Monday, 27 January 2014

ANDRZEJ ZAORSKI - "Ręka, noga, mózg na ścianie"





Andrzej  ZAORSKI  -  “Ręka, noga, mózg  na  ścianie”

Dobrze  by  było,  gdyby  książka  ta  stała  się  obowiązkową  szkolną  lekturą   w  nauczaniu  historii  okresu  PRL-u,  bo  w  formie  „lekkiej,  łatwej  i  przyjemnej”,  poprzez  liczne  anegdoty,  autor  przedstawia  realia  życia  w  tym  „najweselszym  baraku” w obozie   Krajów   Demokracji  Ludowej.  O  prawdziwości  jego  przekazu  świadczę,  jako  równy  wiekiem  warszawiak,  systematycznie  chodzący  na  wagary  do  kin  „Przyjażń”  „Młoda  Gwardia”,   mieszczących  się  w  Pałacu  Kultury,  jak  i  uczęszczający  na  rózne  zajęcia  w  mieszczącym  się  tam  Pałacu  Młodzieży.  Zaorski  -  do  kółka  dramatycznego,  a  ja  na  szkolenie  drużynowych  harcerskich,  próby  orkiestry  dętej  i  oczywiście,  na,  jedyny  z  prawdziwego  zdarzenia,  basen. /dwa  pozostałe – na  AWF-ie  i  przy  Konopnickiej  nie  mogły  z  nim  konkurować/.  Podobnie  jak  jego  zachwycił  mnie  tam  przycisk  do  spuszczania  wody,  czemu  daje  wyraz  na  str.17  „Reszki”
Moją  wyobrażnię  poruszył  srebrzysty  guzik  w  ścianie  ubikacji  -  szczyt  radzieckiej  techniki  i  automatyzacji  -  po  którego  naciśnięciu  uruchamiała  się  spłuczka.  Ciekawskiego  i  wszędobylskiego  chłopca  zainteresowały  drzwiczki  w  ścianie  toalety.  Po  ich  sforsowaniu  za  pomocą  scyzorkyka,  znalazłem  sie  na  zapleczu  kabin.  Tam  wyjaśniła  sie  tajemnica  bajkowych  guzików. Otóż,  do  każdego  z  nich  był  przyczepiony  z  tyłu,  za  ścianą,  kawał  chamskiego  drutu,  zwisający  z  prozaicznego,  żeliwnego  rezerwuaru.  W  ten  sposób  pierwszy  raz   zetknąłem  się  z  efektem  „fasady”,  typowym  dla  realnego  socjalizmu”.
I  słusznie  pisze  o  „fasadowości”,   bo  był  to  jeden  z  objawów  powszechnego  zakłamania,  które  doprowadziło  do  „socrealizmu”  we  wszystkich  gałęziach  życia.  Pisarze  pisali  „słuszne”  książki,  malarze  tworzyli  „słuszne”  obrazy,  Wajda  i  inni  reżyserowali  „produkcyjniaki”,  politycy  wygłaszali  „słuszne”  przemówienia,  miliony  członków  partii   stosowało  formę  „towarzyszu”,  by  poza  godzinami  „urzędowymi”   razem  pić  wódkę,  słuchać  „Wolnej  Europy”  i  śmiać  się  z  ostatnich  dinosaurów,  którzy  uparcie  dalej  wierzyli  w  idee  marksitowsko-leninowskie. 
A  takim  dinosaurem  był  ojciec  Andrzeja  i  jego  młodszego  brata  Janusza,  /tak, tego  reżysera/  -  Tadeusz,  jedenaste  dziecko  w  biednej  rodzinie  chłopskiej,  który  w  II  RP  zaznał  nędzy,  a  w  Polsce  Ludowej  stał  się  beneficjentem  „awansu  społecznego”  i  doszedł  do  stanowiska  wiceministra  Kultury.  Zamieszkanie  wśród  dygnitarzy  na  górnym   Mokotowie  owocowało  „odpowiednimi”  kolegami  już  w  szkole  podstawowej,  którzy  stali  się  najefektywniejszymi  prześmiewcami   działań  własnych  rodziców.      
Schizofreniczne  rozdwojenie  jażni,  a  może  lepiej  - współistnienie  sprzecznych  rzeczywistości  w  PRL-u,  doprowadzało  do  paradoksalnych  wydarzeń,  z  ktorych  jedno  opisał  „Zaor”  na  str.28  „Orła”:
  „....około  marca  68,  pisaliśmy  z  moim  kolegą,  Krzysztofem  Wierzbickim  zwanym  „Dziubem”,  scenariusz  filmowy  Potrzebna  była  maszyna  do  pisania,  wziąłem  wiec  służbową ojca.  Dziub,  który  dobrze  pisał  na   maszynie,  zabrał  ją  do  domu.  Jego  młodsza  siostra,  Kojka,  przepisala  na  niej  jakieś  ulotki,  które  zostały  póżniej  rozrzucone  w   czasie  demonstracji  na  uniwersytecie.  Nazajutrz  przeprowadzono  u  nich   rewizję  i  zarekwirowano  maszynę,  na  której  jak  wół  „stało”:  Ministerstwo  Kultury  nr...  Moj  ojciec  ucieszył  się,  jakby  mu  ktoś  w  kieszeń  narobił”.  Byłoby  śmiesznie,  lecz  nie  jest,  bo  Kojka  wyleciała  ze  studiów  i  przesiedziała  ponad  pół  roku  w  więzieniu.
Andrzej  nigdy  nie  ukrywał  korzyści  płynących  z  ministerialnego  stanowiska  ojca.  Sam  podaje  na  str 95  „Reszki”:   „..jako  synek  wiceministra  także  korzystałem  z  części  tych  udogodnień  Nawet  dwa  razy  otrzymałem  przydział  na  samochód!...”,  lecz  na  swój  aktorski  i  reżyserski  sukces  uczciwie  sam  zapracował,  realizując  swoje  dziecięce  marzenia.
Ta  świetnie  napisana  książka  była  terapią  po  udarze  mózgu  i  okazała  sie  skuteczna,  czego  świadectwem  jest  własnoręcznie  napisana  dedykacja  na  egzemplarzu  przesłanym  mnie  przez  wspomnianego  „Dziuba”:  „Wojtkowi  „Gołebiowi”  z  przyjacielskim  pozdrowieniem  Andrzej  Zaorski.  Milanówek, grudzien  2007”.

Muszę  na  koniec  podkreślić,  że  niezrównaną,  wszechstronną  sympatią  Andrzej  się  cieszy,  dzięki  swojej  delikatnosci  i  kulturze  osobistej,  której   świadectwem  jest  omawiana  książka.

