Sunday, 10 November 2013

Bobkowski, Kott - z cyklu "ocalić od zapomnienia"

   BOBKOWSKI   Andrzej,        KOTT   Jan   - 

                          z   cyklu:    ocalić   od   zapomnienia                                                          luty   2012

Te   lektury   to:  Andrzej  Bobkowski   „Punkt   równowagi”,   Jerzy   Giedroyc,   Andrzej   Bobkowski   „Listy   1946-1961”   oraz   Jan   Kott   „Przyczynek   do   biografii”.
  
Należy  ocalić   od   zapomnienia,   bo   warto;   a   kto   z   pokolenia   moich   wnuków  o  nich   słyszał ? Obawiam   się,   że   o   Bobkowskim   nikt,   a   o   Kotcie   może   Patrycja   na   wykładach   z   „teatrologii”    jako   o   „szekspirologu”, nas  zaś   bardziej   interesuje   jego   wszechobecność   w   rzeczywistości   PRL-u   i    związana   z   tym   rola   „herolda   realizmu   socjalistycznego”.

Andrzej   BOBKOWSKI   urodził   się   27.10.1913  r.,  w   Wiener-Neustadt,   w   Austrii.   Tatuś -   Henryk   Karol    Bobkowski   /1879-1945/,   piłsudczyk   dosłużył   się   stopnia   generała   brygady,   a   mamusia  -   Stanisława   z   Malinowskich   /1897-1962/,  po   śmierci   męża   została    /w   PRL-u/    garderobianą   w   krakowskim   teatrze   „Rozmaitości”.    Aby   oddać   atmosferę   panującą   w   domu,   w   którym   Andrzejek   się   wychował,   przywołajmy   jeszcze   osobę   stryja   Aleksandra   /1885-1966/,   wiceministra   komunikacji   w   II  RP,   twórcy   kolejki   na   Kasprowy   Wierch,  piłsudczyka,   zięcia   prezydenta   Ignacego   Mościckiego   /1867-1946/,   też   oczywiście   piłsudczyka.   Dodajmy,   że   stryj   towarzyszył   w   1940  r  Prezydentowi   w   drodze   z   Rumunii   do   Szwajcarii   i   osiadł   w   tym   kraju,   utrzymując   stały   listowny   kontakt   z   bratankiem   przebywającym   w   Paryżu,  a   po   1948   r.   w   Gwatemali.   Co  do   Ignacego   Mościckiego   czuję   się   zmuszony   przypomnieć,   że   był   profesorem   chemii   Uniwersytetu   Lwowskiego   i   twórcą   genialnej   „metody   komorowej”   produkcji   kwasu   siarkowego.   A   co   do  rodzinnej   „atmosfery”   to   piłsudczyzna,   czyli   patologiczna   nienawiść   do   Rosji   i   wszystkiego   co   z   nią   związane;    w   następstwie   rusofobia  i   OBSESYJNY   lęk   przed   zalaniem   Europy   przez   bolszewizm   po   1945   roku   i   w   efekcie   -  ucieczka   na   Karaiby.  Sam   Bobkowski   w   swoim   „Synopsis” /przeglądzie,  zestawieniu/   pisze:   „Przekonania   polityczne:   liberalny   reakcjonista   z   silnymi   akcentami   antykomunizmu   i   zoologicznej   nienawiści   do   Rosji,   wszczepionej   mu   przez   ojca   od   dziecka..”.

To   przykre  dziedzictwo   nie   wpłynęło   szczęśliwie   na   trafność   ocen   Bobkowskiego   w   innych   dziedzinach,   jak   i   nie   pozbawiło   go   poczucia   humoru.   Przykładem   krotochwilności   jest   opis  gry   w   „CIMBARGAYA”   w   liście   z   4.03.1957  do   superpoważnego   51-letniego   Giedroycia:

           „Wie  Pan,   jest   taka   bardzo   męska   gra   i   nazywa   się   „Cimbargaya”.   Używa   się   okrągłego   stołu,   robi   się   w   środku   dziurę,   partnerzy   siadają   wokoło   i   każdy   uwiązuje   sobie   sznurek   za   jaja.   Sznurki   pod   stołem   przewleka   się   przez   dziurę,   miesza   się   je   i   każdy   ciągnie.   Kto   pierwszy   krzyknie,   wpłaca   do   puli   i   odpada.    Może   się   zdarzyć,   że   w   pierwszej   chwili   człowiek   sam   siebie   ciągnie.   Jak   się   zorientuje,   że   ciągnie   za   swoje   jaja,   to   przestaje   ciągnąć,   udaje   aż   do   końca   i   wygrywa   wszystko.   To   jak   full   albo   poker   w   pokerze”.

Mnie   zbliżyły   do   Bobkowskiego  opinie   o   niektórych   pisarzach   identyczne   z   moimi.   I   tak  doceniając   poziom   twórczości   Iwaszkiewicza   stwierdza   /podobnie   jak   ja/:  „Iwaszkiewicz   to   zupełna   kurwa”;   o   „Nocach   i   Dniach”   Dąbrowskiej,   których   ja   nigdy   do   końca   nie przeczytałem,   pisze:   ..”nudne,   flaki   z  olejem,   szare,   GULBRASOWATE   /tzn   bez   poczucia   dowcipu   i   pointy/,   niestrawne.   Odłożyłem.   Szara   logorrhea   /logorea – słowotok,   blablanie/   Pewnie   z   tego   dostałem   ataku   niestrawności   i   wiję   się   w   kolkach   od   wczoraj.   To   nie   dla   mnie”.   A   o   innej   „ulubionej”   przeze   mnie   pisarce:   ...”grafomańskie   wypociny   tej   Orzeszkowej.      ....kontorsje   typowej   grafomanki”.

