Saturday, 3 January 2015

Jan HARTMAN - "Głupie pytania. Krótki kurs filozofii"


Jan HARTMAN - “Głupie pytania”
Prof. Zbigniew Mikołejko na stronie wyborcza.pl pisze:
„O takich jak Jan Hartman mówiono kiedyś l'enfant terrible, straszny bachor. Knąbrny i niewygodny, nieraz bezczelnie rozstawiający po kątach. Suwerenny i niezależny. W swoim myśleniu najszczerzej inny od nakazów obiegowej, tandetnej wiary, czy zwyczajów tej albo innej "wsi spokojnej". Także filozoficznej. Tacy jak on są potrzebni jak tlen naszej kulturze: ospałej i zadowolonej z siebie, na powierzchni której królują niemrawe zbiorowe atawizmy i przymus poprawności, a we wnętrzu kotłuje się barbarzyństwo i głupota”

Sam Hartman /ur.1967, polski uczony, prof.zw.,dr hab., absolwent KUL-u, Żyd/ zauważa:
„Myśli przychodzą i odchodzą, potem przychodzą znowu i znowu odchodzą, a życie toczy się, jakby ich wcale nie było. Życie przecież nie jest myśleniem. Myślenie jest raczej przerwą w życiu niż jego integralną częścią” .
Przykro mnie, ale moim zdaniem jest czasem odwrotnie tzn, że myślenie jest integralną częścią życia tych NIELICZNYCH /wg św. Augustyna/, którzy zostali obdarowani łaską rozumu.
Autor podjął niezwykle trudną i ryzykowną próbę przedstawienia uargumentowanych odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, nurtujące ludzi „od zawsze”, w sposób zrozumiały dla szarego człowieka, nieprofesjonalisty. I już za ten trud należy mu się chwała!!!
Jak można się było spodziewać zaczyna od zasadniczego pytania: CZY ISTNIEJE BÓG? I zaczynają się schody, bo: /32/
„nie bardzo.. ..wiadomo, o co pytamy, pytając o istnienie Boga..”
Wydaje się konieczne doprecyzowanie podmiotu pytania, bo nie wiemy /27/
„co należy rozumieć pod pojęciem Boga albo co znaczy słowo „Bóg”....”
No i Hartman przedstawia nam - laikom, całą historię MYŚLI LUDZKIEJ na ten temat, w sposób cudownie przejrzysty, kompletny i maksymalnie skondensowany. Radzę Państwu pójść w moje ślady i przestudiować ten rozdział trzykrotnie, bo bez wątpienia jest najważniejszy.
Autor konkluduje: /59/

„Zdanie „Bóg nie istnieje” jest semantycznie kalekie i paradoksalne, więc trudno byłoby podać je jako konkluzję naszych analiz. Możemy natomiast powiedzieć tyle, że pojęcie Boga jest wieloznaczne, a sens zdania „Bóg istnieje” (a więc nie tylko zdania „Bóg nie istnieje”) jest wysoce problematyczny, a w konsekwencji problematyczna jest również SENSOWNOŚĆ SAMEGO PYTANIA o istnienie Boga....”./podk.moje/

