Wednesday, 6 November 2013

RESUME MOICH POGLĄDÓW NA TEMATY NAJTRUDNIEJSZE

RESUME MOICH POGLĄDÓW NA TEMATY NAJTRUDNIEJSZE

opracowane z okazji 70-tej rocznicy urodzin, a więc osiągnięcia wieku, który wydaje się umożliwiać confessio (wyznanie), jakiego „młody człowiek nie napisze” (Miłosz, „Traktat teologiczny”). Ponadto, nie wypada lekce sobie ważyć wyniku uzyskanego w KABALE metodą Gematrii (p. wypracowanie „KABAŁA...” z 2011 r.), który w tym miejscu przypominam: Wojciech (8 liter) Jan (3) Konrad (z bierzmowania - 6) Gołębiewski (11) ur. 27.04.1943 daje:
1943 + 27 + 04 + (1 + 9 + 4 + 3) + 8 + 3 + 6 + 11 = 2019
co zgodnie z regułami tej tajemnej sztuki jest datą śmierci. Oczywiście, że to głupoty, lecz „na wszelkij pożarnyj słuczaj” wolę utrwalić swoje myśli już teraz, póki nieunikniona progresywna miażdżyca, nieodzownie towarzysząca procesowi starzenia, nie uniemożliwi mnie klarownego przedstawienia mego credo; nic to mnie nie kosztuje, w przeciwieństwie do mojej Matki, która co tydzień dawała „na wszelki wypadek” pięć złotych „na tacę”.
MOTTO:
„Mówić cokolwiek o Bogu ludziom naiwną wiarą popsutym niebezpieczne jest, bo czy prawdę wobec nich powiesz, czy nieprawdę, zawsze się narazisz” /Pitagorejczycy/
W związku z powyższym mottem odradzam dalszą lekturę /ciemno-/wierzącym, gdyż może ona do ciężkiej konfuzji doprowadzić, a nawet do globusa hystericusa, tj sterczącej w gardle histerycznej kuli, która, w skrajnym przypadku, nawet uduszenie wywołać może. Tym zdeterminowanym, którzy odważają się czytać dalej, proponuję zastanowienie się czym jest dla nich WIARA ?
Bo ja jestem głęboko wierzący, lecz nie w sensie pospolitym. Nie wierzę bowiem w Boga, o którego istnieniu, po prostu, wiem (o tym za chwilę), nie wierzę w żadne dogmaty żadnej religii, ani w Ducha Świętego, ani w Mesjasza (po grecku: Chrystusa), a tym bardziej w partenogenezę matki Jezusa, zamienianie wody w wino i inne bałamutne historyjki wymyślone dla otumanienia gminu. Abyśmy się porozumieli niezbędny jest consensus co do znaczenia podstawowego terminu. Wg Kołakowskiego „wierzę, że” może znaczyć, iż mam powody, ale nie pewność, by sądzić, że coś się zdarzy albo zdarzyło (”wierzę, że mój klub wygra jutrzejszy mecz”, wierzę w świetlaną przyszłość mojego kraju”, „nie wierzę, że ten człowiek mógł popełnić taką zbrodnię”); może znaczyć po prostu, że coś aprobuję lub uważam za dobre (”wierzę w demokrację”); może też znaczyć, że mam pewność, iż coś jest prawdą, choć sam udowodnić ani sprawdzić tego nie potrafię (”wierzę, że ostatnie twierdzenie Fermata jest prawdziwe”, „wierzę, że istnieje wyspa Madagaskar, której nigdy nie odwiedziłem”, „wierzę, że Hetyci żyli w Anatolii”); ogromna większość zasobów informacyjnych każdego z nas opiera się na zaufaniu do kompetencji innych ludzi, którzy umieją uzasadnić odpowiednie przekonania; „wierzę, że..” może na koniec znaczyć, że jestem o czymś niezachwianie przekonany, chociaż nie mam na to żadnych spolegliwych racji (wierzę, że jest dziewięć chórów anielskich)..”.
Szczęśliwie ten zbyt szeroki wywód, Kołakowski kończy stwierdzeniem: „..słowo to.. ..oznacza nade wszystko „ufność’ czy „zaufanie””. Od siebie dodam „nadzieję” (”wierzę, że wyzdrowieję; że żona wróci do mnie i dzieci”). Po takim wyjaśnieniu trudno byłoby znaleźć człowieka, który wyparłby się jakiejkolwiek wiary, bo byłoby to irracjonalne. Z powyższego wynika również, że nie jestem w stanie wyszczególnić niuansów mojej wiary, gdyż musiałbym podać co sądzę, aprobuję, uważam za słuszne, do czego mam zaufanie bądź pewność, o czym jestem przekonany czy w czym pokładam nadzieję etc, a to byłoby za długie.
Tomasz z Akwinu rozróżniał trzy formy: „wierzę, że..”, „wierzę w..” oraz „wierzę komuś”, co w wersji teologicznej przybiera postać: „wierzę, że Bóg..”, „wierzę w Boga..” i „wierzę Bogu..”. Jak byśmy na to nie patrzyli dominującym słowem jest BÓG. A kto to ?
