Friday, 9 November 2018

Ignacy KARPOWICZ - „Miłość”


Podobno  skleroza  nie  boli;  a  jednak  boli.  Po  trzech  pałach  dla  Karpowicza  obiecywałem,  że  więcej  jego  wytworów  nie  będę  czytał.   Minęły  równo  dwa  lata  i  wbrew  sobie  zacząłem  czytać  „Miłość”.  
To  gorzej  niż  źle,  bo  na  regres  skali  brakuje.  Znalazłem  opinię  wyrażającą  moje  odczucia,   więc  z  ulgą  się  nią  wyręczam.  „Owca”  na  LC  pisze:
Grafomania uznana przez krytyków bliskich autorowi za arcydzieło. 
Ta książka to oszustwo na wielu poziomach: treści, formy i nieuczciwej reklamy. 
Poza wszystkim jest zwyczajnie słaba. Zdania jak ze sztambucha panny Frani.
Pala. 
Nie warto”
Nie  warto;  PAŁA.


Mariusz URBANEK - „Profesor Weigl i karmiciele wszy”


Urbanek  ma  u  mnie  3x10  i  raz  9 (za  Waldorffa),  więc  o  nim  nie  będę   mówił,  bo  w  tamtych  recenzjach  wystarczająco  go  wychwalam.  Natomiast  Weigl,  to  postać  prawie  mityczna.  Słyszałem  o  nim  od  urodzenia,  bo   Ausweis Instytutu Antytyfusowego Rudolfa Weigla był w czasie okupacji gwarancją bezpieczeństwa   tzn. „hodowanie  wszy”  na  własnym  ciele  było  przepustką  do  życia.
Wikipedia:
„..The first typhus vaccine was developed by the Polish zoologist Rudolf Weigl in the period between the two world wars….”  
Urbanek  zaczyna  opowieść  o  tym  Wielkim  Polaku  jakże  sarkastycznymi  słowami:
„Historia zadrwiła z Rudolfa Weigla okrutnie. Pierwszy raz stracił szansę na Nobla, bo chciał być Polakiem a nie Niemcem, drugi, bo znaleźli się Polacy, którzy uznali, że był złym Polakiem…”
Piękna  postać   niewystarczająco  uhonorowana,  tym  bardziej  popularyzacja  jego  osoby  przez  Urbanka  niezwykle  cenna.  Wielką  zasługą  autora  jest  zachowanie  taktu  i  delikatności  w  opisie  bulwersujących  praktyk  z  wszami  w  roli  głównej.  W  dodatku  autor  ma  wprawę  w  opisywania  atmosfery  naukowego  Lwowa,  bo  nabrał  jej  przy  „Genialnych. Lwowska  szkoła  matematyczna”,    a  paradoksalnie  i  tutaj,  przy  wszach,  pojawia  się  geniusz  -  Stefan  Banach,  tym  razem  jako  ich  karmiciel.
Nowa  książka,  z  3.X.2018,  nie  ma  co  marudzić,  tylko  brać  się  do  czytania  10/10
Ale  jeszcze  anegdota.  Weigl  podziwiał  Josephinę  Baker,  kiedy  więc….   (s.96}:
„…..w 1938 roku tancerka przyjechała na szeroko reklamowane występy w Warszawie i Krakowie, pojechał do stolicy, by znów zobaczyć uwielbianą gwiazdę. „Nie bacząc na obowiązki zawodowe” – napisał syn. Wrócił mocno zawiedziony. Bo zapamiętał czarnoskórą tancerkę występującą w paryskim kabarecie nago, przyodzianą jedynie w strusie pióra na głowie i złoty sznureczek na biodrach, z którego zwisał „jeden jedyny” banan. W katolickiej Polsce strój miała, owszem, też skąpy, ale – ponoć na żądanie warszawskiego impresaria – zdecydowanie więcej zasłaniający.”
Ergo:  austriacko – niemieckiego  pochodzenia  Polak  ze  Lwowa,  łudził  się,  że  Warszawa  to  Paryż.