Sunday, 26 January 2014

Św. AUGUSTYN - "DIalogi Filozoficzne"





Św.  AUGUSTYN  -   „ Dialogi  filozoficzne”

Św. Augustyn /354-430/  uważany  za  prekursora  egzystencjalizmu  /m.in. wg  Zdziechowskiego – p.  „Ontologia”  Świeżawskiego/  zadaptowawszy   do  potrzeb  chrześcijaństwa,   myśli   PLOTYNA,  wyrażone  w  „Enneadach”,  stworzył  kanon  klasycznej  literatury  teologicznej.   Dzięki  lekturze  „Dialogów..”  poznałem  koncepcję   WIARY /przez  duże  W/,  poznawalnej  tylko  na  drodze  rozumowej  oraz  DUSZY  dwojakiego  rodzaju  /a  właściwie  trojakiego,  bo  z „ANIMUS”, jako  część, Augustyn  wyróżnia  „MENS”/.

Wnioski  z  tej  lektury  opisałem  w  recenzji  „Tischner  czyta  Katechizm”  na  portalu  „Lubimy  czytać”  oraz  na   moim  blogu; wgwg1943.blogspot.ca  oraz  tamże  w  wypracowaniu  pt „Wiara”.  Należy  wspomnieć  że  św.  Augustyn  przyznał  wolnej  woli  pierwszeństwo  przed  rozumem,  zrywając  tym  samym  z  intelektualizmem  greckim.  Wg  niego  Bóg  nie  stworzył  zła,  którego  żródłem  jest  WOLNA  WOLA  człowieka. /por. „Nieszczęsny  dar  wolności”  Tischnera/.

Friday, 24 January 2014

"KRZYK KWEZALA" - ŁUKASZ GOŁĘBIEWSKI




ŁUKASZ   GOŁĘBIEWSKI  -  „KRZYK  KWEZALA

Płodność  autora  jest  imponująca;  portal  „Lubimy  czytać”   proponuje  31  jego   pozycji.  Uprawia  jednocześnie   beletrystykę,  publicystykę,  reportaże  i  książki  podróżnicze,  ale  przede  wszystkim  jest  wybitnym  specjalistą  „na  rynku”  książki.   Wydaje  „Magazyn  Literacki  Książek´ i  „Bibliotekę  Analiz”.
  W  ostatnich  dniach  błyszczał  świetnymi  reportażami  ze  swojej  podróży  do   Etiopii /p.  strona  „Xenna-moja  miłość”/.  Omawiany  „Krzyk  Kwezala”  jest  niewątpliwie  pokłosiem  jego  wędrówek  po  Meksyku,  które  uwiecznił  w  książce  wyd. w  2007 r  pt „Meksyk  -  kraj  kontrastów”.
Kwezala..”  przeczytałem,  i  to  z  przyjemnością,  jak  i  rosnącym  zaciekawieniem,  lecz  opowiedzieć   go  nie  mogę  ze  względu  na  NIEWYMAWIALNOŚĆ  wielu  nazw  używanych  przez  autora.  Bo  rzecz  się  dzieje  w  TENOCHTITLANIE,  gdzie   czczono  boga – QUETZALCOATLA,  lecz  był  też  Dom  Boga – HUITZILOPOCHTLA  i  Światynia  Turkusowego  Pana  XIUHTECUHTLI.  Miasta  to  QUIAHUIZTLAN,  TEOETICPAC  i  OCETELOLCO.  Nawet  zwykła  błyskawica  -  to  XONECUILLI..  Jeno  słabość  autora  do  płci  pięknej,  skłoniła  go  do  nadania  jej  przedstawicielkom  „ludzkich”  imion.  I  tak  mamy  Malinche,  Marię  Luisę,  Chimalmę  i  Cintli,  a główna  bohaterka  - Tecuichpo,  też,  po  jakichś  100  stronach,  da  się  wymówić.

Szeroki  wachlarz  zainteresowań  autora  znajduje  odzwierciedlenie  w  tekście,  dzięki  temu  książka  jest  i  edukacyjna,  i  „krwista”, i  erotyczna.  Z  powtarzających  się  określeń  zapamiętałem:  obsydianowy  topór, obsydianowe  ząbki,  obsydianowe  ostrze  oraz  oliwkowe  sutki.  Obsydian  to  szkliwo  wulkaniczne,  najczęściej  czarne, o  szklistym  połysku,  a  oliwkę  wszyscy  znają. Uczepiła  się  mnie  też  ładnie  brzmiąca  nazwa  białej  sukienki   /pod  którą  jest  naga  -str.51/ - huipilli.
Pobudziło  mnie  uprawianie  antropomorfizmu,  choć  osobiście  wolałbym  zmienić  się  w  jakieś  inne  zwierzę  niż  salamandra.  W ogóle  dowiedziałem  sie  wielu  b. interesujacych  rzeczy, jak  np,  że  Aztekowie  nie  znali  konii, i  to  w XVI  wieku.
Ukończywszy  lekturę  trafiłem  na  dziesięciostronicową  notę  Od  autora,  której  przeczytanie  mnie  zdenerwowało.  Bo  nie   zauważyłem  jej  wcześniej.  Wina  wspólna  Wydawnictwa  i  moja;  oni  powinni  umieścić  ją  na  „przodku”,  a  ja,  mimo  wszystko,  ją  przed  lekturą  znależć.  Bowiem  notka  ułatwia  wejście  w  świat  obcy  przeciętnemu  czytelnikowi,  ponadto jest  bardzo  uczciwa  i  rzeczowa:  Gołębiewski  opisuje  warsztat  pracy,  wyjaśnia  co  jest  prawdą  historyczną,  co  hipoteżą,  co  ewentualnie  mogłoby  się zdarzyć,  a  co  jest  czystą    licentia  poetica. Znajdujemy  tam  też  trafne  samookreślenie  swojej  pracy:  „To  powieść  zupełnie  nowa  dla  mnie  samego...   ...Chciałem  aby  to  była  najbardziej  współczesna  opowieść  o  Tenochtitlanie..”.  I  to  się  autorowi  udało,  więc  ja  ochoczo  ją  polecam.    

         

Sunday, 19 January 2014

MURAKAMI - OPOWIADANIA








MURAKAMI   -  “WSZYSTKIE  BOŻE  DZIECI  TAŃCZĄ”

CUDOWNE !!!   CZARUJĄCE !!!   Sześć  przepięknych  opowiadań  świadczących  o  maestrii  Murakamiego  /również/  w  „krótkiej”  formie.  Czysta  POEZJA.   Trudno  wyróżnić  którekolwiek,  gdyż  każde  jest  perfekcyjne  w  swoim  gatunku.  Bohaterem  tytułowego  jest  YOSHIYA  co  znaczy  „pełen  dobroci”,  a  połączone   z  podobieństwem  imienia  bohatera  do  YOSZUI  powoduje  u  czytelnika  jednoznaczne  skojarzenia.  Tamże  cenna  uwaga  na  temat  modlitwy  udzielana  przez  „duchowego  przewodnika”pana  Tabatę:   „Yoshiya,  próbujesz  wystawić  Pana  na  próbę..  ..Nie  należy  prosić o  konkretne  rzeczy  w  określonym  terminie”.