Najczęstsza odpowiedź to: BÓG to ABSOLUT ! A co to znaczy ? Absolut to „bezwzględnik, to co istnieje bezwzględnie, samoistnie, niezależnie, nieograniczenie”. To tyle mnie wyjaśnia co definicja „INSTYNKTU” - „wspólna wszystkim osobnikom danego gatunku przyrodzona dyspozycja psychofizyczna ku sprawnemu wykonywaniu, bez uprzedniego ćwiczenia, pewnych ściśle określonych działań, pożytecznych dla jednostki”. W wyniku przeczytania wielu książek i przestudiowania licznych, bardzo mądrych definicji „wiem, że nic nie wiem”. Może z tym „nic” trochę przesadziłem, lecz na pewno nie rozumiem INSTYNKTU, a tym bardziej BOGA czy ABSOLUTU. Są to wyrażenia popularne, umowne, osłaniające welonem naszą ciemnotę, tj ograniczoność ludzkiego rozumu. Przypomnę tu też szczególny przypadek MASERa - tzw maser optyczny, zwany LASEREM /L - od light - światło, w odróżnieniu od M - microwave/, który w świadomości społecznej to panaceum, w tym i na zmarszczki, i na zaćmę i na kamienie żółciowe (co za idiotyzmy !! - kamienie usuwa się laparoskopem). oraz KOMPUTER, w którym można wszystko znaleźć, nawet to, czego nikt nie włożył. Zostawmy inne „magiczne” słowa, a zajmijmy się ABSOLUTEM –BOGIEM.
BÓG Starego Testamentu okrutny, srodze karzący, manipulujący ludźmi i zabawiający się ich losem (vide zakład z Szatanem o los Hioba) był prymitywny i dlatego rozprzestrzeniające się chrześcijaństwo, „żeby móc duchowo opanować Imperium Rzymskie,.. ..nie mogło nie zwrócić się do greckiej tradycji filozoficznej. Bez tego nie mogło by wtargnąć w świat klas wykształconych imperium, czyli nie spełniłoby swojej misjonarskiej funkcji. Musiało przejąć tradycję greckiej filozofii i nauki choćby w postaci tak wspaniałej i nie do pojęcia cudownej jak „Elementy” Euklidesa. Po tradycji neoplatońskiej odziedziczyliśmy też pojęcie ABSOLUTU, który nie jest całkiem od nas oddzielony, z którym jest jakiś kontakt, ale kontakt trudny do opisania i niepoddający się naszym językowym narzędziom...” (Kołakowski). Zaadaptowano JEDNIĘ PLOTYNA do korekty imagu BOGA Starego Testamentu. Kto chce wiedzieć co to jest ta JEDNIA, niech zajrzy do mego wypracowania z 2011 r. pt „PLOTYN”, a ja pogadam jeszcze o Bogu.
Kołakowski zauważa: aby „sformułowania takie jak „Bóg istnieje”, „Bóg nie istnieje” lub „Czy Bóg istnieje”..(aby) ..mogły się stać przedmiotem refleksji.. ..musimy.. ..rozporządzać jasnym pojęciem Boga. Cała kwestia okazuje się pusta.. gdyż ..Bóg nie może być uchwycony w naszej siatce pojęciowej.. ..każde określenie Boga.. jest.. ..wewnętrznie sprzeczne, albo z zasady niezrozumiałe”. Dodajmy cytowany przez niego pogląd Nietzschego: „..Bóg jest figmentem wyobraźni albo ludzkiej potrzeby schronienia”. Figment to wymysł, marzenie.
Czyli dalej pozostajemy w punkcie wyjścia i nie wiemy co to znaczy BÓG ? Mnie odpowiada definicja Carla Gustava JUNGA: „BÓG to psychologiczna prawda, której subiektywnie doznaje każdy człowiek”. To teraz przewrotnie zapytam: czy Bóg istnieje? Wymijającą odpowiedź daje Kołakowski: „Jak wszyscy wiedzą, mamy co niemiara dowodów na istnienie Boga. To już samo przez się pewne podejrzenie budzi, bo jeżeli dla jakiegokolwiek twierdzenia istnieje choćby jeden dowód niezbity, to innych nie potrzeba”. Tak więc spekulacje na ten temat trwają, choć wydawało się, że im definitywny kres zadał, ponad 400 lat temu, PASCAL, swoim słynnym „zakładem”. (Stawiający na istnienie Boga ma pewność wygranej. Wybierając wiarę w Boga narażamy coś skończonego mając do wygrania nieskończoność). Chyba wystarczająco zmęczyłem czytelnika i wypada przedstawić swój pogląd.
JA identyfikuję się ze stanowiskiem JUNGA, który zapytany, czy wierzy w Boga stanowczo odparł: „NIE MUSZĘ WIERZYĆ, JA WIEM”. A z czego wypływa moja wiedza ? Z mojej TRANSCENDENCJI, czyli indywidualnego mechanizmu poznawczego. Przekładając te mądrości na język potoczny, pewności istnienia Boga nabrałem analizując fakty i otaczające mnie zjawiska w trakcie mojego długiego 70-letniego życia. Nie jestem wprawdzie uczonym, lecz chciałbym znaleźć się w grupie tych, o których „mój” dyżurny kosmolog, ks. HELLER mówi: „..uczeni są osobami w naturalny sposób religijnymi, nawet jeśli nie należą do żadnego Kościoła, ponieważ stykają się z immanentną racjonalnością zjawisk przyrodniczych, a są to rzeczywistości, w których stają oni w obliczu tajemnicy”. (immanentny - tkwiący w rzeczy samej). Z satysfakcją, że z Jungiem nie jesteśmy osamotnieni, przeczytałem słowa, jakie wypowiedział abp praski Dominik Duka, po śmierci prezydenta Havla: „Havel nigdy nie był ateistą.. ..Nasze wspólne wyznanie można ująć tak: „MY WIEMY, że ON JEST”.. ..Myślę, że jego stosunek do wiary był trochę taki jak Czesława Miłosza”. No to grono nam się powiększa.
