Wednesday, 6 November 2013

"IRON CURTAIN"




                                                                                                                                      Luty  2013

           Anne   APPLEBAUM       „IRON   CURTAIN”


UWAGA:  Również  poniżej  używam  pisowni  „prawdziwych  polaków”,  przez  małe  „p”,  gdyż   nie  chodzi  w  tym  zwrocie  o   narodowość,  lecz  o  mentalność.  /por.   w  potocznej  mowie  „żyd”  -  jako  określenie  osoby  przebiegłej  i  skąpej/.

Przypuszczam,  że  czynnikami  ograniczającymi   swobodę  jej  wypowiedzi  jest   pozycja  męża  /Radka  Sikorskiego/  oraz  pochodzenie /żydowskie/.  Powodują  one  strach   przed  narażeniem  się  katolickiemu  narodowi  „prawdziwych  polaków”,  a  skutkiem  tego  jest  chęć  zademonstrowania  specyficznej  political  correctness,  skutkującej  głoszeniem  poglądów  akceptowalnych  przez   środowiska  skrajnie  nacjonalistyczno-katolickie  i  rusofobiczne.  W  efekcie  pominięcie  wielu  istotnych  wątków,  bądż  sygnalizowanie  ich  w  „ochronnych  rękawiczkach”.

BRAK  u  niej  adekwatnego  opisu  stanu  /ducha  i  ciała/  polskiego  społeczeństwa  po  traumach  doznanych  w  II  RP  i  w  czasie  okupacji  hitlerowskiej;
 
BRAK  opisu  tego  niesamowitego  entuzjazmu,  radości  i  nadziei  na  ponowną  budowę  wolnej  Ojczyzny,  lecz  innej  niż  ta  przedwojenna,  słusznie  nazywana   DOMKIEM  Z  KART”.   Tak,  wielkiego,  masowego   entuzjazmu,  radości  i  nadziei,  mimo  zależności  od  sowietów.  A  tego  nie  wolno  pomijać,  bo  to  było  siłą  napędzającą  spontaniczną  pracę  społeczeństwa  na  rzecz  odbudowy  i  modernizacji  kraju.
 
BRAK:  Nie  można  też  pomijać  opisu  spuścizny  II  RP,  tj  społeczeństwa  ogarniętego  wszawicą,  grużlicą  i  analfabetyzmem,  wsi  bez  elektryczności,  chałup  pokrytych  słomianymi  strzechami,  gdyż  wtedy  idee   skoku  cywilizacyjnego,  awansu  społecznego  czy  też  budowy  np  Nowej  Huty  wydają  się  irracjonalne.

 Dalej,  BRAK  podkreślenia  przez  autorkę  polskiego  antysemityzmu  „wyssysanego  z  mlekiem  matki”,  skutecznie  propagowanego  przez  polski  Kościół  wraz  z  zabobonami  o  krwi  polskich  dzieci  przetaczanej   przez  Żydów  na  macę,  co  ilustrują  kościelne  malowidła  jak  np  do  dziś  te  wiszące  w  Sandomierzu;
 
BRAK  ten   nie  pozwala  na  zrozumienie  skali  nienawiści  do  PRL-owskiego  aparatu,  w  których  prym  wiedli  Żydzi  jak  Berman,  Minc  czy  też  „krwawa  Julka”  Brystygierowa  oraz  bracia  Goldberg  znani  jako  Różański  i   Borejsza.

BRAK:  Nie  wiem  też  dlaczego  autorka  ani  słowem  nie  nadmieniła  o  stworzeniu  z  niczego Welfare  State,  wspaniałego  Państwa  Opiekuńczego, w  którym  udostępniono  wszystkim  pracę  i  naukę  /w  tym  również  darmowe  wyższe  studia  z  darmowym  „wiktem  i  opierunkiem”/,  opiekę  zdrowotną,  żłobki,  przedszkola,  wczasy,  a  nawet  sanatoria.  Czy  pani  Applebaum  pomieszkując  w  Polsce  nie  słyszy  obecnych  tęsknot  Polaków  za  tymi  udogodnieniami  bezpowrotnie  utraconymi  w  ciągu  dwudziestu  lat  „wolnej”  Polski ?  Kołakowski  wiele  pisał  o  sprzeczności  między  „wolnością  a  bezpieczeństwem”  /w  tym  socjalnym/,  o  tym  „coś”  za  „coś”,  więc  tam  czytelnika  odsyłam
.  
BRAK:  Autorka  nie  definiuje  też  jakie  nurty  dominowały  w nienawiści   do  władz:  antysemityzm ?  rusofobia /czy  tez  niechęć  do  bolszewickiego  okupanta/ ?,  czy  też  sam  w  sobie  antykomunizm ?   A  może  to  odwieczny  podział,  tkwiący  głęboko  w  polskiej  mentalności,    na  „ony-ch”  i  „my-ch”. 