W  alegorycznym opowiadaniu  pt „Pan  Żaba  ratuje  Tokio”,  Żaba  cytuje  Nietzsche’go:  „..najwyższą  mądrością  jest  przezwyciężenie  strachu”,  następnie  Conrada: „..prawdziwy  strach  to  strach  przed  własną  wyobrażnią”,  a  po  walce  z Dżdżownicą  przywołuje  Dostojewskiego:
Fiodor  Dostojewski  z  niezrównaną  delikatnością  opisywał  ludzi  opuszczonych  przez  Boga.  W  tym  żałosnym  paradoksie,  że  człowiek,  który  stworzył  Boga,  zostaje  opuszczony,  dostrzegł  wartość  ludzkiej  egzystencji..”.

Mnie,  miłośnikowi  tradycyjnego  jazzu  bardzo  się  podobało  też  opowiadanie  pt „Tajlandia”,  w  którym  „jazz-fanka”  Satsuki  mówi  o  byłym  mężu: „Człowiek,  za  którego  wyszłam  za  mąż, nie  lubił  jazzu.  Z  muzyki  słuchał  praktycznie  tylko  oper...  ...Maniacy  operowi  to  chyba  najbardziej  ograniczeni  umysłowo  ludzie”. /podkr.moje/.  Cha,  cha,  cha!

To  jest  świetna  lektura  dla  wszystkich,  a  stopień  docenienia  jej  zależy  wyłącznie  od  wrażliwości  czytelnika.
Wydaje   mnie  się  wskazane,  ponowne,  podkreślenie  intelektu  tłumaczki  Murakamiego  -  p.
Anny  Zielińskiej-Elliott.


MURAKAMI  -  „ŚLEPA  WIERZBA  I  ŚPIĄCA   KOBIETA”

ZACHWYT   będzie,  lecz  póżniej,  a  najpierw  złość  skierowana  ku  osobom,  które  dokonywały  wyboru  opowiadań.  W  zbiorze  znalazły  się  bowiem,  nieuporządkowane  chronologicznie,  utwory  z  lat  1983-2002  oraz  pięć  końcowych  z  2005-ego  roku.  Ten  wybór  wymusza  wydanie  dwóch  diametralnie  różnych  opinii,  jednej  - dotyczącej,  ogólnie   nudnych  i  nużących,  pierwszych   19  opowiadań  oraz  drugiej – entuzjastycznej,  odnośnie  pięciu  ostatnich.

Niech  będę  samochwałą, lecz  wykazałem  wielką  determinację  przedzierając  się  przez  358  /trzysta  pięćdziesięcioośmio-/stronicowy  las  nudy  i  sztuczności,  która  miała  stworzyć   złudne  wrażenie,  że  autor  ma  nam  coś  ciekawego  do  powiedzenia.  Szczęśliwie,  w  lesie  tym  udawało  się  czasem  odnależć  „polanki”  zapowiadające  emanację  talentu.  Po  oklepanym  komunale  na  str.87,  że „..nie  ma  na  tym  świecie  nic  bardziej  przerażającego  dla  człowieka  niż  on  sam”,  pierwszym  światełkiem  zabłysła  historia  niespełnionej /?/  miłości  w  opowiadaniu  pt „Folklor  naszych  czasów – wczesne  dzieje  wysoko  rozwiniętego  kapitalizmu”;  tamże -  „złota”  myśl: „..na  świecie  istnieją  różne  rodzaje  rzeczywistości.  Że  świat  jest  wielki,  istnieją  na  nim  równolegle  różne  systemy   wartości..”.

Niestety,  przy  lekturze  następnych  stron  wpadłem  ponownie  w  marazm,  ktoremu  ulgę  przyniosły  dopiero  „Wymioty 1979”,  o  poczuciu  winy,  oraz  „Siódmy  mężczyzna”,  kończący  się  ciekawą  uwagą  o  strachu,  który  „...potrafi  nas  obezwładnić.  Najbardziej  przerażające  jest  odwrócenie  się  do  tego  strachu  plecami  i  zamknięcie  oczu.  Wtedy  oddajemy  czemuś  to,  co  w  nas  najważniejsze..”.

Począwszy  od  „Wymiotów 1979”  coraz  więcej  udanych  opowiadań /cztery  na  sześć/,  lecz  wszystkie  one  są  zaledwie  drogą  do  perfekcji,  to  tak,  jak  „Przygoda  z owcą” ścieżką  do  genialności  „Ptaka-nakrętacza”.  No  to  czas  na  recenzję  pięciu  ostatnich  opowiadań:

To  najkrótsza  recenzja  świata, notabene  przepisana  z  oceny  zbioru  Murakamiego  „Wszystkie  boże  dzieci  tańczą”:   CUDOWNE !!!   CZARUJĄCE !!! 


 To  naprawdę  trzeba  samemu  przeczytać,  żadne  słowa  nie  oddadzą  emocji  doznawanych  w  czasie  lektury.  Dla  mnie,  szczególnym  arcydziełem  jest  „Przypadkowy  podróżny”.          



Saturday, 18 January 2014

"OPĘTANI" - GOMBROWICZ




                  „OPĘTANI”   -    GOMBROWICZ

Drukował   ją  w  odcinkach,  w  dwóch  gazetach  jednocześnie,  w  1939 r,  pod  pseudonimem  Niewieski.  Jak  pisze  w posłowiu   D. Korwin-Piotrowska,  utwór  ten  „był  zlekceważony,  a  nawet  celowo  zapomniany  przez twórcę. Gombrowicz  bowiem  dopiero  w 1969 roku,  tj  po  trzydziestu  latach!, przyznał  się  niechętnie  do  napisania  „Opętanych”.              Przypomnijmy,  że  w  tym  samym  roku  umarł,  a  omawiana  książka  doczekała  sie  wydania  książkowego,  cztery  lata  po  jego  śmierci.  Nasuwa   się  pytanie,  czy  życzyłby  sobie  tego.  Podobne  pytanie  zadawałem  sobie  przy  publikacji  „Kronosa”,  którego  upublicznienie  przyniosło  tanią  sensację  wśród gawiedzi  i  w  rezultacie  jednoznaczne  skrzywienie  wizerunku  wielkiego  pisarza.  Argumenty,  że  każdy  szczegół  wzbogaca  sylwetkę, do  mnie  nie  przemawiają.