Wednesday, 7 November 2018

RELIGIA


RELIGIA                                                                                                                 7.11.2018
MOTTO:  When one person suffers from a delusion it is called insanity. When many people suffer from a delusion it is called religion.”    Robert M. Persig (1928 – 2017)
ABSTRACT:  Ideę   mojego  wysiłku  zamieszczoną  poniżej  wyraził  w  jednym  zdaniu  mistrz  paradoksu  Bertrand  Russell  (1872 – 1970):
Mój pogląd odnośnie religii jest taki jak Lukrecjusza. Uważam ją za chorobę zrodzoną ze strachu i za źródło niewypowiedzianego nieszczęścia rodzaju ludzkiego. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że ona wniosła pewien wkład do cywilizacji. Ona pomogła we wczesnych czasach ustalić kalendarz i spowodowała, że kapłani egipscy tak starannie rejestrowali zaćmienia, że byli w stanie je przewidywać. Te dwie zasługi jestem gotów uznać, ale nie wiem nic o żadnych innych.”
 Moje   lenistwo  umysłowe  zakłóciła  wypowiedź  Jerzego  Urbana:
„…Ja tylko mam inne podejście do tej kwestii niż antyklerykałowie, bo ja nie jestem antyklerykalny tylko antyreligijny..”
Zapadłszy  w  zadumę  przypomniałem   sobie   swój  esej  pt „Czy  jestem  antyklerykałem”  i  negatywną  odpowiedź  na   tytułowe  pytanie.  
Uważam  ten  tekst  za  ciekawy,  choć  sprytnie  obszedłem  meritum,  skupiając  się  na  moim  szacunku  i  sympatii  do  niektórych  przedstawicieli   „czarnych”.   „Co  się  odwlecze,  to  nie  uciecze”,   tylko,  że   dojrzałem  i  sam  w  sobie  antyklerykalizm  stał  się  dla  mnie  już  nudny  i  pospolity,  a  źródło  zła  ujrzałem  w  RELIGII.   Nie  w  klerze,  bo  on  tylko  korzysta    „z okazji”  i  instrumentalnie  wykorzystuje  religię   dla  własnych  korzyści,  w  tym  tezauryzacji,  jak  i  zaspokajania  swojego  popędu  seksualnego,  a  to  religia  daje   możliwości,  bo  jest  „opium  ludu”. 
Nim  przejdę  do  tematu,  muszę  podkreślić   różnicę  pomiędzy  „RELIGIĄ”  a  „WIARĄ”.  Religia  (etymologicznie  religio -  więź)  dotyczy  grupy  ludzi,  a  wiara  -  jednostki
RELIGIA TO ZJAWISKO SPOŁECZNO-KULTURALNE, FORMA ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZNEJ, BĘDĄCE UFANTASTYCZNIONYM ODBICIEM REALNEGO ŚWIATA, POWSTAŁYM W WARUNKACH BEZSILNOŚCI WOBEC SIŁ PRZYRODY I SIŁ SPOŁECZNYCH; NA RELIGIĘ SKŁADAJĄ SIĘ: ZESPÓŁ WIERZEŃ /DOKTRYNA/, ZWIĄZANYCH Z NIMI PRAKTYK /KULT/ I INSTYTUCJI.
Wiara jest Bożym darem i zadaniem;   jest  indywidualnym  przeżyciem  transcendentnym  (transcendentny -  wykraczający poza zasięg doświadczenia i poznania ludzkiego)
WIARA  jest ufnością, do której prowadzi długa droga życia, poprzez wzloty i upadki, poprzez ich ocenę, poprzez sumienie, poprzez własne decyzje i odpowiedzialność lub jej brak, poprzez odnalezienie samego siebie w głębi własnego serca. Każdy ma swoją drogę. Droga doświadczeń jednego człowieka nie jest drogą innego. To, co najważniejsze dokonuje się wewnątrz, w samotności. I przychodzi czas kontemplacji, i trzeba zdecydować, czy chce się wierzyć. Bo wszystkie wątpliwości muszą być rozwiane przez CHĘĆ WIARY. CHCĘ - to kluczowe słowo, bo to akt WOLI nadaje wierze sens.  Szerzej  na  temat  WIARY  na:  https://wgwg1943.blogspot.com/2013/11/wiara.html
Użyliśmy  już  określenia  „opium ludu”.  Jest  to   fraza Karla Marksa określająca religię jako zbiór złudzeń mających na celu uśmierzenie cierpienia, które to opium dodatkowo przeszkadza w zdobywaniu szczęścia ludziom. Podobne stanowisko prezentowały Gromady Ludu Polskiego  (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gromady_Ludu_Polskiego ),  które  już w 1837 roku określiły religie jako ‘blekot czyli środek odurzający.
Wyrażenie  „opium  ludu”  znajduje się we wstępie do ‘Przyczynku do krytyki heglowskiej filozofii prawa’ (1843):
„Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu...”
Włodzimierz Lenin kilkakrotnie podejmował tę ideę Marksa (O stosunku partii robotniczej do religii, 1900; Socjalizm i religia, 1905).
„Religia jest jedną z odmian ucisku duchowego, który wszędzie dławi masy ludowe, przytłoczone wieczną pracą na innych, biedą i osamotnieniem. Bezsilność klas wyzyskiwanych w walce z wyzyskiwaczami równie nieuchronnie rodzi wiarę w lepsze życie pozagrobowe, jak bezsilność dzikusa w walce z przyrodą rodzi wiarę w bogów, diabły, cuda itp. Tego, kto przez całe życie pracuje i cierpi nędzę, religia uczy pokory i cierpliwości w życiu ziemskim, pocieszając nadzieją nagrody w niebie. Tych zaś, którzy żyją z cudzej pracy, religia uczy dobroczynności w życiu ziemskim, oferując im bardzo tanie usprawiedliwienie ich całej egzystencji wyzyskiwaczy i sprzedając po przystępnej cenie bilety wstępu do szczęśliwości niebieskiej. Religia to opium ludu. Religia to rodzaj duchowej gorzałki, w której niewolnicy kapitału topią swe ludzkie oblicze, swoje roszczenia do choćby trochę godnego ludzkiego życia….”

