Tuesday, 13 May 2014

Jan HIMILSBACH - "Zatopione skaly i inne monidła"

Jan HIMILSBACH - “Zatopione skały i inne monidła”
OPOWIADANIA – TAK, OPRACOWANIE - NIE. Poprzednie wydania o wiele bardziej mnie się podobały, gdyż w tym, poza opowiadaniami, wkurza mnie wszystko tzn wstęp, wierszyki , wspomnienia o Janku, zatytułowane „Relacje, strzępy, ścinki” oraz posłowie.
Żona Janka, „Basica”, osoba wykształcona wychodzi na niemotę; dziwne, że ten tekst /str.299-301/ zaakceptowała, bo jedynym rozsądnym jest jej ostatnie zdanie:
„Pił, pił i pił, a oni to za koszulę wylewali”.
W PRL-u wszyscy pili, a „kto nie pił ten kapował”. Nie chodzi o demitologizowanie Janka, lecz o należyty szacunek dla człowieka, więc podkreślam, że Himilsbachowie mieszkali w czystym, bardzo zadbanym mieszkaniu przy ul. Górnośląskiej, wraz z rasowym psem i rybkami w akwarium. Gdy Janek odbierał jakieś większe honorarium, to znikał z Krakowskiego na dwa dni, a żona kasę zabezpieczała. Co do przyjażni Janka ze Zdziśkiem Maklakiewiczem, to dużo ich łączyło, ale i dużo dzieliło. Jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno o pieniądze. Janek, jako naturszczyk, nie mógł dostać więcej za dniówkę zdjęciową niż 900 zl, podczas gdy Zdzisiek, jako aktor I klasy, dostawał 3 000 zł. /Stawki przykładowe, z czasem się zmieniały/. Warszawa - mała wiocha, więc każdy pijał z każdym, lecz Janek ze Zdzisiem nigdy nie tworzyli jakiegos pijackiego duetu. Szczególnie Zdzisiek, który był wykształconym romantykiem lubił picie spokojne, we dwóch, w celu intelektualnej konwersacji, czego wielokrotnie doświadczyłem. Lecz również picie „we dwóch” z Jankiem było bardzo zbliżające, gdyż porzucał oczekiwaną przez publikę pozę i potrafił rozmawiać na każdy temat, nie epatując „słownictwem”.
Skoro ludzie grzebią w osobistych tajemnicach Janka i używają języka nieparlamentarnego, to i ja ujawnię, gwoli ścisłosci, że opiekunkę Jasia wołali Mańka Dzyndzel, a nie Pędzel, a ojca swego obsesyjnie upatrywał w dyrektorze przedwojennego browaru Haberbusch i Schiele. Nazwiska, ani okoliczności poznania Janka „przyrodniej siostry” nie podam, ze względu na dobre maniery, ale, że parokrotnie wsparła nas gotówką przyznać mogę. Z nazwiska mogę natomiast podać Putramenta, do którego stolika w kawiarni przy ruchomych schodach Janek mnie zaciągnął i zagadał: „Jurek, poznaj to mój kumpel magister inzynier Gołębiewski”. Putrament odłożył gazetę, z uśmiechem się ze mną przywitał i odezwał się do Janka: „Janek, stówa starczy?”, po czym ukontentowani opuścilismy kawiarnię. Taki był Janek, ale z jakim wdziękiem to robił.
Na str.302 jakaś pani magistrantka z 1979 r. plecie banialuki, że piła z Jankiem ze słoiczka, bo nawet musztardówki nie było. Nie rozumiem, nie potrzeba było być Himilsbachem, by pożyczyć szklankę z jakiegokolwiek lokalu na królewskim szlaku, w przypadku chęci spożywania na łonie natury. To były czasy!
Opowiadania czytajmy w oderwaniu od plotek, bo są dobre i pisane z finezją, jak w opowiadaniu o przywódcy Powstania Listopadowego, Wysockim: /str.159/
„Zanim jednak nakrylismy trumnę wiekiem, niby to niechcący uścisnąłem staremu prawicę. I w ten oto sposob spełniły się moje marzenia. Dotknąłem własną ręką historii..”.