Jest  to  choroba  wydawców,  nazywana  przeze  mnie  „Martin  Eden  casus”,  przynosząca  im  zyski,  oparta  na  przekonaniu,  że  nawet  największa  „chała”  firmowana  szlachetnym  nazwiskiem  twórcy,  znajdzie  nabywców.  /Pamiętamy,  jakiego  zniesmaczenia  doznał  Martin  Eden,  gdy  po  zdobyciu  sławy,  wydawcy  płacili  niebotyczne  honoraria  za  jakikolwiek  bezwartościowy  jego  tekst,  którego  uprzednio  nie  chcieli  w ogole  drukować/.  Ostatnio  doznałem  tego  uczucia  czytając  młodzieńcze  utwory  Lema,  lecz  przede  wszystkim  trzy  nieudane,  nie  wnoszące  niczego  nowego,  książeczki  ks. J.M. Bochenskiego /”Szkice  o  nacjonalizmie  i  katolicyzmie  polskim”,”Polski  testament..”,”Patriotyzm,  męstwo,  prawosc  żołnierska’/.  Wypada  tu  wspomnieć  o  J.Hellerze,  do  ktorego  dorobku  wydawca  dopisał  tytuły  „Paragraf 22bis”  oraz „Paragraf 23”.

Autorka  posłowia  szeroko  opisuje  spór  miedzy  Janion, a  Jarzębskim  o  „powieść  gotycką”  w  kontekście  „Opętanych”.  Laikom  wyjaśniam:  gotycka =  grozy.  No  cóż,  dwoje,  najwyższej  klasy,  intelektualistów,  moja  „guru”  prof.  Maria  Janion  oraz  ulubiony  przeze  mnie  krytyk,  prof.  Jerzy  Jastrzębski  mogą  prowadzić  polemikę  na  dowolny  temat,  a  ona  będzie,  i  tak,  zawsze  fascynująca.  Natomiast   aktualny  temat  oceny,  to  tak,  jakby  intelekt  Słomczyńskiego, tłumacza  „Ulissesa”,  oceniać  na  podstawie  kryminałów  Joe  Alexa;  notabene  świetnych.

No  i  właśnie,  tu,  w  „Opętanych”  widzimy  talent  Gombrowicza,  jego  umiejętność  zawiązywania  intryg,  skondensowanego  kreślenia   osobowości,  a  przede  wszystkim  zwycięską  walkę  o  formę,   lecz  brak  „głębi”,  do  której  przywykliśmy  czytając  inne  utwory.  Do  tego  banalne  rozwiązanie  nie  może  usatysfakcjonować  czytelnika,  który  emocjonalnie  zaangażował  się  w  akcję  i  zaniedbując  obowiązki  domowe  połykał  książkę  jednym  tchem.  Na  usprawiedliwienie  zaznaczmy,  że  ostatni  odcinek   ukazał  się  trzeciego  dnia  II w.św. 

Jarzębski,  w  nocie  wydawcy,  b. ciekawie  napisał  o  genezie  powieści:  „Gombrowicz  obserwował  z  pewnego  rodzaju  podziwem  i  zazdrością,  jak  łatwo  bywalcy  salonów  Mostowicza  zdobywali  czytelników,  produkując  literackie  dekokty  łatwo  uderzające  do  głowy  nieomal  wszystkim  -  kucharkom  i  paniom  domu,  portierom  i  przemysłowcom.  Było  to  swoiste  wyzwanie  dla  autora  o  silnym  poczuciu  własnej  wartości.  – Jak to?  Czy  ja  -  ponoć  „lepszy” – nie  potrafię  czegoś  takiego  napisać?..”


I  tak  Gombrowicz  podjął  wyzwanie,  i  napisał  powieść  pod  tandetny  gust  czytelników  „Kuriera  Czerwonego”,  a,  że  odniósł  sukces  w  szerszych  kręgach,  to  już  nie  jego  wina.  Sukces  tym  znaczniejszy,  że  publikował  pod  pseudonimem.  Reasumując  książkę  gorąco  polecam,  ale  tylko  dla  rozrywki.     

Monday, 13 January 2014

"FILOZOFIA KOSMOLOGII"




Michał  HELLER      -    “FILOZOFIA   KOSMOLOGII”

W  drugim  akapicie  opisu  książki,  opracowanego  przez  www.ccpress.pl   i  zamieszczonego  na  „Lubimy  czytać”  użyto  określenia  „klarowny  wywód”  autora.  Podziwiam  zdolność  percepcji  panów  redaktorów,  bo  ja,  żeby  cokolwiek  z  tego  140-stronicowego  wywodu  zrozumieć,  wytężałem  swoje  moce  intelektualne  przez  ponad  tydzień,  mimo,  że  mam  wyższe  wykształcenie  chemiczne  /Polit.Warsz.r.1968/,  zaktualizowane  studiami  na  torontańskim  Seneca  College /r.1995/.  Należę  więc  do  osób  w  jakimś  stopniu  „zorientowanych  w  temacie”, używając  określenia  z  opinii   serwowanej  przez  Tom210,  z  którą  zresztą  nie  zgadzam  się  w  ocenie  „rozwinięcia”  mojej  wiedzy.  Przejdżmy   ad  rem,  by  laik  mógł  odnieść  pozytek  z  tej  książki.

Zacznijmy  od uproszczonego  opisu  podstawowego  pojęcia  w  tej  dziedzinie:
„Jeżeli  wszechswiat  nieustannie  się  rozszerza,  to  jego  materialna  zawartość  musiała  znajdowac  się  kiedyś  „w jednym punkcie”. Ten  „punkt”  nazywamy  osobliwością  początkową”.

