Tuesday, 23 December 2014

Józef HEN - "Pingpongista"

Józef HEN - “Pingpongista”
To następna książka nawiązująca do Jedwabnego. Hen w momencie publikacji tej książki ma 85 lat i to właśnie jego wiek powoduje, że, jak czytamy na okładce:
„Mimo obciążającej sumienia tragicznej pamięci książka Józefa Hena zwrócona jest ku przyszłości, ku zieleni życia, ku pogodzie i uczuciom, zarysowanym w sposób delikatny i nie bez humoru. „Czego tu szukasz?” pyta Mike’a jego nowy przyjaciel. „Zwyczajności” brzmi odpowiedż”.
Tylko, czy w kraju gdzie „niemowlę ssie antysemityzm już z mlekiem matki”, gdzie zaprzecza się semickiemu pochodzeniu Matki Boskiej, bo jak to Królowa Polski miałaby być Żydówką, gdzie odradza się ruch nacjonalistyczny nawiązujący do książkowego Narodowego Hufca Patriotycznego, możliwa jest „normalność” ?
To jest tylko i wyłącznie, użyte przez autora, /str.132/ „wishful thinking”. Niczym nieuzasadnione „pobożne życzenie”, bo popatrzmy na słowa „skruszonego” księdza Ziemowita: /str.205/
„...Polska dla Polaków, Naród, Katolicyzm - proszę bardzo. Byliśmy rasistami, nie ma dwóch zdań, chociaż ja, tak sobie pochlebiam, do końca nie zdawałem sobie z tego sprawy. Może nie wiesz, że pobito kiedyś księdza, bo był pochodzenia żydowskiego. Więc nie o wartości chrześcijańskie szło. To pobicie powinno mi dać do myślenia. Ale nie dało. Byłem jak wszyscy...”
NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO, tylko księdza Tadeusza Pudra /1908-45/, rektora w Kościele św. Jacka, spoliczkownego 3.07.1938 r. w drodze na ambonę przez „gorliwego” Polaka z towarzyszącym okrzykiem „TO JEST ŻYD”, zastąpił ks. Romuald Weksler-Waszkinel /ur.1943/, w dodatku nieświadom swego żydowskiego pochodzenia do wieku dojrzałego, który przez „wiernych” został zmuszony do opuszczenia Polski i pracuje w Izraelu. c.b.d.o.
Powyższe, to marzenia starego polskiego pisarza o pochodzeniu żydowskim /prawdz. Jozef Henryk Cukier/, ale gorzej, że popełnia on poważny błąd. Bo choć ideologicznie obciąża i to wielokrotnie tzw Narodowy Hufiec Patriotyczny, to PRAKTYCZNIE ZWALA CAŁE ZŁO NA RODZINĘ BUTRYMÓW. Nie wiem, czy tak chciał, ale tak wyszło. W każdym razie ja tak to odebrałem i zmuszony zostałem do postawienia sobie pytania: CZY BEZ BUTRYMÓW DOSZŁOBY DO TEJ ZBRODNI ?
Sądzę, że tak, ale autor nie dał wyrażnej odpowiedzi.
Przeczytałem omawianą książkę w przerwie zmagania się ze „Sternbergiem” Twardocha i uświadomiłem sobie, ile ten ostatni musi jeszcze się nauczyć od starych mistrzów, bo oni nie nużą