Warto tu chyba przytoczyć uwagę Kołakowskiego o sensie wiary: „wykreślenie wiary w Boga pozbawia etos jego podstawy.. Jeśli ktoś nie uznaje, że człowiek i cały świat pochodzą ze STWÓRCZEGO ROZUMU ..to pozostają mu tylko „przepisy drogowe” ludzkiego zachowania, które można projektować i uzasadniać z punktu widzenia ich wartości użytkowej..”. O głupocie ateizmu, a właściwie chwilowej modzie nań, która przeszła w równie prymitywny agnostycyzm, pisałem już w 2011 r (p. „AGNOSTYCYZM”) więc tam odsyłam, a tu tylko przypomnę, że najdotkliwszy cios ateistom zadał Nietzsche ogłaszając ŚMIERĆ BOGA, gdyż utraciwszy podmiot swojej negacji zmarkotnieli. ! Teraz przytaczam istotną wypowiedź oskarżanej o ateizm Żydówki, prof. neurologii Ireny Hausmanowej-Petrusewiczowej (siostry sławnej wenorolożki prof. Jabłońskiej): „..Ależ ja nie żyję bez Boga.. ... Ja ŻYJĘ BEZ BOGA INNYCH LUDZI.. ...Każdy człowiek ma JAKIŚ RODZAJ WIARY, tylko mnie te wszystkie systemy wydawały się jakieś płaskie, zbyt dosłowne”. Jeszcze do niej wrócimy, lecz teraz zastanówmy się nad ostatnimi słowami. Dlaczego „te systemy”, czyli religie są „płaskie, zbyt dosłowne” ?. Bo są dla GMINU.
Bogowie usadzeni w tych systemach /wg Freuda/: „..zachowują swe potrójne zadanie. Muszą egzorcyzmować lęki natury, godzić człowieka z okrucieństwem losu manifestującym się szczególnie w śmierci i wynagradzać cierpienia i prywacje, które życie społeczne nałożyło na człowieka”. Twórca psychoanalizy współczesnej, filozof religii, Żyd niemiecki Erich Fromm też widzi potrójną, lecz inną rolę: „...religia ma trojaką funkcję: dla całej ludzkości jest pocieszeniem wobec niedostatków życia; dla przeważającej większości ludzi zachętą do emocjonalnej akceptacji swej sytuacji klasowej; dla panujących ulgą w poczuciu winy wywoływanym przez cierpienie tych co uciskają”. Pięknie to ujął Marks: „Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata.. .. Religia jest OPIUM LUDU”. Lenin zawęził swoją opinię do chrześcijaństwa, lecz wyraził ją najkrócej, najtrafniej i najgenialniej: „Chrześcijaństwo to rodzaj DUCHOWEJ GORZAŁKI”. Wspólnotowy charakter religii podkreślił w swojej wypowiedzi Robert M. Persig, autor „Zen and the Art of Motorcycle Maintenance”: „When one person suffers from a delusion, it is called INSANITY. When many people suffer from a delusion is called RELIGION”. Podaję w wersji oryginalnej, gdyż moja próba tłumaczenia (”Kiedy pojedynczy człowiek cierpi na ułudę, to nazywane to jest OBŁĘDEM. Kiedy wielu ludzi cierpi na ułudę to nazywane to jest RELIGIĄ”) nie oddaje w pełni subtelności myśli.
Z powyższych definicji jasno wynika, że RELIGIA, jako dowolny „system myśli i działań podzielony przez pewną grupę, która dostarcza jednostce układu orientacji i przedmiotu czci” (Fromm), łudzi nadzieją bezpieczeństwa i poprawy egzystencji. Jest też „...sposobem, w jaki człowiek akceptuje swoje życie jako nieuchronną porażkę” (Kołakowski).
Mizerna jest więc kondycja człowieka, który utraciwszy w wielkim stopniu INSTYNKT, stał się słaby. Opisuje to Fromm: „Homo sapiens jest zarazem homo religiosus, z tej fundamentalnej antropologicznie przyczyny, iż u człowieka nastąpiło ogromne ograniczenie instynktownego behavioru”. Dlatego też cechą wspólną różnych religii jest pesymistyczna antropologia. Człowiek w ich ujęciu jest mały, zły i niezdolny o własnych siłach do osiągnięcia dobra i prawdy. Musi on zatem podeprzeć się o kogoś (coś) znacznie od niego silniejszego (np Bóg, bóstwa, przyroda, Wódz, prawa historii etc).
