarża    23-latka    o   rzekome   zgwałcenie   15-letniej    kuzynki.    Młody   człowiek    pochodzący,  jak   wiemy,   z  „ludu”,   nie   ma   szans,   trafia   do   więzienia,   skąd    wychodzi   z   powodu   zawieszenia   kary   w   wyniku   wybuchu   II  w.św..  Trafia   do   Francji,   gdzie   zostaje   ranny   i   przez   Dunkierkę   wraca  do  Anglii.    Ukochana   23-latka,    porzuca    studia   i   rodzinę,   zostaje   pielęgniarką,   kocha   dalej  i   koresponduje   z   umiłowanym,    a   13-latka   ma   już    18  lat   i   zaciąga   się    do   wojennej    pomocy   pielęgniarskiej.    I   do   323   strony   tyle   plus   nudne,   naiwne   opisy   ewakuacji   aliantów   przez   Dunkierkę    oraz   mające   wywołać   wstrząs   u  czytelnika   sceny   pielęgnowania  umierających   żołnierzy.   Teraz   znów   akcja.    Osiemnastoletnia   /teraz/  13-latka   bierze   dzień   wolny,  by  uczestniczyć    w   ślubie   tej   niby   zgwałconej   kuzynki    z   ówczesnym    kopulantem   15-latki,  milionerem    od   czekolady.   Bo   żadnego   gwałtu   nie   było,   tylko   przypadkowo   spłoszeni   przez   13-latkę   kochankowie    bali   się   przyznać   do   współżycia.   Ponieważ   dalsze   losy   przedstawione   są   w   dwóch   wersjach:   faktycznej   i   „wishful-thinking”,   spróbujmy   uzupełnić   dotychczasowy   przebieg   akcji.
 
 Otóż,  motywem   działania   13-latki   była   wyimaginowana   miłość,  zazdrość   i   przede   wszystkim   urażona   ambicja.   Dziewczynka   zawsze   chciała   dominować,   identyfikowała   się  ze  stworzoną   przez   siebie   księżniczką   Arabellą,  admirowaną   przez   licznych   rycerzy,  a   do  tego,   w   wieku   10  lat   wybrała,   wówczas    19-letniego   naszego   bohatera,   za   obiekt   swojej  miłości.   Aby   urealnić   obraz   wymyślonego   rycerza   ratującego   ukochaną   księżniczkę    rzuciła   się  do   wody   nie   umiejąc   pływać,   czym   zmusiła   go   do   „bohaterskiego”   działania.   Zobaczywszy   go   po   trzech   latach   i   przekonawszy   się,   o   braku   miłosnych   uczuć   z   jego   strony,   czemu   trudno   się   dziwić   biorąc   pod   uwagę   różnicę   wieku,   a   co   gorsza   świadoma   rodzącej   się   miłości    między   nim,  a   jej   o   10  lat   starszą   siostrą,   poczuła   się   głęboko   urażona   i  zazdrosna.   Korzystając   z   nadarzającej   się   okazji    stworzyła   wersję    domniemywanego   gwałtu,   która   dwojgu   ludzi   zniszczyła   życie    i    zrujnowała    jej   własną   rodzinę.   Przejdżmy   teraz  do  dwóch   wersji    finału.   Otóz   autor   sobie   z   nami   pogrywa   i   na   349  stronie   dowiadujemy   się,   że   wszystko   co   dotąd   przeczytaliśmy   jest   powieścią   napisaną    przez   siedemdziesięciosiedmioletnią  13-latkę.

          I   w   tej    powieściowej    wersji,    18-letnia   trzynastolatka,  po   wspomnianym   wyżej   ślubie,  spotyka   się   z   siostrą   i   jej   ukochanym,   którzy   stanowczo   żądają   od   niej   wyjawnienia    prawdy    rodzicom,   jak   i    prokuraturze.    Ona   się   zgadza,   traktuje   spełnienie   żądań   za   jej   /tytułowy/   ATONEMENT    i    wszystko   kończy   się   HAPPY   END-em.

          Niestety,   na   dalszych   stronach   poznajemy   rzeczywistą   wersję.   On   umiera   w   1940   roku   wskutek   septicaemii   /posocznicy,  septy/,   a   ona   zostaje   zabita   przez    bombę    parę   miesięcy   póżniej.   Od   fikcyjnego   gwałtu   i   aresztowania   nigdy   się   nie   zobaczyli.   Prawdy   nie   poznali   też   rodzice.

         A    siedemdziesięciosiedmioletnia    13-latka   miewa   się   dobrze   i   poprawia   kolejne   wersje  swojej    rodzinnej   powieści[i]   o   rzekomym    gwałcie,   kończącą   się   pokutą   i   pojednaniem.   Tylko  etyka     wydawców   /i   strach   przed    „królem”   czekolady/   uniemożliwiają    publikację   wrednej   opowieści ,   jeszcze   jednej   fanaberii   niedoszłej    „księżniczki”.

         Nie   mogę   zrozumieć    zgodnego   chóru   recenzentów,    że   bohaterka   odbywa    ATONEMENT   /POKUTĘ/   przygotowując   do   wydania    kolejne,   zakłamane   wersje   zamierzchłych   wydarzeń.   Dla   mnie    to    w   staruszce   siedzi   niezmiennie    ta   zarozumiała,    samolubna,    wredna    13-letnia   mitomanka.

         Tym   samym   żegnam   bez   żalu   pana   McEwana,   zalecając   mu   psychoanalityka.