Tuesday, 21 October 2014

Jan KULMA - "Dykteryjki przedśmiertne"

Książka przedstawiająca OBIEKTYWNIE, RZETELNIE, UCZCIWIE współczesną historię Polski i dlatego ją polecam jako ODTRUTKĘ zainfekowanym RUSOFOBIĄ, POLSKĄ MEGALOMANIĄ i KSENOFOBIĄ
Dżadża /ang. „jaja”/ zaczynają się już we wstępie: interwencja policji u autora-staruszka /rok 2006/ /str.8/
„Było doniesienie, że pan Jasio (!) chce popełnić samobójstwo”. Zaraz, zaraz – Joanna wybucha - co wy do tego macie ?. A on: „Wszyscy jesteśmy katolikami, a samobójstwo to grzech śmiertelny”. A więc to tak: mamy już w Polsce policję religijną, działającą zgodnie z Magisterium Kościoła Katolickiego. Dziwne, co ?”
Wielość dykteryjek powala i wskutek tego nie mam koncepcji jak pisać opinię, by nie pogubić „perełek”. Zacznę od cytatów, a potem pomyślimy o formie. Zaczynam smutno: / str.15/
„..Dziś nikt się nie wstydzi, że tylu rodaków jest bez pracy i że kiepsko im się żyje. Żyjemy w obcym, bezwstydnym kraju....”.
Rozdzialik 2 „Bić Żyda”, traktujący o antysemityzmie w przedwojennym harcerstwie kształtowanym przes NSZ, jak i w samym NSZ-ecie kończy trafna uwaga; /str.17/
„Lewica, gdy dorywa się do nadmiernej władzy, staje się grożna i nawet zbrodnicza. Jednak prawica nie tylko jest tak samo grożna i równie zbrodnicza, ale zaledwie dorwie się do władzy to juz marzy, aby gnać przez Błonia na krakowski Kazimierz i bić, bić bić Żyda !”.
Po ponurym początku czas na pogodę, a ona nadchodzi z pięknym wspomnieniem o Zofii Morawskiej, o księdzu Marylskim, w ogóle o Laskach w rozdziale 4 pt „Laski”.
Wielką wartość „Dykteryjek...” stanowią obiektywne stwierdzenia, bez ulegania obecnej propagandzie, nazywanej „political corectness”. I tak mamy stwierdzenie o Stalingradzie: /str.24/
„ ..’STALINGRAD’ stał się NADZIEJĄ całego świata. Taka była prawda, choć dziś - po latach - NIE WYPADA wspominać o tym mieście, bo przecież ten ohydny Stalin...”. /podk.moje/
Bardzo istotne jest przypomnienie reakcji świata na zbrodnię katyńską: /str.25/
„Gdy 13 kwietnia 1943 Niemcy pokazują na cały świat groby polskich oficerów, zamordowanych w 1940 przez Sowietów - cały antyhitlerowski swiat twardo mówi: „Nie z nami te numery, panie Brunner !”. Świat powtarza za Rządem Radzieckim: to Niemcy popełnili ten mord, a teraz chcą ohydnym oszczerstwem przerzucić swoją zbrodnię na Rosję. Nawet jeśli ktoś wiedział, kto mordował Polaków w Katyniu, to i tak by tego nie powiedział. SOWIECI od 1941 BYLI ALIANTAMI...” /podk.moje/
W tym rozdziale również o manifestacyjnym zachowaniu Rubinsteina, gdy dla Polski ZABRAKŁO MIEJSCA w ONZ: /str.26/
„..25 czerwca 1945 w San Francisco powołano do życia Organizację Narodow Zjednoczonych i wtedy 50 państw podpisało Kartę Narodów Zjednoczonych. Ale na tej uroczystości nie było flagi polskiej... ..Sytuację uratował Artur Rubinstein. Poprosili go, aby otworzył tę uroczystość, a on stanął przy fortepianie i powiedział: „Zagram hymn mojego narodu, który pierwszy chwycił za broń przeciwko złu, a którego flagi nie ma tu na Sali”. I zagrał „Jeszcze Polska nie zginęła”. I to jak zagrał !”.