Nie sposób też nie zauważyć sprzeczności między RELIGIĄ ściśle odnoszącą się do GRUPY (i etymologicznie wywodzącą się z łac. religare - wiązać mocno), a WIARĄ, do osiągnięcia której niezbędne jest indywidualne przeżycie transcendentalne. Transcendencja (u Karla Jaspersa - BÓG), jej zależność od indywidualnych, często granicznych przeżyć, wyklucza RELIGIĘ o sensie wspólnoty. O indywidualnym charakterze wiary, przeżyć mistycznych, kontaktów z Bogiem mówią świeccy i duchowni. Publicysta katolicki Zając przestrzega; „Nie dajmy sobie wmówić, że myślenie samodzielne, a nie plemienne, jest równoznaczne ze zdradą wartości..” . Ksiądz Mieczysław Maliński naucza: „Kontakt z Bogiem masz ty sam, albo nie masz wcale. Ksiądz niczego za ciebie nie załatwi”; a pisarz Tadeusz Konwicki stanowczo oświadcza: „Pośrednictwo między MNĄ, biednym grzesznikiem, a Panem BOGIEM jest pod każdym względem bardzo wątpliwe. A już przejęcie odpowiedzialności za moje wnętrze i moje sacrum bardzo mnie bulwersuje”. Polakom-katolikom gromadnie, żeby nie powiedzieć stadnie, latającym do kościoła warto tu przypomnieć, Grzegorza z Nissy (IV w.), który mówił, że BÓG „nie mieszka w dziełach rąk ludzkich” (cytat przypisywany też św. Szczepanowi). Zapewne znajomość ewangelii wśród pobożnego ludu jest przeogromna, więc nie ma potrzeby przytaczać fragmentu Mt 6.56. Moja żona do kościoła nie biega, więc dla niej ten cytat jednak przytoczę: „Gdy się modlicie nie bądźcie jak obłudnicy.. żeby się ludziom pokazać.. ..gdy chcesz się modlić, „wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi” (Iz. 16.20) i módl się do Ojca twego”. A GMIN ?
A gmin niech do kościoła lata i księdza proboszcza w rękę całuje, bo jak powiedział Baruch SPINOZA: „Gmin, o ile reguł moralnych przestrzega, to zwykle ze strachu marnego przed piekłem.. Ci, którzy nie potrafią pod panowaniem ROZUMU żyć, muszą mieć zalecenie godziwego życia, jakie im RELIGIA daje”. O konieczności zastępczej wiary w autorytet KOŚCIOŁA mówił już jeden z jego Ojców - św. Augustyn: wiara w autorytet „..uwalnia .. od wysiłku.. Jest to zbawienne dla ludzi, którym brak bystrości umysłu utrudnia poznanie rozumowe.. Ludzie ci - a jest ich z pewnością większość - dają się łatwo zwieść dowodom pozornym.. ..Toteż dla nich najpożyteczniej jest wierzyć powadze wybitnych ludzi..”.
Banialuki i dyrdymały, bo jak ciemny gmin ma rozeznać, kto jest „słusznym” autorytetem. Praktyka kultu Rydzyka, Natanka czy Flaszki-Głódzia ośmiesza najmądrzejszą teorię. Z powyższych rozważań wynika też, że człowiek myślący, chce czy nie chce, ulega postępującemu wyobcowaniu z gminu. Pięknie przedstawił to MIŁOSZ w „Traktacie Teologicznym”, lecz ograniczę się do jednego cytatu, bo cały traktat jest arcydziełem i nie wypada go nie znać. Poeta, zdając sobie sprawę ze swojej alienacji i ogarniającemu go, wskutek niej, sceptycyzmowi usiłuje z nim walczyć: „...jestem sceptyczny, ale razem śpiewam, pokonując w ten sposób przeciwieństwo pomiędzy prywatną religią i religią obrzędu..”. Cierpi bo „..polscy współwyznawcy lubili słowa kościelnego obrzędu, ale nie lubili teologii..”. Moje osobiste uczucia przedstawiam korzystając ze sformułowań Jana BŁOŃSKIEGO: „...sztywnieję więc z czasem w sobie i tracę miarowo zdolności adaptacyjne, a podczas kiedy staję się miarowo coraz bardziej JEDNOSTKĄ, świat pędzi w kierunku akurat przeciwnym, JA JEDNOSTKOWIEJĘ, ŚWIAT SIĘ UMASAWIA” i cieszę się ze swojej alienacji, z nieuczestniczenia w „kupie globalnej” i podzielam brak wiary Błońskiego w „kultury masowe”.
Kto chce, niech poczyta moje eseje z 2011 i 2012 r., a ja zgodnie z obietnicą wracam do prof. Hausmanowej, która ładnie powiedziała: „..Ja wiem, że są trzy siostry - Wiara, Nadzieja i Miłość. Ale ich matką jest SOFIA - MĄDROŚĆ. I dlatego nie mogą sobie pozwolić na to, żeby być takie, jakie są..”.