Teraz  posłużmy się  esejem  ks.Hellera pt „Przez   czerwone   okulary”:   „Wszechświat  się   rozszerza.   Jeżeli   galaktyki   od   siebie   uciekają,   kiedyś   musiały   wszystkie   być   w   jednym   miejscu.   A   to   przypomina   stworzenie   świata.   Techniczny   problem  „początkowej   osobliwości”   nabrał   wręcz   teologicznych   akcentów.    ...Arystoteles   uważał,   że   Wszechświat   jest   wieczny,   ale   dla   Platona   chaos   to   stan   pośredni   pomiędzy   bezpostaciową   materią   a   nicością.   Bo   naprawdę   może   istnieć   tylko   coś,   co   jest   uporządkowane,   co   jest   kosmosem,   a   nie   chaosem.   To   właśnie   Demiurg   z   chaosu   wyprowadza   Kosmos,   pełen   harmonii   i   symetrii   Wszechświat.     ....Dopiero   NEWTON   starał   się   nas   przekonać,   że   istnieje   jeden,   absolutny   czas,   płynący   od   minus    nieskończoności   do   plus   nieskończoności.   I   że   w   pewnym   momencie   tego   czasu   Bóg   powołał   świat   do   istnienia.   Przedtem   nie   było   nic:   pusty   czas   i   pusta   przestrzeń.   Stworzenie   równa   się   początek.   Przed   Newtonem   tak   nie   było.    Nie   istniał   jeden,   absolutny   czas.    Św.   AUGUSTYN   uważał,   że   czas  został   stworzony   przez   Boga   razem   z   Wszechświatem,    a   więc   Wszechświat   istnieje   tak   długo,   jak   istnieje   czas.   Nie   było   pustego   czasu.   Św.  TOMASZ   poszedł   jeszcze   dalej.   Uważał,   że   stworzenie   nie   jest   aktem   jednorazowym   tożsamym   z   początkiem,   lecz   relacją   między   światem   a   Bogiem,   relacją   polegającą   na   nieustannym   dawaniu   świata   przez   Boga.   Nic   więc   nie   stoi   na   przeszkodzie,   by   relacja   ta   trwała   od   zawsze,   od   minus   nieskończoności.   A   więc   można   sobie   wyobrazić,   bez   popadania   w   sprzeczność,   Wszechświat   stwarzany   przez   Boga,   ale   nigdy   nie   mający   początku.   ...EINSTEIN  był   przekonany,   że   Wszechświat   jest   wieczny;   tak   wówczas   sądzili   prawie   wszyscy   uczeni.   Nawet   przez   myśl   mu   nie   przeszło,  że   mogłoby  być   inaczej.   Wszechświat   może   być   wieczny   tylko   wtedy,   gdy   jest   statyczny,   tzn   gdy   nie   zapada  się   lub   nie   rozdyma   pod   wpływem   działających   w   nim   sił.   Ale   równania   Einsteina   nie   chciały   wyprodukować   statycznego   rozwiązania,    więc   Einstein   zmusił  je  do   tego   przez   dodanie  do   nich   nowego   członu,   który   nazwał   członem   kosmologicznym.   Potem   długo   bronił   się   przed   uznaniem,   że   Wszechświat   nie   jest   statyczny,   lecz   się   rozszerza,   że   galaktyki   uciekają   od   siebie   z   ustawicznie   rosnącymi   prędkościami.   Dopiero   gdy   Edwin   HUBBLE   mierzył   coraz   więcej   przesunięć   ku   czerwieni   w  widmach   galaktyk,   świadczących   o   prędkościach   ich   oddalania   się,   gdy   Aleksander   FRIEDMAN   i   Georges   LEMAITRE   znależli   wiele   rozwiązań   równań   Einsteina,   przedstawiających   rozszerzające   się   wszechświaty,   Einstein   musiał   się   poddać   -  uznał,  że   wszechświat   nie   jest   statyczny,   lecz   „dynamiczny”,   jak   sam   to   trafnie   określił.   ...Jeżeli   galaktyki   od   siebie   uciekaja,   kiedyś   musialy   być   w   jednym   miejscu.   Wszechświat  „wybuchł”,   rozpoczął  się   proces   jego   ekspansji.   A  to   przypomina   stworzenie   świata.   Techniczny   problem  „początkowej   osobliwości”   nabrał   więc   teologicznych   akcentów.    ...EINSTEIN   zasugerował  wyjście   z  sytuacji.   Początkowa   osobliwość   jest  artefaktem,   ubocznym   produktem   nadmiernie   upraszczających   zalożeń,   przyjętych   w   trakcie   konstruowania   modelu   kosmologicznego.  Myśl  Einsteina   przyjęła   się   i   przez   długi   czas   była   powszechnie   uznawanym   poglądem.   ...Pierwsze   twierdzenie   o   istnieniu   osobliwości   w   kolapsie   grawitacyjnym   udowodnił   Roger   PENROSE   w   1965 r.   Udowodnił,   że   istnienie   osobliwości   w   grawitacyjnym   zapadaniu   się   gwiazdy   nie   zależy  od   upraszczających   założeń.    ...Wkrótce   Stephen   HAWKING  ...rozszerzyl   wniosek  Penrose’a  na   pewną   klasę   modeli   kosmologicznych.   ...Wiadomo   już   dziś,   że   w   klasycznej   teorii  grawitacji   osobliwości   nie   są   czymś   wyjątkowym,   lecz   zwyczajnym.    Ale   w   bardzo   silnych   polach   grawitacyjnych   muszą   ujawniać   się   kwantowe   własności   grawitacji   i   któryś   z   warunków   twierdzeń   o   osobliwościach   może   zostać   złamany.   ...To   nowa   era   badań   kosmologicznych”.

Żywię  nadzieję,  że  przytoczone  fragmenty  eseju  ułatwią  „wczytanie”  się  w  to  znakomite  dzieło.   

Wednesday, 8 January 2014

LEKTURY ZBĘDNE




       


                  LEKTURY        ZBĘDNE

1.  8.01.2014     Herman  HESSE  „Odnowiciel  świata”.  Zbiór  opowiadań; PIW 2006, tlum. Tarnas
Tylko  okładka  zasługuje  na  uwagę,  bo  twarda,  lecz  i  tak  popsuta  landszaftem  Hessego  i  bzdurną  notatką  wydawcy,  bez  pokrycia  w  treści.  Tłumacz  też  się  nie  przyłożył,  z  czego  wyszła  pokrętna  stylistyka.  Potwierdza  się  reguła,  że  większość  pisarzy  stać  tylko  na  jedną  udaną  książkę  /w  tym  przypadku  „Gra  szklanych  paciorków/

2. 10.01.2014    Joseph   HELLER  „Ostatni  Rozdział,  czyli  Paragraf  22 bis”  Wyd.Albatros 2004, tlum.A.Szulc.  Wydawca  oszukał  mnie  /pewnie  nie  tylko  mnie/  zmieniając  oryginalny  tytuł  „Closing  Time”;  przez  co,  sugerując  się  nawiązaniem  do  słynnego  „Paragrafu  22”,  zmarnowałem  sporo  mego  cennego  czasu /mam 71 lat/.  Początkowo  byłem  skłonny  winić  tłumacza  za  „sknocenie”  książki,  lecz  dalsza  lektura  uświadomiła  mnie  nieporadność  autora.  Chyba  trochę  podświadomość  kieruje  nim,  gdy  jednego  z  bohaterów  nazywa  Vonnegutem,  z  którym  notabene  się   przyjażnił,   bowiem  powieści Kurta  Vonneguta  pełne  dziwacznych  postaci,  groteskowych  czy  też  onirycznych, mogłyby  być  wzorem  w  tworzeniu  postaci  jego  książki.  Ponadto  Kurt  Vonnegut  przeżył,   jako  jeniec  niemiecki,  bombardowanie  Drezna  opisane  w   „Rzeżni  numer  pięć”,  do  którego  autor  nawiązuje.  Inny  żołnierz  Szwejk,  snujący   plany  w  Neapolu,  o  hodowli  psów  w  Ameryce,  przypomina  nam  geniusz  humorystyczny  Haska,  który  przydałby  się  autorowi.  Jednym  slowem  chała  czyli  knot.  /Oczywiście  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  ocena  „dzieła   życia”  Hellera  pt  „Paragraf 22”/

