Thursday, 17 August 2017

Magalena RITTENHOUSE _ "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Magdalena RITTENHOUSE - "Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero"

Wydawnictwo Czarne podaje na:
https://czarne.com.pl/katalog/autorzy/magdalena-rittenhouse
"Magdalena Rittenhouse (ur. 1969) – studiowała filologię angielską na Uniwersytecie Warszawskim oraz teorię komunikacji społecznej na University of Colorado w Boulder. Jest dziennikarką i tłumaczką. Pracowała w Polskim Radiu, w Associated Press i Sekcji Polskiej BBC w Londynie. Publikowała m.in. Na łamach „Polityki”, „The Seattle Times”, dodatku do „Rzeczpospolitej” „Plus Minus”, „The Nation”, „Architektury” i „Kontynentów”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Mieszka w Princeton, w New Jersey. Po Manhattanie chodzi szybko; czasem z notatnikiem, czasem z aparatem, a czasem tylko z zadartą głową. "Nowy Jork" to jej pierwsza książka."

No to wychodzi, że kompetentna jest; a i inteligentna również, co mogę potwierdzić jako wytrwały czytelnik "Tygodnika Powszechnego". Skoro więc wzięła się za książkę, i to w dodatku o dobrze jej znanej części NYC, to, według wszelkich znaków na niebie i ziemi, winna powstać rzecz wybitna, a do tego wszechstronna. I tak się stało!!

Nie mam nic więcej do dodania, ino tyle, że kto tego nie poczyta, to jego strata. 10/10

Monday, 14 August 2017

Henning MANKELL - "Powrót nauczyciela tańca"

Henning MANKELL - "Powrót nauczyciela tańca"

Na LC 7,03 (1234 ocen i 143 opinii), a dla mnie trzecia próba po udanych, autobiograficznych "Grząskich piaskach" (8 gwiazdek) i po słabo ocenionym przeze mnie kryminale "Nim nadejdzie mróz" (4)
Niestety, znowu się zawiodłem. Wydaje mnie się, że problem w tym, że Mankell nie potrafił się zdecydować, co chce napisać: kryminał, powieść psychologiczno – obyczajową czy rozliczeniową z II Wojną Światową. Próbuje wszystkiego po trochu, a wychodzi rozwlekła nuda, która pozwala przypuszczać, że nabija objętość książki z przyczyn finansowych.
Mam szczęście, że w opiniowaniu wyręczył mnie "PonuryDziadyga" na LC, dzięki czemu ograniczam się do przepisania znacznej części jego recenzji:
".....Ciężko mi zacząć od wymieniania wad, bo właściwie wszystko w tej książce jest sknocone, a plusów niestety nie widać- wybrane elementy prezentują poziom najwyżej mierny, bo do dobrego im brakuje kawał drogi. Więc może "plusy": eeee, ech.. może początek powieści? Zawiązanie akcji? Tak, to by się zgadzało- to dwa jaśniejsze punkty. O, to może i twarda okładka- jeśli do reszty opuści cię cierpliwość i ciśniesz ją ze wstrętem byle gdzie, to jest mniejsza szansa, że ją uszkodzisz. Zatem "plusy" mamy odbębnione.