 Do  tego  traktowanie  Wilna  i  Lwowa  jako  miast  rdzennie  polskich,  zawłaszczonych  przez  sowieckich  okupantów.  Czyżby  autorka  nie  słyszała  o  polskim  kolonializmie  czy  też  o  koncepcji  Giedroycia  wzgl.  tych  ziem?  Kończąc  wstęp  muszę  wyrazić  niesmak,  że  w  bibliografii  dominują  opracowania  PIS-owskiego  IPN-u,  a   wśród  nazwisk  znajduję  nazwiska  nie  tylko  takie jak Paczkowski  czy  Friszke,  lecz  również  wyszydzonego  w  biografii  Szymborskiej  Trznadla,  a  nawet  Szubarczyka,  Semkowa  czy  żałosnego  komedianta  Fedorowicza.

Zacznijmy  od  POZYTYWÓW.  Z  przyjemnością  wykonkludowałem,  że  Applebaum  nie  lubi  Hannah  Arendt,  i  to  conajmniej  tak  silnie  jak  ja.  Przytacza  wprawdzie,  z  jej  „Origins  of  Totalitarianism”  definicję   „totalitarian  personality”  jako   „kompletnie  wyizolowaną  ludzką  istotę,  wyzutą  z  jakichkolwiek  społecznych  więzi  z  rodziną,  przyjaciółmi,  kolegami,  a  nawet  zwykłymi  znajomymi,  która  czerpie  swoje  poczucie  posiadania  miejsca  w  świecie  tylko   ze  swojej  przynależności  do  ruchu,  ze  swojego  członkostwa  w  partii”,  lecz  jednocześnie   podważa   nieuzasadnioną  semantycznie  „karierę”  tego  pojęcia   cytując  Halberstama:  „...termin  „totalitarny”   naprawdę   użyteczny  jest  tylko  w  teorii  jako  negatywny  wzorzec,    któremu przeciwstawiając  się  liberalni  demokraci  mogą  zdefiniować  samych  siebie”   oraz  „innych”,  w  tym  Slavoja  Żiżka:  „Inni  orzekają,  że  to  słowo  jest  całkowicie  „meaningless” /beztreściowe/,  wyjaśniając,  że  stało  się  ono  terminem,  który  nie  znaczy  nic  więcej  niż  „teoretyczną  antytezę  Zachodniego  społeczeństwa”,  albo  po  prostu  „ludzi,  ktorych  my  nie  lubimy”.  Bardziej  ponura  interpretacja  utrzymuje,  że  słowo  „totalitaryzm”  samoobsługuje  się:  my  używamy  je  aby  podwyższyć  legitymację  Zachodniej  demokracji”.  Przekładając  te  mądrości  na  nasze:  tworzymy  wzorzec  zła,  by  podnieść  się  na  duchu,  żeśmy  lepsi:  Jasio  i   Marysia  są  o  wiele  lepsi  niż  ten  łobuz  Krzysiek.  Co  do  Żiżka  autorka  w  przypisach   pisze:  „Żiżek  udowadnia  że  opisywanie  stalinizmu  jako  „ustroju  totalitarnego”  jest  niczym  innym  niż  usiłowaniem  zapewnienia,  że  „liberalna  demokratyczna  hegemonia”  trwa”.  Aby  raz  na  zawsze  skończyć  z  tym  durnym  pojęciem  spopularyzowanym  przez  Arendt  na  potrzeby  mccarthyzmu   przytaczam  definicję  z  Webstera:  „totalitarny  -  określający  formę  rządu  lub  państwa,  w  którym  życie  i  działalność  każdego  pojedynczego  czlowieka  i  każdego  przedsięwzięcia  jest  kontrolowana  przez  dyktatora  lub  dyktatorskie  zgromadzenie  /w  orig.  caucus/”.    No  to  już  każdy  gamoń  pojmie,  że  pieprzenie  o  dwóch  totalitaryzmach,  hitlerowskim  i  sowieckim,  jest    tylko  i  wyłącznie  populistyczną  sztuczką,  czego  szczytnym  przykładem  jest  Snyder  ze  swoimi  „Bloodlands”.

