Thursday, 7 November 2013

ks. BARDECKI Andrzej

BARDECKI Andrzej, ks. /1916 -2001/
/1.10.2011/
Minęła /28.09/ dziesiąta rocznica śmierci skromnego, WIELKIEGO kapłana, asystenta kościelnego Tygodnika Powszechnego, pioniera ekumenizmu, rzecznika odnowy Kościoła, przyjaciela Karola Wojtyły i ....radiestety. Wszystko to prawda, lecz ja chcę skreślić parę słów o roli Bardeckiego w ciągle trwającej wojnie „otwartego” Kościoła Krakowskiego /obecnie Łagiewnicko-Krakowskiego/ z „zamkniętym”, konserwatywnym Kościołem Warszawskim /obecnie Toruńsko-Warszawskim/ i poniekąd wynikającej z niej znamiennej wizyty, u mojego ulubionego księdza, „zabójcy” Popiełuszki - Grzegorza Piotrowskiego.
Zanim do tej wizyty przejdę podam parę szczegółów z curriculum vitae tego niezwykłego pasterza. Urodził się w rodzinie leśnika z Ropienki, miał /conajmniej/ dwóch braci i trzy siostry. Ukończył teologię Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i został wyświęconym księdzem w czerwcu 1939 r. Duszpasterstwo rozpoczął jako wikary na parafii w Brodach, ok. 100 km od Lwowa. Cały czas miał oparcie w biskupie lwowskim Eugeniuszu BAZIAKU /po wojnie biskupie krakowskim/. We wrześniu 1939 r. wkroczyli Sowieci, a w 1941 r. Niemcy. Co do rodziny bracia zginęli: jeden w kampanii wrześniowej, a drugi jako lotnik w Anglii. Ojciec trafił do niemieckiej niewoli, a matka i siostry zostały wywiezione do Kazachstanu. Ks. Bardecki przystąpił do konspiracji, w której zajął się kolportażem prasy podziemnej, uruchomił nielegalną wypożyczalnię książek, wydawał fałszywe metryki chrzcielne ukrywającym się Żydom. W czerwcu 1943 r., ostrzeżony o zamiarach Gestapo uciekł do Krakowa, gdzie dowiedział się o organizowanym przez arcybiskupa SAPIEHĘ duszpasterstwie dla Polaków wywiezionych na roboty do Niemiec. Zgłosił się i tak jako Stanisław Owczarski z Garwolina trafił do fabryki amunicji w Dortmundzie. Wiosną 1944 r. trafił do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, a potem do podobozu Ohrduf w górach Turyngii, gdzie zachorowal na flegmonę. Udało mu się ją przeżyć, a wiosną 1945 r., w trakcie ewakuacji obozu, uciekł i po licznych przygodach dotarł do Arnstadt, gdzie wkraczali alianci.
Po powrocie do Polski uczestniczył w organizacji struktur kościelnych na Ziemiach Zachodnich, jednocześnie pogłębiał wiedzę, co uwieńczone zostało obroną pracy doktorskiej pt „Psychologia powołania kapłańskiego” na Wydziale Teologicznym UJ w 1951 r. W maju tegoż roku został mianowany na asystenta kościelnego „Tygodnika Powszechnego” i pełnił tę funkcję przez 40 lat. Wymyślono ją, by włączyć „TP” w „stan posiadania Kościoła”, co z kolei uzasadniało występowanie władz kościelnych w obronie pisma. Podkreślmy, że od samego początku „TP” był organem prasowym Kościoła Krakowskiego w walce przeciwko Kościołowi Warszawskiemu, a że walczył z ciemnotą, ksenofobią i antysemityzmem został przez „Warszawkę” przezwany ŻYDOWNIKIEM POWSZECHNYM. Ze względu na to, że cała dalsza działalność ks. Bardeckiego związana była z postępową ideologią Kościoła Krakowskiego, jak również strategią Karola WOJTYŁY, a to przekłada się na nieustającą wojnę Krakowa i Warszawy, sięgnijmy do początku konfliktu.