Niestety, tej książki praktycznie nie da się czytać, a przynajmniej mi szło to nieludzko opornie. Główny bohater- Stefan Lindman, jest postacią tak groteskowo nakreśloną i tak irytującą, że z chęcią bym przeczytał jak dostaje kulkę w potylicę już w połowie tego "dzieła". Pomimo tego, że nie posiada szklanej kuli, to cechuje go nadludzka wręcz intuicja i potrafi powiązać wątki, które nijak do siebie nie pasują- w czym wymiernie pomaga mu autor, bo doprawdy nie ma aż tak absurdalnego wytłumaczenia, po które by Mankell nie sięgnął, byle tylko umotywować działania swojego pieszczocha. To typ skrajnie egoistyczny, niezdecydowany, a jego kontakty z, podobno, "najważniejszą kobietą w jego życiu" to kuriozum ocierające się o mizoginię. Ponadto miesza się w nim, trzydziestosiedmiolatku z cywilizowanego kraju, fanatyczna poprawność polityczna i totalny analfabetyzm technologiczny. Akcja dzieje się w 1999 roku, więc jego przygody naprawdę wyglądają abstrakcyjnie. Zabrzmi to dziwnie, ale choroba nowotworowa mogła być dla tej postaci deską ratunku, bo nadałaby jej jakiś charakter, przydała oryginalności. Zapomnijcie z miejsca.
Nie ma tu miejsca na psychologiczne rozważanie tematu, czegoś głębszego. Totalnie spartaczony wątek.
Fabuła potyka się co chwilę o własne krzywe nogi, kooperacja między Lindmanem a Giuseppe Larrssonem brnie w kierunku lukrowanej telenoweli (niebawem ci dwaj obcy sobie faceci zaczęliby się z szacunkiem całować po tyłkach), a wyjaśnienia są coraz bardziej absurdalne i "od czapy".
Do tego ta nuda.. Ktoś nazwie to "klimatem charakterystycznym dla kryminału skandynawskiego". Ja to wolę nazwać po swojemu: monologi Poniedzielskiego przy tym gniocie zasuwają jak pociąg Shinkansen. Nawet końcową scenę w kościele (w zamyśle autora- najbardziej dynamiczną) czytałem na raty, bo była wprost upiornie nużąca. Nie wiem, może gdybym sobie kawę wstrzykiwał zamiast ją popijać, to bym to zdzierżył za jednym podejściem.
Nagromadzenie głupot jest tu potworne, ale zdecydowanie na pierwszy plan wychodzi sprawa krwawych kroków do tanga i truchła Herberta Molina. Kto czytał, ten się domyśli. Trudno mi uwierzyć w to, że w otoczeniu autora nie znalazł się nikt, kto nie zakrzyknął z przerażeniem w głosie: "Henning, opanuj się! To jest tak cholernie głupie i naciągane, że cię każdy myślący człowiek wyśmieje!".
Podsumowując: pierwszorzędna, dwugwiazdkowa powieść. Nie pamiętam kiedy ostatnio dałem jakiejkolwiek książce tak niską ocenę, ale tutaj, przez wzgląd na sławę pisarza, nie waham się zbytnio. Człowiekowi o takiej renomie zwyczajnie nie wypada pisać bubli, które wyglądają jak nabazgrane dla kasy, bo go rachunki cisną..."
Jedyna moja ingerencja w tekst, to odstępy, a ocena taka sama jak „PonuregoDziadygi”: 2/10

Sunday, 13 August 2017

Rober JAROCKI, Witold KIEŻUN - "Magdulka i cały świat"

Robert JAROCKI, Witold KIEŻUN -
- "Magdulka i cały świat"
Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego

Robert Jarocki (1932 – 2015) - polski dziennikarz i pisarz, autor wielu książek biograficzno-historycznych
Witold Jerzy Kieżun (ur. 1922) - polski ekonomista, profesor nauk ekonomicznych, prakseolog, uczeń Kotarbińskiego i Zieleniewskiego, żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień sowieckich łagrów. Pracownik naukowy Akademii Kożmińskiego w W-wie.
Prakseologia - teoria sprawnego działania. Jest dziedziną badań naukowych dotyczących wszelkiego celowego działania ludzkiego.
Muszę zacząć od tragicznej próby samobójstwa Profesora. Nosiciel ubeckich genów, niejaki Cenckiewicz, znany z oczerniania Wałęsy, pomówił Profesora, doprowadzając go do załamania nerwowego. Szczegóły podaję za Wikipedią:
".....21 września 2014 tygodnik "Do Rzeczy" opublikował artykuł Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego "Tajemnica 'Tamizy' - jak prof. Kiezun współpracował z bezpieką.... ..Zdaniem historyka, Piotra Gontarczyka, "nikt wcześniej nie napisał w tej materii tekstu zawierającego tylu błędów i celowych przeinaczeń", a publikacja jest "po prostu skandaliczna", ponieważ jej powodem była "tylko i wyłącznie zemsta na człowieku, który wypowiadał się inaczej, niż autorzy „Do Rzeczy” na temat Powstania". Szefowa Biełsat TV, Agnieszka Romaszewska – Guzy, stwierdziła, że autorzy są "ogarnięci obsesją" i w swojej publikacji "przekroczyli granicę", a Witold Kieżun powiedział, że po publikacji próbował popełnić samobójstwo, z uwagi na jej szkalującą i kłamliwą treść. Historyk i były szef Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej, Jan Żaryn, zwrócił także uwagę, że prezentowane materiały mogły być sfałszowane i zmanipulowane przez bezpiekę...."
Nadmieniłem o ubeckich genach Cenckiewicza, więc za Wikipedią podaję:
"...Jego dziadek Mieczysław Cenckiewicz.. ...był funkcjonariuszem MBP i SB MSW..."
Po takim szkalowaniu, opluwaniu ludzi, nikt na świecie nie podałby mu ręki, a zawodowo byłby skończony. W PiS-owskiej Polsce (Wikipedia):
„...4 stycznia 2016 został powołany przez ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza na stanowisko Pełnomocnika Ministra Obrony Narodowej ds. Reformy Archiwów Wojskowych oraz na pełniącego obowiązki dyrektora Centralnego Archiwum Wojskowego. W czerwcu tego samego roku został powołany przez Sejm RP w skład Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej...."
Jeśli komuś moja pisanina się nie podoba, niech nie czyta dalej, jak i omawianej ksiązki, bo dostanie zawału serca.
Ostrzegłem o konsekwencjach zdrowotnych, to z czystym sumieniem przechodzę do książki, w której już na pierwszych stronach pojawia się temat rubieży wschodnich i poznajemy stanowisko Profesora zbieżne z Konwickim i Giedroyciem (wszyscy trzej tam urodzeni) (s.23,6 - e-book)
"..– Jakie‍ było Wilno w 1922 roku?
– To‍ mniej więcej dwa lata z okładem po przyłączeniu Wilna do Polski wskutek tzw. nieposłuszeństwa generała Żeligowskiego. Czasy były całkowicie płynne. Powstała po traktacie wersalskim niepodległa Litwa nie uznała aktu przejęcia Wilna przez Polskę i formalnie Litwa była w stanie wojny z Polską. Wśród mieszkańców samego miasta było jednak niewielu Litwinów (0,8%). Przeważali Polacy (65,9%), bardzo duża grupa mieszkańców Wilna to Żydzi (28%), częściowo niezasymilowani ani do Polski, ani do Litwy, a w znacznym stopniu zruszczeni.
Samo‍ Wilno było dla Żydów jakby historycznym ośrodkiem teologicznym wiary hebrajskiej. Działali tam wybitni naukowcy będący jednocześnie rabinami. Pomiędzy tą grupą rabinacką a inteligencją polską w Wilnie stopniowo nawiązywała się pewna współpraca z racji popierania przez część oświeconych Żydów wileńskich marszałka Piłsudskiego. Ale również wśród mieszkańców Wilna był znaczny procent Rosjan i Białorusinów, a także, w najbliższych okolicach, zwłaszcza w Trokach – grupa Karaimów o własnym obrządku religijnym. Pewną ciekawostką jest to, że powstały parę lat wcześniej uniwersytet, któremu nadano imię Stefana Batorego, miał bardzo dobrze zorganizowaną anglistykę, na której prym wodzili spolonizowani Ormianie. Jednym słowem Wilno to był tygiel narodowości, kultur, wyznań. Ale niedawna przeszłość to było imperium carskie...."
Zamiast słuchania zakłamanej nacjonalistycznej propagandy należy uczyć się historii od takich ludzi jak Kieżun.
Cała książka jest fenomenalną lekcją historii, w czym duża zasługa dobrze przygotowanego Jarockiego, lecz szczegółowe zrecenzowanie jej przekracza moje możliwości . Postanowiłem zakończyć pisaninę kontrowersyjnym cytatem na temat zawsze aktualny tj Powstania Warszawskiego skutkującego wstrzymaniem ofensywy sowieckiej (s. 931,8), a jednocześnie kończącym samą rozmowę:
„.....W czasie ostatniego spotkania w 1999 roku dwunastki żyjących jeszcze absolwentów naszego liceum przedstawiłem jemu i moim kolegom fragment nowo opublikowanej, odkłamanej wersji pamiętnika marszałka Wasylija Czujkowa, dowódcy 62. Armii obrony Stalingradu i członka kierownictwa, obok marszałka Konstantego Rokossowskiego, tzw. 1. Frontu Białoruskiego pod Warszawą. Była to pełna wersja wspomnień, bez uprzednich skreśleń redakcyjnych. Czytamy w nich: „Wojnę można było wygrać pół roku wcześniej, nie w maju 1945 roku, a grudniu 1944 roku, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca 1. Front Białoruski w sierpniu 1944 roku. Moglibyśmy dojść daleko na zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu”. Całe potężne, uprzemysłowione Niemcy, najbogatszy kraj Europy, stałyby się więc Niemiecką Republiką Demokratyczną, a my prawdopodobnie żylibyśmy do chwili obecnej w PRL-u”
Uzasadnienie tej tezy wynika z wcześniejszej rozmowy, lecz poznanie jej pozostawiam Państwu. Pozostałe 70 stron to „Końcowe impresje reportera”, „Dorobek życiowy. Osiągnięcia zawodowe. Publikacje” oraz zdjęcia.
To warto przeczytać. 10/10