Wracając  do  krytyki  Arendt  przez  Applebaum  /brawo,  Anne!!/,  z  satysfakcją  odnajduję  już  w  przedmowie,  że  to  Arendt   niesłusznie  uważała,  że  „Nazistowskie  Niemcy  i   Związek  Radziecki,  oba  były  reżimami  totalitarnymi  i  to  o  wiele  bardziej  do  siebie  podobnymi,  niż  różnymi”  /tak  też  uważa  Snyder/,  gdyż  nie  były  podobnymi,  a  ponadto  ograniczanie  rozważań  o  totalitaryzmie  do  tych  dwu  państw,  z  pominięciem  choćby  maoistowskich  Chin  podważa  solidność  tezy  Arendt.  Ja  z  siebie  dorzucę  reżim  panujący  we  wszystkich  państwach  kolonialnych,  Watykanie,  jak  również  w  sektach  religijnych  np  wczesnym  chrześcijaństwie,  gdy  np  św. Piotr  zabił  Ananiasza  i  Safirę  za  nieoddanie  całego  majątku  władzy.  Otrzymało  się  też   Arendt  za  Węgierską  Rewolucję  w  1956 r.:

  „Hannah  Arendt  napisała,  że  Węgierska  Rewolucja  „była  całkowicie  niespodziewana  i  stanowiła  dla  wszystkich  zaskoczenie”.  Podobnie  jak  CIA,  KGB,  Chruszczow  i  Dulles,   Arendt  uwierzyła,  że  totalitarne  reżimy,  gdy  raz  wypracują  swoją  drogę  do  duszy  narodu,  to   staną  się  prawie  niezniszczalne.  Oni  się  mylili.  Ludzkie  istoty  nie  przyswajają  sobie  „totalitarian  personalities”  z  taką  łatwością.  Pozory  mogą  zwodzić,   nawet  kiedy  wydaje  sie,  że   jednostki  są  zaczarowane  kultem  lidera  partii.  I  nawet  kiedy  wydaje  się,  że  pozostają  w  pełnej  zgodzie  z  najabsurdalniejszą  propagandą -  nawet gdy  maszerują  w  paradach,  wykrzykują  slogany  i   śpiewają,  że  partia  ma  zawsze  rację  -  zauroczenie  może  nagle,  niespodziewanie,  dramatycznie  prysnąć”.

Ładnie   to  napisała,  tylko  z  tym  CIA  i  Dullesem  głupio  wyszło,  bo  to  oni  właśnie  sprowokowali  rewolucję  na  Węgrzech,  obłudnie  obiecując  militarną  pomoc.

To  teraz  przekartkujmy  książkę,  zwracając  uwagę  na  moje  podkreślenia  poczynione  czerwonym  długopisem,  co  nota  bene  wzbudza  dzikie  instynkty  u  mojej  żony,  pomstującej  na  mój  /rzekomy/  wandalizm  wartości  intelektualnej.

Już  na  stronie  9-ej  zaśmiałem  się  szyderczym:   cha, cha, cha !,  gdy  przeczytałem  twierdzenie,  że:

  „Gen. Eisenhower,  gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  żołnierze  alianccy  musieliby  walczyć  w  Berlinie  z  Niemcami  broniącymi  się  do  ostatniej  kropli  krwi,  postanowił  uratować  życie  wielu  amerykańskich  żołnierzy  i  dlatego  zdecydował  się  pozwolić  Stalinowi  wziąć  miasto”.

 Stalin  na  pewno  się  wzruszył;  a  „miasto”  to  znaczy  najcenniejszy  łup,  bo  stolica  Rzeszy.  No  comments !    A  jednak,  jedno  zdanie.  To  może  lepiej  byłoby  nie  inspirować  prowokacji  w  Pearl  Harbour,  dzięki  której  wymuszono  przyzwolenie  Kongresu  na   przystąpienie  Stanów  Zjednoczonych  do  II w. św.,  a   w  konsekwencji  utratę  życia  przez  wielu  żołnierzy  amerykańskich  walczących,   w  dodatku,  na  obcej  ziemi.
 
