Thursday, 7 November 2013

BACZYŃSKI Krzysztof Kamil /1921-1944/

BACZYŃSKI  Krzysztof  Kamil  /1921-1944/

                                                                                                                           1.06.2011

Piszę  tą  notatkę  w  ramach  cyklu  OBALANIE  MITÓW.  Mity  apologetyczne  [por.  hasło  „APOLOGIA”]  tworzymy  najczęściej  w  przypadku  nagłej  śmierci. I  tak  śmierć  w  czasie  Powstania  Warszawskiego  dała  okazję  do  wypromowania  dwóch  poetów: BACZYŃSKIEGO   i  GAJCEGO.  Na  poezji,  w  ogóle  i  w  szczególe,  się  nie  znam,  i  już  nie  poznam,  a  duchowi  mojej  polonistki,  prof.  Różańskiej,  który  mnie  w  snach  nachodzi  i  pyta  „Co  poeta  chciał  nam  powiedzieć?”,  daję  zdecydowany  odpór:  budzę  się  i  idę  zrobić  siusiu,  dzięki  czemu  nocna  mara’  już  do  świtu  nie  pojawia  się.  Przeto,  nie  będę  wartościował  wierszy, [wszakże  przyznam,  że  mnie,  laikowi,  utwory  Baczyńskiego  podobają  się]  lecz  zajmę  się  biografią.  Tadeuszem  GAJCYM  [1924-1944],  pseudonim  Karol  TOPORNICKI,  wogóle  się  nie  zajmę, „bo  nie  mam  ochoty  do  tej  roboty”  [vide:  ja  też  poeta],  ze  względu,  na  jego  związki  z  ONR – Falangą,  tj  organizacją  skrajnie  faszystowską,  a  ja  cierpię  na  idiosynkrazję  do  nacjonalizmu,  a  szczególnie  do  faszyzmu.

            Co  do  BACZYŃSKIEGO  przedstawmy  najpierw  apologetyczny  wizerunek,  który  następnie  będziemy  systematycznie  burzyć. A  więc  wieść  gminna  głosi:                       

Piękny,  młody,  zdrowy  i  silny,  Polak – katolik,  zginął  bohatersko  na  „szańcach”  Powstania  Warszawskiego;  zostały  po  nim  wspaniałe  wiersze  o  zabarwieniu  religijnym  oraz  profetyczne  o  Powstaniu  i  przyszłości  po  nim. W  miesiąc  po  nim, poległa   też  jego  żona, Basia, dzielna  sanitariuszka.



             A  teraz  fakty:  Stanisław  Baczyński  [1890-1939],  wraz  z  żoną,  Stefanią,  z  domu  ZIELEŃCZYK  [zm.1953],  pragnęli  mieć  dziecko.  Niestety,  pierwsze  -  dziewczynka -  zmarło  zaraz  po  urodzeniu,  a  długo  oczekiwane  następne  -  syn,  któremu  nadano  imiona  Krzysztof  Kamil,  okazało  się  wątłymchorowitym  dzieckiem,  w  dodatku,  potwornie  cierpiącym  na  astmę.  Krzyś  często  leżał  w  łóżku,  unikając  wysiłku,  który  mógłby  spowodować  kolejny  atak  astmy.  Aby  skończyć  temat  kondycji  fizycznej,  przytoczmy  wspomnienie  Miłosza,  który  odwiedził  Krzysztofa,  w  czasie  okupacji:

 „Pamiętam  go  w  pozycji  leżącej.......Jego  delikatność  i  bladość  narzucały  mi  obraz  Marcela  Prousta  w  wykładanym  korkiem  pokoju”.

 Mimo  najlepszych  chęci  nie  nadawał  się,  oczywiście,  do  walki  zbrojnej.  Owszem,  jeżdził  „do  lasu”,  na  obozy  Szkoły  Podchorążych  „Agrycola”,  uczył  się  czyścić  amunicję [?!]  i  kopać  bunkry [?!],  lecz  będąc  astmatykiem  i  wychuchanym  maminsynkiem,  nie  nadawał  się  na  partyzanta.  Aby  go  nie  urazić,  dowódca  kompanii,  w  dniu [nomen omen] 1  lipca 1944  roku  stworzył  dla  niego  „nieoficjalne  stanowisko  szefa  prasowego  kompanii”.  Rozgoryczony  Baczyński  przeniósł  się  jednak  do  batalionu  „PARASOL”,  gdzie  spotkał  się  ze  zrozumieniam  i  został  zastępcą  dowódcy  plutonu.  A  skoro  jesteśmy  już  w  lipcu,  to  ciągnijmy dalej,  aż  do  śmierci.