Nie  sposób  nie  zauważyć  wpływu  Seneki  Młodszego (4 r.pne – 65 r.ne):
„..Dla ludu religia jest prawdą, dla mędrców fałszem, a dla władców jest po prostu użyteczna.”

Ta  leninowska  „duchowa  gorzałka”   podoba  mnie  się  najbardziej,  lecz  cóż  tam  marksy,  leniny,  gdy  mój  ukochany  z  wyboru  ks. Józef  Tischner  pisze  („Miłość  nas  zrozumie”  s.91):

"W wieku XIX pojawił się problem religii jako opium ludu. To określenie, pochodzące od Marksa, wywołuje pytanie, o co nam naprawdę chodzi: o religię czy o Pana Boga ?.. ..Jeśli chodzi o religijność, to metafora 'opium ludu’ jest nadal aktualna. Opium to przede wszystkim sposób na znieczulenie. Znam staruszkę, która ma w swoim domu bardzo dużo pustych słoików i broni ich jako swego największego bogactwa. Troska o te słoiki jest dla niej ogromnie ważna. Ona ma w duszy głębsze troski - przede wszystkim lęk przed śmiercią - ale nie chce ich sobie uświadomić. W ten sposób troska o słoiki ZAGŁUSZA ten podstawowy BÓL UCIEKAJĄCEGO ŻYCIA.
Tak funkcjonuje opium ludu. Religijność, która jest znieczuleniem, narzuca człowiekowi mnóstwo małych bólów, napełnia jego wyobraźnię rozmaitymi słoikami.. A wszystko po to, żeby nie widzieć tego, co naprawdę groźne, np. GRZECHU ANTYSEMITYZMU, NIECHĘCI DO OBCYCH, SWOJEJ NIENAWIŚCI DO ŚWIATA, A W GRUNCIE RZECZY TAKŻE NIENAWIŚCI DO SAMEGO SIEBIE" (podkr. moje)

Przypomnijmy,  że  to  Tischner  wzbudził  wściekłość  konserwatywnego  kleru  stwierdzeniem:
„…Nie spotkałem w moim życiu nikogo, kto by stracił wiarę po przeczytaniu Marksa i Lenina, natomiast spotkałem wielu, którzy ją stracili po spotkaniu ze swoim proboszczem…”
(m.in.  Adam  Michnik,  Józef  Tischner, Jacek  Żakowski  „Między  Panem  a  Plebanem” s.562)

Opowiadając  o  reakcji   kleru  na  powyższe,  zauważa  ogólnie  (s.563):
„…Kiedy  ludzie  obrażali  Boga,  przyjmowano  to  jako  normalne.  Ale  kiedy  ktoś  dotknął  kler,  budziły  się  wszystkie  pasje…”   

Religia  jest  złem  przez  swoje  uproszczenie,  staje  się  naiwną  wiarą  w  autorytet  kapłana  i  w  fałszywe  (choćby  przez  uproszczenie)  słowo  przez  niego  głoszone.  Jest  środkiem  do  zniewolenia  człowieka  i   budowy  systemu  totalitarnego.