Tak, ale SOFIA, jest matką nie tylko trzech córek, lecz również syna, najmłodszego, lecz szybko dojrzewającego, a na imię mu ROZUM. Jako najmłodszy był faworyzowany i szybko wpadł w konflikt z siostrami, a szczególnie z WIARĄ. Relację rodzeństwa pięknie ujął JP II, mówiąc, że WIARA i ROZUM to dwa „skrzydła” wzajemnie uzupełniające się. Powiedział też (w encyklice „Fides et Ratio”), że „WIARA pozbawiona ROZUMU, podobnie jak ROZUM pozbawiony WIARY są jednostronne i mogą być niebezpieczne”. Młody ROZUM dojrzewał i znalazł wsparcie w oblubienicy imieniem NAUKA. Siostra nie zaakceptowała ukochanej brata i przez wieki negowała każde jej słowo. Szansa konsensusu oddaliła się, gdy WIARA powiła zgraję BĘKARTÓW zwaną ogólnie RELIGIAMI, w tym trzy najważniejsze z jednego Ojca - Abrahama. Zaczęła się bezwzględna walka między nimi samymi, a łączyła je tylko nienawiść do ukochanej ich wujka ROZUMU - NAUKI. Na rozkaz RELIGII palono na stosach książki, a potem i ludzi. Wysłannicy babci SOFII (m.in Pierre Teilhard de CHARDIN, który nawiązując do koncepcji św. Pawła o CHRYSTUSIE KOSMICZNYM, stworzył zmodyfikowaną teorię ewolucji, w której CHRYSTUS jest ALFĄ i OMEGĄ tzn Początkiem i Końcem) podejmowali liczne próby porozumienia, lecz dopiero misja specjalnego emisariusza babci SOFII, „papieża z dalekiego kraju”, JP II-ego przyniosła chwilowy rozejm. Rozejm ten dotyczy wprawdzie tylko umysłowych elit, ale i to dobre, bo „czas robi swoje”; istnieje więc szansa, że po kilku wiekach do mentalności np polskiego ciemnogrodu dotrze wieść, że ich Papież-POLAK, JP II, zaakceptował teorię Darwina, zrehabilitował Galileusza, a Żydów uznał za starszych Braci w Wierze. Jako ciekawostkę podaję, że Richard DAWKINS, autor bestsellera dla głupich - „The God Delusion” /wyd polskie „BÓG UROJONY/ oświadczył, że JP II uznając teorię ewolucji za słuszną okazał się hipokrytą. Tenże skandalista Dawkins oświadczył ostatnio w wywiadzie dla telewizji Al-Jazeera, że „wychowanie w rodzinie katolickiej i straszenie piekłem może przynosić większą szkodę niż bycie ofiarą molestowania seksualnego”.
Teoria ewolucji jest jedną z trzech globalnych teorii przyrodniczych (obok mechaniki kwantowej i teorii względności) stanowiących koherentne (spójne) ramy dla całej współczesnej nauki. Atak na współczesny neodarwinizm (m.in. przez dominikanina o. Chaberka z „FRONDY”) jest atakiem na naukę, a odrzucanie nauki jest popadaniem w irracjonalizm.
JP II, w liście do dyrektora Obserwatorium Watykańskiego, o. George’a Coyne’a, posługując się myślą mego kochanego ks. HELLERA napisał: „NAUKA może oczyścić RELIGIĘ z błędów i przesądów, RELIGIA może oczyścić NAUKĘ z idolatrii i fałszywych absolutów. Każda z nich może wprowadzić drugą w szerszy świat - świat, w którym obie mogą się rozwijać”. Należy podkreślić, że to (babcia) MĄDROŚĆ przez JP II-ego przemawiała, skoro schował w zanadrzu swój konserwatywny tomizm (tj od Tomasza z Akwinu). Wspomniany powyżej ks. HELLER, przekonany o tymczasowości rozejmu przestrzega Watykan: „Przepowiadam, że jeśli była sprawa GALILEUSZA, jest sprawa DARWINA, to prędzej czy później będzie sprawa NEUROSCIENCE. Jeśli Kościół się do niej nie przygotuje, czeka nas kryzys jeszcze większy niż za czasów Galileusza”. Neuroscience to dziedzina nauki zajmująca się funkcjonowaniem mózgu, istotą świadomości, możliwością sztucznej inteligencji, a przede wszystkim problemem relacji umysłu i mózgu.
Niestety, muszę przyznać, że zwolennicy ROZUMU wygłaszali czasem zbyt otwarte poglądy. Np David HUME (1711-76) dyskredytował RELIGIE mówiąc: „Religie to żałosne przesądy... ..Najwięcej słychać o cudach u ludów barbarzyńskich i nieoświeconych”, a twórcy pozytywizmu Auguste COMTE (1798-1857) marzyło się, że „NAUKA będzie nie tylko spożytkowanym technologicznie instrumentem działania, lecz także formą RELIGII, która zastąpi obumarłe kulty religijne o teistycznym charakterze”. Stan umysłów współczesnych wynika z pozbawionej emocji analizy Zygmunta BAUMANA, który mówi: „Myśl nowoczesna zaczęła się wszak od pomysłu DEUS ABCONDITUS - Boga w świecie nieobecnego, czyli nie od zaprzeczenia istnienia Boga, tylko założenia jego NIEINGERENCJI w losy stworzonego świata.... Myśl nowoczesna.. ..odkłada za KANTEM kwestię istnienia Boga do kategorii spraw niepoznawalnych..”.
Kończąc ten fragment mojego confessio muszę podkreślić, że ja, urodzony w zapyziałym ciemnogrodzie, ukształtowany przez kulturę chrześcijańskiej Europy, którego życie upłynęło w cieniu trzech totalitaryzmów, muszę podkreślić, że najskuteczniej uwierał mnie ten historycznie pierwszy i jedyny trwający do dziś - KOŚCIÓŁ, który wg Simone WEIL „..pierwszy położył w Europie (już) w XIII wieku.. ..fundamenty totalizmu. ..A sprężyną tego totalizmu był użytek zrobiony z dwóch małych słów ANATHEMA SIT..” (Niech będzie przeklęty).