3.  18.01.2014  Paul  AUSTER   "Noc  wyroczni".  Niestety,  niewypał.  A  szkoda,  bo  to  autor  nie  tylko  "Trylogii  nowojorskiej",  lecz  również  mojego  ukochanego  "Timbukte".  No  cóż,  każdemu  pisarzowi  się  zdarza;  nie  do  wybaczenia  natomiast  jest  postępowanie  wydawnictw.  Toć  to  zwykłe  żerowanie  na  zaufaniu  czytelnika  /pisałem  o  tym  ostatnio  w  opinii  na  temat  "Opętanych"  Gombrowicza.
Wracajmy  do  książki:  zawiodła  i  forma,  i  treść.  Równoległa  akcja  w  przypisach  utrudnia  odbiór  i  jest  niczym  nie  uzasadniona,  a  nadmiar  pisarzy  piszących  o  pisarzach,   którzy  piszą o......      przyczynia  się  tylko  do  bólu  głowy.  Ponadto  hasło:  "jak  przypadek  może  zmienić  nasze  życie"  już  przerabialiśmy.

4,  22.01.2014   Jose  SARAMAGO   Miasto  ślepców”.  Żeby  autor  arcydzieła  „Baltazar i  Blimunda”  zasłużył  na  skrajnie  negatywną  ocenę,  to  musiał  wykazać  się  wielką  determinacją.  I  się  wykazał.  Począwszy  od  wątpliwego  pomysłu /niby  metaforycznego/,  poprzez  obsceniczną  realizację,  po  „kojące/ serca”  zakończenie   -   wszystko   jest  nieudane.  Tytłanie  się  w  odchodach  nie  jest  ulubionym  wątkiem  moich  lektur.  Dodatkowo  niezrozumiała  dla  mnie  jest  postać  jedynej  widzącej  -  żony  lekarza.
Natomiast  jestem  pełen  uznania  dla  uczestników  portalu  „Lubimy  czytać”,  mających  odwagę  przedstawić  swoją  negatywną  ocenę.  Na  pierwszych  13  str.  „Opinii”  znależli  się:  „Kasztan”,  „Karolina”,  „Kanarcia   , „Sebastian”  i „Maciey”, 
  
5.  16.03.2014    Kurt  VONNEGUT  -  Losy  gorsze  od  śmierci”

KRÓL   JEST   NAGI !!  Mało  tego,  objawia  się  jako  zarozumiały  bufon,  który  NIE  MA  ABSOLUTNIE  NIC  DO  POWIEDZENIA.   Raczy  czytelnika  odgrzewanymi  okolicznościowymi  przemówieniami,  wspomnieniami  z  kim  był  na  kolacji,  a  kogo  spotkał  w  operze,  na  koncercie  lub  wycieczce  /inne  możliwosci  wg  własnego  gustu  - uzupełnić/.  Szafuje  nazwiskami,  by  podkreślić   swoją  ważność.  Nie  ma  żadnych  zahamowań  w  opluwaniu  własnej  matki-wariatki,  ani  w  ujawnianiu  pobytów  syna  w  psychiatryku.  Aby  ujrzeć  pró
bkę  jego  odkrywczego  talentu,  proszę  spojrzeć  na  początek  rozdziału  6 /str.55/:

Ciekawostki: Aldous  Huxley  umarł  tego  samego  dnia,  co  John F.Kennedy.  Louis-Ferdinand  Celine  umarł  w  dwa  dni  po  Ernescie  Hemingwayu.  Requiem  to  msza  za  zmarłych,  śpiewana  zwykle  po  łacinie...”

To  nie  ciekawostki,  to  mówiac  po  poznańsku  „pierdoły”. W  kontynuowanym   tekście  nie  wraca  już  do  wymienionych  nazwisk,  natomiast  faszeruje  nas,  na  NIECAŁYCH  CZTERECH  STRONACH:   Collinsem,  Domingo,  Granem, Caseyem,  Barbarą  Wagner, Twainem, Webberem,  żoną  Jill, Eliotem, Marquisem, żoną  Waltera Vonneguta, Miles-Kingstonem, Brightman oraz  siostrą  Alice.  Jest  to  bez  znaczenia,  kto  kim  jest;  ważne  rzucać  nazwiskami.    

Co  do  dat  śmierci,  ja  jestem  lepszy:  w  tym  samym  1953  roku,  w  wieku  73  lat  zmarł  Józef  Stalin,  Kornel  Makuszyński  i  moja  babcia  Kalbarczykowa.  Ot  co!

I  tak  zabrakło  mu  tchu,  by  wywiązać  sie  z  umowy  z  wydawcą,  więc  ostatnie  30  stron  tytułuje  dodatkiem  i  wciska  tam  najprzeróżniejsze  dyrdymały,  byle  wypełnić  limit.  Przez  przypadek  trafia  tam  tekst  Karela  CAPKA  „O  LITERATURZE”,  jedyny  wartościowy  w  całej  książce.

A  propos: w  redakcyjnym  opisie  tej  książki  słowa  „GENIUSZ  VONNEGUTA”  są  nadużyciem  n  

6. Michel  HOUELLEBECQ   -  “Poszerzenie  pola  walki”

Michel  Thomas,  ur.  w  1956 r.  w  Algerii,  z  wyksztacenia  agronom,  przyjmuje  świadomie  pseudonim  literacki  trudny  do  wymówienia,  a  jeszcze  trudniejszy  do  napisania,  rzekomo  po  prababce.  I  już  to  jest  pierwszym  sygnałem,  że  mamy  do  czynienia  z  totalną  „ściemą”.  Pracuje  podobno  jako  informatyk  i  pisze  wiersze,  lecz  nie  zdobywa  uznania.  Wreszcie  w  wieku  38  lat  wykombinował:  napisać  opowiadanie  populistyczne,  opisujące:

„..pustkę  i  miałkość  pozbawionego  wartości  świata,  koszmar  samotności,  zanik  życia  duchowego,  seks  jako  towar...”    /z  okładki/

I  miał  rację.  KADZENIE  pokoleniu  sfrustrowanych  trzydziestolatków,  zmęczonych  „wyścigiem  szczurów”,  którzy  na  mecie  etapu  oznaczonego  liczbą  30  są  bardziej  „loserami”  niż  „winnerami”,  mało  tego,  wiedzą,  że  dalsze  etapy  będą  tylko  konsekwencją  lokaty  na  tym,  musi  przynieść  poklask.  „Loserzy”  wyczekiwali  na  to,  na  kogoś  kto  im  powie:

wy  jesteście  cool,  jeno  świat  jest  okropny

Teraz   czują  się  usprawiedliwieni  i  będzie  im  lepiej  się  żyło  we   własnym  smrodku.  No  cóż,  mieliśmy  Sartre’a,  mieliśmy  hippies,  teraz  mamy  nieudaczników  HOUELLEBECQA.  Więcej  z  tym  dziwacznym  pseudonimem  męczyć  się  nie  będę,  tym  bardziej,  że  do  Sartre’a  mu  bardzo  daleko,  rzekłbym  -  odległość  kosmiczna.