Na  str. 15  znajduję  powód  do  podziwu  nad  odwagą  autorki,  która  ośmieliła  się  napisać:

  „..uzbrojone  bandy  włóczyły  się  po  kraju,  przedstawiając  się  jako  „ruch  oporu”,  nawet,  wtedy  gdy  nie  miały  żadnych  powiazań  z  zorganizowanymi  strukturami  oporu,  żyjąc  z  rabunku  i  morderstw..”.

Niestety,  przeraziła  się  własnej  odwagi  i  na  następnych  stronach  gloryfikuje,  nie  tylko  podziemie  post-AK-owskie,  llecz  również  i  NSZ-owskie /!!!/.

Mniej  pozytywne  uczucia  wzbudził  opis  wojny  1920 r.,  w  którym  donosi   o  planie  Lenina  opracowanym  w  styczniu  1920 r.  zaatakowania  „burżuazyjnej”  i  „kapitalistycznej”  Polski,  czyli  w  trakcie  wojny  polsko-sowieckiej   toczącej  się  od   14  lutego  1919 r.,  tj  starcia  pod  Berezą  Kartuską,  a  następnie  zajęcia  przez  Piłsudskiego  Wilna  w  kwietniu  1919 r.   i   białoruskiego  Mińska   w  sierpniu  1919 r.  Przytaczanie  ideologicznych  epitetów  i  teoretycznych  politycznych  iluzji  jest  bezsensowne,  gdy  wojna  trwa.  Jednym  słowem  zbędny  wysiłek  autorki,  która  mogła  po  prostu  zacytować  Daviesa  lub  Snydera,   tym  bardziej,  że  robi  to  wielokrotnie.  Przypomnijmy  też,  że  ta  wspomniana  Polska  istniała  już  całe  85  dni,  po  123  latach  niewoli.
                                            
Applebaum   wpadła  w  maglarską”  nutę  powtarzając  za  jakimś  durniem /tj  Piotrem  Lipińskim  w  
„Bolesławie  Niejasnym”,  W-wa,2001/:
 
„/Bierut/  pracował  dla  nazistowskiej  administracji  miasta  /mowa  o  białoruskim  Mińsku/,  gdzie  był  prawdopodobnie,  lecz  niekoniecznie,  sowieckim  agentem.  Wynikłe  z  tego  pogłoski,   że  Bierut  kolaborował  z  Gestapo,  a  nawet,  że  spędził  część   wojny  w  Berlinie  i  pozostawały  one  długo  w  obiegu”. 
  
Jeszcze  gorzej,  że  sama  z  siebie,  fantazjuje,  iż   możliwość  szantażu  tą  kolaboracją  umacniała  zależność  Bieruta  od  Stalina:
 
Być  może  Bierut  pracował  dla  obu  stron.  Wiadomo,  że  Stalin  był  skłonny   promować  ludzi,  którzy  mieli  głęboką  charakterologiczną  skazę  bądż  tajemnicę,  przypuszczalnie  dlatego,  że   lubił  on  mieć  ekstra  środki  do  sterowania  podwładnymi. Możliwe,  że  Stalin  mając  generalnie  słabe  zaufanie  do  polskich  komunistów,  wolał   ewentualnego  kolaboratora   takiego  jak  Bierut,  od  prawdziwego  wyznawcy,  takiego  jak  Ulbricht”.
 
Reasumując  wszystkie  spostrzeżenia  autorki  mamy,  że  Bierut  był  agentem  NKWD  i  Gestapo,  szantażowany  przez  Stalina  pozostawał  w  stosunku  „servile” /służalczym/  i  dlatego  „nie  ma  dowodów,  by  kiedykolwiek  w  jakiejkolwiek  sprawie  przeciwstawił  się  Stalinowi”,  a  w  ogóle  był   PARANOIKIEMco  Applebaum  wielokrotnie  powtarza,  m.in.  czterokrotnie  na  str. 251.  Byłoby  nieżle,  gdyby  nie  stwierdzenie  na  str. 454:  „The  speech  literally  killed  Bierut”.  Ta  „speech”  to  słynny  referat  Chruszczowa  na  XX  Zjeżdzie  KPZR,  demaskujący  zbrodnie  Stalina  i  obalający  „kult  jednostki”.   Bo  na  logikę  to  ta  „speech”   powinna  go  ucieszyć,  a  nie  „literalnie”  /tj  dokładnie/  zabić.  Gwoli  ścisłości  przypomnijmy,  że  paranoja  to  „choroba  psychiczna,  cechująca  się  urojeniami  prześladowczymi,  manią  wielkości  itp.,  przy  zachowaniu  zdolności  logicznego  myślenia  i  orientacji  w  czasie  i  przestrzeni”  /Kopaliński/.