Zgadzam się z wypowiedzią Hausmanowej, lecz wstrząsnął mną KOŁAKOWSKI swoją „KOMPLETNĄ I KRÓTKĄ METAFIZYKĄ. INNEJ NIE BĘDZIE. INNEJ NIE BĘDZIE”. Pominięcie choć jednego słowa zubożyłoby ją, przeto zmuszony jestem przepisać całość:
„Na czterech węgłach wspiera się ten dom, w którym, patetycznie mówiąc, duch ludzki mieszka. A te cztery są: ROZUM, BÓG, MIŁOŚĆ, ŚMIERĆ. Sklepieniem zaś domu jest CZAS, rzeczywistość najpospolitsza w świecie i najbardziej tajemnicza. Od urodzenia CZAS wydaje się nam realnością najzwyklejszą i najbardziej oswojoną. (Coś było i być przestało. Coś było takie, a jest inne. Coś się stało wczoraj albo przed minutą i już nigdy, nigdy nie może wrócić). Jest zatem CZAS rzeczywistością najzwyklejszą, ale też najbardziej przerażającą. Cztery byty wspomniane są SPOSOBAMI naszymi UPORANIA SIĘ z tym PRZERAŻENIEM. ROZUM ma nam służyć do tego, by wykrywać prawdy wieczne, oporne na czas. BÓG albo absolut jest tym bytem, który nie zna przeszłości ani przyszłości, lecz wszystko zawiera w swoim „wiecznym teraz”. MIŁOŚĆ, w intensywnym przeżyciu, także wyzbywa się przeszłości i przyszłości, jest teraźniejszością skoncentrowaną i wyłączoną. ŚMIERĆ jest końcem tej czasowości, w której byliśmy zanurzeni w życiu naszym, i być może, jak się domyślamy, wejściem w inną czasowość o której nic nie wiemy (prawie nic). Wszystkie zatem wsporniki naszej myśli są narzędziami, za pomocą której uwalniamy się od przerażającej rzeczywistości czasu, wszystkie zdają się służyć, by czas prawdziwie ukoić”.
Nadrzędność CZASU intryguje i pobudza do myślenia. Wg NEWTONA istnieje jeden absolutny czas, płynący od minus nieskończoności do plus nieskończoności. I że w pewnym momencie tego czasu Bóg powołał świat do istnienia. Przedtem nie było nic: pusty czas i pusta przestrzeń. Przyznam, że pustą przestrzeń jako pusty zbiór udaje mnie się pojąć, jako analogię do zbioru owoców składającego się z jabłek i gruszek, który po zjedzeniu jabłek, tudzież gruszek stał się zbiorem owoców pustym, natomiast pustego czasu nie przyswajam. Już wolę św. Augustyna, który uważał, że czas został stworzony przez Boga razem z Wszechświatem, a więc Wszechświat istnieje tak długo, jak istnieje czas. Tylko, że to czysty, ortodoksyjny kreacjonizm. Wychodzi z tego, że ulubiony przez JP II, „konserwatysta” Tomasz z Akwinu jest „progresistą” w tej materii, bo daje nam „furtkę” twierdząc, że stworzenie nie jest aktem jednorazowym tożsamym z początkiem, lecz relacją polegającą na nieustannym dawaniu świata przez Boga. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by relacja ta trwała od zawsze, od minus nieskończoności. A więc Wszechświat stwarzany przez Boga, ale nigdy nie mający początku.. No to, logicznie nie mający też końca. A może w minus nieskończoności Wszechświat pusty ? Jakby nie było, CZAS płynie, WSZECHŚWIAT się zmienia, tylko BÓG jest „wiecznym teraz”. Po epoce newtonowskiej przyszła einsteinowska.
Niestety, EINSTEIN, jak prawie wszyscy współcześni mu uczeni, był przekonany, „że Wszechświat jest wieczny. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogłoby być inaczej. Wszechświat może być wieczny tylko wtedy, gdy jest statyczny, tzn gdy nie zapada się lub nie rozdyma pod wpływem działających w nim sił” (ks. Heller). No i teoretyczne równania Einsteina, z których wymową sam autor nie chciał się pogodzić doczekały się rozwiązań przez Stephena HAWKINGA, (geniusza prawie całkowicie sparaliżowanego wskutek „amyotrophic lateral sclerosis”), i w następstwie teorii „czarnych dziur”, „dwarf (karłowatych) stars” oraz „neutron stars”, a w rezultacie do „expanding universe” („rozszerzającego się Wszechświata”). A jeśli Wszechświat się rozszerza, to i „rozszerza się” CZAS. Ciekawość i logika nakazuje nam udać się, myślowo, w przeciwnym kierunku, w kierunku wzrastającej kondensacji, aż po graniczną kondensację przed Big Bangiem, która miała miejsce w granicznym czasie; czy był to „początek czasu”?
