Saturday, 27 December 2014

Szczepan TWARDOCH - "Morfina"

Szczepan TWARDOCH - “Morfina”
Ta lektura ma zdecydować o moim, dotąd ambiwalentnym, stosunku do twórczości Twardocha, więc mimo przerażajacej mnie objętości, bo prawie 600 stron, przykładam się solidnie do tej lektury. Muszę powiedzieć, że mój wiek /71/ powoduje, że wolę formy krótsze, skondensowane, dające jednocześnie dużo do myślenia, jak ostatnio recenzowana przeze mnie „Nieśmiertelność” Szczeklika.
No i stało się. Mało tego, że z zapałem dojechałem do końca, to przejrzałem wiekszość recenzji, które są obfite i jest ich mrowie. Wobec tego piszę dla Państwa najkrótszą z możliwych.
1. ARCYDZIEŁO. Nie obniżajmy jego wartości odwołując się do przeróżnych wzorów, bo tak można zniszczyć każde dzieło. Odczepcie się wszyscy z tym Littellem, jak i Witkacym czy Gombrowiczem.
2. BOHATER to ANTYBOHATER, w dodatku ŚMIEĆ. Nie jakiś bon vivant, utracjusz, słaby mężczyzna ulegający silnym kobietom, konformista, człowiek pozbawiony skrupułów, rozdarty wewnętrznie Dorian Grey, cynik, konformista, łajdak, chory narkoman etc, ale po prostu pozbawiony jakichkolwiek zasad moralnych ŚMIEĆ. Świadczą o tym fakty przedstawione m.in. na stronie 211: gdy donosi na kolegów już w szkole; na stronie 66: gdy żona jest w ciąży; na str 248 gdy kradnie pieniądze „podziemnej” organizacji czy też na stronie 190: gdy mówi o związanej z nim kiedyś kobiecie do obecnego jej partnera „Jak ci smakują ochłapy po mnie?”
3. INTERESUJĄCA FORMA, która się świetnie sprawdziła. Trzy sposoby opowieści: w pierwszej i trzeciej osobie bohatera /antybohatera/ oraz CZARNEJ DAMY, która relacjonuje nie tylko przeszłość i terażniejszość, lecz wybiega też daleko w przyszłość.
4. KIM JEST CZARNA DAMA? Wielość koncepcji recenzentów powala, a ja nie widzę potrzeby jej dookreślenia. Zdradzę, że ja, tak dla siebie, odbieram ją za rodzaj opiekuńczego Anioła Stróża płci żeńskiej, wszechobecnego w swoich wielokrotnościach. /por.str.284 - „a ja, któraś ze mnie...”/, bądż też za Mojry przędzące nić żywota.
5. IRONIA, SATYRA, GROTESKA to cechy widoczne już w poprzednich utworach Twardocha, a tu są wg mnie wszechobecne. Poruszamy się bowiem, tym razem, nie w „historii alternatywnej”, lecz rzeczywistej i to wiarygodnie przedstawionej, a to sprzyja jej ośmieszaniu. Najprostszy przykład /str.238/ szef konspiracji zbrojnej myli pseudonim jaki przed chwilą nadał zaprzysiężonemu, a ten, parę stron wcześniej najpierw traci powierzoną mu przesyłkę, a potem zapomina hasło. A jakże trafne stwierdzenie na str.365:
„...nienawiść Peszkowskiego.. ..do piłsudczyków, sanatorów i tym podobnych świń, którzy od zamachu majowego rozsiedli się tłustymi, masońskimi dupami na Polsce... ..Peszkowski wstaje znad herbaty i serwety, ściskają sobie ręce, ENDECKI PAŁKARZ i SANACYJNA ŚWINIA, Polak z Polakiem, i już się rozchodzą...” /podk.moje/
Ale też mamy czysty humor z tworzonych mitów; np str.295:
„...lotnik! I tak pikował, tak pikował, że skrzydłem zrzucił ojcu czapkę..”.
BRAWO TWARDOCH !!! A Państwu życzę SAMODZIELNEGO, odważnego odbioru, bez zwracania uwagi na interpretacje recenzentów.