Przypomnę,  że  krytycy  literaccy  za-„label”-owali  nowele  tego  pana  jako  „vulgar”,  „pamphlet  literature”   i  „pornography”,  a  w  dalszej  pogoni  za  popularnością,  został  był  oskarżony  o  „obscenity”,  „racism”,  „misogony”  i  „islamophoby”.

Reasumując,  książka  nic  nie  warta,  w  czasie  lektury  której  czytelnik  stara  się  zrozumieć,  dlaczego  bohater  się  nie  powiesi,  lecz  nie  może  zrozumieć,  bo  bohater  powinien  się  powiesić  nim  został  bohaterem,  uprzednio  zabijając  tasakiem  swego  pomysłodawcę.  










Monday, 6 January 2014

"Poznaj samego siebie"

Konkurs  Fundacji  na  rzecz  myślenia  im. Barbary  Skargi


                                     PRÓBA     ODPOWIEDZI
na  pytanie:  
            czy  nauka  i  technika  potrafią  sprostać  starożytnemu  wezwaniu
                         POZNAJ   SAMEGO   SIEBIE 

Napis    GNOTHI   SEAUTON   umieszczony  nad  portykiem   świątyni  Apolla  w  Delfach  przypisuje  się  jednemu  z  siedmiu  mędrców  greckich  -  Solonowi.    Niestety,  ostatni  abiturienci  znający  grekę,  należeli  do  pokolenia  mego  ojca;  ja,  rocznik  1943,  miałem  możliwość  poznania  tylko  podstaw  łaciny,  przeto  bliższe  jest  dla  mnie   COGNOSCE   TE  IPSUM.   Bez  względu  jednak  na  różnorodność  brzmienia   w  poszczególnych  językach,  sama  treść  wezwania  wzbudza  we  mnie  trwogę.  Bo  czyż  Blaise  Pascal  nie  powiedział,  że  „...poznanie   człowieka  rodzi  rozpacz” ?   A  przecież  jestem  człowiekiem,  i  to  najbliższym  sobie.  Mimo  to,  podjąłem   decyzję  o  przystąpieniu  do  pisania  tego  eseju,  a  ułatwiło  mnie  ją  miłoszowskie   „takiego  traktatu  młody  człowiek  nie  napisze..”,   jak  najbardziej  aktualne  w  tym  przypadku,  jako,  że  tylko  „starczy”  stan  umożliwia  /pod  warunkiem  bogatej  przeszłości/,  obok  apriorycznego,   poznanie  aposterioryczne.

Zgodnie  z  wymogami  eseju  /poznanymi  przeze  mnie  dopiero  w  trakcie  studiowania  na  torontańskim  Seneca  College/  zaczynam  od  sformułowania  tezy:

NAUKA  I  TECHNIKA   NIE   POTRAFIĄ   SPROSTAĆ  STAROŻYTNEMU   WEZWANIU:   POZNAJ  SAMEGO  SIEBIE;

  co  gorsza,  utrudniają   realizację  tego  zamierzenia.  Tak  patronka  fundacji,  jak  i  wielu  innych  mądrych  ludzi  podkreślają,  „że  wszystko,  co...  ..ważne,  dawno  zostało  powiedziane,..  ..i  że  to  co  robimy,  to  na  ogół  powtarzanie  rzeczy  dawnych  w  zmodyfikowanym  wedle  obyczajów naszej  cywilizacji  języku”  /Kołakowski/.    Rozważania  filozoficzne  pozostawiam  profesjonalistom,  a  sam  ośmielam  podzielić  się  spostrzeżeniami  szarego  człowieka.

Poważnym  czynnikiem  utrudniającym  realizację  tytułowego  postulatu  jest  postęp  cywilizacyjny,  który  skutkuje  m.in.  postępującym  regresem  epistolografii.  Przecież  do  połowy  XX  wieku  wszelkie  osobiste  refleksje  znajdywały  ujście,  przede  wszystkim,  w  listach  kierowanych  do,  tak  naprawdę,  szerszego  grona  adresatów  niż  wymienieni  na  kopercie.  Odnoszę  często  takie  wrażenie,  gdy  znajduję w nich szczegóły  niewątpliwie  znane  bezpośredniemu  adresatowi.  Drugą  formą  były  dzienniki,  pamiętniki,  kroniki  etc,  w  których  zapisywano  swoje  przemyślenia,  jak  i  przedstawiano  rozterki  dręczące  duszę  i  umysł  piszącego.  Starania  przedstawienia  swoich  myśli  w  formie  pisanej  zmuszały  do  ich  sprecyzowania  i  usystematyzowania,  przez  co  były  cenną  drogą  do  lepszego  poznania  samego  siebie.  

W  znaczącym  stopniu  odeszliśmy  od  pisania  ręcznego,  a  przecież  słowo  drukowane  /pisane  na   maszynie,  komputerze  etc/  powoduje  utratę,  w  jakiejś  mierze,  specyficznej  indywidualności,  „duszy”  czy  intymności.  Ostatni  „mohikanie”,  prowadząc  z  najbliższymi  korespondencję,  poslugują  się  piórem,  umożliwiając  głębsze  odczytanie  znaków  graficznych.  Wiąże  się  to  również  z  tematem  poznania  siebie  samego,  gdyż  odnalezione  własne  notatki  sprzed  lat,  pisane  ręcznie,  wydają  się  bardzo  bliskie,  jakoś  znajome,  podczas,  gdy  te  „wyprintowane”  tchną  obcością.

