Thursday, 2 October 2014

David ALBAHARI - "Mamidło"

David ALBAHARI - “Mamidło”
Serbski Żyd czy też Serb pochodzenia żydowskiego, w każdym przypadku jedno jest pewne, że łączy mnie z nim obywatelstwo kanadyjskie. Istotne to jest, bo obaj odczuwamy, że w Kanadzie /str.8/ „każdy jest imigrantem” czy też, że /str.16/ zwykły domek: „który według kanadyjskich norm był prawdziwym domem,... ..według kryteriów europejskich, biorąc pod uwagę materiał użyty na budowę, można go było nazwać jedynie barakiem..”.
Autor przyjął konwencję konfrontacji pogladów wiecznego imigranta – Narratrora i Donalda, wyzbytego jakichkolwiek korzeni. Już imię Donald symbolizuje amerykańskość. Przeczytajmy fragment /str.64/:
„Donald by pokręcił głową. Wy, Europejczycy, zawsze myślicie, że życie jest czymś więcej niż to, co widać, powiedziałby, że za każdym lustrem istnieje paralelny świat. Nie, odparłbym na to, my wierzymy tylko, że nie każda powierzchnia jest przezroczysta i że czasem trzeba za nią zajrzeć, by wiedzieć, co kryje się w głębi... ..Amerykanin zawsze jest w pojedynkę, zawsze sam, uważał Donald, a Europejczyk, zwłaszcza jesli pochodzi z Europy Wschodniej, zawsze stanowi tylko cząstkę masy..”
Narrator zdenerwował się i miał chęć wyjaśnić Donaldowi...
„... niektóre sprawy: pyszałkowatość Amerykanów na przykład i dojrzałość Europejczyków, realność naszej historii i patetyczność ich istnienia w nieustającej terazniejszości, nasze poczucie pełni oraz ich fragmentaryczność, gotowość Amerykanów, by brać, i naszą chęć dawania..”
Nasza historia to „krew, pot i łzy”, czego nie może pojąć Donald../str.74/
„..dla którego krew stała się realna dopiero wtedy, gdy odkryto, ze przenosi aids, i któremu pot kojarzy się z siłownią, a łzy z operami mydlanymi w telewizji. Chciałem być sarkastyczny, czemu nie, i mam nadzieję, że tak właśnie moje słowa odebrał Donald...”.
Wszystko się dzieje w atmosferze wywołanej przesłuchiwaniem taśm z nagranym głosem matki narratora, zmarłej wiele lat temu, która uważała za najważniejsze posiadanie własnej tożsamości. Tymczasem...../str.84/
„Donald uważa, że człowiek pozbawiony korzeni to coś wspaniałego, ponieważ brak korzeni daje całkowitą woność, co w dalszej perspektywie związane jest z podstawowym amerykańskim mitem przemieszczania się bez granic. Chodzi oczywiscie o mit osadników, a nie o prastarą wiarę amerykańskich Indian. Donald może tak myśleć, bo nigdy nie miał żadnych korzeni. On nie wie, co to znaczy mieć swoje miejsce, wiedzieć, że to miejsce jest tylko twoje, wracać do niego albo opuścić je na zawsze. Nawet nie próbowałem mu tego powiedzieć....”
Różnica poglądów przechodzi w spór ideologiczny: /str.98/
„W większości przypadków, powiedziałem, i tak nie żyjesz, jak sam chcesz, ale jak chce ktoś inny. W dyktaturze mniejszość ma władzę nad większością, powiedziałem, w demokracji większość rządzi mniejszością, ale wszędzie są tacy, którzy muszą żyć tak, jakby nie chcieli. Donald powiedział, że system totalitarny zrobił mi pranie mózgu i straciłem poczucie jakiegokolwiek systemu wartości, a ja odparowałem, że pozorna sprawiedliwość demokracji wytworzyła w nim system wartości pozornych... ...Ja zawsze będę z Europy, on zawsze z Ameryki Północnej, i nic tu się nie da zmienić, na zawsze pozostaniemy różni jak dzień i noc...”.
W praktyce jest o wiele gorzej, co wiem po 25 latach mieszkania w Kanadzie, bo my jesteśmy dla nich ofiarami komunizmu i zasługujemy na współczucie. Wszelkie próby zaprzeczania skazane są na niepowodzenie, a twierdzenie, że z upokorzeniem spotkałem się DOPIERO w Kanadzie jest niesłyszane bądż uważane za kłamstwo.
Narrator, wskutek emigracji, dojrzał i dlatego wsłuchuje się w głos matki dopiero teraz. A matka /str.88/
„...podśmiewywała się z ludzi, którzy wyobrażali sobie życie jako mniejszy bądż większy wybór możliwości, uwarunkowany ciągiem możliwosci poprzedzających...”
Na pytanie o szczęście odpowiadała: /str.91,94/
„Szczęście to przyzwyczajenie..... ...Kiedy dokonasz wyboru, wszystko znika, jakby zmiecione jednym ruchem ręki. Kiedy się zdecydujesz, to jest szczęście. U nas ludzie nigdy nie posiedli tej umiejętności i na zawsze pozostali niezdecydowani.. ..Zawsze im się wydawało, że jedno jest atrakcyjniejsze od drugiego, zwłaszcza to, co już nie było dla nich dostępne...”.
Odnotujmy jeszcze stwierdzenie Donalda /str.173/:
„Ktoś kto w Ameryce Północnej nie wierzy w wielkość, ten nie ma tu czego szukać”
I czas na podsumowanie. Autor powtarza jak mantrę, że nie umie pisać. I JEST TO PRAWDA. Ja doczytałem do końca, bo tak jak Narrator jestem wiecznym imigrantem w Kanadzie i podobnie jak on jestem mocno zakorzeniony w kulturze moich przodków. Jeśli chodzi o wątek matki, to w trakcie lektury nasuwa się porównanie z Różewicza „Matka odchodzi”; różnica polega na tym, że RÓŻEWICZ UMIE PISAĆ.