John BANVILLE - "Prawo do światła"

John BANVILLE - "Prawo do światła"

Szokują mnie recenzje, bo w większości z nich powtarza się opinia, że to nic specjalnego, bo to oklepany romans młodego ze starą, lecz książka wspaniała z powodu stylu. No to pozwolę sobie zauważyć, że to zasługa przede wszystkim tłumacza, w tym przypadku Jacka Żuławnika. O znaczeniu tłumacza świadczy negatywny przykład Fitzgeralda "Czuła jest noc", kiedy to wybitnej książce byłem zmuszony (i nie tylko ja) dać pałę.

Jacek Żuławnik (ur. 1977) - ukończył edytorstwo w Instytucie Informacji Naukowej i Studiów Biologicznych UW; od 2007 – tłumacz.

John Banville (ur. 1945) - irlandzki powieściopisarz i dziennikarz, zdobywca Nagrody Bookera za powieść „The Sea” (2005)

Pozwolę sobie na dygresję, że Nagroda Bookera mnie nie wzrusza, gdyż przyznawana jest równie niezrozumiale jak Nobel czy polska „Nike”. Trudno mnie też uznać autora za szczególnie znanego, skoro ma 72 lata (a ja 74) i nigdy o nim nie słyszałem, a polskojęzyczna Wikipedia poświęca mu trzy linijki. Na LC ma książek 12, z których jedynie ta omawiana przekroczyła 7 gwiazdek - 7,22 (41 ocen i 13 opinii). Z anglojęzycznej Wikipedii dowiaduję się, że ta (oryginalny tytuł „Ancient Light”) jest trzecią częścią trylogii:
„....”Ancient Light” is a 2002 novel by Irish writer John Banville. First published on 7 July 2012, the novel concjudes a trilogy concerning Alexander Cleave and his daughter, Cass. „Ancient Light” was preceded by „Shroud” and „Eclipse”...”