Opium dla ludu - w kontekście mediów opiera się na głównym założeniu głoszącym, że media systematycznie zasypują ludzi szeroko rozumianą rozrywką, która zniekształca perspektywę poznawczą odbiorców, a zatem również ich trzeźwy osąd rzeczywistości. Francuski socjolog, Éric Maigret  postrzega media masowe poprzez ich funkcję rozrywkową, która prowadzi do stanu odprężenia i redukcjonistycznego postrzegania świata. Według niego mass media proponują prostotę w miejsce złożoności, stereotypy zamiast prawdy i dynamiki. W ten sposób pozwalają na ucieczkę od aktualnych problemów w świat utopii. U Marksa analogiczną rolę pełniła religia, zapewniając ludziom coś, dzięki czemu przestawali myśleć o sobie i swoich problemach, oddając się transcendentalnym rozważaniom.

Religia   zastępuje  Wiarę  przez  duże  W,  która   jest  łaską  udzielaną  przez  Boga  arbitralnie,  jest  substytutem   żądającym   posłuszeństwa  i  zawierzenia   autorytetom,  co  staje  się  podstawą  systemu  totalitarnego.   Szerzej  na  ten  temat:  „Tischner  czyta  katechizm” (https://wgwg1943.blogspot.com/2013/11/ks-tischner-czyta-katechizm.html

Simone  Weil  pisała:
„…..... Kościół pierwszy położył w Europie XIII wieku.. ..fundamenty totalizmu.. ..A sprężyną tego totalizmu był użytek zrobiony z dwóch małych słów ANATHEMA SIT”. (przyp.mój - NIECH BĘDZIE PRZEKLĘTY).
O  totalitarnym,  autorytarnym  kościele (szczególnie  rzymskim)  tomy  wypisano,  więc  przechodzę  do  uzurpacji  depozytariuszy   religii  do  pośrednictwa  między  mną  a  Bogiem.  Mimo,  że  Pismo  Święte  stwierdza,  że  JEDYNYM  pośrednikiem  między  Człowiekiem  a  Bogiem  jest  Jezus  Chrystus,   to   pierwszy  lepszy  przebrany  w  czarną  kieckę  chce  Go  zastąpić.  Wypowiedział  się  na  ten  temat  Tadeusz  Konwicki  w  „W pośpiechu”:
„Pośrednictwo między MNĄ, biednym grzesznikiem, a Panem BOGIEM jest pod każdym względem bardzo wątpliwe. A już przejęcie odpowiedzialności za moje wnętrze i moje sacrum bardzo mnie bulwersuje”

Zgodnie  z  myślą  Konwickiego,…   (Mat.6, 6):
„..gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu…”

A  na  religię  nie  patrzcie,  bo  jak  miłość  jest  ona   „okrutna  i  zła”.   Szczególnie  o  tym  przekonali  się  o  tym  jej  ojcowie  ogłoszeni  heretykami,  tacy  jak  Orygenes (185 -224) czy  Mistrz  Eckhart (1260 – 1327). 

I  tymi  słowami  kończę  pierwszy,  wielce  ogólnikowy obraz  religii  tkwiący  w  mojej  starczej  czaszce,  z  nadzieją,  że  Bóg  mnie  natchnie  do  pełniejszej  krytyki




Monday, 5 November 2018

Stanisław PRZYBYSZEWSKI - „Requiem aeternam”


