Wednesday, 6 November 2013

RESUME MOICH POGLĄDÓW NA TEMATY NAJTRUDNIEJSZE

 RESUME    MOICH    POGLĄDÓW             NA  TEMATY  NAJTRUDNIEJSZE


opracowane  z  okazji   70-tej rocznicy  urodzin,  a  więc  osiągnięcia  wieku,  który  wydaje  się  umożliwiać   confessio   /wyznanie/,  jakiego  „młody  człowiek  nie  napisze” /Miłosz, „Traktat  teologiczny”/.  Ponadto, nie  wypada  lekce  sobie  ważyć  wyniku  uzyskanego  w  KABALE   metodą  Gematrii  /p.  wypracowanie  „KABAŁA...”  z  2011 r./,  który  w  tym  miejscu  przypominam:   Wojciech  /8/  Jan  /3/  Gołębiewski /11/  ur.  27.04.1943  daje:

1943  + 27  + 04 + /1 + 9 + 4 + 3/  + 8 + 3 + 11 =  2013

co  zgodnie  z  regułami  tej  tajemnej  sztuki  jest  datą  śmierci.  Oczywiście,  że  to  głupoty,  lecz  „na  wszelkij  pożarnyj  słuczaj wolę utrwalić  swoje myśli  już  teraz, póki  nieunikniona  progresywna  miażdżyca,  nieodzownie  towarzysząca  procesowi  starzenia,  nie  uniemożliwi  mnie  klarownego  przedstawienia   mego  credo;   nic to mnie  nie  kosztuje, w  przeciwieństwie  do  mojej  Matki,  która  co  tydzień  dawała  „na  wszelki  wypadek”  pięć  złotych  „na  tacę”.

MOTTO:                                                                                                                                      „Mówić  cokolwiek  o  Bogu  ludziom  naiwną  wiarą  popsutym  niebezpieczne  jest,  bo  czy  prawdę  wobec  nich  powiesz,  czy  nieprawdę,  zawsze  się  narazisz”  /Pitagorejczycy/


W  związku  z  powyższym  mottem   odradzam  dalszą  lekturę  /ciemno-/wierzącym,  gdyż  może  ona  do   ciężkiej  konfuzji  doprowadzić,  a  nawet  do  globusa  hystericusa,  tj  sterczącej  w  gardle  histerycznej  kuli,  która, w skrajnym  przypadku, nawet uduszenie  wywołać  może.  Tym  zdeterminowanym,  którzy  odważają  się  czytać  dalej,  proponuję  zastanowienie  się  czym  jest  dla  nich   WIARA ?
 
 Bo  ja  jestem  głęboko  wierzący,  lecz  nie  w  sensie  pospolitym.  Nie  wierzę  bowiem  w  Boga,  o  którego  istnieniu,  po  prostu,  wiem  /o  tym  za  chwilę/,  nie  wierzę  w  żadne  dogmaty  żadnej  religii,  ani  w  Ducha  Świętego,  ani  w  Mesjasza  /po  grecku:  Chrystusa/,  a  tym  bardziej  w  partenogenezę  matki  Jezusa,  zamienianie  wody  w  wino  i  inne  bałamutne  historyjki  wymyślone  dla  otumanienia  gminu.  Abyśmy  się  porozumieli  niezbędny  jest  consensus  co  do  znaczenia  podstawowego  terminu.  Wg  Kołakowskiego:  

wierzę,  że”  może   znaczyć,  iż  mam  powody,  ale  nie  pewność,  by  sądzić,  że  coś  się  zdarzy  albo  zdarzyło  /”wierzę,  że   mój  klub  wygra  jutrzejszy  mecz”,  wierzę  w  świetlaną  przyszłość  mojego  kraju”,  „nie  wierzę,  że  ten  człowiek  mógł  popełnić   taką  zbrodnię”/;  może  znaczyć  po  prostu,  że  coś  aprobuję  lub  uważam  za  dobre  /”wierzę  w  demokrację”/;   może  też  znaczyć,  że  mam  pewność,  iż  coś  jest  prawdą,  choć  sam  udowodnić  ani  sprawdzić  tego  nie  potrafię  /”wierzę,  że  ostatnie  twierdzenie  Fermata  jest  prawdziwe”,  „wierzę,  że  istnieje wyspa  Madagaskar,  której  nigdy  nie  odwiedziłem”,  „wierzę,  że  Hetyci  żyli  w  Anatolii”/;  ogromna  większość  zasobów  informacyjnych  każdego  z  nas  opiera  się  na  zaufaniu  do  kompetencji  innych  ludzi,  którzy  umieją  uzasadnić  odpowiednie  przekonania;  „wierzę,  że..”  może  na  koniec  znaczyć,  że  jestem  o  czymś  niezachwianie  przekonany,  chociaż  nie  mam  na  to  żadnych  spolegliwych  racji  /wierzę,  że  jest  dziewięć  chórów  anielskich/..”.

Szczęśliwie   ten  zbyt  szeroki  wywód,  Kołakowski  kończy  stwierdzeniem:

  „..słowo  to..  ..oznacza  nade  wszystko  „ufność’  czy  „zaufanie””.

 Od  siebie  dodam   „nadzieję” /”wierzę,  że  wyzdrowieję;  że  żona  wróci  do  mnie  i  dzieci”/.  Po  takim  wyjaśnieniu  trudno  byłoby  znależć  człowieka,  który  wyparłby  się  jakiejkolwiek  wiary,  bo  byłoby  to  irracjonalne.  Z  powyższego  wynika  również,  że  nie  jestem  w  stanie  wyszczególnić  niuansów  mojej  wiary,  gdyż   musiałbym  podać   co  sądzę,  aprobuję,  uważam  za  słuszne,  do  czego  mam  zaufanie  bądż  pewność,  o  czym  jestem  przekonany  czy  w  czym  pokładam  nadzieję  etc,   a  to  byłoby  za  długie.
         
Tomasz  z  Akwinu  rozróżniał  trzy  formy:  „wierzę,  że..”,  „wierzę  w..”  oraz  „wierzę  komuś”,  co  w  wersji  teologicznej  przybiera  postać:  „wierzę,  że  Bóg..”,  „wierzę  w  Boga..”  i  „wierzę  Bogu..”. Jak  byśmy   na  to  nie  patrzyli  dominującym  słowem  jest   BÓG.   A  kto  to ?