Postęp  techniczny  „pomniejszył”  świat.  W  czasach  mego  dzieciństwa  wyprawa  z  Saskiej Kępy  do  Wawra  była  poważnym  przedsięwzięciem,  a  dla  dziecka,  jakim  wtedy  byłem – fascynującą  przygodą,  szczególnie  ze  względu na  „ciuchcię”,  pędzącą  miejscami  z  prędkościa  40  km/godz.  Dzisiaj  to  prawie  sąsiadujące  dzielnice  Warszawy,  a   podróż  do  Londynu  trwa  krócej  niż  wspomniana  i   budzi  emocje  równe  zeru.  Podobnie,  wysłuchiwane  komunikaty  z  „kołchożnika”  wzbudzały  większe  zainteresowanie  niż  nieskończona  ilość   bieżących  informacji  atakująca  nas  przez  internet.   Ten  nadmiar  bodżców  powoduje  nasze  zobojętnienie,  i  w  następstwie,  zmniejsza skłonność  do  refleksji,  a  te  przecież  są  kluczem  do  poznania  samego  siebie.

W  sąsiedztwie  mieszkała  niepełnosprawna  dziewczynka,  którą,  w  pogodne  dni,  opiekunowie  wystawiali  na  wózku  inwalidzkim,  przed  kamienicę.  Wszyscy  ją  znali,  przejmowali  się  stanem  jej  zdrowia  i   specjalnie  do  niej  podchodzili,  by  zamienić  z nią  parę  słów,  a  dzieciarnia  gromadnie  ją  oblegała  i  marzyła  o  przejażdżce  jej  wózkiem.  Póżniej,  we  wszystkich  domach,  rozmawiano  o  nieszczęśliwej  dziewczynie  i  tak,  w  każdym  mózgu  „kodowała”  się  informacja  o  chorobie  sąsiadki. Obecnie,  poza  chwalebnymi,  dość  licznymi,  ale -  wyjątkami,  ogarnia  nas  znieczulica,  gdyż    ludzkie  tragedie  powszechnieją,  ulegają  marginalizacji,  wskutek  nadmiaru  informacji  o  nich.  Oglądanie  telewizji   przynosi  nigdy  niekończące  się  pasmo  nieuleczalnych  chorób,  głodu  i  nędzy,  na  które  przestajemy  reagować.  Dochodzi  więc  do  paradoksu:  im  więcej  informacji,  tym  mniej  refleksji  i  mniej  empatii,  niezmiernie  istotnej  w  zadumie  nad  własnym  postępowaniem   i  swoim  ego, id, superego.  

Nadrzędnym  czynnikiem  jest  czas,  którego  coraz  bardziej  nam  brakuje,  mimo  udogodnień  cywilizacyjnych  i  przedłużeniu  życia,  na  przestrzeni  zaledwie  stu  lat,  o  conajmniej  jedną  trzecią.  Wczesna  specjalizacja,  „wyścig  szczurów”,  zanik  życia  rodzinnego,  w  tym  wspólnych  posiłków,  stwarzających  okazję  do  rozmowy,  utrudniają  nabywanie  i  rozwijanie  „wartości  humanistycznych”,  a  powszechna  edukacja,  coraz  mniej  skłania  do  myślenia,  oceniając  nabyte  wiadomości  „testami”. 
  
Technika,  umieszczona  w  tytułowym  pytaniu,  nie  tylko  więc  nie  „sprosta”,  lecz  wręcz  utrudnia  poznanie  samego  siebie.  Zobaczmy  więc,  jak  z  drugim  elementem  pytania  tj  z  nauką. 

Rozwój  nauk  ścisłych  rozważę  na  przykładzie  mojej  profesji  tj  chemii,  której  rozwój  zdeterminował  postęp  we  wszystkich  dziedzinach  życia.  Gdy  kończyłem  studia  w  /pamiętnym/  marcu  1968,  nowością  był   NMR /nucleus  magnetic  resonance/,  a  laser  miały  tylko  laboratoria  związane  z  wojskiem.  Dziś  oba  urządzenia  są  dostępne  w  każdej  nowoczesnej  przychodni.  Uczono  nas  o  kilkunastu  składnikach  atomu,  a  dziś  obowiazują  teorie  o  niewyobrażalnej  ilości  cząsteczek,  łącznie  z  supermodnym  bozonem  Higgsa.  Spektrografię  masową  poznałem  dopiero  w  1995 r ,  gdy  zachcialo  mnie  się  studiować  w  torontańskim  Seneca  College.  Z  dziedzin  pokrewnych  - określono  genom  człowieka;  powszechnie  identyfikuje  się  ludzi  wg  DNA itd itd.  No  i  co  z  tego?  Nauki  ścisłe  w  żaden  sposób  nie  mogą  „sprostać”  tytułowemu  wezwaniu,  bo  nie  leży  ono  w  sferze  ich  działań.  Może  więc  nauki  humanistyczne? 
  
Podobno  pięć  nazwisk  wyznacza  wielkie  etapy  filozofii:  PLATON /onto-teologia/, KANT /filozofia  transcendentalna/,  HEGEL /rozum  jako  historia/,  BERGSON /czyste  trwanie/  i  HEIDEGGER /fenomenologia  bycia  odróżnionego  od  bytu/.  Czy  któryś  z  nich  poznał  samego  siebie?  Wątpię.  Ale  wielkich  pozostawiam  profesjonalistom,  a  ja  wracam  na  ziemię.

Do  podjęcia  prób  sprostania  temu  zadaniu  upoważnieni,  moim  zdaniem,  są  tylko  starcy,  doświadczeni  bogatym  poznaniem  aposteriorycznym.  Ponadto  tylko  oni,  a  wśród  nich – JA,  mają  na  to  czas  i  niezbędny,  względny  spokój.  Do  nowości  naukowych  podchodzą  z  rezerwą,  a  za  zdobyczami  techniki  już  nie  nadążają.    Teoretycznie  więc  możliwosci  są,  lecz  co  z  chęciami?  I  tu  zaczynam  poddawać  w  wątpliwość  sens  całego  wypracowania,  bo  czy  ja  mam  dosyć  odwagi,  by  poznać  samego  siebie?  Musiałbym  przeanalizować   swoje  postępowanie   w  różnych  chwilach  życia,  zweryfikować   motywy,  ocenić  prawdziwość  ówczesnej  argumentacji  czyli   zdobyć  się  na  totalny,  samokrytyczny  „rachunek  sumienia”,  przyznać  się  do  błędów  i  umartwiać  się  odkrytą  prawdą  o  sobie.   A  po  jaką  cholerę  mnie  to?  Masochistą  nie  jestem i  przeto  rezygnuję  z  usiłowań  poznania  samego  siebie.

Co  do  postawionego  pytania,  to  nauka  i  technika  nie  sprostają,  bo  wprost  zniechęcają  do  zajmowania  się  takimi  pierdołami.  Vita  brevis,  więc  radujmy  się  i  kochajmy  póki  sił  starcza.