Drugie pytanie to: CO BĘDZIE PO ŚMIERCI ? Hartman udowadnia, że jesteśmy poniekąd nieśmiertelni. Aby zrozumieć jego wywód konieczne jest przyswojenie: /87/ „czujnie egzystującego ja /czy DASEIN - jak brzmi słynny termin Heideggera/”. Dodajmy, że to również „konik” ks. Tischnera, i właśnie w celu oswojenia się z tym pojęciem radzę mego „guru” poczytać Na obecną chwilę podaję z Wikipedii:
„Dasein (niem. dasein - dosł. tu-bycie) – w filozofii Heideggera: fenomen w znaczeniu zwykłym tzn. sposób ujawniania się rzeczy (byt). Obok Dasein, Heidegger mówi o fenomenie w sensie ścisłym tzn. o byciu (sein - zasadzie istnienia przedmiotu). Powołaniem człowieka jest rozumienie swojego bycia; w ten sposób transcenduje (wykracza poza) swój byt”.
Drugim pojęcie niezbędnym do przyswojenia wywodu Hartmana są „leibnizowskie monady”, których definicję, w celu ułatwienia lektury, podaję również za Wikipedią:
„Monady – byty duchowe; nie mają charakteru czasowego (nie mogą powstawać w sposób naturalny drogą złożenia ani rozkładać się, ale mogą być w jednej chwili w całości unicestwione lub stworzone) ani przestrzennego.
"Tam zaś, gdzie nie ma części, nie jest możliwa ani rozciągłość, ani kształt, ani podzielność. Monady te są tedy właściwymi atomami natury i jednym słowem pierwiastkami rzeczy." (G. W. Leibniz, Monadologia, , teza nr 3.)”.
A ponad wszystko, wydaje mnie się istotne przypomnienie przy tej lekturze, uwagi nieodżałowanego ks. Twardowskiego na temat etymologii słowa „zwłoki”. Bo właśnie on odrzucał dualizm „ciało-dusza”, twierdząc, że są nierozerwalne, a „zwłoki” wywodzą się od „zwlekania”, pozbawiania się czegoś zbędnego.
Odpowiedzi jednoznacznej Hartman nie udzielił, bo nie mógł, lecz ja odniosłem wrażenie, że w tej materii /i nie tylko/ wszystko skomplikował Kant. No cóż, Kołakowski wymieniał go za jeden z filarów filozofii. Przypomnijmy z „Mojego Pod Ręcznika”:

„FILOZOFIA - pięć nazwisk wyznacza wielkie etapy filozofii: PLATON /onto-teologia/, KANT /filozofia transcendentalna/, HEGEL /rozum jako historię/, BERGSON /czyste trwanie/, HEIDEGGER /fenomenologię bycia odróżnionego od bytu/”
Poduczony, lecz nieusatysfakcjonowany, przechodzę do trzeciego pytania: SKĄD WZIĄŁ SIĘ ŚWIAT ? Ponownie Hartman zaczyna od kwestii zasadniczej: /129/
„... pytając o pochodzenie świata, zakładamy, że istnieje coś takiego jak świat. Co to jednakże znaczy „świat” i co to znaczy, że „istnieje”? .”.
Autor snuje historię, nazwijmy to, semantyczną od zarania ludzkości robiąc przerywnik na istotnym XVII wieku: /136/
„Aż wreszcie, w XVII w., przyszli Galileusz z Kartezjuszem i definitywnie „odczarowali” świat materialny. To od nich pochodzi tak dobrze znane nam wyobrażenie świata jako pustego, głuchego kosmosu, zawierającego bezmyślne kule ognia, bezmyślne kamienne kule planet i równie bezmyślny eter, wypełniający przestrzeń (z eterem akurat już się rozstaliśmy niespełna sto lat temu). I dopiero zupełne zeświecczenie pojęcia świata doprowadziło do postawienia owego pytania: czy umysły (jaźnie, świadomość) należą do świata? Odpowiedź mogła być tylko jedna: nie należą, bo świat jest zbiorem przedmiotów mających swoje rozmiary, a umysł jest podmiotem i żadnej charakterystyki przestrzennej nie posiada. Jak to ujął Kartezjusz, świat to res extensa (coś rozciągającego się w przestrzeni), a umysł to res cogitans (coś myślącego)”.
Przejrzystość wykład traci z chwilą przejścia do Wielkiego Mąciciela Kanta, bo wprowadzenie „transcendencji” oraz „Ding an sich”, pojęć notabene wielokrotnie semantycznie zmienianych, zwiększa niebezpiecznie ilość poruszanych aspektów, tak, że zaczynamy zapominać o istocie naszego pytania. Niemniej wydaje mnie się na miejscu przytoczenie tu fragmentu mego eseju pt „Wola, niewola, Ding an sich” /p.blog wgwg1943/, aby oswoić niektórych z Państwa z tymi pojęciami. Wg Kanta:

„...„Niezależnie od świata doświadczenia istnieje świat „rzeczy samych w sobie” /Ding an sich/. Nie są one dostępne w poznaniu opartym na doświadczeniu, nie mogą więc być przedmiotami poznania ani dla zmysłow, ani dla intelektu. Do ich poznania pretenduje czysty ROZUM, nie jest jednak w stanie spełnić tego zadania i wikła się w PARALOGIZMY i ANTYNOMIE /paralogizm - błędne rozumowanie, błąd logiczny mimowolny i nieświadomy; antynomia - sprzeczność między dwoma twierdzeniami, z których każde wydaje się prawdziwe. - przyp. mój/. Założenie istnienia „rzeczy samych w sobie” /Ding an sich/ jest jednak konieczne; bez nich nie dałoby się wyjaśnić pochodzenia wrażeń zmysłowych, niemożliwe byłoby także uzasadnienie postulatów praktycznego rozumu, w tym istnienia Boga i nieśmiertelności duszy ludzkiej...”.
Tak więc „Ding an sich” to realna, lecz niepoznawalna rzeczywistość, zewnętrzna wobec ludzkiej świadomości, niedostępna dla ludzkiego umysłu. To co możemy poznać to FENOMENY. Pozorne poznanie możliwe jest dlatego, że umysł ludzki narzuca niepoznawalnym „Ding an sich” /„rzeczom samym w sobie”/ APRIORYCZNE /pochodzące z samego umysłu/ formy i kategorie.
Hartman pozostawia mnie w niedosycie przelatując nad Bing Bangiem i „osobliwością początkową” /168/
„Miejsce newtonowskiego czasu zajęło w fizyce pojęcie czasu związane z teorią względności i innymi, późniejszymi teoriami fizykalnymi. Z braku kompetencji nie możemy ich tutaj komentować, niemniej jednak należy zauważyć, że występujące w fizyce współczesnej pojęcie czasu dzieli los całej aparatury pojęciowej fizyki, która bardzo luźno i tylko pośrednio odnosi się do świata, tak jak go potocznie rozumiemy, a więc do przyrody jako zbioru kamieni, roślin, zwierząt, planet i gwiazd. Teorie fizyki, w których jest mowa o jakichś osobliwościach, czyli szczególnych stanach wszechświata, które można kojarzyć jakoś z „początkowością” (np. teoria Big Bang – Wielkiego Bum), są wyłącznie rekonstrukcjami jakichś hipotetycznych wydarzeń w pewnej warstwie świata zaludnionej przez różne dziwne obiekty, jak kwarki, bozony czy „oddziaływania”, co do których generalnie wierzymy, że pozostają w jakimś związku z tym, co nazywamy krzesłami, górami albo rzekami. Lecz to, na czym ten związek polega, „to już jest kwestia filozoficzna”, czyli notorycznie nierozstrzygalna i skazana na arbitralne dość spekulacje”.

Zainteresowanym polecam lekturę książek ks. prof. Michała Hellera, kosmologa i filozofa, który dokładnie te zagadnienia wyjaśnia, a przede wszystkim bezkolizyjność kreacjonizmu i ewolucjonizmu. /Przypominam, że niejaki Dawkins nazwał JP II hipokrytą za akceptację ewolucjonizmu/
Konkluzja Hartmana jest ponura: /175/

„Pytając, skąd wziął się świat, instynktownie kierujemy się ku granicy możliwości zapytywania o cokolwiek. Ku granicy sensu. Ku granicy bytu i nicości. Naiwna myśl o „początku świata”, który tłumaczyłby jego naturę i losy, o prawdziwe arche, jak każda myśl pierwotna, nomen omen archaiczna, powraca, ilekroć rozum, zagłębiając się w siebie, idzie drogą powrotną ku swym źródłom i korzeniom. Nic tu się nie może więcej wydarzyć. Arche, początek świata, przełom Nicości i Bytu, nie może zjawić się jako żadna określoność (bo tak czy inaczej określone rzeczy są tylko częściami świata). A powiedzenie, że jest ono nieokreślone, czy też że jest nieokreślonością, apeironem, tyleż cokolwiek tłumaczy, co nie tłumaczy niczego..”.