Otóż,  droga  Mrs. Anne,  prawda  jest  prozaiczna.  A  znam  ją,  gdyż  jako  dobrze  intelektualnie  rozwinięty 13-latek,  byłem  świadkiem  rozmów  tuzów  nauki  i  polityki  w    moim  domu,  w  okresie  „odwilży”.  Mój  Ojciec,  znający  Bieruta  osobiście  z  okresu  pracy  w  Belwederze,  jak  i  inni  dyskutanci,  mówił  o  fascynacji  Bieruta  Stalinem,  o  bezgranicznej  miłości  i  oddaniu  wiernego  wyznawcy,  o  idealnej  /tzn  bezgranicznej/  idolatrii.  Nie  ważne  czyim  agentem  był  Bierut,  istotna  jest  fascynacja  /zauroczenie/  i  wierność;  tym  bardziej  dziwię  się   wywyższaniu  Ulbrichta,  który  może  i  był  wyznawcą  komunizmu,  lecz  nie  wiem  czy  kochał  Stalina  w  tak  ekstremalnym  stopniu  jak  Bierut.  W  związku  z  powyższym  Generalissimus   nie  potrzebował  „haków”    /jak  np  wymyślona  przez  bęcwałów  kolaboracja  Bieruta  z  okupantem/,  które  zresztą  nie  mogły  istnieć,  ze  względu  na  ubezwłasnowolnienie  jakie  stalinowski  „dewot” Bierut sam  sobie  zafundował.   Taki  wizerunek  tłumaczy  zgon  jego  po  ataku  serca,  wywołanym  referatem  Nikity.   Polska  gawiedż,  choć  podobno  Bieruta  nienawidziła,  i  tak  podejrzewała  „kacapów”  o  jego  uśmiercenie,  czemu  dała  wyraz  wystając  w  kilometrowych  kolejkach  do    trumny,  w  nadziei  ujrzenia  śladów  zbrodni  na  jego  zwłokach.
 
Wiek  mnie  upoważnia,  aby  przypomnieć,  że  byli  Polacy,  którzy,  po  przeżyciu  depresji  po  śmierci  Stalina,  zwariowali  lub  popełnili  samobójstwo  wskutek   obaleniu  kultu  ich  idola,  jak  np  tow. Margiel  -  matka  „małego  Jeana”  i  kochanka  mego  Ojca.  A  skoro  poruszyłem   wątek  osobisty  to  wspomnę  o  histerii  mojej  siostry,  która  wyznaczona  przez  ZMP  nie  chciała  pełnić  warty  przy  trumnie  Bieruta,  „bo  on  tatusia  z  Uczelni  wyrzucił”  /tak  w  szczególe,  to  wyrzuciła  go  Brystygierowa  na  wniosek  Petrusewicza/Konformistyczni  rodzice  przekonali  ją,  i  poszła,  i  dwie  minuty  stała.

Jeszcze  z  tą  „paranoją”.   Czy  człowiek  całkowicie  bezwolny,  dyspozycyjny   może  być  paranoikiem ?  Nie,  bo  trudno  mu  cierpieć  na  manię  wielkości.  Więc  może  Stalin  był  paranoikiem ?  Może,  ale  jeśli  to  razem  z  Napoleonem,  Hitlerem,  Neronem  i  paru  innymi.  Acha,  jeszcze  jedno.  Applebaum,  dyrdymały  o  paranoji  Bieruta,  podpiera  jego  obsesją  szpiegowską;  szkoda,  że  nie  diagnozuje  społeczeństwa  amerykańskiego   w  czasie  mccarthyzmu. 
 