Również   w   innych   kwestiach    mamy   zbieżne   poglądy.   O   braku   znajomości   języka   polskiego   wśród   dzieci   emigrantów   pisze:   „...jeśli   dzieci   nie   mówią   po   polsku,   to   boli....,   że   mając   wszystkie   możliwości   ku   temu,   nie   uczą   się...   innego   języka...  Zubożają   się   z   winy   rodziców   niepotrzebnie,   głupio...”.   O   relacji   Kościoła   z   religią   w   Polsce   konstatuje:  „....ogromna   rola   Kościoła,   z   tym,   że   religia   jest   zupełnie   niepogłębiona;   jest   demonstracją   polityczną”.  Mimo,  że  sam   jest   rusofobem   naśmiewa   się   z   polskiego   kołtuna,   dla   którego    „....jak   bolszewik   je   kasztany   z   łupiną,   to   skandal   i   Wschód,   i   Polska   „pod   takimi”,   a   jak   Amerykanin   wbija   sardynki   z   czekoladą,   to   śmiech,   „cóż   za   dzieci”,   niech   żyje   Zachód”. /por.  porównanie  stosunku  do   Rosjan  i  Niemców   u   Stasiuka, p.  ESEJ  „Moje   lektury   styczniowe   str.5-6/.

Zgadzam   się   z   nim   co  do  przyczyn   nieuniknionego   upadku   socjalizmu   w   Europie   Wschodniej,  bo...
  „socjalizm   bez   uprzedniego   treningu   kapitalistycznego   jest   utopią.   Moze   pan  uspołecznić   kapitalizm   /to   dzieje   się   w   USA,   i   daje   pozytywne   wyniki/,   ale   nie   uspołeczni   pan    społeczeństwa,   które   nie   przeszło   przez   okres   kapitalizmu.   ...jak   psa,   tak   i   człowieka   można   oduczyć   kraść,   ale   pod   warunkiem   dania   mu   jeść”.
 
 Co   do   nadziei   m.in.   Józefa   Czapskiego   pokładanych   w   sartrowskim   egzystencjonalizmie   jako   antidotum   na   komunizm   brutalnie   kontrował   per  analogiam,  „...że   jeżeli   uważa   leczenie   syfilisu   trądem   za   skuteczne,  to   zgoda”.

Wywód   Bobkowskiego   o   błędnych   założeniach   socjalizmu   zasługuje   na   uwagę:   oni   chcieli...

   „stworzyć   w   robotniku   poczucie   wspólnoty,   dać   mu   naprawdę   poczucie   własności.   Nie   ma  -   to   nie   istnieje.   Poczucie   własności   jest   jednostkowe   i   inne   poczucia   własności   są   lipą.   To   co   robotnika   jedynie   i   naprawdę   obchodzi,   to   maksimum   zarobku   przy   minimum   godzin   pracy”.   

I   dalej:  

 „Człowiek   jest   człowiekiem,   i   dokąd   nim   zostanie   /a   nie   świętym   socjalistycznym/,   to   w   fabryce   będzie   kradł   i   będzie   jeżdził   na   gapę,   i   będzie   wszędzie   kradł,   gdzie   się   da.   Oni   chcieliby   wychowywać   miliony   świętych   rocznie.   To   psiakrew   Kościół   przez   2000   lat   nie   dorobił   się   nawet   2000   świętych”.

Podzielam   jego   stosunek   do   „hurra-patriotyzmu”   i    haseł   „Bóg,   Honor,   Ojczyzna”   wyrażony   m.in.   słowami,   które   idealnie   korespondują   z   poglądami   Gombrowicza:

  „Po   co   te   pieprzenia  o   obowiązku   wobec   Poooolski?    Czy   raz   ktoś   nie   mógłby   mieć   tego   otwarcie   w   d......       Ta   ojczyżniana   obłuda   nas   zarzyna   na   każdym   kroku.  ...Szał   mnie   ogarnia,   bo   zamiast   trzeżwieć   zachlewamy   się   dziś   bardziej   niż   kiedykolwiek   tą   Pooolską,   romantyzmem,   chujami-mujami    patriotycznymi.  Zupełna   beznadzieja.   Ciemnieje   mi   w   oczach   -   Pacanów,   Kłaj,   Gówniarzykowo,   a   nie   państwo”.

     A   dzięki   eksponowaniu   naszych   cech   narodowych   „...tu   /w  Gwatemali/   tak  samo  jak  wszędzie  Polaków   nie  lubią”.  Bobkowski  podkreśla  również,  że   ten  polski  patriotyzm /czytaj:  nacjonalizm/  „prowadzi   sznureczkiem  do  zaułka  prowincjonalnego”.
        
Ostatnim   tematem,   w   którym   nasze   poglądy   są   zbieżne  to   seks  /czytaj:  pornografia/   w   sztuce.   Bobkowski   ujmuje   to   zwiężle   i   dobitnie:
 
 „Seks   jest   bardzo   ważny,    kutas   i   dupa,   to   oś   i   łożysko   na   których   obraca   się   kula   ziemska..,   ale   nie   widzę   powodu   przeszczepiania   tego   do   sztuki.   I   do   tzw   literatury...”.

    Ugodowy   Giedroyc   próbował   mu   ripostować   przywołując   Henry   Millera   z   bulwersującym   „Zwrotnikiem   Raka”,    lecz   dzisiaj,   po   60   latach   od   omawianej   korespondencji,   już   wiemy,   że   Bobkowski   miał   rację;   Henry   Miller   to   nuda   i   nikt   go   nie   czyta.