Czwarte pytanie brzmi: CO TO JEST PRAWDA ? Z szerokiego wywodu odnotowałem, że do prawdy prowadzi np heglowska „wiedza absolutna” /213/, którą najprościej sobie uzmysłowić jako „bożą wszechwiedzę”, no i że prawda jest subiektywna, czyli jak mówił ks.J.Tischner są trzy prawdy: moja prawda, twoja prawda i g...o prawda, a w ogóle: /293/

„Nie ma dobrej uniwersalnej teorii prawdy i być nie może. Słowo „prawda” znaczy różne rzeczy i jego znaczenie nie mieści się w jednym, spójnym pojęciu. Jednocześnie słowo to opisuje bardzo różne zjawiska i doświadczenia, jak doświadczenie realności czegoś, doświadczenie oczywistości albo spójności logicznej pewnego zespołu treści. Jeśli próbujemy za pomocą jednej kluczowej intuicji oddać wszystkie racje i okoliczności, w których poprawnie, prawomocnie czy też tylko „mając dobre po temu powody” posługujemy się terminami „prawda”, „prawdziwy”, to nieuchronnie poniesiemy klęskę...”

I jeszcze:
„Dla życia etycznego, w sferze prywatnej i publicznej, największe znaczenie spośród wszystkich znaczeń słowa „prawda” ma właśnie to, które dochodzi do głosu w słowie „prawdomówność”. Mowa szczera i sprawiedliwa jest prawdomówna – choćby nie była wolna od fałszu. W sensie etycznym prawdziwy jest taki sąd, który wypowiedzieliśmy, uczyniwszy wszystko, co w naszej mocy, by rozeznać się w danej kwestii, traktując ją bezstronnie, uważnie, z dużą dozą krytycyzmu wobec samych siebie”

I już następne pytanie, piąte: CZY JESTEŚMY NAPRAWDĘ WOLNI.? To pytanie przypomina mnie stwierdzenie ks.J.Tischnera w „Nieszczęsnym darze wolności”, że..

„..wolność to sposób istnienia dobra..”.

Hartman zaczyna od dokonywania wyborów jako przejawu, jak i nakazu wolności, a więc wyrażaniu swojej woli. Pozwalam sobie przypomnieć, że relację wola-wolność omawiałem w wyżej wspominanym eseju pt „Wola, niewola, Ding an sich”. Następnie omawia:/257/

„..ów paradoks wolności, która zawsze doświadczana jest dwoiście: jako mogę i jako muszę, jako splot wybierania i konieczności. Bez wątpienia istota wolna musi podejmować jakieś decyzje, dokonywać jakichś wyborów i następnie wcielać je w czyn. Skoro tak, to musi być zdolna do zastanowienia, do refleksji, do analizy i oceny. Musi być rozumna. Bez tego, a więc działając bezmyślnie, tak jak zapewne czynią niżej zorganizowane zwierzęta, mogłaby co najwyżej afirmować swe stany wewnętrzne i działania, a więc cieszyć się nimi, nie mogłaby jednak uznać się za sprawcę swych działań. Aby być wolnym, trzeba mieć zdolność do uświadomienia sobie własnej wolności...”

Omowienie relacji wola-wolność z uwzględnieniem ww tezy z Tischnera, Hartman kończy uwagą: /281/

„Co wybieram, wybierając? Ku czemu kieruje się moja wola i moja wolność? Zwykle powiada się w filozofii, że przedmiotem wyboru jest dobro, a ściśle – to, co wydaje mi się dobre. Ta odpowiedź niewiele jednak mówi, bo słowo „dobro” nie znaczy nic innego niż cel działania. „Działanie kieruje się ku celowi działania” – to jałowa tautologia. Ślad odpowiedzi znajdujemy wszelako w platońskiej „Uczcie” i całej tradycji z niej się wywodzącej. Otóż odpowiedź, jaką daje ta tradycja, jest taka, że człowiek wybiera lepsze, to znaczy, że cele, które sobie obiera, wyznaczone są przez zanegowanie tego, co jest, i wychylenie ku temu, co będąc jakoś podobne i porównywalne z tym, co jest, jawi się jednak jako doskonalsze. To wychylenie ku lepszemu jest postacią woli przeżywaną jako nadzieja. Wola dobra, wybierająca lepsze, każe układać życie w serię wyborów na osnowie nadziei”.
I robi się nudno, bo jest to temat rzeka i można go ciągnąć w nieskończoność, rozważając kolejno wolność jednostki, wolność społeczną czy polityczną. Staram się wyłowić istotne próby podsumowania: /298/