Blamażem  autorki  jest  opis  aparatu  represyjnego  w  Polsce  w  latach  1944-56  zawarty  w  rozdziale  pt  „Policemen”.  /Po  zastanowieniu,  doszedłem  do  wniosku,  że  Applebaum –Żydówka  celowo  pomniejsza  rolę  Żydów  w  tymże  aparacie/.  I  tak  pisze:  „Do  1947,  99,5 %  SB  stanowili  polscy  katolicy.  Policzono,  że   Żydów  faktycznie  było  mniej  niż  jeden  procent  całości...”.  Ze  znanych  nazwisk  wymienia    dwudziestolatka  wówczas,  Polaka  Kiszczaka  i  póżniejszego  ministra  MSW Radkiewicza,  którzy  w  tym  okresie  nic  nie  znaczyli.  A  gdzie  cały  żydowski  aparat  Żyda – Bermana ?  Gdzie  bracia  Goldberg  vel  Różański  i  Borejsza,   gdzie  Humer,  Fejgin,  Światło,  gdzie  „krwawa  Julka” Brystygierowa ?  Fejgina,  którego  aresztowanie  /wraz  z  Romkowskim/  w  dniu  23.04.1956  roku  stanowiło  preludium  Polskiego  Pażdziernika  1956  w ogóle  w  książce  nie  ma,  a  inni  wspomniani  zostali   tylko  w  rozdziale    „Ethnic  Cleansing”  jako  nieliczni  Żydzi,  ktorych  obecność  w  aparacie  spowodowała  niewspółmierny  /wg  niej/  wzrost  polskiego  antysemityzmu:  

„Jest  prawdą,  że niewielka  ilość  Żydów  zajmowała  dardzo  wysokie  i  prominentne  pozycje  zarówno  w  komunistycznej  partii  jak  i  komunistycznym  aparacie  bezpieczeństwa  w  Polsce.  Wśród  nich  byli  Jakub  Berman  i  Hilary  Minc,  najważniejsi  doradcy  Bolesława  Bieruta  w  zakresie  ideologii  i  ekonomii,  z  kolei:  Julia  Brystygier,  która  przewodziła  departamentowi  tajnej  policji  przeznaczonemu  do  penetracji  katolickiego  Kościoła;  Józef  Różański,  zdeprawowany  szef  wydziału  śledczego,  i  jego  zastępca  Adam  Humer;  brat  Różańskiego,  Jerzy  Borejsza,  pisarz,  który  w  końcu  przejął  kontrolę  większości  powojennego  rynku  wydawniczego;  oraz  Józef  Światło,  wyższy  tajny  funkcjonariusz,  który  póżniej  uciekł.  Ta  osławiona  grupa  nigdy  nie  była  większością.  Najrealniejszy  szacunek,  podawany  przez  historyka  Andrzeja  Paczkowskiego,  daje  im  około  30  procent  „leadership” /przywództwa/  tajnej  policji  w  okresie  tuż  powojennym.  Po  1948  roku  ich  ilość  sukcesywnie  spadała.  Niewątpliwie,  ściągali  oni na siebie antykomunistyczne  gromy, aczkolwiek  w  nieproporcjonalnie  dużym  procencie”.  
        
Pomijam  drobiazg  wzrostu  jednego  procenta  do   trzydziestu,  toć  Żydzi  w  ten  sam  sposób  tłumaczą  skład  etniczny  przedwojennej  żydokomuny”  tj  KPP:   „może  i  we  władzach  paru  naszych  było,  lecz  w  ogóle  więcej  było  Polaków”.  To  tak  jak  w  przedwojennej  Łodzi,  tam  też  było  więcej  Polaków

Szkoda  natomiast,  że  autorka,  bądż  co  bądż  Żydówka,  nie  uatrakcyjniła  książki  pokrętnymi  historiami  Żydów   jak  np  Żydówki  Hulewiczowej,  sekretarki  i  kochanki  Polaka  -  Stanisława   Mikołajczyka,  który  „postąpił  z  nią  obrzydle,  sam  nawiał,  a  ją  zostawił  na  pastwę    kata  /Żyda/ Różańskiego” /Żyd-J.Kott/,  a  ta  po  latach  tortur  i  wyjściu  na  wolność,  wyszła  na  wolność  oraz  za  mąż,  i  to  za  „Żyda  pancernego”,  komunistycznego  „fagasa”  Przymanowskiego  i   została  współautorką  „Czterech  pancernych  i  psa”,  opiewających  przyjażń  polsko-radziecką.   Mogła  też  zacytować    Żyda  Jana  Kotta,  który  o  Żydówce  Brystygierowej  pisał:  „...zabawiała  się  z  młodymi  oficerami  Bezpieki,  gdy  w  sąsiednim  pokoju  bito.  Bardzo  to  ją  podniecało..”.   Takie  historyjki  rozbawiłyby  czytelnika.  A  co  do  Brystygierowej  nieprawdą  jest,  że  ona  zajmowała  się  tylko  Kościołem.  To   przecież  osobiście  ona   przeprowadziła  czystkę  ideologiczną  na  uczelniach,  zostawiając  nota  bene  wielu  Żydów.  A  jeszcze  jedna  uwaga:  skoro  autorka  pisze  o  opanowaniu  rynku  wydawniczego  przez  Borejszę,  dlaczego  nie  znajduje  miejsca  dla  Forda,  króla  życia  i  śmierci  w  najbardziej  masowym  środku  przekazu  tj  w  kinie?