               Jak  wiemy,  MORDERCY   WŁASNEGO   NARODU,  tj  banda  łobuzów  z  Londynu,   doprowadzili  do  wybuchu  Powstania  w  dniu  1  sierpnia,  o  godzinie  17.  Zdezorientowany  Baczyński  nie  trafia  do  swego  hipotetycznego  oddziału,  lecz  spontanicznie  dołącza  do  najbliżej  walczących  i  dzięki  temu,  po  ucieczce  Niemców,  znajduje  się  w  Pałacu  Blanca.  Czwartego  sierpnia  około  godziny  16  -  w  Pałacu  -  pora  obiadowa.  Oddajmy  teraz  głos  autorce  artykułu  w  Tygodniku  Powszechnym,  Kalinie  Błażejowskiej:

 „W  sali  na  dole,  na  długim  stole  nakrytym  białym  obrusem  są  już  porcelanowe  talerze  z  parującą  zupą  i  kryształowe  kieliszki  z  czerwonym  winem.  Wszystko  odbija  się  wielokrotnie  w  obramowanych  złotem  lustrach.  Można,  by  pomyśleć,  że  nie  ma  żadnego  powstania,  gdyby  nie  rozsypane  na  czerwonych,  puszystych  dywanach  okruchy  szkła  z  wybitych  okien.  Baczyński.........stoi........w  narożnym  oknie  na  pierwszym  piętrze  pałacu........Nagle  osuwa  się  na  czerwony  dywan,  trafiony  przez  snajpera  w  głowę.  Nad  okiem,  w  lewej  skroni......dziura...”.

  I  koniec.  A  jeszcze  żona,  Basia  z d. Drapczyńska.  Nie  została  sanitariuszką,  lecz  z  rodzicami  ukryła  się  w  piwnicy.  W  końcu  sierpnia  wyszła  na  podwórze  odetchnąć  świeżym  powietrzem  i  spadła  na  nią  rozbita  szyba,  uszkadzając  mózg.  Umarła  pierwszego  września.                                                                                                                                                         
               Wróćmy  teraz  do  początków,  czyli  do  rodziców  Krzysztofa.  Ojciec,  Stanisław,  choć  walczył  w  Legionach  i  Bitwie  Warszawskiej,  odsunął  się  od  Piłsudskiego,  po  zamachu  majowym, za  co  endecka  prasa  nazwała  go  „przedstawicielem  ŻYDOKOMUNY”.  Był  krytykiem  literackim, napisał  m.in. „Losy  Romansu”, kolegował  się  z  Jarosławem  IWASZKIEWICZEM,  o  cztery  lata  młodszym,   i  oczywiście  bywał  w  „Ziemiańskiej”,  gdzie  prym  wodzili  „SKAMANDRYCI”  z   TUWIMEM  [ur.1894],  SŁONIMSKIM [ur.1895],  LECHONIEM  [ur.1899],  WIERZYŃSKIM  [ur.1894]  i  GRYDZEWSKIM  na  czele.  Kręcił  się  tu  i młody  poeta  Jerzy  LIEBERT  [1904-1931], kochanek  Iwaszkiewicza, pierwowzór  Stasia  w  „BRZEZINIE”,   jak  i  Zbigniew  UNIŁOWSKI  [1909-1932]  ten  od 
Wspólnego  Pokoju”,  ożeniony,  podobnie  jak  Iwaszkiewicz,  z  LILPOPÓWNĄ.  Zaszczycał  też  „salon”  najsławniejszy,  po  Chopinie,  polski  kompozytor,  SZYMANOWSKI  [1882-1937]  nota  bene  kuzyn  Iwaszkiewicza,  i  „tyż  pedoł”.  Czemu  o  tym  piszę?  Bo  to  środowisko  żydowskie  i  pedalskie,  przez  co  wiąże  się  z  losem  młodziutkiego  Baczyńskiego, a  można  przypuszczać,  że  wprowadził  go  w  nie  ojciec.

Ale  teraz  parę  słów  o  matce,  Stefanii  z  domu  ZIELEŃCZYK,  czystej  krwi  Żydówce.  To  podkreślam,  bo  ojcu wprawdzie  wyrzucano  przynależność  do  „Żydokomuny”,  lecz  czy  był  Żydem  nie  wiem.  Matka  była  nauczycielką  i  autorką  ćwiczeń  do  gramatyki  i  ortografii  dla  szkół  podstawowych.  Wychowywała  syna  sama,  bo  z  małżonkiem pozostawała  „w  wielokrotnej  i  permanentnej”  separacji.  W  czasie  okupacji  postanowiła,  wraz  z  synem,  najpierw  -  nie  wkładać  opasek  z  gwiazdą  Dawida,    a  póżniej,  w  trakcie  przesiedleń  do  getta  -  zostać  po  stronie  aryjskiej.  Acha,  ojca  to  nie  dotyczyło,  bo  zmarł  w  1939 roku,  na  raka.  Podobnie  postąpił  jej  rodzony  brat,  filozof,  prof. Adam  Zieleńczyk,  lecz  jemu  nie  udało  się  przeżyć:  zadenuncjowany  w  1943  roku,  został  rozstrzelany  wraz  z  dwiema  córkami,  z  których  jedna  była  sympatią  Jana  TWARDOWSKIEGO,  przyszłego  księdza  [por.  Hasło  „ks. Twardowski”].