„Dopiero w społeczeństwie opartym na symetrycznym uznawaniu wzajemnym równych sobie osób wolność pojawia się jako uświadomiona wartość, którą trzeba chronić. Najprostszym, naiwnym wręcz sposobem ochrony wolności jest prawne i obyczajowe zdefiniowanie pola autonomii i swobody wyboru dla każdego członka społeczeństwa. Jeśli te pola są podobne dla wszystkich, bez różnicy płci, wyznania czy zamożności, uważamy takie społeczeństwo za sprawiedliwe i wolne. Wszak granice wolności jednostki wyznaczone są w nim przez wolność innej jednostki, w imię równości. Kto jednak i wedle jakich kryteriów wyznaczył owe względnie równe pola autonomii jednostek? Uczyniła to arbitralna władza, uzurpująca sobie prawo do określania granic wolności, oddzielania dobra od zła, odróżniania prawidłowego korzystania z wolności od jej nadużywania. Tej władzy wszyscy muszą być posłuszni, jeśli chcą cieszyć się tym zakresem swobody, jaki im wyznaczyła..”.

Jako samozwańczy uczeń Tischnera nie mogę być takim optymistą jak Hartman i nie przemawia do mnie konkluzja, która brzmi jak „socrealistyczna agitka”; /311/

„Tak, prawdziwa wolność jest możliwa. Nie jest jednak czymś danym nam – ani nam jako jednostkom, ani naszym społeczeństwom. Trzeba ją tworzyć wspólną pracą. Nawet ci spośród nas, którzy cieszą się największym nieskrępowaniem i najbardziej wszechstronnymi możliwościami wybierania, nie są naprawdę wolni, jeśli nie współtworzą wolnego społeczeństwa i wolnego państwa. Wolność moja jest podłożem wolności naszej, a ta jest dopiero podstawą wolności politycznej. Ta pierwsza, konstytutywnie pierwotna warstwa wolności nie może się utrzymać i wypełnić jako świadome życie wolnego ja bez tej drugiej i tej trzeciej. Jednakowoż wolność społeczna i wolność polityczna nic by nie znaczyły, jeśli nie powracałyby znów do jednostki, na grunt jej prywatnego, intymnego doświadczenia – jako ogólne i realne warunki jej wolności wewnętrznej i osobistej”.

Szóste pytanie: JAK ODRÓŻNIĆ DOBRO OD ZŁA ? jest dla mnie dziwne, bo analogicznie można pytać jak odróżnić ciepło od zimna. Przecież zgodnie z brzytwą Ockhama „zło” i „zimno” to byty zbędne. Pojęcie zimna wyeliminowała skala lorda Kelvina, a zło wg wielu filozofów i teologów, to tylko brak dobra, a ściślej obecność dobra w mniejszym wymiarze. Hartman zauważa: /324/
„Transcendentalna teoria dobra dokonuje czegoś więcej niż obiektywizacji dobra – ona dobro absolutyzuje. Dobry sam w sobie, wzorczo, jest tylko Bóg, a wszystko inne jest dobre wprawdzie pochodnie, ale rzetelnie i realnie, bo naprawdę zostało zechciane i za dobre uznane przez Stwórcę...”

Niewątpliwie ma rację, tylko, że trochę nie na temat, bo przecież pytanie dotyczy kryteriów rozdziału, a one są ekstremalnie subiektywne. Pierwsza próba odpowiedzi Hartmana na postawione pytanie trochę mnie przeraża, bo jednoznacznie kojarzy mnie się z wszechwładnym „kolektywem” z mojej PRL-owskiej młodości:

„Gdyby więc ktoś chciał „odróżniać” dobro od zła, to nie ma co liczyć na żaden zestaw cech czy kryteriów, które mógłby zastosować do różnych rzeczy, by dokonać ich selekcji i podziału na dobre i złe. Pomimo tego, że ze względu na nasze potrzeby mamy skłonność ku przedmiotom posiadającym określone cechy, na przykład pożywnym, żadna cecha ani zbiór cech nie zastąpi predykatu „dobry”. Do żadnych neutralnych, opisowych określeń nie da się dobra sprowadzić. Wobec tego wyrażenie „odróżniać dobro od zła”, jeśli w ogóle ma mieć jakiś sens, musi oznaczać coś innego: zdolność doświadczania dobra i zła w sposób wychodzący poza horyzont osobistego upodobania czy pragnienia ku wspólnej z innymi, publicznej albo kolektywnej, obiektywizacji. Komu posmakował nowy owoc, ten ma szansę uczynić go dobrym. Musi zanieść go innym i zaproponować, by także uznali go za dobry. Wspólnie mogą tego dokonać. Mogą ustanowić nowe dobro w swoim świecie”.
I przychodził druh Boruch, aktywista ZMP bądż lektor partyjny i indoktrynował, propagował, a w końcu przekonywał, że socjalizm jest największym DOBREM, a bazą jego jest TRZY „P” /przyjażn, przykład, pomoc/ ze Związkiem Radzieckim. I ustanawialiśmy „nowe dobro w swoim świecie”.
Przepraszam za kpinę, ale tak to odebrałem, co jest dowodem na możliwość zejścia na manowce wykładu Profesora. A przecież odpowiedż jest prosta: Kali ukraść - dobrze, Kalemu ukraść - żle. Hartman konkluduje: /369/

„Na pytanie, w jaki sposób odróżnić dobro od zła, udało się nam odpowiedzieć dość jednoznacznie: trzeba wychowywać w sobie cnotę roztropności. Życie moralne polega na działaniu i ocenianiu działania, czyli formułowaniu przekonań etycznych. Nie można ich uzasadniać w sposób dedukcyjny, gdyż oceny i postulaty nie wynikają z żadnych zdań twierdzących. Można jednakże konfrontować je ze sobą, badać ich zależności wzajemne, motywacje, które za nimi stoją, konsekwencje, do których prowadzą. Można je więc oceniać, a na gruncie tych ocen przyjmować je bądź odrzucać albo modyfikować”
.
Kolejne pytanie: JAK ŻYĆ pobudza do śmiechu, bo kojarzy się każdemu z „paprykarzem” i premierem Tuskiem. U Hartmana odpowiedż na to pytanie, bazuje na dotychczasowym wykładzie: /377/

„Właściwie wiemy już niemało o tym, jak żyć. Dotychczasowe rozważania doprowadziły nas przecież do kilku tez o kluczowym znaczeniu dla kwestii dobrego życia. Wiemy, że decydujące znaczenie ma dla wartości naszego życia utrzymanie wolności oraz roztropność, wyrażająca się w dbałości o to, by nasze przekonania etyczne były słuszne, a nasze postępowanie zgadzało się z tymiż słusznymi przekonaniami. Wiemy też, że rozpoznawanie dobra i praktykowanie wolności wymaga pewnego stopnia posłuszeństwa wobec wspólnoty, w której żyjemy, jakkolwiek jednocześnie wymaga pewnej zdolności do kwestionowania jej praw i obyczajów tam, gdzie okazują się one niesprawiedliwe. Wolność zawieszona jest pomiędzy niewolą kaprysów i namiętności oraz niewolą posłuszeństwa autorytatywnym instancjom naszej społeczności – roztropność nakazuje przeto szukanie równowagi między zachowawczością a nowatorstwem i transgresją. A wszystko to w imię więzi wspólnotowej, w której to definiuje się dobro i poza którą dobro – także moje dobro indywidualne – istnieć nie może. Takie są konkluzje wcześniejszych naszych rozważań. I tak wyposażeni możemy udać się w dalszą drogę w poszukiwaniu dobrego życia”.

Podstawową wskazówką do przepisu na życie jest hasło „poznaj samego siebie”. To typowe podejście filozofa, ja bym przed tym ostrzegał, bo zgodnie z parafrazą Pascala może to doprowadzić do rozpaczy. Cała rozważanie Hartmana jest idealistyczne: /382/