Ksiądz, profesor astronomii LEMAITRE (1894-1966) widział to tak: jeżeli Wszechświat się rozszerza, to w przeszłości musiał być bardzo gęsty, a jego energia musiała się skupiać w coraz mniejszej liczbie kwantów. Granicznie był to jeden kwant, z którego początek wziął cały obecny Wszechświat. Lemaitre nazwał go PIERWOTNYM ATOMEM, który był POCZĄTKIEM Wszechświata, a tym samym POCZĄTKIEM CZASU. Jako ksiądz i astronom w jednej osobie wykombinował, że ten początek nie musi pokrywać się ze stworzeniem świata, o jakim mówi religia, gdyż WSZECHŚWIAT mógł znajdować się w INNEJ FAZIE SWOJEJ EWOLUCJI (cokolwiek to by znaczyło ! - przyp.mój). Ja mógłbym tak długo, lecz wróćmy do teraźniejszości. Geniusz Einsteina ujął w formę matematyczną czwarty wymiar - CZAS, a nas, gawiedź, zainspirował do spekulacji na ten temat. No to pospekulujmy, a to w celu zdania sobie sprawy z naszej małości.
Wybierzmy się na jedną z bliższych gwiazd, na odległą od nas o 53 lata świetlne – Kasjopeję. Fiu, fiu, już jesteśmy i patrzymy na Ziemię (pomijam problem nieprzejrzystej atmosfery). No i co widzimy ? Wojtusia Gołębiewskiego przygotowującego się (niezbyt pilnie, bo pierwsza miłość) do matury. Podejmujemy decyzję o wysłaniu mu ściągi; cha, cha!, odbiorą ją prawnuki w 2066 r.
O CZASIE można patetycznie: „Czas jest cierpliwością Boga, który czeka na naszą miłość” (Simone Weil), można praktycznie: „Time is money” (Benjamin Franklin). Realistycznie ujął to Urban: „Poczynając od matury CZAS, ogólnie biorąc, biegnie w tempie nierównomiernie przyspieszonym. W starości akurat, kiedy człowiek ma go za mało, pędzi przekraczając dozwoloną prędkość”. Ja, matematyk z zamiłowania krzyknąłem: „upływ czasu jest funkcją paraboliczną wieku!”. Nie zdążyłem przyjrzeć się dokładnie spadającym liściom klonu, a już przedwiośnie puka do drzwi. A szczytowo upierdliwe stały się zagęszczone powinności „kultury osobistej” jak pójście do fryzjera czy manicurzystki: przecież dopiero co byłem ! Tak więc empirycznie boleśnie przekonałem się o kłamliwości twierdzenia, że w „starości czas się dłuży”; jest wprost przeciwnie, sypiam po pięć godzin, wstaje przed szóstą i jestem very busy; nie mam czasu na nic, nawet na śmierć.
Z „bytów” Kołakowskiego została MIŁOŚĆ i ŚMIERĆ. No to parę słów o tej pierwszej. Z wczesnej młodości zapamiętałem definicję jej głoszoną przez mego Ojca: „Miłość to bezinteresowne umiłowanie kogoś lub czegoś”. Oceniłem ją bardzo negatywnie, bo masło maślane, ale przede wszystkim nie do przyjęcia jest „bezinteresowne”, skoro jest sposobem realizacji samego siebie. Zacznijmy od św. Pawła (1 Kor.13,13): „Teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość; lecz z nich największa jest miłość”. Bo pobudza do działania. Wiara, nadzieja są bierne, podczas gdy miłość jest aktywna, zmusza do aktywności. Co więcej, działalność podjęta wskutek miłości wzbudza nadzieję, której pogłębienie daje wiarę. Jak powstaje miłość?
Najpierw, świadomie lub podświadomie wybieramy obiekt miłości; następny etap to jego apoteoza tj gloryfikacja, idealizacja, aż po ubóstwienie. Etap ten (gdy obiektem jest kobieta) pięknie porównuje Stendhal (w „De l’amour”) do procesu krystalizacji gałęzi wrzuconej w czeluść kopalni soli; po paru miesiącach gałąź wydobywa się okrytą lśniącymi kryształkami; tak zakochany stroi w tysiące powabów ukochaną kobietę. To strojenie, to upiększanie jest ekstremalnie subiektywne i nie przynosi zachwytu postronnych, którzy często dziwują i dworują z wyboru obiektu przez zakochanego. Skutkiem tego upiększania jest narastająca ekscytacja prowadząca do bezgranicznego zachwytu własnym dziełem. Tak, własnym dziełem; dziełem własnej imaginacji tj wytworem własnej wyobraźni.
W nielicznych przypadkach dzieło to jest własnym również w sensie fizycznym: mitologiczny król Cypru i słynny rzeźbiarz - Pigmalion zakochał się w wyrzeźbionym przez siebie posągu dziewczyny z kości słoniowej; w parafrazie G. B. Shawa - językoznawca profesor Higgins zakochał się w wielkoświatowej damie, którą „stworzył” z ordynarnej londyńskiej kwiaciarki (przypominam, że na podstawie „Pigmaliona” Shawa, Loewe napisał libretto do najsłynniejszego musicalu „My Fair Lady”); no i wreszcie, a właściwie przede wszystkim, zadowolony z własnego dzieła BÓG (Rdz 1,31 „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”), cały Wszechświat pokochał. Przekonany jestem, że istnieją rzeźby piękniejsze od Galatei, damy bardziej światowe od eks- kwiaciarki, ino świat podobno jest „najlepszy z możliwych”. Chociaż...
Nie mogę pohamować się od wyrażenia wątpliwości co do słuszności postulatu bogobojnych filozofów, że otaczający nas świat jest „najlepszym z możliwych”. Po pierwsze BÓG jest NIESKOŃCZONOŚCIĄ w każdym aspekcie, nie może być więc ograniczony przymiotnikiem „możliwy”; ponadto: nie nam oceniać Dzieło Boże, jednakże „krwawa jatka”, jaką nam zafundował na Ziemi oraz bezsens śmierci (o tym później) nie skłania mnie do zachwytu.