Niestety, ten szumnie zapowiadany styl nie zdążył mną zawładnąć, a tym bardziej zauroczyć, bo już na drugiej stronie wyczytałem:
„......Miałem dziesięć albo jedenaście lat.... ...zanim zobaczyłem tę kobietę, usłyszałem jej rower, a konkretnie świst opon, dźwięk, który wydawał mi się fascynująco erotyczny, kiedy byłem małym chłopcem, i nawet teraz, sam nie wiem czemu, wywołuje we mnie emocjonujące skojarzenia... .... Miała szeroką, luźną spódnicę, którą wiosenny wiatr nagle schwycił i poderwał, odsłaniając wszystko, co znajdowało się pod spodem.... ...gdyby w słoneczny dzień na zatłoczonej plaży stroje kąpielowe kobiet jakaś magiczna sztuczka przemieniła w bieliznę, wszyscy znajdujący się tam mężczyźni, od małych nagusków z wydętymi brzuszkami i tycimi siusiakami, przez umięśnionych ratowników, po mężów pantoflarzy z podwiniętymi nogawkami i chusteczkami na głowach powiadam: wszyscy w jednej chwili zamieniliby się w stado napalonych satyrów o przekrwionych oczach.....”

Panie Banville! Polecam panu lwa, nie, sorry, Lwa.. ..Starowicza, bo już w wieku 57 lat wykazuje się pan starczą dewiację seksualną. Zapewniam, że w wieku 10 – 11 lat (ani wcześniej) nie interesowała mnie bielizna kobieca, bo naśladować św. Onana zacząłem dopiero dwa lata później, ani obecnie, gdy skończyłem 74 lata, bo wbrew pana nachalnym sugestiom nie jestem „satyrem o przekrwionych oczach”.

Poszukuje dalej obiecanego stylu, lecz zamiast niego znajduję (s. 26 – e-book):
„... Billy nie należał do osób przesadnie dbających o higienę osobistą. Kąpał się rzadziej niż większość nas, na co wskazywała intymna, brązowawa woń, którą czasem wydzielał; pory w zagłębieniach obok nozdrzy miał tak wściekle pozapychane, że z mieszaniną przyjemności i odrazy wyobrażałem sobie, że wyciskam je kciukami jak szczypcami...”

A dalej, coraz gorzej: niewyżyta trzydziestka piątka molestuje zielonego piętnastolatka, doprowadzając do wielokrotnego gwałtu gdzie popadnie, w warunkach wymagających wyjątkowej determinacji. Przy dalszej lekturze wynudziłem się niemożebnie poznając treść snów bohatera oraz szczegóły powierzonej mu filmowej roli, aż wybudził mnie fascynujący opis puszczenia bąka (s.282):

„....Pewnego dnia kotłowaliśmy się na podłodze w domu Cottera – była ubrana i chciała już iść, a ja uczepiłem się jej i wsunąwszy dłoń pod jej pupę, z powrotem ściągnąłem ją do parteru – kiedy przez nieuwagę puściła mi na rękę miękkiego bąka. Po tym pojedynczym pruknięciu zapadła okropna cisza, taka jak po wystrzale z pistoletu albo pierwszym pomruku trzęsienia ziemi...”

Niesamowite!! Wraz z 286 (z 537 całości) stroną zacząłem część II, licząc na równie ciekawe wydarzenia. I nie zawiodłem się. Autor każe filmowej partnerce bohatera spróbować popełnić samobójstwo, by dać mu możliwość do wspomnień o samobójstwie chorej psychicznie córki, które miało pewnie miejsce w poprzednich tomach, których nie znam i nie zamierzam poznać. Bohater podróżuje z niedoszłą samobójczynią przez Włochy (dlaczego z nią?), by odkryć okoliczności samobójstwa córki tam popełnionego. Lecz głównie śni bądź wspomina młodzieńczy seks (s. 385):

„.....Muszę przyznać, że zaskoczył mnie ten bezwstyd i nawet chwilowo odeszła mi ochota na cokolwiek – takie pokazy niepohamowanej żądzy odbierały mi pewność siebie – ale kiedy objęła mnie ramieniem, silnym jak męskie, i brutalnie pociągnęła do siebie, i kiedy poczułem jej serce walące jak młot i drżący brzuch, wtedy oczywiście zrobiłem to, czego ode mnie zażądała. Skończyłem po minucie, na co lekceważąco i energicznie odepchnęła mnie od siebie, poprawiła ubranie i wytarła się swoimi majtkami....”