Nie rozumiem użytego tu sformułowania „uratował”, bo niby co miał uratować ? Chyba raczej zaprotestował, czy też zademonstrował swoje oburzenie. Nim powstała ONZ, mieliśmy jednak Powstanie Warszawskie dyskutowane „ad usranem mortem”. Posłuchajmy trzeżwego głosu Kulmy, który uczestniczył w nim: /str.33/
„Więc to wszystko nie miało sensu ? Chyba nie miało.... ..załóżmy, że Powstanie wygraliśmy, że Niemcy uciekali z Warszawy, aż się za nimi kurzyło. No i co? Za kilka miesięcy, albo i wczesniej, weszliby Rosjanie i zrobili to samo, co zrobili w Wilnie. Czyli wcieliliby Polaków do Armii Kościuszkowskiej, a niepokornych wysłali na białe niedżwiedzie, najbardziej zaś opornych – rozstrzelali. Nie ma sensu doszukiwać się sensu w Powstaniu. Musiało być jako coś koniecznego...”
Nigdy nie mogłem zrozumieć irracjonalnego strachu przed „ruskimi”, wskutek którego uciekałem jako jednoroczny bobas z warszawskiej Saskiej Kępy do odległych ok.100 km, położonych w lasach - Bobrowiec koło Mszczonowa. O tym strachu pisze Kulma w 11 Rozdziale: /str.37/
„to całkiem niepojęte, ale bardziej baliśmy się Rosjan, niż Niemców, których poznaliśmy przecież z najgorszej strony. Bo jednak Niemcy to NASZA EUROPA, nasz świat. Prawda, że mordowali, ale oni nie kradli, nie gwałcili. Tak to czuliśmy i z lękiem czekaliśmy na tych ZE WSCHODU, NA TĘ DZICZ....” /podk.moje/
Z „ruskimi” przyszli Polacy /str.38/;
„...którzy przeżyli KATORGĘ na wschodzie i teraz wracali do ojczyzny. Ale tak już zostało na zawsze, że CI, CO PRZYSZLI jako armia ZE WSCHODU, TO GORSI POLACY. PRAWDZIWI POLACY WALCZYLI POD MONTE CASSINO! GŁUPI JESTEŚMY W NASZYCH ZAPIEKŁYCH UPRZEDZENIACH.” /podk.moje/
I AK-owiec Kulma, przedstawiciel polskiej inteligencji, pochodzący z „dobrej” rodziny, kończy rozdział słowami, które wyjąl z moich ust: /str.39/
„... kto dzisiaj mówi, że w roku 1945 wpadliśmy z deszczu pod rynnę i że Polska z okupacji niemieckiej dostała się pod jeszcze gorszą okupację sowiecką - to mówi NIEPRAWDĘ. NIE WYPADA TAK MÓWIĆ” /podk.moje/
90-letniego autora stać na rozbrajajacą szczerość i bezkompromisowość. Widzimy to w porównaniu Krakowa i Warszawy, które kończy stwierdzeniem : /str.45/
„Krakowianie nie przeżyli koszmaru wojny. Żyli sobie jak w raju. A generał Koniew ominął Kraków i całe miasto nie straciło ani jednego domu. Kraków nie brał udziału w wojnie. A po wojnie, w ramach nadrobienia tej wygodnej kolaboracji, okazywał swoją bojowość /nieco spóżnioną/, dzielnie manifestując antyradzieckość i antyreżimowość. Taki był krakowski patriotyzm. A Warszawa ? Cały jej wojowniczy patriotyzm wyczerpał się w czasie wojny i Powstania. Teraz CHCIAŁA ODBUDOWAĆ STOLICĘ I KRAJ....” /podk.moje/
Dolewa oliwy do ognia, kpiąc:
„Ale dziś należy chwalić patriotyzm krakowski. Krakowianie potrafili robić takie piękne protesty ! I POGROMY”. /podk.moje/
W 1945 Kulma podejmuje studia, i już mamy „perełkę: porównanie „i” z rachunku zespolonego /czyli pierwiastek kwadratowy z minus jeden/ z Akwinaty „est qui est, et quid est nescimus” /jest który jest, a czym jest nie wiemy/. Przyjemnie jest poczytać erudytę.
