Sunday, 28 December 2014

Szczepan TWARDOCH - "Wieczny Grunwald"

Szczepan TWARDOCH - “Wieczny Grunwald”
Nie stać mnie na spokojną, obiektywną ocenę, bo pozostaję pod wrażeniem dopiero co przeczytanej „Morfiny”, ale na to nic nie poradzę.
Niestety, już od pierwszych stron autor narzuca mnie grę, w ktorą nie mam ochoty się bawić tj dokazywanki językowe. Akceptuję pseudogwarę, trudniej basterta zamiast bastarda bądż bękarta, usiłuję domyśleć się co znaczy aantropiczny /przyjmuję, że odczłowieczony/, znajduję w słowniku, że destrier to „rumak, koń bojowy.. ..prowadzony prawą ręką, stąd nazwa”, a wekiera to rodzaj maczugi, ale ostrzegam, że już jeden autor tak ze mną pogrywał, ECO się zwał, i skończyło się pałą /za „Imię róży”/. Bowiem LUBIĘ NADE WSZYTKO ROZUMIEĆ CO CZYTAM.
„Wieczny Grunwald” /2010/ jest moralitetem. Np
„Wielu z was wyobraża sobie zabijanie i umieranie jako wyjątkowe sprawy. A ja wiem, że w tym nie ma nic wyjątkowego, umieranie jest jak oddychanie, chodzenie, jak picie i żarcie, i sranie, jak kopulacja i jak lektura książek. Normalnie, umiera się. Śmierć nie jest niczym wyjątkowym. Można umierać ładnie i brzydko, to jasne, tak jak można mieć dobre i złe maniery przy stole. A wy nie potraficie nawet zabić zwierzęcia, które potem jecie, zamykacie całe to zabijanie do fabryk i udajecie, że go nie ma. Co jest, wierzcie mi, wyjątkowo żałosne. Te wasze płacze, że ktoś zabił pieska, podczas gdy świnie zabijacie w fabrykach, a potem żrecie ich mięso. I jeszcze to gadanie, że w fabrykach to zabijanie jest humanitarne. Co mnie jeszcze więcej dziwi, bo z kolei fabryczne zabijanie ludzi uważacie za niehumanitarne. Spalić człowieka na śmierć bombą atomową albo fosforową jest humanitarnie, a zagazować go w fabryce śmierci niehumanitarnie. Chociaż może mniej boli? No nie wiadomo, póki się nie sprawdzi, a dwóch śmierci wam nie dano....”
Ale przede wszystkim to popis intelektualny autora ułatwiony przyjętą konwencją: „ponadczasowy” bohater-komentator może kojarzyć fakty i wydarzenia z przeróżnych miejsc i czasów. Więc ponownie Twardoch wygrywa w boju o FORMĘ
Nie rozumiem natomiast całej ogólnopolskiej krytyki, która eksponuje Twardocha „ślązactwo”, a problematykę dzieła. /bo niewątpliwie „Wieczny Grunwald” na to miano zasługuje/ sprowadza do relacji polsko-niemieckich. Dla mnie te relacje, jak i odmienności w mentalności dwóch wielkich narodów, są TYLKO ŚRODKIEM DO WYRAŻANIA WARTOŚCI HUMANISTYCZNYCH wyznawanych przez Twardocha. Choćby wielokrotne odwoływanie się do starożytności, jak i do współczesnej Ameryki podważa sens takiego ograniczania tematyki książki. O mojej racji świadczy fragment monologu bohatera:
„Ale potem, w przezwiecznym umieraniu: tak, zabijałem i dzieci. Albowiem lwy zabijają swoje młode i świat nad tym nie płacze.
Albowiem Herod kazał wymordować młodzianków, a słońce i tak wzeszło następnego dnia.
Albowiem Juliusz Cezar siekł galijskie dzieci, aby nie wyrosły na dorosłych Galów, którzy tak łatwo siec się już nie pozwolą, a potem dzieci w dobrych szkołach uczyły się na pamięć „Wojny galijskiej” po łacinie. Gallia est omnis divisa in partes tres, miriady razy dziecięcymi usty powtórzone, w miriadach wątków i czasów.
Albowiem w Babim Jarze zabijano dzieci, a w tej samej chwili mieszkańcy Berlina i Waszyngtonu dolewali sobie śmietanki do kawy. Nie, dziękuję, bez cukru.
Albowiem w palonej amerykańskim napalmem sowieckiej Warszawie dzieci płonęły jak wietnamskie pochodnie, a mieszkańcy Sztokholmu oglądali to w telewizji, gryząc czipsy.
Albowiem dziewczynki Paryża, Lyonu i Marsylii, dziewczynki, których łona były jeszcze bezwłose, gwałcili angielscy Gurkhowie, a w tym czasie w Mediolanie Włosi otwierali gazety na dziale sportowym, żeby sprawdzić wyniki meczu AC Milan z Lazio. Trzy jeden.
Albowiem berlińskich chłopców, trzy – i czterolatków topiono w zalanych kanałach metra, a w Polsce marszałek Piłsudski pił piwo i grał w karty z Wandeczką, bo też co miał robić?
Albowiem warszawskich chłopców, trzy – i czterolatków topiono w Wiśle i palono sowieckim fosforem, a w Moskwie marszałek Stalin pił gruzińskie saperavi.
Albowiem pewien neandertalczyk, którego imienia nie potrafię zapisać głoskami żadnego z ludzkich języków, widział jak rosły rudowłosy kromaniończyk zabił neandertalskie szczenię, nabijając je na włócznię o rogowym ostrzu. Nabite na włócznię zaniósł do swojej jaskini, tam wypatroszył je i pożarł, opaliwszy nad ogniskiem. Opowiedział mi o tym w naszym przezwiecznym mrzeniu ojciec wypatroszonego i nie rozumiał on mrzenia tak samo,
jak ja go nie rozumiem i jak wy zrozumieć nie możecie....”
W dodatku, sam Twardoch tłumaczy wybór tytułu:
„A z wszystkich wątków historii najbardziej upodobałem sobie Przezwieczny Grunwald/Ewiger Tannenberg, bo tam zabijanie nigdy nie skryło się w cieniu, jak u was, HIPOKRYCI. W Wiecznym Grunwaldzie po to jest cywilizacja, państwo, po to są ludzie, aby zabijać wrogów”. /podk.moje/
Znowu, czuję się w obowiązku /skoro inni tego nie robią/ powtarzać jak mantrę, trzy słowa wszechobecne w twórczości Twardocha, które nadają lekturze lekkość; są to IRONIA, SATYRA, GROTESKA, a najlepszym ich przykładem jest alternatywna historia z polsko-niemieckim pułkiem Waffen-SS WENEDIA na czele i końcem sturmkierownika Trzebińskiego.
Na koniec historii naszego bohatera Paszka przytoczmy motyw przewodni książki, podany przez autora na 177,1;
„A potem się zbudzili jesmy, nadzy, przerażeni i smutni, bo gdaż nas zbudzono, to już wszystko wiedzieli jesmy i rozumieli jesmy, my, wszyscy Paszkowie, którzy byli jesmy i którzy być mogli jesmy, zlani w Paszka jednego, we Wszechpaszka, przezwiecznie umierającego miliony przezwiecznych umierań w milionach wątków Historii – iluzji, tego stosu PASTISZÓW i PARODII istnych światowań”. /podk.moje/
Miłej lektury, ale proszę przygotować słownik, aby słowa jak „harnusz” dobrze zrozumieć. Bo znaczenie słowa „rząpie” /penis/ wynika z kontekstu