Kapitalne! Co za styl!!! Ale koniec kpin, bo ukochana wyjeżdża na wakacje, a piętnastolatek cierpi (s. 400):
„..... Cierpienie, to nieustające cierpienie, męczyło mnie, potwornie mnie męczyło i nie wiedziałem, jak znaleźć ukojenie. Czułem się wyschnięty i wysuszony, jakbym się wypalił, bolały mnie oczy, a nawet paznokcie. Byłem jak wielki, przypominający spękaną łapę liść sykomory, który szoruje po chodniku, popychany porywami jesiennego wiatru...”

To nie żarty, bo sykomora to drzewo o lśniących liściach i drobnych, jadalnych owocach, rosnące w Egipcie i Afryce Wschodniej, a wspominane w Ew. wg Łukasza 19:4 jako figa morwowa.

Wielką sztuką jest przerwać zabawę w odpowiednim momencie i ja to czynię na 100 stron przed końcem, bo ubawiłem się wystarczająco, a dalsze losy bohatera w ogóle mnie nie interesują. Przykro mnie, lecz nie potrafię podzielić zachwytów innych, a zboczonych autorów nie cierpię. PAŁA!!

Saturday, 12 August 2017

Dorota KARAŚ - "Cybulski. Podwójne salto"

Dorota KARAŚ - "Cybulski - podwójne salto"

Dorota Karaś - dziennikarka GW, autorka książki pt "Szafa, czajnik, obwodnica. Rozmowy z obcokrajowcami" napracowała się nad tą wyjątkowo trudną biografią, bo Zbyszek jest świętością dla mojego pokolenia, a nikim specjalnym dla obecnej młodzieży.

Dla kogo więc pisać? Dla młodych czy starych? Zadanie niemożliwe do rozwiązania, a każda droga pośrednia zostanie skrytykowana przez wszystkich.

Bo dla mojego pokolenia Zbyszek to symbol, a właściwie jeden z trzech symboli odwilży, trzech symboli "nowego", trzech symboli "wolności", której namiastkę przyniósł Polski Październik. Oczywiście wszyscy trzej działali już wcześniej, lecz szerszy odbiór ich twórczości był możliwy dopiero po 1956. Proszę spojrzeć na daty: Zbyszek (1927 – 1967), Marek (1931 – 1969), Krzysztof (1934 – 1969). Trzech tragicznie zmarłych w kwiecie wieku, lecz ich osobiste losy sa dla mojego pokolenia drugorzędne, bo pierwszorzędna jest aura, którą stworzyli, oczywiście - nie sami, lecz ze środowiskiem, w którym działali.

I dla tego, dla nas, najbliższa jest opowieść Afanasjewa "Okno Zbyszka Cybulskiego. Brulion z życia aktora filmowego połowy XX wieku", której dałem 10 gwiazdek, a i również wspomnienia Fedorowicza "Ja, jako wykopalisko", którym dałem gwiazdek 8.

Zauważam starania autorki, która systematycznie odwołuje się do Afanasjewa, tak, że jego praca znajduje miejsce w "Przypisach" do każdego rozdziału i to na pierwszym miejscu (choć to przez przypadek). I świetnie! Bo tekst Afanasjewa wymaga dopowiedzeń i interpretacji, bo czytelnicy nie pamiętający tamtych lat, sami, nie przyswoją magicznej atmosfery, którą artyści tworzyli mimo peerelowskiej cenzury i restrykcji. Aby odczuć tamtejszy klimat polecam Państwu film Wajdy "Niewinni Czarodzieje" z 1960 roku, w którym, obok Łomnickiego, wystąpili akurat dwaj z wyżej wymienionych Cybulski i Komeda.