Najczęstsza  odpowiedż  to:   BÓG   to  ABSOLUT !   A  co  to  znaczy ?   Absolut  to  „bezwzględnik,  to  co  istnieje  bezwzględnie,  samoistnie,  niezależnie,  nieograniczenie”.    To  tyle  mnie  wyjaśnia  co  definicja  „INSTYNKTU”  -    „wspólna  wszystkim  osobnikom  danego  gatunku  przyrodzona  dyspozycja  psychofizyczna  ku  sprawnemu  wykonywaniu,  bez  uprzedniego  ćwiczenia,  pewnych  ściśle  określonych  działań,  pożytecznych  dla  jednostki”.  W  wyniku  przeczytania  wielu  książek  i  przestudiowania  licznych,    bardzo  mądrych  definicji   „wiem,  że  nic  nie  wiem”.  Może  z  tym  „nic”  trochę  przesadziłem,  lecz  na  pewno  nie  rozumiem   INSTYNKTU,  a  tym  bardziej  BOGA  czy  ABSOLUTU.    Są  to  wyrażenia  popularne,  umowne,  osłaniające  welonem  naszą  ciemnotę,  tj  ograniczoność  ludzkiego  rozumu.  Przypomnę  tu  też  szczególny  przypadek  MASERa,  tzw  maser  optyczny,  zwany    LASEREM  /L -  od  light  -  światło,  w  odróżnieniu  od  M -  microwave/,  który  w  świadomości  społecznej  to  panaceum,  w  tym  i  na  zmarszczki,  i  na  zaćmę  i  na  kamienie  żółciowe  /co  za  idiotyzmy !!  -  kamienie  usuwa  się  laparoskopem/.  oraz  KOMPUTERA,  w  którym  można  wszystko  znależć,  nawet  to,  czego  nikt  nie  włożył.   Zostawmy  inne   „magiczne”  słowa,  a  zajmijmy  się  ABSOLUTEM –BOGIEM.

BÓG  Starego  Testamentu   okrutny,  srodze  karzący,  manipulujący  ludżmi  i  zabawiający  się  ich  losem  /vide  zakład  z  Szatanem  o  los  Hioba/  był  prymitywny   i   dlatego  rozprzestrzeniające  się  chrześcijaństwo,  

żeby  móc  duchowo  opanować  Imperium  Rzymskie,..   ..nie  mogło  nie  zwrócić  się  do  greckiej  tradycji  filozoficznej.  Bez  tego  nie  mogło  by  wtargnąć  w  świat  klas  wykształconych  imperium,  czyli  nie  spełniłoby  swojej  misjonarskiej  funkcji.  Musiało  przejąć  tradycję  greckiej  filozofii  i  nauki  choćby  w  postaci  tak  wspaniałej  i  nie  do  pojęcia  cudownej  jak  „Elementy”  Euklidesa.  Po  tradycji  neoplatońskiej  oddziedziczyliśmy  też  pojęcie  ABSOLUTU,   który  nie  jest  całkiem  od  nas  oddzielony,  z  którym  jest  jakiś  kontakt,  ale  kontakt  trudny  do  opisania  i  niepoddający  się  naszym  językowym  narzędziom...” /Kołakowski/.

   Zaadaptowano  JEDNIĘ   PLOTYNA   do  korekty  imadżu   BOGA  Starego  Testamentu.   Kto  chce  wiedzieć  co  to  jest  ta  JEDNIA,  niech  zajrzy  do  mego  wypracowania  z  2011 r.  pt „PLOTYN”,  a  ja  pogadam  jeszcze  o  Bogu.
 
   Kołakowski  zauważa:  aby  „sformułowania  takie  jak  „Bóg  istnieje”,  „Bóg  nie  istnieje”  lub   „Czy  Bóg  istnieje”..  ..mogły  się  stać  przedmiotem  refleksji..  ..musimy..  ..rozporządzać  jasnym  pojęciem  Boga.  Cała  kwestia  okazuje  się  pusta..  gdyż  ..Bóg  nie  może  być  uchwycony  w  naszej  siatce  pojęciowej..  ..każde  określenie  Boga..  jest..   ..wewnętrznie  sprzeczne,  albo  z  zasady  niezrozumiałe”.  Dodajmy  cytowany  przez  niego  pogląd   Nietzschego:   „..Bóg  jest  figmentem  wyobrażni  albo  ludzkiej  potrzeby  schronienia”.   Figment  to  wymysł,  marzenie.

Czyli  dalej  pozostajemy  w  punkcie  wyjścia  i   nie  wiemy  co  to  znaczy  BÓG ?   Mnie  odpowiada  definicja  Carla  Gustava  JUNGA:  „BÓG  to  psychologiczna  prawda,  której  subiektywnie  doznaje  każdy  człowiek”.   To  teraz  przewrotnie  zapytam:  czy  Bóg  istnieje?  Wymijającą odpowiedż  daje  Kołakowski:  „Jak  wszyscy  wiedzą,  mamy  co  niemiara  dowodów  na  istnienie  Boga.  To  już  samo  przez  się  pewne  podejrzenie  budzi,  bo  jeżeli  dla  jakiegokolwiek  twierdzenia  istnieje  choćby  jeden  dowód  niezbity,  to  innych  nie  potrzeba”.   Tak  więc   spekulacje  na  ten  temat  trwają,  choć  wydawało  się,  że  im  definitywny  kres   zadał,  ponad  400  lat  temu,  PASCAL,  swoim  słynnym  „zakładem”. /Stawiający  na  istnienie  Boga  ma  pewność  wygranej.  Wybierając  wiarę  w  Boga  narażamy  coś  skończonego   mając  do  wygrania  nieskończoność/.  Chyba  wystarczająco  zmęczyłem  czytelnika  i  wypada  przedstawić  swój  pogląd.

JA  identyfikuję  się  ze  stanowiskiem   JUNGA,  który  zapytany,  czy  wierzy  w  Boga  stanowczo  odparł:  „NIE   MUSZĘ   WIERZYĆ,  JA  WIEM”.    A   z  czego  wypływa  moja  wiedza ?  Z   mojej  TRANSCENDENCJI,  czyli  indywidualnego  mechanizmu  poznawczego.  Przekładając  te  mądrości  na  język  potoczny,   pewności  istnienia  Boga  nabrałem   analizując  fakty  i  otaczające  mnie  zjawiska  w   trakcie  mojego  długiego  70-letniego  życia.  Nie  jestem  wprawdzie  uczonym,  lecz  chciałbym  znależć  się  w  grupie  tych,  o  których  „mój”  dyżurny  kosmolog,  ks.  HELLER  mówi:

   „..uczeni  są  osobami  w  naturalny  sposób  religijnymi,  nawet  jeśli  nie  należą  do  żadnego  Kościoła,  ponieważ  stykają  się  z  immanentną  racjonalnością  zjawisk  przyrodniczych,  a  są  to  rzeczywistości,  w  których  stają  oni  w  obliczu  tajemnicy”.

/mmanentny  -  tkwiący  w  rzeczy  samej/.   Z   satysfakcją,  że  z  Jungiem  nie  jesteśmy  osamotnieni,  przeczytałem  słowa,  jakie  wypowiedział  abp  praski  Dominik  Duka,  po  śmierci  prezydenta  Havla„Havel  nigdy  nie  był  ateistą..  ..Nasze  wspólne  wyznanie  można  ująć  tak:  „MY  WIEMY,  że  ON  JEST”..   ..Myślę,  że  jego  stosunek  do  wiary  był  trochę  taki  jak  Czesława  Miłosza”.    No  to  grono  nam  się  powiększa.
  