W rozdziale 18 autor opisuje przebieg rozmowy w 1949 z Andrzejewskim i podaje konkluzję jaką z niej wyciągnął: /str.54/
„Zrozumiałem, że JAŁOWA wrogość antyradziecka to strata życia i zostawienie Polski na pohybel. I choć wszyscy - łącznie z Kremlem panującym nad całym obozem - są przeciwko nam, to my musimy robić swoje. I to robić skutecznie! I żeby tym razem Polak był mądry przed szkodą”. /podk.moje/
Autor lubi czasem komuś łatkę przypiąć, a ja to z lubością wychwytuję; i tak mam, na str.70, mówiąc o kpt. Żytyńskim, kierowniku literackim DWP, dodaje:
„...wuj satyryka - pożal się Boże! - niejakiego Marcina Wolskiego..”. cha! cha!
Prztyczka też daje IPN-owi wykazując jego niewydolność w porównaniu ze służbami z 1953 r /str.72/;
„..współczuję panom pracującym w Instytucie Pamięci Narodowej. Bo ich pamięć kończy się na teczkach usbeckich, esbeckich i na Informacji Wojskowej. Oni muszą ślęczeć w pocie czoła nad faktami, które dla mojej informacji wojskowej były w zasięgu telefonu. A oni dzisiaj nie mogą nawet marzyć o tym, co moja informacja wojskowa mogła wyśledzić. IPN nigdy nie dotrze do tych prawdziwych agentów radzieckiej ambasady, i tajnych współpracowników KGB i GURU,.. i tajnych agentów sekretarza KC PZPR. No i przede wszystkim nikt dzisiaj nie dojdzie do tych najważniejszych tajnych wtyczek – osobistych wtyczek Bermana”.
Przykrą prawdę nam serwuje porównując sukcesy nasze w PRL-u z obecnymi” /str.73/
„Po wojnie nie sprzyjały nam warunki. Sprzedano nas pod kuratelę Moskwy i świat cały to zaklepał. Ale właśnie w tych kiepskich czasach był istny wysyp talentów sportowych. Ba, zrodziło się nam pokolenie ludzi utalentowanych. Teatr aż pękał od wielkich aktorów, reżyserów, scenografów. W filmie stworzyliśmy Polską Szkołę Kina. W plakacie byliśmy w czołówce świata.... ..Żal tylko, ze tak było wtedy, a skończyło się, kiedy Polska stała się wreszcie wolna. SMUTNE, ŻE TERAZ TEJ WOLNEJ POLSCE JAKOŚ ZABRAKŁO WIELKICH TALENTÓW. Choć płaci się za to krocie pieniędzy. Widocznie nie wszystko można kupić...”.
Po 1956, trochę lżej; Kulma przypomina dowcip z tego okresu /str.79/: Bar mleczny.
„Kto prosił ruskie?” „-Nikt nie prosił, same przyśli”.
I w tym rozdziale /27-ym/ pamięta o IPN-ie: „...Instytut PAMIĘCI Narodowej usiłuje zniszczyć całą PAMIĘĆ o naszym kraju”. /podk.moje/.
Lata 60-te Kulmowie robią „karierę”, co Joanna komentuje dwuwierszem: „Bo człowiek życie dać gotów/ za uznanie w oczach idiotów”.
I tak dotarliśmy do części epickiej, którą czyta się z równą przyjemnością i „na luzie”, a ja zmęczony wyławianiem „perełek” z dokumentowania dalszych połowów zrezygnowałem.

PS Poza opublikowaną recenzją dopisałem następujące uwagi:
W rozdziale 44 pt „Człowiekiem ona była”, poświęconym „stalinówce”, symbolowi zła, Wandzie Wasilewskiej, szczegółowo podaje, jak bardzo ona pomagała Polakom w repatriacji, mimo upływu, w wielu przypadkach, 150 lat od czasu zsyłki ich rodzin.