Był fenomenem i perfekcjonistą. Widziałem go w "Kapeluszu pełnym deszczu" przywiezionym do Warszawy przez Teatr Wybrzeże, w spektaklu w Ateneum "Dwoje na huśtawce" i we wszystkich ponad 35 filmach. Mówiąc o jego aktorstwie, wspominam epizodyczną jego rolę w "Pingwinie", gdy tłumaczy, dlaczego musi zachować listy od wielbicielek: "- Żeby wnuki czytały, jak kobiety dziadka kochały". Majstersztyk!

Ciekawostka z omawianej książki (s. 23):
"....Pradziadek Zbigniewa Cybulskiego Józef Benedykt oraz dziadek generała Wojciech byli braćmi.."

Pierwsze sto stron poświęciła autorka pochodzeniu i koligacjom rodzinnym Zbyszka, jego dzieciństwu i wczesnej młodości, do 1949 roku. Następnie PWST w Krakowie, początek przyjaźni z Bobkem Kobielą, setki nazwisk i opinii, a na stronie 128 wyjazd do Gdańska (rok 1953), czyli najciekawszy (dla mnie) okres w pracy nad sobą wielkiego aktora.

I od tego momentu nie potrafię od książki Karaś się oderwać, bo snuje urzekającą opowieść, przytaczając jednocześnie niesamowitą ilość szczegółów. A pogodzić to jest niezwykle trudno. Zgodnie z moją pamięcią najwięcej sensacji i kontrowersji powstało w tym okresie (1957-8) wokół
"Ósmego dnia tygodnia" Hłaski, który ukazał się po raz pierwszy w listopadzie pamiętnego 1956 roku w "Twórczości". Wynotowuję ze stron 183 -185:

"..Opowiadanie Marka Hłaski kręcić ma początkowo Andrzej Wajda, ale pomysł przejmuje wszechwładny Aleksander Ford. Załatwia koprodukcję z zachodnioberlińską firmą CCC Film. Główną rolę, obok Cybulskiego, zagra niemiecka aktorka Sonja Ziemann... ...wyjdzie za Hłaskę. Będą małżeństwem przez cztery lata.. ..W kwietniu "Ósmy dzień tygodnia" obejrzą członkowie Biura Politycznego KC PZPR. Władysław Gomułka podobno wybiegnie rozjuszony z sali, krzycząc: "Reżyserzy w Polsce widzą tylko picie wódki. Ten film znajdzie się na ekranach po moim trupie". Marek Hłasko w książce "Piękni dwudziestoletni" nazwie Forda największym cwaniakiem, jakiego znał, a o filmie napisze:... "......chodziło mnie o jedną sprawę" dziewczyna, która widzi brud i ohydę wszystkiego, pragnie dla siebie i dla kochanego chłopaka jednej tylko rzeczy: pięknego początku ich miłości. Ford zrobił film na temat, że ludzie się nie mają gdzie rżnąć, co oczywiście nie jest prawdą: rżnąć można się wszędzie..... ....Cyb uratował ten film"..... ...Cenzura pozwoli na premierę w 1983 roku, gdy nie będą już żyli Ford, Hłasko ani Cybulski.."

To koniec złudzeń polskiego społeczeństwa do popaździernikowej odwilży. Mimo to, w warunkach obostrzonej cenzury, pisarze piszą, muzycy grają, a aktorzy grają.

Zbyszek osiąga szczyt popularności w „Popiele i diamencie” Wajdy wg Andrzejewskiego, co Maria Dąbrowska zapisuje w dzienniku (s. 209):
„Być może, że film Wajdy pokazał maksimum prawdy możliwej do pokazania w dzisiejszej sytuacji...”

I o tym należy pamiętać, bo ówczesna „sytuacja” ograniczała wszelkich twórców, w tym aktorów.
Książka nic nie traci na atrakcyjności do samego końca tj do pogrzebu największego idola czasów mojej młodości, do tragicznego końca „polskiego Jamesa Deana”, a wzbogacają ją liczne fotosy, solidne przypisy, indeks osób i kalendarium z uwzględnieniem ról teatralnych i filmowych. Jednym słowem moje gratulacje dla autorki.