Warto  tu  chyba  przytoczyć  uwagę  Kołakowskiego  o  sensie  wiary:

  „wykreślenie  wiary  w  Boga  pozbawia  etos  jego  podstawy..   Jeśli  ktoś  nie  uznaje,  że  człowiek  i  cały  świat  pochodzą  ze  STWÓRCZEGO  ROZUMU   ..to  pozostają  mu  tylko  „przepisy  drogowe”  ludzkiego  zachowania,  które  można  projektować  i  uzasadniać  z  punktu  widzenia  ich  wartości  użytkowej..”.  

O   głupocie  ateizmu,  a  właściwie  chwilowej  modzie  nań,  ktora  przeszła  w  równie  prymitywny  agnostycyzm,  pisałem  już  w 2011  r /p. „AGNOSTYCYZM”/  więc  tam  odsyłam,  a  tu  tylko  przypomnę,  że  najdotkliwszy  cios  ateistom  zadał  Nietzsche  ogłaszając  ŚMIERĆ  BOGA,  gdyż  utraciwszy  podmiot  swojej  negacji  zmarkotnieli.  Teraz  przytaczam  istotną  wypowiedż  oskarżanej  o  ateizm   Żydówki,  prof.  neurologii  Ireny    Hausmanowej-Petrusewiczowej  /siostry  sławnej  wenorolożki  prof. Jabłońskiej/:  „..Ależ  ja  nie  żyję  bez  Boga..  ... Ja   ŻYJĘ  BEZ  BOGA  INNYCH  LUDZI..    ...Każdy  człowiek  ma  JAKIŚ  RODZAJ  WIARY tylko  mnie  te  wszystkie  systemy  wydawały  się  jakieś   płaskiezbyt  dosłowne”.  Jeszcze  do  niej  wrócimy,  lecz  teraz  zastanówmy  się  nad  ostatnimi  słowami.  Dlaczego  „te  systemy”,  czyli  religie  są  „płaskie,  zbyt  dosłowne” ?.    Bo  są  dla  GMINU.

Bogowie  usadzeni  w  tych  systemach  /wg Freuda/:  „..zachowują  swe  potrójne  zadanie.  Muszą  egzorcyzmować   lęki  natury,  godzić  człowieka  z  okrucieństwem  losu  manifestującym  się  szczególnie  w  śmierci  i   wynagradzać  cierpienia  i  prywacje,  które  życie  społeczne  nałożyło  na  człowieka”.    Twórca  psychoanalizy  współczesnej,  filozof  religii,  Żyd  niemiecki  Erich  Fromm  też  widzi   potrójną,  lecz  inną  rolę:  „...religia  ma  trojaką  funkcję:  dla  całej  ludzkości  jest  pocieszeniem  wobec  niedostatków  życia;  dla  przeważającej  większości  ludzi  zachętą  do  emocjonalnej  akceptacji  swej  sytuacji  klasowej;  dla  panujących  ulgą  w  poczuciu  winy  wywoływanym  przez  cierpienie  tych  co  uciskają”.  Pięknie  to  ujął  Marks:  „Religia  jest  westchnieniem  uciśnionego  stworzenia,  sercem  nieczułego  świata..   .. Religia  jest  OPIUM  LUDU”.  Lenin  zawęził  swoją  opinię  do  chrześcijaństwa,  lecz  wyraził  ją  najkrócej,  najtrafniej  i  najgenialniej:  „Chrześcijaństwo  to  rodzaj  DUCHOWEJ  GORZAŁKI”.  Wspólnotowy  charakter  religii  podkreślił  w  swojej  wypowiedzi  Robert  M. Persig,  autor  „Zen  and  the  Art  of  Motorcycle  Maintenance”:    „When  one  person  suffers  from  a  delusion,  it  is  called  INSANITY.  When  many  people  suffer  from  a  delusion  is  called  RELIGION”.  Podaję  w  wersji  oryginalnej,  gdyż  moja  próba  tłumaczenia  /”Kiedy  pojedynczy  czlowiek  cierpi  na  ułudę,  to  nazywane  to  jest  OBŁĘDEM.  Kiedy  wielu  ludzi  cierpi  na  ułudę  to  nazywane  to  jest  RELIGIĄ”/  nie  oddaje  w  pełni  subtelności  myśli.

 Z  powyższych  definicji  jasno  wynika,  że  RELIGIA,   jako  dowolny  „system  myśli  i  działań  podzielony  przez  pewną  grupę,  która  dostarcza  jednostce  układu  orientacji  i  przedmiotu  czci” /Fromm/,   łudzi  nadzieją  bezpieczeństwa  i  poprawy  egzystencji.   Jest  też  „...sposobem,  w  jaki  człowiek  akceptuje  swoje  życie  jako  nieuchronną  porażkę”  /Kołakowski/. 

Mizerna  jest  więc  kondycja  człowieka,  który  utraciwszy  w  wielkim  stopniu  INSTYNKT,  stał  się  słaby.  Opisuje  to  Fromm:  Homo  sapiens  jest  zarazem  homo  religiosus,  z  tej  fundamentalnej  antropologicznie  przyczyny,  iż  u  człowieka  nastąpiło  ogromne  ograniczenie  instynktownego  behavioru”.   Dlatego  też  cechą  wspólną  różnych  religii  jest  pesymistyczna  antropologia.  Człowiek  w  ich  ujęciu  jest  mały,  zły  i  niezdolny  o  własnych  siłach  do  osiągnięcia  dobra  i  prawdy.  Musi  on  zatem  podeprzeć  się  o  kogoś  /coś/  znacznie  od  niego  silniejszego  /np  Bóg,  bóstwa,  przyroda,  Wódz,  prawa  historii  etc/.