Po   stronie   minusów   charakteru   i   poglądów   Bobkowskiego   musimy   na   pierwszym   miejscu   wymienić   rasizm.  Jest   tak   zaślepiony,    że   nie   widzi   sprzeczności   w   swoich   deklaracjach:   katolika  i   jednocześnie   rasisty   /”Listy..”  str.  568  -  „..jestem   rasistą”/.   W   liście   do   Giedroycia   pisze:   /”Listy..” str.136/:
  
„...biały   to   jest   jednak   coś   wyższego,   ...pomimo   wszystkiego,   co   można   mu   wytknąć.  ....Jeżeli   Amerykanie...   czymś   są   to   dlatego,   że   instyktownie   zdobyli   sie   na   przezorność   wybicia   wszytkich   Indian   do   nogi   i   niepomieszania   sie   z   nimi....    Ja   dziś   rozumiem   doskonale   samoobronę    Amerykanów   przed   czarnymi....”.

    No   i   cała  ewentualna   sympatia   do   autora   tych   słów   bezpowrotnie   znika.   Będąc   „nikim”,   bo   trzyletnie   studia   w   warszawskiej   SGH    to   niewiele,   ten  uciekinier   z    Europy,   przybłęda   w   Gwatemali,   butnie   się   stawia: /str.216/  „jestem   biały   i   rozkazów   od    takiego   „half-caste” nie   będę   przyjmował”.   /Jako   half-caste   miał   na   myśli   mieszańców   indyjsko-murzyńskich/.  Rasizm,   rusofobia   już   temu   zadufanemu   dupkowi   nie   wystarczają,   deprecjonuje   nawet   Hiszpanów   pisząc  po   pierwszych   dniach   pobytu   w   Gwatemali: 

 „....twierdzę,   że   tak   jak   Rosjanie   nie   są   Europejczykami,   tak   samo   Hiszpanie   nimi   być   nie   mogą”.

    Mentalnie   pozostając   kato-Polakiem   odcina   się   od   nacjonalizmu   powtarzając   w   kólko   „nie   jestem   endekiem”   lub   „ja   nienawidzę   nacjonalizmu”   kreując   się   na   „europejczyka”.   Obraża   wszech   i   wobec.   Na    temat   ewentualnych   rozmów   w   Paryżu   z    „ludżmi   z   kraju”   cieszy   się   ze   swojej    nieobecności   gdyż   dzięki   temu:   „nie   będę   zmuszony   do   ściskania   rąk   kurwom,   choćby   wśród   nich   miało   by   być   kilku   porządnych”,   a   w   1956   r.,  jako   jedyny   solidaryzuje   się   z   tzw.   „uchwałą   londyńską”   obligującą   pisarzy   emigracyjnych   do   niepublikowania   w   kraju.   W   końcu   „święty”   człowiek   -   Giedroyc   traci   cierpliwość   i   go   strofuje:  „...jakim   prawem   Pan   wydaje   sądy,   właściwie   uciekłszy   z   tzw  <frontu> ?”.

Bo    Bobkowski   jest    uciekinierem,   ogarniętym   „obsesją   wolności”.   Kieruje   nim   motto:   „Człowiek   wolny   to   ten,   kto   zapanował   nad   przypadkowością   życia,   własną   słabością,   kto   zawdzięcza   zwycięstwo   wyłącznie   sobie”.    Paradoksem   jest,   że    uciekając   z   Europy   „przekonany   o   jej   bankructwie   duchowym,   klęsce   politycznej,   a   niebawem   militarnym   w   przewidywanym   starciu   z   ZSRR”,   trafia   do   Gwatemali    targanej   rewolucją   komunistyczną,   która    „upaństwawia”   jego   dopiero   co   otwarty   sklep   z   modelami   samolotów.    Zobaczmy   jak go   ocenia   najsłynniejszy    uciekinier   z   PRL-u    -   Miłosz:

  „Andrzej   Bobkowski   po   napisaniu   Szkiców   piórkiem    wyemigrował   z   Francji   do   Gwatemali,   cnota   w   nim   zwyciężyła,   sam,   własnymi   rękami   stworzył   sobie   warunki   egzystencji,   żeby   nie   zależeć   od   komitetów,   stypendiów,   jałmużny.   I   ta   cnota,   dziwnie   zawsze   idąca   w   parze   z   pogardą   dla,   panie   dzieju,   różnych   intelektualnych    figlasów,   zepsuła   jego   pisarstwo,   zwróciła   go   na   tor   swojski,   jakże   znany:   wrzaskliwych   sarmackich   napaści   na   cokolwiek,   co   wymaga   myślowej   pracy,   dumnego   z   siebie   obskurantyzmu,   maskowanego   oczytaniem   i   cytatami   w   obcych   językach”.

Pierwotną   przyczyną   wzajemnej   niechęci   Miłosza   i   Bobkowskiego   była   rusofobia,   która   doprowadziła   tego   ostatniego   do   absurdalnej   negacji   literatury   rosyjskiej.   Przytoczmy   fragment   listu  Bobkowskiego  do   Giedroycia   o   arcydziele   literatury   światowej   Braciach   Karamazow:

 „..czytam   -   Braci   Karamazow  -   całkiem   żle   ze  mną.   Poza   Wielkim   Inkwizytorem   to   zupełna   szmira,   teatralna,   rozgadana,   rozmemlana,   cuchnąca   dziegciem   i  uchrystianizowaną   spermą”.
  /Legenda   o   Wielkim   Inkwizytorze   -  rozdział   powieści/.   A   w   następnym   liście,   dumny   z   siebie,   konstatuje:  
 „Skończyłem   /powinien   mi   Pan   dać   odznaczenie/   Braci   Karamazow.   Zbudowany   byłem   zakończeniem   niesłychanie   nowoczesnym   i   bardzo   prawdziwym.   Witia   z   Gruszeńką   uciekną   do   Ameryki,   nauczą   się   tam   angielskiego   i   otrzymawszy   obywatelstwo   amerykańskie   wrócą   do   Rosji   z   paszportami   amerykańskimi.   Mam   wrażenie,   że   Dostojewski   rozwiązał   proroczo   problem   możliwości   życia   w   tych   naszych   słowiańskich   krajach.   Bardzo   możliwe,   że   potrafilibyśmy    stworzyć   prawdziwą   ojczyznę   dopiero   z   obcymi   paszportami.   Inaczej   będzie   to   zawsze   zas....    Pipidówka   z   kompleksem    Polski,   a   nie   z   Polską”.