 Matka  była  przechrztą,  i  jak  to  często  w  takich  przypadkach  bywa,  dewotką.  Z  miłości  do  matki,  Krzysztof  tolerował,  lecz  tylko  tolerował,  praktyki  katolickie,  a  nawet  wziął  ślub  kościelny.  Wiersze  religijne  pisał  tylko  i  wyłącznie,  by  matce  sprawić  przyjemność.  Sam  był  ATEISTĄ  i  ANTYKLERYKAŁEM.

                 No  to  teraz  o  „niebezpiecznych  związkach”  ale  „cały  w  tym  ambaras,  aby  obu  chciało  naraz”.  Naprawdę  problem polega  na  tym,  że  materacem  nie  byłem  i  że  „materia”  delikatna,  ograniczę  się  do  rzeczy  pewnych.  /Jak  delikatna,  to  przypomnijmy  kontrowersyjny  spór  między  Iwaszkiewiczem  a  Miłoszem,  o  to  czy  stary  pedał  zerżnął  w  Wilnie  początkującego  poetę,  czy  też  nie/.

Wiadomo,  że  na  punkcie  Krzysia  oszalał  kompletnie  stary  pedał  ANDRZEJEWSKI.  Nie  tylko  pedał,  lecz  również  alkoholik  i  endek [fe,  fe  -  znaczy  się  antysemita].  Zdjęcie  Krzysztofa  trzymał  na  półce  z  książkami  i  „przez  kilkadziesiąt  lat  po  śmierci  Baczyńskiego  porównywał  do  niego  kolejnych  mężczyzn....”.  Baczyński  dedykował  mu  kolejne  wiersze,  a  przebywając  np  w  STAWISKACH,  czyli  u  pedała  IWASZKIEWICZA,  tęsknił  za  nim.  A  no  właśnie, w  Stawiskach  np  w  1941  roku  -  Jarosław  miał  45  lat,  a  Krzyś  -  20.  Jarosław  stracił  Lieberta  w  1931  r.,  a  z  Jurkiem  Błeszyńskim  widywał  się  sporadycznie.  Nie  żył  też  już  pedał  Szymanowski.  No  i  właśnie,  któż  to  wie?  W  1978  roku,  w „Literaturze”,  Andrzejewski  opublikował  wspomnienie  o  Baczyńskim,  za  które  podziękował  mu  Iwaszkiewicz  słowami: „Wzruszyło  mnie  to,  co  napisałeś  o  Krzysztofie....”  Mnie  nie  wzruszyło,  bo  nie  czytałem,  a  poza  tym  wolę  dziewczynki.

                     Teraz  mała  dygresja,  bo  Iwaszkiewicz  raczej  nie  doczeka  się,  ode  mnie,  osobnego  eseju. Otóż  w „Dziennikach”,  Iwaszkiewicz  opisuje  swoją  wizytę  u  Błeszyńskiego [zm.1959]  w  latach  pięćdziesiątych.  Błeszyński,  [nota  bene  pierwowzór  Janka  w  „Kochankach  z  Marony”]  -  prosty  robol,  umierający  na  grużlicę  i  żona  jego,  akurat  zwolniona  z  pracy,  znajdują  się  w  skrajnej  nędzy.  Iwaszkiewicz,  za  śmieszne  pieniądze,  dymie  umierającego, a  potem  przez  pięć  stron  „Dzienników”  dywaguje  o  swoim  wielkim  uczuciu  do  umarlaka.  OHYDA!!!!

                      Jeszcze  parę  słów  o  wierszach  Baczyńskiego.  Część  -  religijna  -  z  miłości  do  matki-dewotki,  a  te  wiersze  profetyczne  o  Powstaniu  Warszawskim,  to  gówno  prawda,  bowiem  są  one  zainspirowane  Powstaniem  w  Getcie  Warszawskim  w  1943  r.  MIŁOSZ  stwierdza  w  swoim  „Abecadle”:

 /Baczyński/  „musiał  być  doskonale  świadomy,  że  miejsce  jego  jest  w  getcie,  co  narzucało  niemożliwy  do  rozwiązania  problem  solidarności.....Czuł,  że  jego  lud,  z  którym  łączy  go  nie  tylko  krew,  ale  historia  kilku  milleniów,  to  żydowski  lud  w  getcie.  Niektóre  wiersze  świadczą  o  tym  wyrażnie,  choć  zważywszy  jego  egzystencjalne  powikłania,  ta  poezja  mogłaby  ich  odsłonić  więcej”...

 I  na  koniec  sam  Baczyński  z  wizją  Polski  powojennej,  uwzględniającą  jego  pochodzenie:

            „I  Sikorski  będzie

              pepesowscy,  endecy,  poeci  i  wszędzie

              znów  się  Żydzi  rozplenią  i  znów  stwierdzą  ludzie,

              że  wszystko  było  przez  nich  i  że  Żydzi  w  brudzie

              rozsiewają  miazmaty,  i  że  trzeba  im  szyby


              i  sklepy  im  rozwalić  i  zęby  im  wybić”.