Nie  sposób  też  nie  zauważyć  sprzeczności  między  RELIGIĄ    ściśle  odnoszącą  się  do  GRUPY  /i  etymologicznie  wywodzącą  się  z łac. religare  -  wiązać  mocno/,  a  WIARĄ,  do osiągnięcia  której  niezbędne  jest  indywidualne  przeżycie  transcendentalne.   Transcendencja  /u  Karla  Jaspersa -  BÓG/,  jej  zależność  od  indywidualnych,  często  granicznych  przeżyć,  wyklucza   RELIGIĘ  o  sensie  wspólnoty.   O  indywidualnym  charakterze  wiary,  przeżyć  mistycznych,  kontaktów  z   Bogiem  mówią  świeccy  i  duchowni.  Publicysta  katolicki  Zając  przestrzega;  „Nie  dajmy  sobie  wmówić,  że  myślenie  samodzielne,  a  nie  plemienne,  jest  równoznaczne  ze  zdradą  wartości..” .   Ksiądz  Mieczysław  Maliński  naucza:   „Kontakt  z  Bogiem  masz  ty  sam,  albo  nie  masz  wcale.  Ksiądz  niczego  za  ciebie  nie  załatwi”;  a  pisarz  Tadeusz  Konwicki  stanowczo  oświadcza:  „Pośrednictwo  między  MNĄ,  biednym  grzesznikiem,  a  Panem  BOGIEM  jest  pod  każdym  względem  bardzo  wątpliwe.  A  już  przejęcie  odpowiedzialności  za  moje  wnętrze  i  moje  sacrum  bardzo  mnie  bulwersuje”.  Polakom-katolikom  gromadnie,  żeby  nie  powiedzieć  stadnie,  latającym  do  kościoła  warto  tu  przypomnieć,  Grzegorza  z  Nissy /iv w./,  który  mówił,  że  BÓG  „nie  mieszka  w  dziełach  rąk  ludzkich”  /cytat  przypisywany  też  św. Szczepanowi/.  Zapewne  znajomość  ewangelii  wśród  pobożnego  ludu  jest  przeogromna,  więc  nie  ma  potrzeby  przytaczać  fragmentu  Mt 6.56.  Moja  żona  do  kościoła  nie  biega,  więc  dla  niej  ten  cytat  jednak  przytoczę:   „Gdy  się  modlicie  nie  bądżcie  jak  obłudnicy..   żeby  się  ludziom  pokazać..     ..gdy  chcesz  się    modlić,  „wejdż  do  swej  izdebki,  zamknij  drzwi”  /Iz.  16.20/  i  módl  się  do  Ojca  twego”.   A  GMIN ?
 
 A  gmin  niech  do  kościoła  lata  i  księdza  proboszcza  w  rękę  całuje,  bo  jak  powiedział  Baruch  SPINOZA:  „Gmin,  o  ile  reguł  moralnych  przestrzega,  to  zwykle  ze  strachu  marnego  przed  piekłem..  Ci,  którzy  nie  potrafią  pod  panowaniem  ROZUMU  żyć,  muszą  mieć  zalecenie  godziwego  życia,  jakie  im  RELIGIA  daje”.   O  konieczności  zastępczej  wiary  w  autorytet  KOŚCIOŁA  mówił  już  jeden  z  jego  Ojców  -  św. Augustyn:  wiara  w  autorytet  „..uwalnia ..  od  wysiłku..   Jest  to  zbawienne  dla  ludzi,  którym  brak  bystrości  umysłu  utrudnia  poznanie  rozumowe..  Ludzie  ci  -  a  jest  ich  z  pewnością  większość -  dają  się   łatwo  zwieść  dowodom  pozornym..  ..Toteż  dla  nich  najpożyteczniej  jest  wierzyć  powadze  wybitnych  ludzi..”. 

Banialuki  i  dyrdymały,  bo  jak  ciemny  gmin  ma  rozeznać,  kto  jest  „słusznym”  autorytetem.  Praktyka  kultu  Rydzyka,  Natanka  czy  Flaszki-Głódzia   ośmiesza  najmądrzejszą  teorię.  Z  powyższych  rozważań  wynika  też,  że  człowiek  myślący,  chce  czy  nie  chce,  ulega  postępującemu  wyobcowaniu  z  gminu.  Pięknie  przedstawił  to  MIŁOSZ  w  „Traktacie  Teologicznym”,  lecz  ograniczę  sie  do  jednego  cytatu,  bo  cały  traktat  jest  arcydziełem  i   nie  wypada  go  nie  znać.  Poeta,  zdając  sobie  sprawę  ze  swojej  alienacji  i  ogarniejącemu  go,  wskutek  niej,  sceptycyzmowi  usiłuje  z  nim  walczyć:   „...jestem  sceptyczny,  ale  razem  śpiewam,  pokonując  w  ten  sposób  przeciwieństwo  pomiędzy  prywatną  religią  i  religią  obrzędu..”.   Cierpi  bo   „..polscy  współwyznawcy  lubili  słowa  kościelnego  obrzędu,  ale  nie  lubili  teologii..”.  Moje  osobiste  uczucia  przedstawiam  korzystając  ze  sformułowań  Jana  BŁOŃSKIEGO:   „...sztywnieję  więc  z  czasem  w  sobie  i  tracę  miarowo  zdolności  adaptacyjne,  a  podczas  kiedy  staję  się  miarowo  coraz  bardziej  JEDNOSTKĄ,   świat  pędzi  w  kierunku  akurat  przeciwnym,  JA  JEDNOSTKOWIEJĘ,  ŚWIAT  SIĘ  UMASAWIA”   i   cieszę  się  ze  swojej  alienacji,  z  nieuczestniczenia  w  „kupie  globalnej”  i   podzielam  brak  wiary   Błońskiego  w  „kultury  masowe”.

Kto  chce,  niech  poczyta  moje  eseje  z  2011  i  2012 r.,  a  ja  zgodnie  z  obietnicą  wracam do  prof.  Hausmanowej,  która  ładnie  powiedziała:  „..Ja  wiem,  że  są  trzy  siostry  -  Wiara,  Nadzieja  i  Miłość.  Ale  ich  matką  jest   SOFIA  -  MĄDROŚĆ.    I  dlatego  nie  mogą  sobie  pozwolić  na  to,  żeby  być  takie,  jakie  są..”.
       
Tak, ale SOFIA, jest  matką nie  tylko trzech  córek,  lecz  również  syna,  najmłodszego,  lecz  szybko  dojrzewającego,  a  na  imię  mu  ROZUM.  Jako  najmłodszy  był  faworyzowany  i  szybko  wpadł  w  konflikt  z  siostrami,  a  szczególnie  z  WIARĄ.   Relację  rodzeństwa   pięknie  ujął  JP II,  mówiąc,  że  WIARA  i  ROZUM  to  dwa  „skrzydła”  wzajemnie  uzupełniające  się.  Powiedział  też   /w  encyklice  „Fides  et  Ratio”/,  że  „WIARA  pozbawiona  ROZUMU,  podobnie  jak  ROZUM  pozbawiony  WIARY  są  jednostronne  i  mogą  być  niebezpieczne”.  

 Młody  ROZUM  dojrzewał  i  znalazł  wsparcie  w  oblubienicy  imieniem   NAUKA.  Siostra  nie  zaakceptowała  ukochanej  brata  i  przez  wieki  negowała  każde  jej  słowo.   Szansa  konsensusu  oddaliła  się,  gdy  WIARA  powiła  zgraję  BĘKARTÓW  zwaną  ogólnie    RELIGIAMI,  w  tym  trzy  najważniejsze  z  jednego  Ojca  -  Abrahama. 