„WOLNE LEKTURY” REWELACYJNIE WYWIĄZUJĄ SIĘ Z EDUKACYJNEJ MISJI. DZIĘKUJĘ! Dostępne na: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/przybyszewski-requiem-aeternam/
„Requiem  aeternam”  to  „wieczne  odpoczywanie”.  Znalazłem  ciekawe  opracowanie  na:
……które  kończy  się  słowami:
„….Utwór Przybyszewskiego jest szokującą konfesją zdegenerowanego człowieka, schyłkowca, dekadenta nie mającego żadnego celu w życiu, przenikniętego świadomością własnej małości, ulegającego siłom popędu płciowego. Poeta daje nim wyraz swoim przekonaniom o dominującej w świecie roli seksualności, podkreśla tragizm losu człowieka, którego działania są zdeterminowane przez biologizm i pożądanie.”
Tekst  zaczyna  się  parafrazą  początku  Ewangelii  wg  Jana   (nie  III  Księgi  Pentateuchu)  -  „Na  początku  było  Słowo”   na   „Na  początku  była  chuć”,  a  dalej:
„…..Chuć to prasiły życia, rękojmia wiecznego rozwoju, wiecznego odchodzenia i wiecznego powrotu, jedyna istota bytu….”
I  tutaj  konieczna  jest  uwaga,  że  to  lektura  dla   czytelników,  którzy  coś  niecoś  o  Przybyszewskim  słyszeli  i   coś   jego  czytali.   Przypomnę  tylko,  że  Przybyszewski  był  legendarną  postacią  europejskiej  bohemy,  twórcą  i  guru   krakowskiej  cyganerii,  że  Dagny  zginęła  w  1901 roku,  a  ten  poemat  prozą  wydał  w  1904.  
Nie  jest  to  ani  pornos,  ani  bluźnierstwo,  lecz  przeintelektualizowane  zmaganie  się  samego  z  sobą,   czy  też  erudycyjna  prowokacja.  Szczęśliwie,  szczegółowe   liczne  przypisy  ułatwiają  lekturę.    Całość   liczy   62  strony  i  jest  datowana  na  1890  rok,  a „Wolne  Lektury”  podają  jako  rok  publikacji  -  1893.   Te   dwie  ostatnie   daty  bardziej  mnie  pasują,  bo  to  jednak  wydaje  się  rozkosznie  młodzieńcze.   Z  notki  w  „Wolnych  Lekturach”:
„….Dlatego wszystko, co istnieje, ma swój początek w chuci, chęci rozmnożenia, rozkoszy, niemalże obłędu. Przybyszewski ukazuje relację między płciami, w kontrowersyjny sposób, na pograniczu obłąkania opisuje wzajemne uzależnienie, hierarchię i nieokrzesane pożądanie…    Requiem aeternam’  to manifestacja intrygujących i niekiedy budzących niepokój poglądów artysty, nazywanego niekiedy Smutnym Szatanem. ..” 
Poczytałem,  pomyślałem,  popisałem   i  wszystko  zlikwidowałem,  bo  znalazłem  wielce  ciekawy  artykuł,  który  uświadomił  mnie,  że  lektura  ta  mnie  przerosła.  Otóż,  na:  http://mazowsze.hist.pl/21/Studia_Plockie/502/1981/16229/
….znalazłem   opracowanie  ks. Ireneusza  Mroczkowskiego  pt  KONCEPCJA CZŁOWIEKA W UJĘCIU  STANISŁAWA  PRZYBYSZEWSKIEGO”,  które  gorąco  polecam,  a  sam  przytaczam  drobny  fragment (s.37):
„….Przybyszewski poszedł raczej śladami Schopenhauera. Na powiązania między „chucią" Przybyszewskiego i „wolą" Schopenhauera zwrócili uwagę: I. Matuszewski K. Irzykowski   i W. Feldmann.   . K. Wyka sądzi, że Przybyszewski parafrazował „wolę" Schopenhauera, że służyła ona do budowania  „nagiej duszy", ale włożył w nią treść wziętą z innych źródeł.  . Wydaje się,   że słuszne stanowisko zajął J. Tuczyński, który uważa, że „Pra-chuć" jest  kapitalnym ujęciem ogniska ślepej woli, jej czystej, wegetatywnej, demonicznej mocy zwanej przez Schopenhauera „Geschlechtstrieb". Tę demoniczną moc,  zdeterminowaną mechanizmem instynktów, umetafizycznia również Przybyszewski jako fatum, uzyskując w ten sposób absolutny determinizm ślepej  woli..”. Szukając źródeł odkrytej siły kosmicznej — „chuci" — rzeczywiście odwoła się Przybyszewski do swoiście pojmowanego Absolutu…..”
Skromność  nie  pozwala  mnie  się  wymądrzać  wobec  powyżej  wymienionych  nazwisk,  więc  pozostawiam  swoje  emocje  w  ukryciu,  polecam  esej  Przybyszewskiego,  jak  i  całość  wymienionego  wyżej   opracowania  i  stawiam,  oczywiście  10/10,  jak  większości  utworów  tego  demonicznego  autora. 


