Friday, 19 December 2014

Marshall BERMAN - "Przygody z marksizmem"

Marshall BERMAN - “Przygody z marksizmem”
Marshall Berman /1940-2013/ pozbierał swoje publikacje pisane w różnym czasie i dla różnych zleceniodawców, i sklecił z tego książkę. W polskim wydaniu słowem wstępnym opatrzyła ją Agata Bielik-Robson /ur.1966/, ponoć żona publicysty Cezarego Michalskiego /ur.1963/.
Michalskiego lubię za wstępy do dzieł Stanisława Brzozowskiego i Miłosza „Człowieka wśród skorpionów”, a najbardziej za stwierdzenie opublikowane w TP 40/2012 o polskiej wolności:
„..wolność.. ..prowadzi do naszego natychmiastowego zdziecinnienia, czego przykładem była zarówno „mocarstwowość” II RP, tak też współczesna nam „posmoleńska tromtadracja”, reprodukująca XIX-wieczne rytuały patriotyczne, w sytuacji tak bardzo odmiennej, że to naśladownictwo staje się już tylko uciążliwą groteską.”
Agatę Bielik-Robson lubię za „Romantyzm, niedokończony projekt. Eseje”, ale i wywiad, jaki udzieliła witrynie Dziennik.pl, /2009.02.21/, w którym m.in. stwierdziła:
„Stany Zjednoczone produkują tysiące książek, z których wielka część, przynajmniej w domenie humanistycznej, jest niewiele warta”.
A ona, jako zdolna osoba, jest w stanie napisać długie, górnolotne, erudycyjne słowo wstępne do KAŻDEJ z nich.
Uwaga! Logiczny wywód trwa.
Zanim wziąłem omawianą książkę do ręki, poczytałem trochę o Bermanie i dwukrotnie przeczytałem wywiad jakiego udzielił Michałowi Sutowskiemu z „Krytyki Politycznej” /13.04.2012/, w którym podziwiałem jego szokującą pewność siebie, którą zwykłem nazywać żydowską chucpą. Przyjrzyjmy się fragmentowi:
„Pamiętam, że już po lekturze Marksa, na studiach przeczytałem książkę George Elliot – to pseudonim Mary Anne Evans, wiktoriańskiej pisarki z drugiej połowy XIX wieku. Powieść nazywała sięMiddlemarch i opowiadała o niewielkim, fikcyjnym miasteczku na prowincji angielskiej w początkach lat 30. XIX wieku. Byłem zszokowany, w jak wielkim stopniu jej obraz świata odpowiada założeniom Marksowskim – nie wiem, czy Elliot czytała Marksa, mogła go znać pośrednio poprzez męża, filozofa George’a Henry Lewesa, który jeśli nie znał Marksa osobiście, to musiał czytać jego prace..”
Musiał, albo nie musiał, ale na pewno jest to wodolejstwo wsparte epatowaniem czytelnika swoją WSZECHWIEDZĄ. Również w tym wywiadzie Berman jedzie na swoim „koniku” tj łączeniu w swoich rozważaniach myśli Marksa z przesłaniem płynącym z „Śmierci komiwojażera” Artura Millera.
Poczytałem dostępne recenzje tego „dzieła”, i nie znalazłem nic istotnego wykraczającego poza gloryfikacje autorstwa Bielik-Robson.
Berman, jako 19-letni student Columbia University miał ponoć odkryć rękopisy Marksa z 1844 roku, ktore zainspirowały go do poświęcenia życia tej tematyce. Wg książki pierwszym jego poważnym rozmówcą był Jacob Taubes /1923-1987/, który opowiedział mu dowcip:
„Kapitalizm to wyzysk człowieka przez człowieka. W komunizmie jest na odwrót”
Cha, cha! Ale dobre, nie?
Muszę podważyć wiarygodność tej książki już po przeczytaniu pierwszych stron, bo te „rękopisy” były wydane w Niemczech w 1932 r., czyli 8 lat przed narodzinami Bermana, a Taubes, do ktorego młodziutki Berman zwraca się per Jacob, urodził się w 1923 r, a nie jak on podaje w 1927, a więc był starszy AŻ o 17 lat. Uzupełnijmy „rewelacje” Bermana o „rękopisach” notką z Wikipedii: Marks....
„W 1844 stworzył Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne, którymi rozpoczyna swoją krytykę ekonomii politycznej i filozofii heglowskiej. Rozwijał w nich również teorię humanizmu socjalistycznego”.
Jest to tzw „wczesny Marks”, omawiany szczegółowo przez wielu profesjonalistów, m.in. przez Kołakowskiego. Zobaczmy co szczególnie interesuje Bermana w tych tekstach:
„Marks w jesz¬cze inny szcze¬gól¬ny spo¬sób trak¬tu¬je seks i uj¬mu¬je go jako sym¬bol cze¬goś więk¬sze-go. Kie¬dy ro¬bot¬ni¬cy są wy¬alie¬no¬wa¬ni ze swo¬jej wła¬snej ak¬tyw¬no¬ści w wy¬ko¬ny¬wa¬nej pra¬cy, ich ży-cie sek¬su¬al¬ne sta¬je się ob¬se¬syj¬ną for¬mą kom¬pen¬sa¬cji. Pró¬bu¬ją więc zre¬ali¬zo¬wać się przez de¬spe¬rac-kie „je¬dze¬nie, pi¬cie i pło¬dze¬nie” oraz „miesz¬ka¬nie, ubie¬ra¬nie się”. Jed¬nak de¬spe¬ra¬cja spra¬wia, że przy¬jem¬no¬ści cie¬le¬sne przy¬no¬szą mniej ra¬do¬ści, niż¬by mo¬gły, po¬nie¬waż przy¬kła¬da się do nich więk-szą wagę psy¬chicz¬ną, niż mogą udźwi¬gnąć”.
Dalej jest gorzej. Berman pisze banialuki o „marksistowskim humanizmie” w oderwaniu od rzeczywistości, bo choć wspomina o roku 1956 na Węgrzech, jak również o ideach Sartre’a czy Gorbaczowa, to nie uwzględnia weryfikacji poglądów Marksa przez życie. Dla nas, ze strefy wpływów sowieckich to bajdurzenie pijanego dziecka we mgle.
Resztę książki przekartkowałem z mniejszą lub z większą uwagą. Z większą - eseje o Lukacs-ie, Bablu i Benjaminie /1892-1940/, wzorcu dla Bermana i konczę refleksją, może błędną, ale na pewno własną: STRACONY CZAS.