Zaczęła  się  bezwzględna  walka  między  nimi  samymi,  a  łączyła    je  tylko   nienawiść  do  ukochanej  ich  wujka  ROZUMU -  NAUKI.   Na  rozkaz  RELIGII  palono  na  stosach  książki,  a  potem  i  ludzi.  Wysłannicy  babci  SOFII  /m.in  Pierre  Teilhard  de  CHARDIN,  który  nawiązując  do  koncepcji  św.  Pawła  o  CHRYSTUSIE  KOSMICZNYM,  stworzył  zmodyfikowną  teorię  ewolucji,  w  której  CHRYSTUS  jest  ALFĄ  i   OMEGĄ  tzn  Początkiem  i  Końcem/   podejmowali  liczne  próby  porozumienia,  lecz  dopiero  misja  specjalnego  emisariusza  babci   SOFII,  „papieża  z  dalekiego  kraju”,  JP  II-ego   przyniosła  chwilowy  rozejm.  Rozejm  ten  dotyczy  wprawdzie  tylko  umysłowych  elit,  ale  i  to  dobre,  bo  „czas  robi  swoje”;   istnieje  więc  szansa,  że   po  kilku  wiekach  do  mentalności  np   polskiego  ciemnogrodu  dotrze  wieść,  że  ich   Papież-POLAK,  JP II,  zaakceptował  teorię  Darwina,  zrehabilitował  Galileusza,  a  Żydów  uznał  za  starszych  Braci  w  Wierze.  

  Jako  ciekawostkę  podaję,  że  Richard  DAWKINS  /orig  kenijczyk  SIMONYI/,  autor  bestsellera  dla  głupich -  „The  God  Delusion”  /wyd  polskie  „BÓG  UROJONY/  oświadczył,  że  JP  II  uznając  teorię  ewolucji  za  słuszną  okazał  się  hipokrytą.  Tenże  skandalista  Dawkins  oświadczył  ostatnio  w  wywiadzie  dla   telewizji  Al-Jazeera,  że  „wychowanie  w  rodzinie  katolickiej  i  straszenie  piekłem  może  przynosić  większą  szkodę  niż  bycie  ofiarą  molestowania  seksualnego”.

Teoria  ewolucji  jest  jedną  z  trzech  globalnych  teorii  przyrodniczych  /obok  mechaniki  kwantowej  i  teorii  względności/  stanowiących  koherentne  /spójne/  ramy  dla  całej  współczesnej  nauki.  Atak  na  współczesny  neodarwinizm  /m.in.  przez  dominikanina  o.  Chaberka  z  „FRONDY”/  jest  atakiem  na  naukę,  a  odrzucanie  nauki  jest  popadaniem  w  irracjonalizm.     

JP  II,  w  liście  do  dyrektora  Obserwatorium  Watykańskiego,  o.  George’a  Coyne’a,  posługując  się  myślą  mego  kochanego  ks. HELLERA  napisał: 

„NAUKA  może  oczyścić  RELIGIĘ  z  błędów  i  przesądów,  RELIGIA  może  oczyścić  NAUKĘ  z  idolatrii  i  fałszywych  absolutów.  Każda  z  nich  może  wprowadzić  drugą  w  szerszy  świat  -  świat,  w  którym  obie  mogą  się  rozwijać”. 

Należy  podkreślić,  że  to  /babcia/  MĄDROŚĆ  przez  JP II-ego  przemawiała,  skoro  schował  w  zanadrzu  swój  konserwatywny  tomizm  /tj  od  Tomasza  z  Akwinu/.  Wspomniany  powyżej  ks. HELLER,  przekonany  o  tymczasowości  rozejmu  przestrzega  Watykan:  „Przepowiadam,  że  jeśli  była  sprawa  GALILEUSZA,  jest  sprawa  DARWINA,  to  prędzej  czy  póżniej  będzie  sprawa  NEUROSCIENCE.  Jeśli  Kościół   się  do  niej  nie  przygotuje,  czeka  nas  kryzys  jeszcze  większy  niż  za  czasów  Galileusza”.  Neuroscience  to  dziedzina  nauki  zajmująca  się  funkcjonowaniem  mózgu,  istotą  świadomości,  możliwością  sztucznej  inteligencji,  a  przede  wszystkim  problemem  relacji  umysłu   i  mózgu.

Niestety,  muszę  przyznać,  że  zwolennicy  ROZUMU  wygłaszali  czasem  zbyt  otwarte  poglądy.  Np  David  HUME  /1711-76/  dyskredytował  RELIGIE  mówiąc:   „Religie  to  żałosne  przesądy...   ..Najwięcej  słychać  o  cudach  u  ludów  barbarzyńskich  i  nieoświeconych”,   a  twórcy  pozytywizmu  Auguste  COMTE   /1798-1857/  marzyło  się,   że  „NAUKA  będzie  nie  tylko  spożytkowanym  technologicznie  instrumentem  działania,  lecz  także  formą  RELIGII,  która  zastąpi  obumarłe  kulty  religijne  o  teistycznym  charakterze”.   Stan  umysłów  współczesnych  wynika  z  pozbawionej  emocji  analizy  Zygmunta  BAUMANA,  który  mówi:   „Myśl  nowoczesna  zaczęła  się  wszak  od  pomysłu  DEUS  ABCONDITUS  -  Boga  w  świecie  nieobecnego,  czyli  nie  od  zaprzeczenia  istnienia  Boga,  tylko  założenia  jego  NIEINGERENCJI  w  losy  stworzonego  świata....   Myśl  nowoczesna..   ..odkłada  za  KANTEM  kwestię  istnienia  Boga  do  kategorii  spraw  niepoznawalnych..”.
 
Kończąc  ten  fragment  mojego  confessio  muszę  podkreślić,  że  ja, urodzony   w  zapyziałym  ciemnogrodzie,  ukształtowany  przez  kulturę  chrześcijańskiej  Europy,  którego  życie  upłynęło  w  cieniu   trzech  totalitaryzmów,  muszę  podkreślić,  że  najskuteczniej  uwierał  mnie  ten  historycznie  pierwszy  i  jedyny  trwający  do  dziś  -  KOŚCIÓŁ,  który  wg  Simone  WEIL   „..pierwszy  położył  w  Europie   /jużw  XIII  wieku..   ..fundamenty  totalizmu.  ..A  sprężyną  tego  totalizmu  był  użytek  zrobiony  z  dwóch  małych  słów  ANATHEMA  SIT..”  /Niech  będzie  przeklęty !/.