„Dnia pierwszego września roku pamiętnego, wróg napadł na Polskę tego i owego” jak śpiewał Henio z baru „Przechodni” na ul. Mokotowskiej. Polacy nie stanowili specjalnego oporu /por. hasło „Kronika II Wojny Światowej”, a w nim przykładowy opór Finów przeciw napaści sowieckiej/. Nim Niemcy zdążyli wypowiedzieć „Veni, vidi, vici”, cały Rząd uciekł przez Zaleszczyki do Rumunii, aby po różnych perypetiach, zainstalować się w Londynie, i tam rządzić samym sobą aż do 1990 roku /mimo DELEGALIZACJI go przez Wlk.Brytanię w 1946 r./. Ale to już inna historia. Razem z Rządem zabrał się prymas Hlond, pierwszy pasterz Rzeczypospolitej zapominając o swoich owieczkach. W przeciwieństwie do niego, KSIĄZĘ KARDYNAŁ ADAM SAPIEHA, człowiek dumny i hardy, pozostał w kraju i patrzył jak gubernator Frank zasiada na Wawelu. Sapieha stał się ojcem duchowym Polaków, w tym młodego Karola, póżniejszego Papieża-Polaka. Do anegdot przeszedł książęcy poczęstunek zupą z „kartek” gubernatora Franka, gdy ten wprosił się z wizytą, po ostentacyjnej nieobecności Sapiehy na urodzinowym przyjęciu gubernatora, na Wawelu. Tenże KSIĄŻĘ NIEZŁOMNY oświadczył publicznie w 1945 r., że skoro Polski Kościół nie złamał się przed Szwabem, to i nie zegnie karku pod bolszewikami.
Niestety, historia potoczyła się niekorzystnie dla Polski. Papiez Pius Xii /1938-58/, wrogi dla Polaków i Żydów, a przyjazny dla Niemców, nie chciał mianować polskich biskupów na Ziemiach Zachodnich, nie chciał także POLSKIEGO BOHATERA NARODOWEGO SAPIEHY mianować prymasem. Hlond pozostał prymasem, wrócił do Polski i wkrótce /w 1948/ umarł. Sapieha, na otarcie łez został PEŁNOMOCNIKIEM WATYKANU do ZIEM POŁUDNIOWYCH. Po śmierci Hlonda nastąpił kolejny afront Watykanu: wbrew oczekiwaniom CAŁEJ Polski prymasem został, nie Sapieha, lecz młody WYSZYŃSKI.
W pierwszych latach Polski Ludowej Bierut uczestniczył w procesjach i vice versa, tzn dostojnicy kościelni w uroczystościach państwowych. W 1949 r. zaczęła się ostra walka z Kościołem. Na jesieni 1950 r przedstawiono Episkopatowi do podpisania „lojalkę” tj dokument regulujący stosunki Państwa z Kościołem. Umieszczono tam m.in następujące sformułowania:
„Episkopat wyjaśni duchowieństwu, aby nie sprzeciwiało się rozbudowie spółdzielczości na wsi...... , będzie traktowało działalność „band podziemnych” jako „zbrodnie”.. Będzie piętnował i karał kosekwencjami kanonicznymi duchownych winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej..”.
Oznaczało to zobowiązanie WSZYSTKICH księży do wspólpracy ze Służbą Bezpieczeńśtwa. W przeciwnym razie Kościół ulegnie formalnej likwidacji, tak jak nastąpiło to już np w Czechosłowacji. Prymas Wyszyński wyznawał teorię PRZETRWANIA: bez względu na straty, pozostać czynnym w jawnym działaniu. Na posiedzeniu Episkopatu, w Pałacu Prymasowskim, Prymas ogłosił swoją decyzję w sprawie podpisania „lojalki”. Książę SAPIEHA wstał i opuścił posiedzenie trzaskając najsilniej jak mógł drzwiami. Walka Krakowa z Warszawą przybrała na sile. Żeby było jasne: nie tylko HISTORIA wykazała, że WYSZYŃSKI MIAŁ RACJĘ, lecz również JA przyznaję, że „zuchowatość” Sapiehy była nie na miejscu.