Zabrakło  mi   weny  i  porzuciłem  to  pisanie  na  długie  tygodnie.  Dzisiaj  tj  20 marca,  przeczytałem,  co  napisałem  i  mam  ambiwalentne  uczucia.  Z  jednej  strony  nie  jestem  powyższym  zachwycony,  z  drugiej  szkoda  mego  wysiłku.  Postanowiłem  dorzucić  jeszcze  parę  słów  i  temat  zakończyć.  I  tak  nie  mogę  pominąć  „perełki”  jaką   stanowi  argumentacja  autorki  za  niepolskością  „Ziem Odzyskanych”:

 „Fakt,  że  Polacy,  niemal  z  całej  Polski,  podróżowali  w  1945  i  1946 r.  do  miast  uprzednio  niemieckich,  aby  ukraść  cokolwiek  co  Niemcy  zostawili  wskazuje  na  to:  to  nie  jest  sposób  w  jaki  ludzie  traktują  miejsce,   które  czują  jak  dom”. 

  Umyślnie  pozostawiłem  pokrętną  angielską  stylistykę,  by  nie  zgubić  sensu.  No  cóż,   autorka  kompletnie  nie  zna  Polaków,  bo  jak  by  wytłumaczyła  kradzieże  w  centrum  Polski,  w  2013  roku,  np  pokryw  studzienek  ściekowych,  szyn  kolejowych  czy  trakcji  elektrycznej.  Ona  nie  zna  nawet  słowa   szaber,  które  oznacza  grabież   rzeczy  opuszczonych  nie  tylko  wskutek  wojny,  lecz  również  chwilowo  pozostawionych  bez  opieki  wskutek  katastrof  żywiołowych  czy  przewrotów  społecznych.

  Szaber  w  największym  stopniu  dotyczył  mienia  żydowskiego,  pozostałego  po  pobratymcach  autorki  zamykanych  w  gettach  i  obozach  zagłady  i   dlatego,  jak  opisuje  Snyder,  po  zakończeniu  wojny  strach  przed  powrotem  prawowitych  właścicieli   powodował  wśród  Polaków  wzrost  antysemityzmu   i  wywoływał  pogromy.

Ręce  opadają  od  głupot  pani  Applebaum,  konczę  więc  reprezentatywnym  przykładem:

  „Aby  trzymać  dzieci  i  młodych  robotników  z  dala  od  kontaktów  ze  środowiskami  reakcyjnymi,  instytucje  wychowawcze  stwarzały  ogromny  program  poszkolnych  i  wieczornych klubów,  drużyn  i  organizacji,  wszystkich  pod  państwową  kontrolą,  choć  nie  koniecznie  polityczną.  Niektóre  z  tych  oficjalnych  poszkolnych  programów  były  nawet  rozmyślnie  apolityczne,  wliczając  w  to  wszystko:  od  muzyki  i  tańca  ludowego  po  malowanie  i  szydełkowanie.  Kluby  szachowe  były  wyjątkowo  popularne.  Ideą  było  ściągnąć  dzieci  w  miejsce  gdzie  mogłyby  poddane  misternym  wpływom. Już  z  tego  organizatorzy  mieli  satysfakcję  tj  ze  świadomości,  że  dzieci  śpiewają,  szyją  albo  grają  w  szachy  w  jednym  z  pokojów,  gdzie  portret  Stalina  wisi  na  ścianie, i  pod  czujną  opieką  ideologicznie  godnych  zaufania  wychowawców.  Wszystkie  te  zajęcia  były  bezpłatne,  i  dlatego  były  atrakcyjne  dla  pracujących  rodziców”.

Cha!!  Cha!!  Ale  wredna  bolszewicka  indoktrynacja !!  Pozostaje  mnie  tylko  powtórzyc  za  czeskim  serialem,  że  gdyby  głupota  była  gołębicą,  to  pani  Applebaum  by  w  dalekie  kraje  uleciała.  Czy  coś  tam  podobnego.