Thursday, 22 January 2015

Magdalena SAMOZWANIEC - "Zalotnica niebieska"

Magdalena SAMOZWANIEC - „Zalotnica niebieska”

Czyli rzecz o rodzonej siostrze Lilce tj Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej /1891-1945/, ale i o całej rodzinie Kossaków, o braciach bliżniakach Wojciechu i Tadeuszu, o córce tego ostatniego Zosi tj pisarce Zofii Kossak-Szczuckiej i innych ciekawych postaciach, ale przede wszystkim o poezji tak efektywnie uprawianej przez Lilkę, już od wczesnego dzieciństwa.

Pięćdziesiąt lat temu zachwycałem się „Marią i Magdaleną”, a dzisiaj tym jej rozbudowaniem i uzupełnieniem. Samozwaniec /1894-1972/ pisała omawianą książkę pod koniec życia tzn wtedy, gdy idealizujemy wspomnienia z przeszłości, a zżymamy się i krytykujemy terażniejszość, bo po prostu tęsknimy za własną młodością. Również apoteozujemy tych bliskich, którzy znacznie wcześniej odeszli, bo czas nam w tym pomaga. Dlatego też wyczuwam dużą różnicę między „Marią i Magdaleną” /wyd. 1956/, w której dominuje dowcip i ironia, a „Zalotnicą niebieską” /wyd. pośmiertne, 1973/ nasyconą poezją i sentymentalizmem. Mógłby ktoś powiedzieć, że i tu jest ironia, i miałby rację, bo jest, lecz to zasługa nieodłącznego stylu Samozwaniec, słynnego choćby z powieści brydżowej „Maleńkie karo karmiła mi żona”.

Ale dobrze się stało, bo jestem przekonany, że większość czytelników tej książki, sięgnie po tamtą, no i vice versa. Bo epoka i „skamandryckie” towarzystwo gwarantują atrakcyjność lektury.

Dodatkową wartość stanowią wiersze poetki, które chcąc, nie chcąc, uczciwie przeczytałem, a po które pewnikiem bym nie sięgnął, jako że z zasady poezji unikam.

Życie i trzy małżeństwa poetki to jedno, a cenne, cięte, często cyniczne uwagi autorki to drugie, które mnie, starego satyra, szczególnie cieszą, jak chociażby o wierności małżeńskiej naszych babć: /str.68/

„Zrażone do igraszek miłosnych pierwszą nocą poślubną z niekochanym facetem, często pozostawały mu wierne do końca życia..”.

Czy też o patriotyzmie pierwszego męża Lilki - Bzowskiego /i nie tylko jego/: /str.77/

„Władek od czasu do czasu staje przed komisją wojskową, udaje wciąż chorego, aby tylko nie iść na front, Jak wielu austriackich oficerów, ma w wielkiej pogardzie Legiony i pragnie tylko siedzieć sobie spokojnie na własnej d... „.
Żeby wszystko było klarowne, to mowa o „legendarnych” legionach Piłsudskiego.

No i jeszcze jeden znakomity pomysł: autentyczne listy z tamtej epoki tj sprzed ca 100 lat. Genialny styl, składnia i wyrażenia!!! Np /str.76/

„...Jestem pogrążona w speszeniu że Momo ma jakąś chorość..”

A i nauka jak żonie miłość listownie wyznawać. Pawlikowski pisze: /str. 110/

„Z każdym dniem, z każdym nowym przeżyciem, z każdym Twoim słowem uczę się Ciebie coraz lepiej. Zdaje mi się, Najdroższa, że Cię przez całe życie będę poznawał, a wraz z Tobą moją własną duszę, która przecież już niczym nie jest, jak jedną miłością Ciebie.....”.

Nie można nie zauważyć też drwiny autorki z odwiecznej obłudy Kościoła, który udziela rozwodów, śmiesznie nazywając to unieważnieniem małżeństwa, na podstawie lipnego oświadczenia jakoby np. pięcioletnie pożycie z jurnym ułanem Bzowskim zostało „non consummatum” /str,117/

„....Nieoceniony kochający Tatko działa... ..wydaje na ten cel mnóstwo pieniędzy, i gdyby nie on, ta zakochana para nigdy by się nie doczekała rozwodu kościelnego. Rozwody istniały wówczas tylko dla ludzi, którzy mogli rozporządzać dużymi sumami pieniężnymi i mieli znajomości wśród kleru... ..Lilka musiała udawać dziewicę...”

A w ogóle znowu za dużo gadam psując Państwu obowiązkową lekturę, obowiązkową choćby ze względu na liczne wiersze poetki, na których się nie znam, lecz brzmią bosko i dlatego książka nie może dostać mniej gwiazdek niż 10.!!