W 1951 r. zmarł Książę Sapieha, a UB atakowało Kościół, przede wszystkim „krakowski”, coraz mocniej. Aresztowania były coraz liczniejsze, aż przyszedł tragiczny rok 1953. Rozpoczął się proces biskupa Kaczmarka oraz księży krakowskich. W procesie krakowskim, po makabrycznych torturach, skazano dwóch księży na śmierć i kilkunastu na długotrwałe więzienie. Wyroków śmierci nie wykonano, gdyż Bierut skorzystał skwapliwie z prawa łaski, mając dobre rozeznanie w nastrojach społecznych. Dalsza „lojalność” Wyszyńskiego byłaby samunicestwieniem i tak póżną jesienią odstawiono „szopkę” z „NON POSSUMUS”, po czym Prymasa ukryto w klasztorze, gdzie póltora roku czekał na przemiany 1955 roku.
Tu pozwolę sobie na istotną dygresję. Atak z 1953 r., dokonany przez UB na Kościół Krakowski został powtórzony, w swoisty sposób, przez IPN i wysługujących się mu karierowiczów jak np ks. Isakowicz –Zaleski w latach 2005-7 tj za rządów Kaczyńskich. Oba przypadki łączy, nazwijmy to delikatnie, bierna postawa Kościoła Warszawskiego.
Po nakreśleniu tradycji nienawiści tych dwóch środowisk kościelnych powracam do działalności ks. Bardeckiego. Z racji funkcji w „TP”, znienawidzonym przez Warszawę, toczył liczne spory ze zwolennikami Kościoła Warszawskiego: z bp kieleckim Jaroszewiczem, który w liście do kard. Wojtyły /cha, cha, dobrze wybrał/ oskarżył „Tygodnik” o popagowanie herezji formalnej, z abp Dąbrowskim, prawą ręką Wyszyńskiego, o rzekome prowadzenie przez „TP” działalności antypolskiej, czy też abp poznańskim Baraniakiem, który zabronił w poznańskim seminarium czytać książkę Bardeckiego „Kościół epoki dialogu.”.
Najbardziej spektakularną akcję przeprowadził nagłaśniając sprawę maryjnego wizerunku na hostiach wypiekanych z polecenia Prymasa Wyszyńskiego. W 1967 r., na podstawie /pseudo/ „listu czytelnika do redakcji”, skierował pytanie do Papieskiej Komisji do realizowania Konstytucji o św. Liturgii pytanie, czy hostie z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej są zgodne z przepisami liturgicznymi i poprawne teologicznie. W marcu 1968 r. „TP” wydrukowal odpowiedż wysokiej Komisli:
„Nie jest rzeczą właściwą ozdabiać hostie wizerunkiem Najświętszej Marii Panny. Jeśli hostie się ozdabia, to tylko symbolami eucharystycznymi”.
Nie pomogły gorączkowe wyjaśnienia złożone przez zirytowanego Wyszyńskiego, Komisja nie zmieniła zdania. Gol dla Krakowa! Należy podkreślić, że ówczesny kard. Wojtyła życzliwie „kibicował” Bardeckiemu, o czym m.in. świadczy ironiczne pytanie: „Wiesz że się narażasz ?