Zgadzam  się  z  wypowiedzią  Hausmanowej,  lecz  wstrząsnął  mną  KOŁAKOWSKI   swoją  KOMPLETNĄ  I  KRÓTKĄ   METAFIZYKĄ.  INNEJ  NIE  BĘDZIE.  INNEJ  NIE  BĘDZIE”.   Pominięcie  choć  jednego  słowa  zubożyłoby  ją,  przeto  zmuszony  jestem  przepisać  całość:

„Na  czterech  węgłach  wspiera  się  ten  dom,  w  którym,  patetycznie  mówiąc,  duch  ludzki  mieszka.  A  te  cztery  są:  ROZUM,  BÓGMIŁOŚĆŚMIERĆ.  Sklepieniem  zaś  domu  jest  CZAS,  rzeczywistość  najpospolitsza  w  świecie  i  najbardziej  tajemnicza.  Od  urodzenia  CZAS  wydaje  sie  nam  realnością  najzwyklejszą  i  najbardziej  oswojoną.  /Coś  było  i  być  przestało.  Coś  było  takie,  a  jest  inne.  Coś  się  stało  wczoraj  albo  przed  minutą  i  już  nigdy,  nigdy  nie  może  wrócić/.  Jest  zatem  CZAS  rzeczywistością  najzwyklejszą,  ale  też  najbardziej  przerażającą.  Cztery  byty  wspomniane  są  SPOSOBAMI  naszymi  UPORANIA  SIĘ  z  tym  PRZERAŻENIEM.   ROZUM   ma  nam  służyć  do  tego,  by  wykrywać  prawdy  wieczne,  oporne  na   czas.  BÓG  albo  absolut  jest  tym  bytem,  który  nie  zna  przeszłości  ani  przyszłości,  lecz   wszystko  zawiera  w  swoim  „wiecznym  teraz”.  MIŁOŚĆ,  w  intensywnym  przeżyciu,  także  wyzbywa  się  przeszłości  i  przyszłości,  jest  terażniejszością  skoncentrowaną  i  wyłączoną.  ŚMIERĆ  jest  końcem  tej  czasowości,  w  której  byliśmy  zanurzeni  w  życiu  naszym,  i  być  może,  jak  się  domyślamy,  wejściem  w  inną  czasowość  o  której  nic  nie  wiemy  /prawie  nic/.  Wszystkie  zatem  wsporniki  naszej  myśli  są  narzędziami,  za  pomocą  której  uwalniamy  się  od  przerażającej  rzeczywistości  czasu,  wszystkie  zdają  się  służyć,  by  czas  prawdziwie  ukoić”.

Nadrzędność  CZASU  intryguje  i  pobudza  do  myślenia.  Wg  NEWTONA  istnieje  jeden  absolutny  czas,  płynący   od  minus  nieskończonosci  do  plus  nieskończoności.  I  że  w  pewnym  momencie  tego  czasu  Bóg  powołał  świat  do  istnienia.  Przedtem  nie  było  nic:  pusty  czas  i  pusta  przestrzeń.   Przyznam,  że  pustą  przestrzeń  jako  pusty  zbiór   udaje  mnie  się  pojąć,  jako  analogię  do  zbioru  owoców  składającego  się  z  jabłek   i  gruszek,  który  po  zjedzeniu  jabłek,  tudzież  gruszek  stał  się  zbiorem  owoców  pustym,  natomiast  pustego  czasu  nie  przyswajam.  Już  wolę  św.  Augustyna,  który  uważał,  że  czas  został  stworzony  przez  Boga  razem  z  Wszechświatem,  a  więc  Wszechświat  istnieje  tak  długo,  jak  istnieje  czas.  Tylko,  że  to  czysty,  ortodoksyjny  kreacjonizm.  Wychodzi  z  tego,  że  ulubiony  przez  JP II,  „konserwatysta”  Tomasz  z  Akwinu  jest  „progresistą”  w  tej  materii,  bo  daje  nam  „furtkę”  twierdząc,  że  stworzenie  nie  jest  aktem  jednorazowym  tożsamym  z  początkiem,  lecz  relacją  polegającą  na  nieustannym  dawaniu  świata  przez  Boga.  Nic  więc  nie  stoi  na  przeszkodzie,  by  relacja  ta  trwała  od  zawsze,  od  minus  nieskończoności.  A  więc  Wszechświat  stwarzany  przez  Boga,  ale  nigdy  nie  mający  początku..  No  to,  logicznie  nie  mający  też  końca.  A  może  w  minus  nieskończonosci  Wszechświat  pusty ?  Jakby  nie  było,  CZAS  płynie,  WSZECHŚWIAT  się  zmienia,  tylko  BÓG  jest  „wiecznym  teraz”.  Po  epoce  newtonowskiej  przyszła  einsteinowska.

 Niestety,  EINSTEIN,  jak  prawie  wszyscy  współcześni  mu  uczeni,  był  przekonany,  „że  Wszechświat  jest  wieczny.  Nawet  przez  myśl  mu  nie  przeszło,  że  mogłoby  być  inaczej.  Wszechświat  może  być  wieczny  tylko  wtedy,  gdy  jest  statyczny,  tzn  gdy  nie  zapada  się  lub  nie  rozdyma  pod  wpływem  działających  w  nim  sił” /ks. Heller/.   No  i   teoretyczne  równania  Einsteina,  z  których  wymową  sam  autor  nie  chciał  się  pogodzić  doczekały  się  rozwiązań  przez  Stephena  HAWKINGA, /geniusza  prawie  całkowicie  sparaliżowanego  wskutek  „amyotrophic  lateral  sclerosis”/,    i  w  następstwie  teorii  „czarnych  dziur”,  „dwarf  /karłów/  stars”  oraz  „neutron  stars”,  a  w  rezultacie  do  „expanding  universe”  /„rozszerzającego  się  Wszechświata”/.  A  jeśli  Wszechświat  się  rozszerza,  to  i   „rozszerza  się”  CZAS.  Ciekawość  i  logika  nakazuje  nam  udać  się,  myślowo,  w  przeciwnym  kierunku,  w  kierunku  wzrastającej  kondensacji,  aż  po  graniczną  kondensację  przed  Big  Bangiem,  która  miała  miejsce  w  granicznym  czasie;  czy  był  to  „początek  czasu”?
  
Ksiądz,  profesor  astronomii  LEMAITRE /1894-1966/  widział  to  tak:  jeżeli  Wszechświat  sie  rozszerza,  to  w  przeszłości  musiał  być  bardzo  gęsty,  a  jego  energia  musiała  się  skupiać  w  coraz  mniejszej  liczbie  kwantów.  Granicznie  był  to  jeden  kwant,  z  którego  początek  wziął  cały  obecny   Wszechświat.  Lemaitre  nazwał  go  PIERWOTNYM  ATOMEM,  który  był  POCZĄTKIEM  Wszechświata,  a  tym  samym  POCZĄTKIEM  CZASU.  Jako  ksiądz  i  astronom  w  jednej  osobie  wykombinował,  że  ten  początek  nie  musi  pokrywać  się  ze  stworzeniem  świata,  o  jakim  mówi  religia,  gdyż   WSZECHŚWIAT  mógł  znajdować  się  w  INNEJ  FAZIE  SWOJEJ  EWOLUCJI  /cokolwiek  to  by  znaczyło ! -  przyp.mój/.    Ja  mógłbym  tak  długo,  lecz  wróćmy  do  terażniejszości.  Geniusz  Einsteina  ujął  w  formę  matematyczną  czwarty  wymiar  - CZAS,  a  nas,  gawiedż,  zainspirował   do  spekulacji  na  ten  temat.  No  to  pospekulujmy,  a  to  w  celu  zdania  sobie  sprawy  z  naszej  małości.