  Zauważmy   „klasę”    Giedroycia,   który   kulturalnie   odpowiada:

  „Boję   się   tylko,   że   Pan   zdaje   się   nie   zna   rosyjskiego   i   wobec   tego   zniekształca   to   Panu   pisarza,   a   nie   znam   ani   jednego   dobrego   tłumaczenia.   To    dziwnie   nieprzetłumaczalny   język”
.
   Trudno   by   wymagać   takiej   pobłażliwości   od   Miłosza,   rozkochanego   w   literaturze   rosyjskiej,   ponadto  wykładowcy   „dostojewszczyzny”   na   wydziale   rusycystyki   Uniwersytetu   w   Berkeley. Moja   kochana   Barbara   Skarga   wyrażała   pogląd,   że   w   dziedzinie   myśli   ludzkość,   po     Platonie,   nic   wielkiego   nie   zrobiła.  Jednakże   pisarze  często   starają   się   stworzyć   swoistą   zasłonę   dymną   dla   swoich   poglądów   powołując   się   na   mniej   lub   bardziej   znanych   myślicieli.   Chcę   powiedzieć,   że   starają   się   legitymizować   własne   stwierdzenia   autorytetem   /często   wątpliwym/   przywoływanych   postaci.   Swego   czasu   w   eseju   „MIŁOSZ”   pisałem:

   „Miłosz   zaczął   od   Oskara   Władysława   de   Lubicz   MIŁOSZA  /1877-1939/,   poety   francuskiego   pochodzenia   litewskiego,   symbolisty   i   mistyka,   który   był   z   nim   spokrewniony.   Miłosz   był   Oskarem   zafascynowany,   który   fascynował   się   Blakem,   zafascynowanym   Swedenborgem.   Wszystkie   te   fascynacje   odebrałem   jako   wydumane   dla   potrzeb   autora”
.
   Zaciekawionym   polecam   wymieniony   esej,  a   specjalnie   fragment   o   „Ziemi   ULRO”   na   str. 5.   Bobkowski   zaś   wykombinował   sobie   Keyserlinga.   Zadałem   sobie   trochę   trudu,  by   zdobyć   o   nim   garść   informacji,   gdyż   popularne   encyklopedie   tak   polskie   /PWN/,   jak   i   anglojęzyczne  /Webster/   o   nim   nie   wspominają.   Podejrzliwie   odnoszę   się    w   tym   względzie   do   słów   Giedroycia,   który   w   przedmowie   do   „Listów...”    pisze:

   /Bobkowski/   „Był   entuzjastą   Keyserlinga,   który   mnie  także   pasjonował.   Kto   wie,   czy   właśnie   nie   Keyserling   był   bodżcem   jego    nagłej   decyzji   wyjazdu   do   Gwatemali”  /podkr.   moje/.

   Jeżeli   Giedroyc   był   entuzjastą   Keyserlinga,   to   czemu   nie   ma   ani   słowa   o   nim   ani   w   „Autobiografii   na   cztery   ręce”,   ani   w   zbiorze   korespondencji   z   Mieroszewskim,  jak  i   Wańkowiczem,   a   w   korespondencji   ze   Stempowskim   jest   tylko   /prawdopodobnie/   plotka   o   rozdziale   o   Polsce,   ponoć   znajdującym   się   w   rękopisach   pozostajacych,   w   posiadaniu   wdowy   po   filozofie.   Pozostaje   mnie   traktować   to   „pasjonował”,   jako   grzecznościowy   ukłon   Giedroycia   w  kierunku   Bobkowskiego,   którego   mimo   licznych   spięć   naprawdę   lubił.  Lecz   ad   rem.

 Graf  /hrabia/   Hermann   Alexander   Keyserling   /1880-1946/,   niemiecki   filozof   i   pisarz,   urodzony   w   Estonii,  zdobywał   wykształcenie   na   uniwersytetach   w   Heidelbergu   i   Wiedniu.   Utraciwszy   fortunę   i   majątki   dzięki   Rewolucji   Pażdziernikowej   osiedlił   się   w   Darmstadt.   Jego    zainteresowania   dotyczące   orientalnej   filozofii,      skutkowały   założeniem   „Szkoły   Mądrości”   w   1920  r.   Z   „Listów..”   mogę   ino    wywnioskować,   że   nienawidził   bolszewików,  co   mu   wszystko   zabrali,   sprzyjał   ideologii   faszystowskiej   a   świetlaną   przyszłość   ludzkości   upatrywał   w   amerykańskim   /USA/  modelu   egzystencji.  Wzór   przydatny   dla   Bobkowskiego.

No    cóz,   najwyższa   pora   przejść   do   jego   opowiadań.    Na   okładce   wydawca   napisał  ”jeden   z   najwybitniejszych   polskich   pisarzy”.   Możliwe,   jako,   że   „na   bezrybiu   i   rak   ryba”.  Napewno   czyta   się   jego   opowiadania   lekko,   łatwo   i   bardzo  przyjemnie,   a   wynotowane   przeze   mnie   myśli   świadczą   o   intelekcie   autora   i   podnoszą   wartość   tej   lektury.    Nim   przejdę   do   cytatów   muszę   podkreślić,   że   wpływ   ulubionego    przezeń  CONRADA  na   prezentowany   styl  i   formę   jest   bardzo   widoczny,   lecz   sam   nie   wiem   czy   to   plus   czy   też   minus.  Chyba   próba   przeniesienia   stylu   klasyka   literatury    anglojęzycznej   do  krainy   polszczyzny   zasługuje   na   uznanie.