Równocześnie „kością niezgody” stał się propagowany przez ks. Bardeckiego ekumenizm. któremu do dziś przeciwstawia się Kościół Warszawski. Ekumenizm głosi porozumienie i współpracę między róznymi kościołami chrześcijańskimi, co z pozycji zaściankowego, ksenofobicznego Kościoła Toruńsko-Warszawskiego jest nie do przyjęcia. Bo przecież Polski Katolicyzm jest jedyną słuszną religią, myśmy „przedmurzem chrześcijaństwa” i my, z naszą Królową Matką Boską Częstochowską /i Ostrobramską/ stawiamy czoła ciemnemu, kacapskiemu prawosławiu czy też tym „lutrom i kalwinom” co to naszej Najświętszej Panienki nie tylko nie adorują, a jeszcze z jej Wniebowstąpienia się naśmiewają.
Już w maju 1959 r., w warszawskim KIK-u Bardecki wygłosił referat pt „W przededniu Soboru Powszechnego”, którego słuchaczami byli przedstawiciele różnych wyznań chrześcijańskich. Z inicjatywy ks. Jana ZIEI /por. hasło – ks.Twardowski/ spotkanie zakończyło się pierwszym w Polsce ekumenicznym odmówieniem modlitwy „Ojcze nasz”, co wówczas było wydarzeniem bez precedensu.
W 1960 r. Bardecki przebywał w Rzymie, gdzie trwały gorące przygotowania do Vaticanum II /1962-65/. Dzięki opiece ks. Wladysława RUBINA /póżniejszego kardynała/ wziął udział w posiedzeniu komisji przygotowującej Sobór i poznał m.in. ks. Johannesa WILLEBRANDSA z Holandii, póżniejszego kardynała i przewodniczącego watykańskiego SEKRETARIATU ds. JEDNOŚĆI CHRZEŚCIJAN. Po powrocie do Polski stał się ambasadorem Soboru, jeszcze przed jego rozpoczęciem. Z jego inicjatywy zorganizowano w Krakowie, w 1963 r, Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, w którym wziął oczywiście udział bp. WOJTYŁA. Już rok po Soborze opublikował, wspomnianą /jako „zakazaną”/ wyżej książkę „KOŚCIÓŁ EPOKI DIALOGU”, a Wojtyła mianował go swoim „delegatem ds ekumenizmu”, którą to funkcję Ksiądz Andrzej pełnił przez ponad 25 lat. Przypomnijmy, ze uczestnictwo w pracach II Soboru przyniosło młodemu Wojtyle wielki prestiż i było pierwszym, acz poważnym krokiem w jego światowej „karierze”.
Tymczasem prymas Wyszyński, wraz ze swym pobożnym ludem, pozostawał w ciemnocie nadal, nieświadom nadchodzących zmian czy też rosnącej pozycji Wojtyły i Kościoła Krakowskiego. Nie wiedział również o prowadzonych od 1963 r. trójstronnych rozmowach KC PZPR - Kraków - Watykan /pod przewodnictwem STOMMY/. Oczywiście znalazł się w opozycji do reform Vaticanum II, lecz tutaj akurat przyznaję mu rację. Otóz, Wyszyński uważał, że reformy ewentualnie słuszne w krajach cywilizowanej zachodniej Europy, nie mają racji bytu w polskim ciemnogrodzie. Ponadto, nie wyobrażał sobie, by niedouczeni, mamroczący coś pod nosem, często obdarzeni czerwoną gębą, parafialni proboszczowie odwrócili się twarzą do wiernych i sprawnie prowadzili całą liturgię. I dziś, 46 lat od zakończenia II Soboru, obserwując elektorat Kaczyńskiego, sekty Rydzyka i Natanka krzyczę głośno: „Prymasie Tysiąclecia! Miałeś rację!”. Tak jak mówiłeś:
wszelkie zmiany „mogą osłabić polską pseudoreligijność, a wtedy motłoch wyrwie się spod silnej ręki episkopatu”.