Maria RODZIEWICZÓWNA - „Straszny Dziadunio”


„WOLNE LEKTURY” REWELACYJNIE WYWIĄZUJĄ SIĘ Z EDUKACYJNEJ MISJI. DZIĘKUJĘ!
Niewiele   nowego  mam  do  powiedzenia  o  autorce,  więc   cytuję  samego  siebie  z  recenzji  „Dewajtis”:
„..Maria Rodziewiczówna (1864 – 1944) - ziemianka, antysemitka (wg Wikipedii "Rodziewiczówna miała niechętny stosunek do Żydów, których uważała za wyzyskiwaczy (lichwa) przyczyniających się do nędzy poleskiej wsi i kłopotów finansowych miejscowych ziemian. Znalazło to odbicie w jej utworach, gdzie często można znaleźć przykład złego Żyda), współzałożycielka Związku Szlachty Zagrodowej, członkini władz Obozu Zjednoczenia Narodowego tzn nacjonalistycznego Ozonu, a jednocześnie najwybitniejsza , najpopularniejsza twórczyni szmirowatych, ckliwych "patriotycznych" romansideł, wyciskających łzy, w czym przebiła ją jedynie Mniszkówna.
Należy wspomnieć o chęci zawłaszczenia pisarki przez dwa skrajne obozy: nacjonalistyczno - katolicki i (o ironio!) wolnomularsko - buddyjski bo ponoć była buddystką i masonką.
Wszystkie jej książki są arcydziełami szmiry i niedopuszczalne są inne oceny niż 10/10. ..”
Jest  to  druga  jej  powieść,  a  pierwsza,  która  przyniosła  powodzenie  (w 1887). 
Teraz  UWAGA!   Jeśli  zamierzacie  książkę  czytać  i  rzewnie  płakać  to  proszę  dalej  mojej  notki  nie  czytać,   bo  ujawniam  treść.
Wikipedia:
„Akcja powieści rozgrywa się głównie w Petersburgu pod koniec XIX wieku. Tytułowy bohater jednego ze swych wnuków (Alberta) rozpieszcza, drugiego zaś (Hieronima) pozostawia samemu sobie. Bezwzględne eksperymenty niemal doprowadzają do śmierci Hieronima, który jednak ostatecznie przeżywa i zdobywa miłość i uznanie dziadka.
Tytułowy straszny dziadunio Polikarp Białopiotrowicz jest właścicielem rozległego majątku Tepeniec w powiecie mozyrskim, osobą majętną i stroniącą od ludzi. Obaj jego synowie już nie żyją. Ma dwóch wnuków: Alberta, zwanego Wojcieszkiem i Hieronima, zwanego Ruciem. Pierwszy z nich prowadzi w Petersburgu rozrzutne życie za pieniądze dziadka, gardzi każdą pracą, a drugi studiuje na politechnice w tym mieście. Obaj są szpiegowani przez służących Polikarpa Białopiotrowicza, który otrzymuje regularne sprawozdania z tego, co wnuki robią. Hieronim podczas letniej praktyki studenckiej ratuje niesioną przez falę powodziową kilkuletnią Bronkę Obojską. Dziewczynka mieszka od tej pory w Petersburgu ze swoim wybawcą i jego przyjacielem Józefem, zwanym Żabbą. Pewnego dnia Bronka znika w tajemniczy sposób i nie udaje się jej odnaleźć. Wkrótce Żabba umiera na gruźlicę. Hieronim po ukończeniu studiów z wyróżnieniem podejmuje pracę przy budowie kolei. Wówczas odwiedza go jego kuzyn Wojcieszek, prosząc o pożyczkę na spłatę swych długów. Rucio oddaje mu wszystkie własne pieniądze, jednak nie godzi się na przekazanie służbowych. Po kilku dniach zwierzchnik wzywa Hieronima, pokazując mu weksle na 25 000 rubli. Naczelnik wspaniałomyślnie wykupuje dług, a Hieronim nie zdradza, że weksle są sfałszowane. Powraca do swojej kwatery i próbuje popełnić samobójstwo. Wówczas pojawia się straszny dziadunio, który wyjaśnia sprawę. Przemęczenie pracą i niesłuszne oskarżenie powodują, że Hieronim zapada na tyfus i zapalenie mózgu. Dziadek zabiera go do Tepeńca, gdzie wnuk zdrowieje. Spotyka tam także swoją dawną wychowankę Bronkę, która jak się okazało została porwana z rozkazu strasznego dziadunia. Bronka zostaje żoną Hieronima.”
Cudowne!  A  ja  podziwiam   autorkę,  że   ona -  aktywna  antysemitka  i  nacjonalistka,  potrafiła  równocześnie   takie  ckliwe  dyrdymały  pisać.  10/10