Wybierzmy  się  na  jedną  z  bliższych  gwiazd,  na  odległą  od  nas  o  53  lata  świetlne – Kasjopeję.  Fiu,  fiu,  już  jesteśmy  i  patrzymy  na  Ziemię  /pomijam  problem  nieprzejrzystej  atmosfery/.  No  i  co  widzimy ?   Wojtusia  Gołębiewskiego  przygotowującego  się  /niezbyt  pilnie,  bo  pierwsza  miłość/  do  matury.  Podejmujemy  decyzję  o  wysłaniu  mu  ściągi;  cha,  cha!,  odbiorą  ją   prawnuki  w  2066 r
.
CZASIE  można  patetycznie:  „Czas  jest  cierpliwością  Boga,  który  czeka  na  naszą  miłość” /Simone  Weil/,  można  praktycznie:  Time  is  money”  /Benjamin  Franklin/.  Realistycznie  ujął  to  Urban:  „Poczynając  od  matury  CZAS,  ogólnie  biorąc,  biegnie  w  tempie  nierównomiernie  przyspieszonym.  W  starości  akurat,  kiedy  człowiek  ma  go  za  mało,  pędzi  przekraczając  dozwoloną  prędkość”.  Ja,  matematyk  z  zamiłowania  krzyknąłem:  „upływ  czasu  jest funkcją  paraboliczną  wieku!”.  Nie  zdążyłem  przyjrzeć  się  dokładnie  spadającym  liściom  klonu,  a  już  przedwiośnie  puka  do  drzwi.  A  szczytowo  upierdliwe  stały  się  zagęszczone  powinności   „kultury  osobistej”  jak  pójście  do  fryzjera  czy  manicurzystki:  przecież  dopiero  co  byłem !   Tak  więc  empirycznie  boleśnie  przekonałem  się  o  kłamliwości   twierdzenia,  że   w  „starości  czas  się  dłuży”;  jest  wprost  przeciwnie,  sypiam  po  pięć  godzin,  wstaje  przed  szóstą  i  jestem  very  busy;  nie  mam  czasu  na  nic,  nawet  na  śmierć.

Z  „bytów”  Kołakowskiego  została  MIŁOŚĆ  i  ŚMIERĆ.  No  to  parę  słów  o  tej  pierwszej.  Z  wczesnej  młodości  zapamiętałem  definicję  jej  głoszoną  przez  mego  Ojca:  „Miłość  to  bezinteresowne  umiłowanie  kogoś  czy  czegoś”.  Oceniłem  ją  bardzo  negatywnie,  bo  masło  maślane,   ale  przede   wszystkim   nie  do  przyjęcia   jest   „bezinteresowne”,  skoro  jest   sposobem  realizacji  samego  siebie.  Zacznijmy  od  św. Pawła  /1 Kor.13,13/:  „Teraz  więc  pozostaje  wiara,  nadzieja,  miłość;  lecz  z  nich  największa  jest  miłość”.   Bo  pobudza  do  działania.   Wiara,  nadzieja   są  bierne,  podczas  gdy  miłość   jest  aktywna,  zmusza  do  aktywności.  Co  więcej,  działalność  podjęta  wskutek  miłości  wzbudza  nadzieję,  której  pogłębienie  daje  wiarę.  Jak  powstaje  miłość?

 Najpierw,  świadomie  lub  podświadomie  wybieramy  obiekt  miłości;  następny  etap  to  jego  apoteoza  tj  gloryfikacja,  idealizacja,  aż  po  ubóstwienie.  Etap  ten  /gdy  obiektem  jest  kobieta/  pięknie  porównuje  Stendhal  /w  „De  l’amour”/  do  procesu  krystalizacji  gałęzi  wrzuconej  w  czeluść  kopalni  soli;  po  paru  miesiącach  gałąż  wydobywa  się  okrytą  lśniącymi  kryształkami;  tak  zakochany  stroi  w  tysiące  powabów  ukochaną  kobietę.  To  strojenie,  to  upiększanie  jest  ekstremalnie  subiektywne  i  nie  przynosi  zachwytu  postronnych,  ktorzy  często  dziwują  i  dworują  z  wyboru  obiektu   przez  zakochanego.   Skutkiem  tego  upiększania  jest narastająca  ekscytacja  prowadząca  do  bezgranicznego    zachwytu   własnym  dziełem.  Tak,  własnym  dziełem;  dziełem  własnej  imaginacji  tj  wytworem  własnej  wyobrażni.

W  nielicznych  przypadkach  dzieło to  jest  własnym  również  w  sensie  fizycznym:  mitologiczny  król  Cypru  i  słynny   rzeżbiarz -  Pigmalion  zakochał  się  w  wyrzeżbionym  przez  siebie  posągu  dziewczyny  z  kości  słoniowej;  w  parafrazie  G.B. Shawa  -  językoznawca  profesor  Higgins  zakochał  się   w  wielkoświatowej  damie,  którą  „stworzył”  z   ordynarnej  londyńskiej  kwiaciarki  /przypominam,  że  na  podstawie  „Pigmalionu”  Shawa,  Loewe  napisał  libretto  do  najsłynniejszego  musicalu  „My  Fair  Lady”/;  no  i  wreszcie,  a  właściwie  przede  wszystkim,  zadowolony  z  własnego  dzieła  BÓG  /Rdz  1,31 „A  Bóg  widział,  że  wszystko,  co  uczynił,  było  bardzo  dobre”/,  cały  Wszechświat  pokochał.   Przekonany  jestem,  że  istnieją  rzeżby  piękniejsze  od  Galatei,  damy  bardziej  światowe   od  eks-kwiaciarki,  ino  świat  podobno  jest  „najlepszy  z  możliwych”.  Chociaż...

Nie  mogę  pohamować  się  od  wyrażenia  wątpliwości  co  do  słuszności  postulatu  bogobojnych  filozofów,  że  otaczający  nas  świat  jest  „najlepszym  z  możliwych”.  Po  pierwsze BÓG  jest  NIESKOŃCZONOŚCIĄ  w  każdym  aspekcie,  nie  może  być  więc  ograniczony  przymiotnikiem  „możliwy”;  ponadto:  nie  nam  oceniać  Dzieło  Boże,  jednakże  „krwawa  jatka,  jaką  nam  zafundował  na  Ziemi  oraz   bezsens  śmierci  /o  tym  póżniej/  nie  skłania  mnie  do  zachwytu.