Giedroyc   i   inni   uznali   za   najlepsze   jego   opowiadanie   Coco   de   Oro.  Zgadzam   się,   tym   bardziej,   że   oprócz   ciekawej   fabuły   szczerze   się   uśmiałem   czytając,   że....

 „...gdy   zapytano   pewnego   konwertytę,   czy   jako   katolik   przestał   grzeszyć,   odpowiedzial,   że   wcale   nie,   ale   że   mu   to   tę   czynność   niesłychanie   skomplikowało”.

   Tamże   cenne   zestawienie   komunisty   i   księdza:   „ci   dwaj...   mają   szansę   w   tym   świecie.   Jeden   powiada:   „kula   w   nasadę   czaszki,   gdy   zawiniesz   wobec   partii”,   drugi:.  „...spłoniesz   w   piekle,  ...ty   szmato”.”   Jego   uwagi   o   Polakach    wyczytałem   w   opowiadaniu  „Siódma”:   /Polacy/   „to   plemię   z   ambicjami   narodu   i   mocarstwa”,   jak  i   w   „Punkcie   Równowagi”:    /Polacy/  „...nie   mając   odwagi   nie   być   katolikami   publicznie,   często   nie   mają   odwagi   być   nimi   prywatnie”.   W   tejże   „Siódmej”   znalazłem   dręczący   mnie   aksjomat,   że   „...życie   podlega    prawu   przyspieszenia:   czym   bliżej   śmierci,  tym   szybciej   leci”.   Kończę   cytowanie   cenną   uwagą,   tym  bardziej,  że   wypowiedzianą   przez   rusofoba,   znalezioną   w   opowiadaniu   „List”:   „...tajga   syberyjska   mierzona   Oświęcimiem   uchodziłaby   za   humanitarna...”.

O   raku,  który   doprowadził   go  do   śmierci   w   wieku   48  lat,   dowiadujemy    się   z   listu   do   Giedroycia   opatrzonego   datą  27  grudnia   1957  r.   Zmarł   26   czerwca   1961 r.,  a   więc   trzy   i   pólroku   bohaterskiej   postawy   wobec   rozszerzającej   się   zarazy.   W   tym   czasie   trzy   poważne   operacje   wykonane   w   szpitalach   gwatemalskich.   I   na   koniec   paradoksalna,   oczekiwana   z wielką    wiarą   w    Stany   Zjednoczone   i   ichnią   medycynę,   zrealizowana   wysiłkiem   przyjaciól   z   całego   swiata   -   konsultacja   w   Nowym   Jorku.   Bobkowski   wylatuje    25.03,   mozna   wnioskować,   że   ta   konsultacja   u   wszystkowiedzących   amerykańskich   lekarzy   odbyła   się   w   ostatnich   dniach   marca  -  pierwszych   dniach   kwietnia.   Czwartego   czerwca   Barbara   Bobkowska   pisze   do   Giedroycia:  

...Od  powrotu   ze   Stanów   czuł   się   już   ciągle   żle....Stwierdzono...  tumor   mózgu....Mój   Boże,   niedawno   przeszedl   kompletne   badania   w   Nowym   Jorku   i   znależli   go   KOMPLETNIE   ZDROWYM..” /podkr.  moje/.

  Zdrowym   choć    uskarżał   się   od   miesięcy   na   ból   w   nodze  /jak   ja/.    Wiara   w   Amerykę   i   nienawiść   do   Rosji   wielu   zgubiła.

Teraz  Jan   KOTT.    Zbieżność   czasowa   moich   lektur   skłania   do   zadania   pytania   co   łączy  /poza   wiekiem   -   Bobkowski   ur.  1913,  Kott   ur.  1914/  tych   dwóch   niewątpliwie   inteligentnych   ludzi ?  Absolutnie   nic.

   A  jednak   przeczytawszy,   co   napisałem   czuję   się   wprowadzić   korektę.   Łączy   ich   zaślepienie,   pozostawanie   przy   swoich   poglądach   bez   względu   na   zmiany   w   otaczającym   ich   świecie.   Bobkowski   nie   zmienił   się   do   śmierci,  Kott   szczęśliwie  -   tak,   lecz   stosunkowo   póżno,   mimo   żony   Lidii,   która   z  przerażeniem   patrzyła   na   ślepotę   męża.   Jeden   -   faszysta,   drugi   -   Żyd - komunista.   Jeden  -  rozpieszczony   synek   elity   sanacyjnej,   drugi   -   prowincjusz   pochodzenia   żydowskiego   łapczywie   zdobywający   wiedzę,   by   dzięki   wykształceniu   do  „salonów”   się   dostać.   Jeden   -   kato-Polak,  obsesyjnie   nienawidzący   Rosji,   komunistów,   Żydów,   murzynów,   nawet   Hiszpanów,   jak   również   Miłosza,   Dostojewskiego,   a   pewnie   też   masonów   i   cyklistów;   drugi   -   kontaktowy,   lubiący   wszystkich   i   lubiany   przez   wszystkich   /ale   cwany   Żyd  -    cha,  cha!/    ideowy,   bezinteresowny   komunista,   potem   rewizjonista,   aż   w   końcu   szekspirolog.    A   między   nimi   MĄDRY   CZŁOWIEK   -   Jerzy   Giedroyc.   O   przyjażni   jego   z   Bobkowskim   już   było,   zobaczmy   teraz   co   mówi   o    Kotcie,   przypomnijmy,   heroldzie   realizmu   socjalistycznego.   W   „Autobiografii   na   cztery   ręce”   czytamy:

„W   pierwszych   latach   powojennych   w   Paryżu   było   bardzo   wielu   przyjezdnych   z   Kraju...   Był   wśród   nich   Jan   KOTT,   z   którym   widziałem   się   wielokrotnie..  Były   to   rozmowy   z   człowiekiem   pełnym   euforii,   że   wszystko   się   tak   doskonale   w   Polsce   rozwija.    ....miałem   do   czynienia   z   człowiekiem   szczęśliwym,   co   było   rzadkie   w   owych   latach.    W   póżniejszych   rozmowach   Kott   nie   namawiał   mnie   do   powrotu,   ale   do   złagodzenia   krytyk   pod   adresem   reżymu,   które   uważał   za   przesadne”.

