Saturday, 18 October 2014

Katarzyna GONDEK - "Horror vacui"

Katarzyna GONDEK - “Horror vacui”
Debiut Gondek /ur.1982/ i, o ile wiem, jak na razie, bez kontynuacji. Zachwyt niektórych recenzentów wpędziłby mnie w kompleksy, gdybym był młodszy i podatny na ich interpretację. Szcęśliwie, bądż pechowo, nie ulegam stadnym opiniom i stać mnie na szczerość. A ona wymaga w tym przypadku stwierdzenia, że niewiele z tej książki zrozumiałem i uważam ja za niewypał, czy jak obecnie wojsko mówi - niewybuch.
Zacznijmy od tytułu: horror vacui to obawa próżni; zasada fizyki starożytnej według której natura nie znosi próżni; obalona przez Viviani-ego w 1643 roku. Według recenzentów to lęk przed pustką, pustką samotnego życia, którą bohaterka stara się wypełnić bajkowymi postaciami , aby choć trochę oswoić strach. Natomiast w tekście koncepcję tytułu autorka wyjaśnia na ostatniej stronie:
„..Otworzę brudne okno pociągu i puszczę. Nie siebie. Puszczę, co się da. Puszczę kolejną opowieść. Głośno. Przez okno. Wokół ciała zbiera się lęk przed nagle objawioną pustą przestrzenią. Otwieram walizkę, a z uchylonego okna w las fruną rozpędzone przedmioty. Za chwilę nie będę pamiętała, skąd się wzięłam. Mam to przećwiczone. Próżnia odchodzi. Ograniczyłam dostęp powietrza i duszę próżnię. Teraz można zacząć wszystko od nowa...”
Mam wątpliwości, bo ja widzę tylko ucieczkę od otaczającej rzeczywistości, próbę wykreślenia ze swego życia alienacji, by „..zacząć wszystko od nowa”. To ostateczna decyzja, wcześniejsze próby ograniczały się do imaginacji alternatywnego świata, wypełnionego symbolicznymi opowieściami, by choć na chwilę zapomnieć o otaczającym koszmarze.
Gdyby tak było, to mielibyśmy banalną opowiastkę, lecz Gondek zafundowała nam koszmary w tym wyimaginowanym świecie gorsze niż w realu. A więc nie łudżmy się, każda ucieczka w świat ułudy musi się skończyć. Nawet „pomysłodawczyni” tj. Babcia, zżerana przez raka, cierpi i krzyczy, bo ucieczkę w fantazje skończyły realne bóle.
Do szokującej w pierwszej chwili koncepcji „świata w brzuchu” szybko się przyzwyczaiłem, bo już na 41 stronie wykłada ją Olbrzym:
„..Ziemia jest mieszkanką ludzkiego brzucha. Każdy ze znajdujących się tu poddanych ma w swoim brzuchu podobną Ziemię, na której żyją ludzie, którzy w swych brzuchach również noszą skarb planety. My, mieszkańcy Tej Ziemi, mamy nad sobą i w sobie niezliczoną ilość istnień, które noszą nas w swoich brzuchach i ktore my nosimy w swoich brzuchach. I tyle”.
Odbieram to jako autorską wersję koncepcji wielości wszechświatów, które i tak wg panenteizmu są cząstką Boga.
Reasumując, choć niewypał, m.in ze względu na religijne aspekty upraszczające pojęcie Boga, to lektura ciekawa, jak na debiut niezła, pozostaje czekać na dalsze przedsięwzięcia autorki z doskonalszym językiem i bez zbędnych wulgarności w stylu: /str.43/ „Chodzi Norma koło drogi/ nie ma ręki ani nogi/ ktoś ją jebnie, ktoś pierdolnie,/ będzie chodzić jeszcze wolniej.