Jedyna uwaga to, że przy natłoku informacji autorka skrótowo opisała Bim-bom i aurę wobec niego, jak również ledwie zauważyła przełom w życiu kulturalnym w Polsce, jaki przyniósł Polski Październik i dlatego zachęcam ponownie Państwa do lektury „Okna Zbyszka Cybulskiego” Afanasjewa. 8/10.


Friday, 11 August 2017

Agnieszka BŁOTNICKA - "Tamtego lata nad Sekwaną"

Agnieszka BŁOTNICKA - "Tamtego lata nad Sekwaną"

Agnieszka Błotnicka (ur. 1966) ma na LC 6 książek, 8 fanów, a notowania omawianej to: 5,85 (52 ocen i 18 opinii)
Liczby same mówią za siebie, więc ja tylko zaznaczam, że to literatura z Biblioteki w Toronto, co "widać, słychać i czuć", bo tylko taką udostępnia Polonii troskliwa Ojczyzna.

Mnie zafrapowała już okładka, na której wyczytałem:
"....kawa w termosach była chłodniejsza od wymiętego prześcieradła w ich hotelowym pokoju..."

Wzruszyłem się jak stary siennik, bo w odległej przeszłości nieraz, na wymiętym hotelowym (gorącym) prześcieradle, poparzyłem się kawą (również gorącą) z rozbitego pechowo termosu. Ale w ogóle książka cenna dla wszystkich kobiet zawiedzionych swoim stadłem małżeńskim.

Sursum corda!

A za sugerowaną nadzieję, że każdej zawiedzionej może się jeszcze przytrafić piękny romans - gwiazdek 6.
Snujcie marzenia. To nic nie kosztuje!

Elizabeth STROUT - "Mam na imię Lucy"

Elizabeth STROUT - "Mam na imię Lucy"

Elizabeth Strout (ur. 1956) - laureatka Pulitzera (2009) za "Olive Kitteridge", omawianą opublikowała w 2016. Wikipedia:

".....'My Name is Lucy Barton' is a 2016 ' New York Times Bestselling' novel and the fifth novel by the American writer Elizabeth Strout.... ...The book details the complicated relationship between the titular Lucy Barton and her mother.... ....Critical reception for 'My Name Is Lucy Barton' has been positive and the work has received praise from the 'Washington Post' and the 'AV Club'. 'The 'Guardian' compared the book favorably to Strout's earlier book, 'Olive Kitteridge', as they felt that it 'confirms Strout as a powerful storyteller immersed in the nuances of human relationships, weaving family tapestries with compassion, wisdom and insight.' ....."
Na LC 6,61 (689 ocen i 125 opinii).
Ksiądz Jan Twardowski mówił:
"....ŚPIESZMY SIĘ KOCHAĆ LUDZI tak szybko odchodzą....."
.... i taką szansę "pokochania" dała autorka córce i matce, umieszczając je w szpitalu: jedną jako pacjentkę z komplikacjami zdrowotnymi, a drugą jako odwiedzającą, za to w podeszłym wieku. Gdyby nie wyrostek, to spotkania by nie było i wielce możliwe, że już nigdy do próby rozmowy by nie doszło. Według mnie, szkoda, że autorka nie dała obu stronom równych szans, bo opowieść w pierwszej osobie jest subiektywna, a "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia".
Połowiczny sukces nawiązania nitki porozumienia z matką, osłabiają nieciekawe relacje z pozostałymi bliskimi osobami (w tym rozpad małżeństwa), a więc przypisywanej sobie mądrości nie zauważam.
Lektura niewątpliwie pobudza do refleksji. Mnie przypomniała sentencję ks. Józefa Tischnera, że człowiek samorealizuje się poprzez drugiego człowieka, a stąd wniosek, że pisanie książek przez Lucy jest chybionym antidotum na samotność.
Czyta się nieźle, lecz brak skromności i samokrytycznego spojrzenia Lucy, nie pozwala bym ją polubił. Na mój gust 6 gwiazdek wystarczy.