O wzajemnym „uznaniu” Wyszyńskiego i Wojtyły najlepiej świadczy wizyta w 1978 r.. wysłannika Watykanu, austriackiego abp Koeniga /umlaut/ w celu zebrania opinii o ewentualnym kandydacie na papieża. Gdy Koenig wyjaśnił cej swojej wizyty, tj że w Watykanie szepcze się o polskim kandydacie na papieża i to jest przyczyną ich rozmowy, Wyszyński zaczął się krygować , iż on nieuczony i z językami nienajlepiej. Osłupiały Koenig wyjaśnił, że nikomu do głowy by nie przyszło Wyszyńskim się zajmować, i że tu o Wojtyłę chodzi. Głęboko dotknięty /i wściekły/ Wyszyński rzekł, że Wojtyła to
„niedoświadczony młodziak, nieukształtowany i nie warto nim sobie głowy zawracać”.
Koenig podziękował, i jak wiemy, Wojtyła papieżem został.
Nim Wojtyła został papieżem /16.10.1978 r/, mieliśmy znaczący dla naszej opowieści grudzień 1977, w którym Bardeckiego pobito i złamano nos. Było to ostrzeżenie dla Wojtyły, który następnego dnia odwiedził przyjaciela w szpitalu i powiedział: „Dostałeś za mnie”.
I tak powoli dochodzimy do clue, czyli wizyty Grzegorza Piotrowskiego, lecz ze względu na jego uczestnictwo musimy wspomnieć o wcześniejszym incydencie. Aby skompromitować JP II sfabrykowano /ponoć/ pamiętnik Ireny KINASZEWSKIEJ, w którym miała się przyznać do romansu z Karolem WOJTYŁĄ. Kinaszewska była sekretarką w redakcji „TP”, lecz nic więcej na ten temat nie wiem. Podobno wyszła książka pt „Skompromitować papieża” autorstwa Litki i Głuszaka /Wyd.św. Stanisława w Krakowie/.
Wersja jaką ja znam jest conajmniej dziwna. UB podrzuciło memuary do mieszkania Bardeckiego, aby póżniej, w trakcie planowanej rewizji, je znależć. Bradecki znalazł podrzuconą przesyłkę, natychmiast zrozumiał /???/ co znalazł i bezwłocznie zniszczył. Tymczasem szef ekipy kpt GRZEGORZ PIOTROWSKI upił się /?/, rozwalił samochód i planowana rewizja została odwołana. I ten pijaczyna, który zawalił tak ważną akcję, o znaczeniu międzynarodowym, godzącą w Papieża został szefem morderców Popiełuszki /!!!???/.
OK, zamordował Popiełuszkę, został skazany i w pażdzierniku 1994 r. wyszedł na pierwszą przepustkę. I dokąd ten zbrodniarz się udał? Do Krakowa, do ks. Bardeckiego. A ten, jak twierdzi Artur Sporniak z „TP”, relacjonował wizytę następująco:
„Otworzyłem drzwi i od razu go poznałem. Wiesz...ja go wtedy odruchowo objąłem i pocałowałem w policzek”.
Sporniak DODAJE, ze Bardecki /ponoć zażenowany/ DODAŁ: „Nic na to nie poradzę”. Treści rozmowy prawdopodobnie nigdy nie poznamy; nie wiemy też komu tajemnicę Piotrowskiego Bardecki przed śmiercią przekazał. Jedno jest pewne, że jego PRZYJACIEL Karol WOJTYŁA o wszystkim został poinformowany. Żenujące i idiotyczne są słowa księdza BONIECKIEGO: „Pan Piotrowski prosił Księdza Andrzeja o finansowe wsparcie”. Dodajmy jeszcze: nazjutrz po wizycie Piotrowskiego ks. Bardecki odprawił za „zbrodniarza” Mszę świętą.
Odszedł WIELKI WSPANIAŁY CZŁOWIEK, więc wspomnienie o nim należy zakończyć pogodnie. Do tego niech służą słowa „Ziuty” Hennelowej:
„-Miał jedną wadę jako ksiądz: bardzo lubił odprawiać Msze śpiewane, a śpiewał niedobrze”.