Potem,   w   lipcu   1955  r.   Kott   przebywa   w   Paryżu   i   Londynie   z   pomysłami   nawiązania   współpracy   emigracji   z   Krajem.   A   propos   niedoszłego   spotkania   z   Mieroszewskim   w   Londynie,   Giedroyc   pisze   /28.07.1955   w  liście   do   M/:   „Co  do   Kotta,   to   widocznie   atmosfera   Londynu   go   wystraszyła,   albo   był   pod   opieką   reżymową.   To   jeden   z   niewielu   nieoportunistów,   ludzi   odważnych   jak   na   tamte   stosunki”.   NIEOPORTUNISTA    to   ważkie   słowo   w   ustach   Redaktora.   W  tym   samym   czasie   /10.07.55/,   w   liście   do   Stempowskiego   Giedroyc   wyznaje:  
     
„Dodam   wreszcie,   że   Kotek   jest   moim   bliskim   przyjacielem,   do   którego   mam   zupełne   zaufanie   i   którego,   jak   mi   się   zdaje,   rozumiem   całkowicie.   Ta   szkoła,   jaką   przeszedł,   wytworzyła   w   nim   nieomylne   odruchy   defensywne,   nie   pozwalające   mu   wychylać   się   w   słowach”.

To   bomba!!   NIEZŁOMNY   KSIĄŻĘ    WOLNOŚCI   rozumie   ŻYDA -  REKONWALESCENTA   po   przebytej   chorobie   fascynacji   komunizmem.   W   czerwcu   1956  r., w   Maisons-Laffitte,  Giedroyć    notuje:  „Kott   mnie   nie   opuszcza.   O   ewentualnych  rozmowach wymienia   Żółkiewskiego,   Dąbrowską,   Jastruna.   <Żadnych   Putramentów   czy   Horodyńskich>”.   Aby   uzupełnić   opinię   Redaktora   o   „Kotku”   cytuję   list   do   Stempowskiego   z  17.01.1963  r.:   /rozmawiałem/  „z   Jankiem   Kottem,   który   jest   chłopcem   bardzo   inteligentnym”.   Ino,  że   „chłopiec”   liczy  sobie   już   49  lat,  i   jest   zaledwie   o   8   lat   młodszy   od   Giedroycia.

Rekomendacja   Giedroycia   pozwala   mnie   przejść   do   meritum   sprawy   czyli   „Burzliwego   życia..”  Jana   Kotta.

Urodzony   w   1914   r.,   dzięki   mądrości   swego   ojca   i   jego   zdolnościom   przewidywania   losów   Żydów   w   Polsce,   nie   został   obrzezany,   co   zresztą   wielokrotnie   uratowało   mu   życie   w   okresie   okupacji   niemieckiej.   Mało   tego,   w   celu   aklimatyzacji   wśród   kato-Polaków   został   ochrzczony   w   1919  r.   w   Kościele   św.   Krzyża   w   Warszawie.   Jest   to   niewątpliwy   signum   temporis,   w   porównaniu   z   rokiem   1895,   gdy   na   pogrzebie   bp   Felińskiego   przemawiał,   w   imieniu   Żydów   Polskich,   pradziadek   Janka  -   Hilary   Nusbaum,   autor   „Historii   Żydów”   i   tłumacz   „Pięcioksiągu”   na   język   polski.   Małżeństwo   Janka   z   Lidią   Steinhaus   /tak   mnie   wychodzi,   że   córką   najsłynniejszego   polskiego   matematyka   Hugo   Steinhausa   -por.  całka   Steinhausa/   ułatwiło   mu   niewątpliwie   nawiązywanie   kontaktów   intelektualnych.   Poza   studiami   i   rozpoczęciem   doktoratu   zdążył   przed   wojną   wysłuchać   wykładów   Jerzego   Stempowskiego  w  Państwowym   Instytucie   Sztuki   Teatralnej.   Ten   najbliższy   współpracownik   Giedroycia   w   paryskiej   „Kulturze”   wykładał   w   Warszawie   w   latach   1935-39;   a   skoro   już   przy  nim   jesteśmy   to   przypomnę,   że   jego   ojciec  -   Stanisław   był   mistrzem   loży   masońskiej   w   Polsce   i   najbliższym   przyjacielem   Mariii   Dąbrowskiej,   której   kochanką   była   Anna   Kowalska,  po  śmierci  najbardziej   namiętnej   miłości   pisarki,   przepięknej   Stanisławy   Blumenfeldowej   w   1943  r.   w  więzieniu   we   Lwowie.   A  skoro   plotkujemy,   to   dodajmy,   że   dom   Blumenfeldów,   Stanisławy   i   lwowskiego   przemysłowca   Izydora   był   ważnym   ośrodkiem   życia   towarzyskiego   i   kulturalnego,   tym  bardziej,   że   Stasia   wspierała   finansowo   „Sygnały”   i   „Lwów   Literacki”.