Wracamy do MIŁOŚCI, której następnym etapem jest poświęcenie. Tak, poświęcamy się nie bacząc, czy obiekt naszej miłości tego pragnie, ba, czy chociażby to akceptuje. Kochając góry poświęcamy się im kosztem rodziny i pracy zawodowej, i wspinamy się na nie wbijając ostre stalowe haki w ich najskrytsze miejsca, a kochając kobietę, poświęcamy się jej, wszelkimi sposobami ograniczając jej wolność np przez obserwowanie czyli śledzenie, wypytywanie czyli indagowanie, czułość i troskliwość czyli namolność, aż po zazdrość, która nawet do zabójstwa ukochanej doprowadzić może. I to wszystko robimy nie zwracając żadnej uwagi na zdanie zainteresowanej, mało tego, bezczelnie twierdzimy, że to „dla niej”, nie przyznając się do swego skrajnego egotyzmu. Przecież ta wyimaginowana miłość jest dla nas movens vivendi, napędza nas, nadaje sens naszemu życiu oraz wbija w dumę, bo, rezygnując z własnych ambicji (Boże! co za fałsz!) tak pięknie kochamy. Czy zmarła Orszulka odniosła korzyść z miłości ojca, czy też wierszokleta Mistrz Jan tak rozkoszował się własnym cierpieniem, że powstały Treny? Jaką korzyść miałaby odnieść Laura z adoracji Petrarki, bez względu na to, czy istniała i była zamężną matką jedenaściorga bachorów, czy tez postacią wyimaginowaną ? Beneficjentami stają się „zakochani”. A jeszcze wspomaga ich dewiza: „miłość ci wszystko wybaczy”.
Nie mogę pominąć specyficznej miłości babć i dziadków do wnucząt. Dlaczego własnych dzieci tak nie kochali? A jeśli nawet kochali, to stosowali absolutnie inne kryteria wobec ich zachowań? Skąd się bierze zgubna wprost tolerancja staruchów wobec wyczynów wnucząt? A no właśnie ze starości. Mniej lub bardziej niespełnione własne życie chcą restytuować w młodych. Spróbujmy na koniec rozważań o miłości sklecić jej definicję:
MIŁOŚĆ to, świadomy lub podświadomy, „interesowny” sposób „na życie”, sposób realizacji samego siebie, to nadanie sensu swojemu życiu, poprzez scentralizowanie swojej uwagi na obiekcie miłości i, pożądanemu lub nie, poświęcaniu się jemu, aby w działaniu owym doznać samozadowolenia i spełnienia.
To przyszła pora na ŚMIERĆ. Wg Levinasa śmierć opiera się na trzech głównych filarach. Jest NICOŚCIĄ (pustka i opuszczenie), NIEWIEDZĄ (zmarły odchodząc nie zostawia żadnego adresu/) oraz OKROPNOŚCIĄ (skandalem i bezsensem). Ja jestem wyznawcą epikureizmu, wg którego śmierć nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma..”. Śmierć jest całkowitym pozbawieniem czucia, przeto jest niczym, bo wszystko (wszelkie dobro i zło) związane jest z czuciem. „Przeświadczenie, że śmierć jest dla nas niczym, sprawia, że lepiej doceniamy śmiertelny żywot, a przy tym.. wybija nam z głowy pragnienie nieśmiertelności..”. Memento mori niech będzie przestrogą dla gminu, który „raz stroni od śmierci jako od największego zła, to znowu pragnie jej jako kresu nędzy życia. Atoli mędrzec, przeciwnie, ani się życia nie wyrzeka, ani się śmierci nie boi, albowiem życie nie jest mu ciężarem, a nieistnienia nie uważa za zło. Podobnie jak nie wybiera pożywienia obfitszego, lecz smaczniejsze, tak też nie chodzi mu bynajmniej o trwanie najdłuższe, lecz najprzyjemniejsze”. Epikur, gdy zmogła go kamica nerkowa, cierpiał zaledwie (??!) 12 dni, po czym wszedł do spiżowej wanny z ciepłą wodą, napił się mocnego wina i zmarł.
Mnie, wyznawcę jego filozofii, (który oczywiście nie wierzy w żadne zmartwychwstania czy życia pozagrobowe) niepokoi ten, (podkreślony), okres 12 dni, a ściślej NIEMOC (i cierpienie) w przedsionku śmierci. Doznałem tego dwukrotnie i jest to koszmar, którego wspomnienie nachodzi mnie nocą. Dlatego też nie chcę, aby Bóg zbawił mnie „od nagłej, nieuchronnej śmierci”.
Kończę swoje confessio przypomnieniem (za Epikurem), że szczęście jest dostępne dla każdego obdarzonego rozumem, bez względu na status majątkowy, (z czego skwapliwie skorzystałem, a i tego samego moim czytelnikom życzę) oraz złotą myślą siostry Małgorzaty Chmielewskiej:
CIĄGLE MARZYMY O TYM, ŻEBY BYŁO LEPIEJ, TRACĄC OKAZJĘ NA RADOWANIE SIĘ Z TEGO, CO JUŻ MAMY.
Niestety !!
KONIEC