„Otóż każdy ma jedno życie i ma prawo przeżyć je najlepiej, jak to tylko możliwe. Każdemu człowiekowi należy się szansa na to, by mógł rozwinąć swoje zdolności i nabyć umiejętności zgodne ze swymi predyspozycjami. Każdy ma prawo do szczęścia. Aby być szczęśliwym, trzeba się wszechstronnie rozwijać i wykonywać pracę, która daje satysfakcję. Do szczęścia niezbędne są też godziwe warunki materialne. Najważniejsze jest jednak zdrowie oraz budowanie dobrych relacji z innymi ludźmi, a zwłaszcza miłość. Każdy ma prawo do miłości, każdemu wolno kochać i każdy może znaleźć kogoś, kto pokocha jego. Trzeba mocno wierzyć w siebie i być asertywnym. Tylko mając pozytywny stosunek do rzeczywistości i wytrwale pracując na spełnienie swoich marzeń, można osiągnąć sukces i być szczęśliwym. Szczęście polega na życiu pełnią życia, na czerpaniu radości z pracy i z miłości, na ciekawości świata i poznawaniu jego barw. Radość, którą daje miłość, twórcza i ciekawa praca, zdrowie i poznawanie świata, względna zamożność i wolny czas, w którym można oddawać się swojemu hobby i spotykać się z przyjaciółmi – to wszystko stanowi o dobrym życiu. Należy tak żyć, tak sobą kierować, żeby te wszystkie rzeczy, na ile to tylko możliwe, osiągnąć. Nie wolno bać się marzyć i za tymi marzeniami podążać. Na tym polega samorealizacja. Nie wolno przegapić swojej szansy i całe życie poświęcać się dla innych. Trzeba myśleć o innych, lecz także o sobie. Każdy bowiem ma prawo do szczęścia!”.

Nie dość, że to czcza teoria, to prosi się ona, by dodać: a za to znojne życie, ograniczone zakazami i nakazami, czeka ciebie Niebo, o ile istnieje!! Niby czemu hedonistyczny sposób na życie miałby być gorszy ? Sam Hartman wielokrotnie podkreśla, że mamy jedno życie, a skrajne przeciwstawne sposoby jego przetrwania to ponury ascetyzm z mantrą: „Memento mori” contra radosny hedonizm. Mamy też mniej radykalną epikurejską ataraksję. Nie przejmujmy się radami filozofów; wybór należy do nas. „Zabawowych” czeka ciekawsza starość, bo będą mieć co wspominać. Całe szczęście, że w końcowej konkluzji tego rozdziału znajduję zdanie: /417/
„W kwestii „jak żyć?” odpowiedzi całkowicie uniwersalnej być nie może. To pytanie każdy zadaje sobie osobiście, w intymności własnej egzystencji – i taka też, bardzo osobista, musi być na nie odpowiedź...”

Ósme z kolei pytanie to JAK DOBRZE URZĄDZIĆ TEN ŚWIAT ? Tak, jak się spodziewałem Hartman nie udzielił żadnej odpowiedzi, bo bezsens tego pytania jest oczywisty. Od czasów prehistorycznych ludzkie „urządzanie świata” jest ściśle ograniczone do postępu cywilizacyjnego, technicznego, co zresztą dość szczegółowo przeanalizował. Autor podaje przykład zmartwienia paryżan z powodu wzrastającej niepokojąco ilości łajn końskich na przełomie XIX i XX wieku. Dzisiaj ten problem przestał istnieć, ale problemy „urządzania” świata zostały. Wszystkie koncepcje filozoficzno-socjologiczne głosi się sobie a muzom, natomiast my zamiast „urządzać” świat działamy ad hoc w sytuacjach kategorycznych

Prof. Jan Hartman zakończył swój wykład miłym zakończeniem, motywując mnie do tego samego. A więc, ja skromny laik, pozwoliłem sobie na pewne uwagi nt lektury, niemniej jestem pełen uznania dla jego dzieła. Bardzo potrzebne są książki popularyzujące myśl ludzką wśród czytelników, którzy nie są przygotowani do studiowania rozpraw profesjonalnych. W moim przypadku rolę popularyzatorską spełniły przede wszystkim książki ks.Tischnera, ks.Hellera i ks.Halika. Odniosłem również korzyści z lektury „Świata Zofii” Gaardera. Poza tym profesjonaliści debatują na tematy bardzo wyszukane, a Hartman omówił najistorniejsze, podstawowe problemy wywołane fundamentalnymi pytaniami, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi; i dlatego nazwał je prowokacyjnie PYTANIAMI GŁUPIMI.