No  i   wybuchła   wojna.   Można   o   przygodach   Kotta   i   jego   rodziny   kilka   tomów   napisać,  Ja   jestem   zmuszony   to   drastycznie   ująć   w   jednym   zdaniu.   Steinhausowie   przez   całą   okupację   nie   włożyli   „opaski”,   Janek   miał   „dobry”   wygląd,  nie   sprawiał   więc   kłopotu,   natomiast   jego   żona,   Lidka,  o   „złym”   wyglądzie   całą   okupację   się   ukrywała.   Wszyscy   przeżyli.   Dodajmy   jako   ciekawostkę,   że   siostra   Hugo   Steinhausa,   Olga   wyszła   za   mąż   za   naszego   „formistę”   Leona   CHWISTKA   /p.   „Pałuba”   Irzykowskiego,    por.   esej   „Brzozowski”/,   z   którym   wylądowała   w  1944  r.   w   domu   obok   Kremla   /dla   uprzywilejowanych/,   lecz   szczęście   trwało   krótko   bo  w  tym   samym   roku   Chwistek   zmarł,   prawdopodobnie   otruty   za   krytykę   socrealizmu.  
    
Janek,   z   przyczyn   czysto   ideologicznych,   wstąpił   do   PPR-u   w   1942  r.   /Inne   przyczyny   wówczas   nie   istniały/,   uczestniczył   w   tajnych   spotkaniach   z   „Tomaszem”  /Bierutem/,   a   po   wojnie   związał  się   z   łódzką   „Kużnicą”   i   jej   redaktorem   Stefanem   Żółkiewskim,   póżniejszym   „szefem”   „Nowej   Kultury”.   Warto   tu   przytoczyć   opinię   wszystkokrytykującego   Kisiela  o  „Kużnicy”,   przedstawioną   w   przedmowie   do   zbioru   pism   Michnika:

„Ci   kużniczanie   i   ich   środowisko,   cóz   to   byli   za   ludzie!   Szaleństwa   Stalina   i   tragiczne,   narodowe   opresje   jakby   do   nich   nie   docierały:   żyli   w   abstrakcyjnej   euforii   swojej   bigoterii   sceptycyzmu.   Była   to   namiętność   ludzi   pióra   wyposzczonych   przez   okupację,   częstokroć   „zakompleksionych”   i   oderwanych   od   życia   kraju.   Jakaś   ahistoryczna   skleroza   nie   pozwalała   im   dostrzec   nowej   sytuacji,   w   której   walka   narzuconej,   totalistycznej   władzy   z   Kościołem   i   religią   stawała   się   najdotkliwszym   zagrożeniem   wolności   narodu,   jego   duchowej   i   politycznej   suwerenności,   jego   historycznej   tożsamości.”

To   bardzo   subiektywna,   niesłuszna   ocena   Kisiela   utożsamiająca   Kościól   z   religią.   Pisarz   katolicki   i   poseł   „Znaku”   Jerzy   Zawieyski,   którego   nie   sposób    podejrzewać   o   komunizm   czy   też   niechęć   do    religii,   pisał:

„Bo   czymże   był   Kościół   i   katolicyzm   dla   nas,   byłych   socjalistów   i   katechumenów   w   dwudziestoleciu?   Muszę   wyznać   z   bólem,   że   Kościół   w   osobie   swych    urzędowych   przedstawicieli,   czyli   kleru,   stanowił   dla   nas   największą   przeszkodę   do   katolicyzmu   i   wiary.   Katolicyzm   równał   się   dla   nas   z   antysemityzmem,   z   faszyzmem,   z   ciemnogrodem,   fanatyzmem   i   wszelkimi   zjawiskami   antypostępowymi   i   antykulturalnymi.     ...Tak  zwana   „młodzież   wszechpolska”   w   swym   programie   stawiała   hasła   Boga   i   Ojczyzny,   dla   nas   jednoznaczne.   Zawierało   się   w   nich   wszystko,   co   wsteczne,   agresywne,   sycone   nienawiścią....   Z    jej   grona   wychodzili   ci   z   żyletkami   i   kastetami...”

Po   wojnie,   lewica   laicka   miała   dwóch   wrogów:   KC   partii  i   Kościół   katolicki.   „Kużnica”  akcentowała   postępowy   program   reform   społecznych   PPR    i   jak   znaczna   część   laickiej   inteligencji     /Michnik/:  „wiązała   z   powojennymi   reformami   nadzieje   na   likwidację   społecznego   i   kulturalnego   zacofania,   na   realizację   wizji   Polski   sprawiedliwej   i   nowoczesnej,   tolerancyjnej   i   demokratycznej”.   Poparcie   dla   PPR-u   wynikało   z   pamięci   o   stosunkach   w   II  RP,   które  ze   zgrozą   wspominał   m.in.   mój   Ojciec,   ofiara,   w   okresie   studiów,   „getta   ławkowego”,   a   pózniej   jako   doktor   filozofii   i   historii  -   solidny   pracownik   Urzędu   Pocztowego   za   120  zł/m-c.   Michnik   pisze:
 
 „Nie   ulega   jednak   dla   mnie   wątpliwości,   że   jednym   z   istotnych   czynników,   który   wpływał   ma   dokonywane   wówczas   wybory   ideowe,   był   lek   przed   klerykalną   prawicą,   lęk   warunkowany   przez   określoną   wizję   polskiego   katolicyzmu,   lęk   uzasadniony   rzeczywistym   wstecznictwem   Kościoła   katolickiego   w   epoce   II   Rzeczypospolitej”.  
    