W rozdziale 61 pt „Prawdziwi Polacy”, sam tytuł definiuje o czym mowa. Zaczyna się oskarżaniem przez emigracyjnych, angielskich „prawdziwych polaków” /ja zawsze piszę małymi literami, bo to nie narodowość, lecz charakter/ elit intelektualnych w Kraju o „kolaborację z reżimem”, a kończy retorycznym pytaniem: /str.156/
„....uciekliśmy od Prawdziwych Polaków z Birmingham. A dokąd mamy dziś uciekać od Prawdziwych Polaków, od których teraz zaroiło się w kraju ?”
W rozdziale 64 pt „O roku ów”/1968/ cudowne koligacje. Kulmowie podpadli Kilańskiemu /mężowi Szaflarskiej, a wtedy z kolei Gałczyńskiej/. Pomoc znajdują u Lechickiej:/str.162/
„Bo Ania Lechicka, wzruszona naszą historią, opowiedziała wszystko mężowi, czyli Kuśniewiczowi, a Kuśniewicz urzęduje w redakcji „Literatury na świecie” i ma biurko koło Putramenta, który telefonuje do Kraśki, sekretarza KC....”
A ten jest wszechwładny.
Bardzo otrzeżwiający dla uprawiających kult Kolbego winien być fragment z rozdziału 66, gdzie Kulma wspomina tego antysemitę i faszystę: /str.164/
„Mnie odżyły wspomnienia z lat trzydziestych, kiedy kolega przyniósł do szkoły „Rycerzyka Niepokalanej”, a całe gimnazjum zbiegło się, aby zobaczyć tego głupca, co czyta PRAWICOWO-OENEROWSKA PRASĘ MAKSYMILIANA KOLBEGO...” /podk.moje/
Nie mogę pominąć też słynnego pytania Gierka kończącego ten rozdział /str.165/
„”Towarzysze pomożecie ?”. A wielotysięczny tłum odpowiedział „Pomożemy”. Dziś, po latach, kpi się z tego, wyśmiewa, ale wtedy była to ZAPOWIEDŻ nowej polszczyzny, NOWEGO UKŁADU WŁADZY ZE SPOŁECZEŃSTWEM....” /podk.moje/
W końcówce rozdziału 72 pt „Wielki Guru” tzn Adam SCHAFF, czytamy o tytułach tego Wielkiego Człowieka: doktor h.c. uniwersytetu w Paryżu, Wiedniu, Madrycie, Szef Europejskiego Ośrodka Nauk Społecznych w Wiedniu.
Na dalszych stronach dominuje część opisowa, tak, że ja odnotowuję dopiero b. ciekawy rozdzial 111 o Opus Dei /b.krytyczny/, jak również 112 pt „Jak Polak z Polakiem” o stosunkach na Litwie, kończący się słowami: /str.265/
„Dziwnie Polakowi rozmawiać z Polakami na Litwie. Dla większości z nich Litwini to mordercy w czasach Drugiej Wojny Światowej, a teraz okupanci naszych prapolskich ziem. I trudno tłumaczyć, że Wilno przez wieki było stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego, a dopiero w roku 1920 Żeligowski zrobił prawdziwy zajazd, czyli NAPAŚĆ i włączył Wilno do Polski.... ..Teraz Litwini żyją z Polakami jak pies z kotem. Obie strony stosują wobec siebie chwalebną zasadę: wet za wet, oko za oko, ząb za ząb.... ..i tylko smutek człowieka ogarnia, że w tej diabelskiej sprawie żywy udział bierze Kościół, bo na tym Pan Bóg żle wychodzi..”
Kulmę /i mnie/ najbardziej obchodzi Polska i dlatego też zakończę refleksją ze str.313:
„Taki rozlam w kraju to przykra rzecz. A tym bardziej głupia, że dzieje się w momencie, kiedy wreszcie uwolniliśmy się od półwiecznej zależności od bloku radzieckiego i kiedy sami o sobie możemy decydować. Niby jesteśmy sami, ale już nie sami, bo jedni sami przeciwko drugim samym...”