Wracamy  do  MIŁOŚCI,   której  następnym  etapem  jest  poświęcenie.   Tak,  poświęcamy  się  nie  bacząc,  czy  obiekt  naszej  miłości  tego  pragnie,  ba,  czy  chociażby  to  akceptuje.  Kochając  góry  poświęcamy  się  im  kosztem  rodziny  i  pracy  zawodowej,  i  wspinamy  się  na  nie  wbijając  ostre  stalowe  haki  w  ich  najskrytsze  miejsca,  a  kochając  kobietę,  poświęcamy  się  jej,  wszelkimi  sposobami  ograniczając  jej  wolność   np   przez  obserwowanie  czyli  śledzenie,  wypytywanie  czyli  indagowanie,   czułość  i  troskliwość  czyli  namolność,  aż  po  zazdrość,  która  nawet  do  zabójstwa  ukochanej  doprowadzić  może.  I  to  wszystko  robimy  nie  zwracając  żadnej  uwagi  na  zdanie  zainteresowanej,  mało  tego,  bezczelnie  twierdzimy,  że  to  „dla  niej”,  nie  przyznając  się  do  swego  skrajnego  egocentryzmu.  Przecież  ta  wyimaginowana  miłość  jest  dla  nas  movens  vivendi,   napędza  nas,  nadaje  sens  naszemu  życiu  oraz   wbija  w  dumę,  bo,  rezygnując  z  własnych  ambicji  /Boże!  co  za  fałsz!/  tak  pięknie  kochamy.  Czy  zmarła  Orszulka  odniosła  korzyść  z  miłości  ojca,  czy  też  wierszokleta  Mistrz  Jan  tak  rozkoszował  się  własnym  cierpieniem,  że  powstały  Treny?    Jaką  korzyść  miałaby  odnieść  Laura  z  adoracji  Petrarki,  bez  względu  na  to,  czy  istniała  i  była  zamężną  matką  jedenaściorga  bachorów,  czy  tez  postacią  wyimaginowaną ?   Beneficjentami  stają  się  „zakochani”.  A  jeszcze  wspomaga  ich   dewiza:   „miłość  ci  wszystko  wybaczy”.

Nie  mogę  pominąć   specyficznej  miłości  babć  i  dziadków  do  wnucząt.  Dlaczego  własnych  dzieci  tak  nie  kochali?   A  jeśli  nawet  kochali,  to  stosowali  absolutnie  inne  kryteria  wobec  ich  zachowań?  Skąd  się  bierze  zgubna  wprost  tolerancja  staruchów  wobec  wyczynów  wnucząt?  A no  właśnie  ze  starości.  Mniej  lub  bardziej  niespełnione  własne  życie  chcą  restytuować  w  młodych.  Spróbujmy  na  koniec  rozważań  o  miłości  sklecić  jej  definicję:

MIŁOŚĆ  to,  świadomy  lub  podświadomy,  „interesowny”  sposób  „na  życie”,  sposób  realizacji  samego  siebie,  to  nadanie  sensu  swojemu  życiu,  poprzez  scentralizowanie  swojej  uwagi  na  obiekcie  miłości  i,  pożądanemu  lub  nie,  poświęcaniu  się  jemu,  aby  w  działaniu  owym  doznać  samozadowolenia  i  spełnienia.

To  przyszła  pora  na  ŚMIERĆ.   Wg  Levinasa  śmierć  opiera  się  na  trzech  głównych  filarach.  Jest  NICOŚCIĄ  /pustka  i  opuszczenie/,  NIEWIEDZĄ  /zmarły  odchodząc  nie  zostawia  żadnego  adresu/  oraz  OKROPNOŚCIĄ  /skandalem  i  bezsensem/.   Ja  jestem  wyznawcą  epikureizmu,  wg  którego  śmierć  nas  nie  dotyczy,  bo  gdy   my  istniejemy,  śmierć  jest  nieobecna,  a  gdy  tylko  śmierć  się  pojawi,  wtedy  nas  już  nie  ma..”.  Śmierć  jest  całkowitym  pozbawieniem  czucia,  przeto  jest  niczym,  bo  wszystko  /wszelkie  dobro  i  zło/  związane  jest  z  czuciem.   „Przeświadczenie,  że  śmierć  jest  dla  nas  niczym,  sprawia,  że  lepiej  doceniamy  śmiertelny  żywot,  a  przy  tym..  wybija  nam  z  głowy pragnienie  nieśmiertelności..”.   Memento  mori  niech  będzie  przestrogą  dla  gminu,  który  „raz  stroni  od  śmierci  jako  od  największego  zła,  to  znowu  pragnie  jej  jako  kresu nędzy  życia.  Atoli  mędrzec,  przeciwnie,  ani  się  życia  nie  wyrzeka,  ani  się  śmierci  nie  boi,  albowiem  życie  nie  jest  mu  ciężarem,  a  nieistnienia  nie  uważa  za  zło.  Podobnie  jak  nie  wybiera  pożywienia  obfitszego,  lecz  smaczniejsze,  tak  też  nie  chodzi  mu  bynajmniej  o   trwanie  najdłuższe,  lecz  najprzyjemniejsze”.  Epikur,  gdy  zmogła  go  kamica  nerkowa,  cierpiał  zaledwie /??!/  12  dni,  po  czym  wszedł  do  spiżowej  wanny  z  ciepłą  wodą,  napił  się  mocnego  wina  i  zmarł.
  
Mnie,  wyznawcę  jego  filozofii,  /który  oczywiście  nie  wierzy  w  żadne  zmartwychwstania  czy  życia  pozagrobowe/  niepokoi  ten,  /podkreślony/,  okres  12  dni,  a   ściślej  NIEMOC  /i  cierpienie/   w  przedsionku  śmierci.   Doznałem  tego  dwukrotnie  i   jest  to  koszmar,  którego  wspomnienie  nachodzi  mnie  nocą.  Dlatego  też  nie  chcę,  aby  Bóg   zbawił  mnie   „od  nagłej,  nieuchronnej  śmierci”.       
Kończę  swoje  confessio   przypomnieniem  /za   Epikurem/,  że  szczęście  jest  dostępne  dla  każdego  obdarzonego  rozumem,  bez  względu  na  status  majątkowy,  /z  czego  skwapliwie  skorzystałem,  a  i  tego  samego  moim  czytelnikom  życzę/  oraz  złotą  myślą  siostry  Małgorzaty  Chmielewskiej:

CIĄGLE   MARZYMY  O  TYM,  ŻEBY  BYŁO  LEPIEJ,  TRACĄC  OKAZJĘ  NA  RADOWANIE  SIĘ  Z  TEGO,  CO  JUŻ    MAMY.
Niestety !!         
                                                                                    KONIEC