Kott   działał   w   „Kużnicy”   w   latach   1945-48,   następnie   współzakładał   Instytut   Badań   Literackich,   a   w   latach   1952-69   był   profesorem   historii   literatury   polskiej   na   Uniwersytecie   Warszawskim.   W   uznaniu   zasług   w   1955   roku   został   laureatem   Nagrody   Państwowej.  Urokiem   osobistym   zjednywał   sobie   wszystkich,   wysyłany   przez   władze   „reżymowe”   na   Zachód   zdobywał   sympatię   rozmówców   /vide   Giedroyc/.    Jemu   wszystko   uchodziło.   Profesor   Maria   Janion    wspomina   go   z   rozbawieniem:

  „Pamietam,   jakie   oburzenie   wśród   specjalistów   wzbudziło   domniemanie   Jana   Kotta;   po   zapoznaniu   się   z   korespondencją   filomatów   rzucił   podejrzenie,   że   byli   oni   chyba   homoseksualistami”. 

 W   1957  r.   jest   w   składzie   redakcji   „EUROPY”   miesięcznika   literackiego,   obok   Naczelnego -  Andrzejewskiego   oraz   Pawła   Hertza,  Hłaski,   Jastruna,   Minkiewicza,   Henryka   Krzeczkowskiego,   Ważyka   i   Juliusza   Żuławskiego.   Zgody   na   wydawanie   pisma   udzielono   wiosną,   a   cofnięto   w   listopadzie,   przed   kolportażem   pierwszego   numeru.   W    proteście   Andrzejewski,   Jastrun,   Ważyk,   Hertz,   Żuławski,   Kott   i   Dygat   występują   z   Partii.   W  następstwie   tych   wydarzeń   w   listopadzie   1959  r,   przepada  /wraz   z   Ważykiem  i   Żuławskim/   w   wyborach   delegatów   na   Zjazd   Związku   Literatów.    Steruje   tym   osobiście   Gomułka,   którego   faworytem   jest   Iwaszkiewicz.    W   1964  roku   podpisuje   „List 34”   do   Cyrankiewicza  „ o   zmianę   polityki   kulturalnej”   i   staje   się   „podpadnięty”.   Kapitalna   jest   reakcja   na   wydarzenia   w   kraju   Jerzego   Stempowskiego  /ze   Szwajcarii/.   W  liście   z  10.04   czytamy:

  „Obawiam   się,   że   z   34   nikt   nie   dostanie   paszportu.  Janek   Kott  zapowiedział   się   u   mnie   na   początek   maja...    paszportu...   nie   dostanie.   Kott   dostał   w   Niemczech   nagrodę   Herdera,    wynoszącą   10   tysięcy   DM   czy   więcej.   Być   może   i   to   mu   odbiorą   przy   pomocy   znanych   sposobów”.

  Jakaż   przeogromna   jest   ignorancja   emigracji   świadczy   list   tego   samego   autora    pisany   równo   tydzień   póżniej,   w   którym   przytacza   list    dobrze   poinformowanej   znajomej.   Pisze   ona:
„Podpisani   pod   protestem   zbyt   wiele   nie   ryzykują.   Wszyscy   są   tak   czy   inaczej   zasłużeni   wobec   reżymu.   O  bohaterstwie   nie   ma   tu   mowy.     ........Najwięcej   uciechy   mam   z   tego,   jak   prasa   trąbi   o   straszliwych   represjach   przeciw   naszemu   przyjacielowi   Jankowi   Kottowi....   Nie   wyjedzie   tym   razem   do   Paryża,   to   za   pół   roku.   Ale   jakim   blaskiem   go   to   otacza!   Nie   zdziwiłabym   się,   gdyby   ofiarowano   mu   jakąś   katedrę   za   granicą...”.

Prorocze   słowa.   Nikt   mu   podróży   nie   utrudniał  /w   1965   m.in.   rozmawiał   ze   Stempowskim   w   Szwajcarii   i   relacjonował   pogrzeb   M. Dąbrowskiej/,   a    katedry   czekały   na   niego,   co   stało   się   aktualne   po  „czystkach”   antysemickich   1968   r.   i   emigracji   elity   naukowej  i   intelektualnej.

Brak   szczegółowych   informacji   nadrabiam   notkami   z   „Dziennika”   Kisiela:

28.10.1968   Kott   wystawił   „Oresteję”   po   dzisiejszemu,   ....występuje   też   Statua   Wolności  bez   głowy,   jest   także   na   scenie   coitus.  Było   to   na   Uniwersytecie   w   Berkeley,   Polacy   byli  oburzeni,   Amerykanom   dość   się   podobało.  ... Głupi   był   zawsze   ten   Janek,   intelektualny   tandeciarz,   ale   tam   da   sobie   radę   epatując   „kowbojów”   -   a   do  Polski  ju  nie  wróci. A  jednak  i  jego szkoda  - był  w  nim  jakiś  mijający, już  zapomniany  koloryt  pewnych  czasów,  pewnych  ludzi.  Na  miejsce  tych  wszystkich  zdolnych  Żydów  przyjdą  tępe  partyjne  byczki...  „Polsko,  bądż  mniej  polską!”
7.12.1968  Kołakowski  wyjechał,  jest   już   w   Paryżu...     On  już   pewno   do   Polski   nie   wróci   -   wcale   niezłe   nazwiska   żeśmy   stracili:   Mrożek,   Kott,   Gombrowicz,   Miłosz,   Kołakowski   i  inni   z   Tyrmandem   włącznie”.

Zauważmy,  że   nawet   wszystko   opluwający   Kisiel   wymienia   nazwisko   Janka   w   doborowym   towarzystwie.

Kończę   sentencją    Jana   Kotta,   człowieka,   któremu   strach   towarzyszył   przez   całe   życie:   „Nie   poniżający   jest   tylko   strach,   który   się   samemu   wybierze”.


Aby   poprawić   nastrój   przytaczam   powiedzenie   przypisywane   Maritainowi,   a   wyczytane  u  Kotta:   „Smak   puddingu   poznaje   się   jedząc”.    Jak   życie.