Saturday, 3 May 2014

Aleksander SOŁŻENICYN - "JEDEN DZIEŃ IWANA DENISOWICZA"

Aleksander  SOŁŻENICYN
       “JEDEN  DZIEŃ  IWANA  DENISOWICZA”

Sołżenicyn  wielkim  pisarzem  był  i  z  tym  zgadzają  się  wszyscy;  Sołżenicyn  wielkim  humanistą  był  -  to  akceptuje  większość.  Natomiast,  że  był  wielkim  patriotą,  zdeterminowanym  PANSLAWISTĄ  i   POPLECZNIKIEM  PUTINA  w  realizacji  idei  WIELKIEJ  ROSJI  duża  część  nie  wie,  bądż  nie  chce  wiedzieć.

Pierwszym  jego  utworem  był  właśnie  ten  omawiany  i  został  opublikowany  w  ZSRR w 1962 r.,  a  w  Polsce  wydrukowała  go,  w  odcinkach, „Polityka”.  Niestety  powierzchowna  interpretacja  tego  wspaniałego  opowiadania  wytworzyła  niezdrową  atmosferę  wokół  niego,  która  trwa  do  dzisiaj.  Mimo  to,  właśnie  za  to  opowiadanie  Sołżenicyn  został  nominowany  do  Nagrody  Leninowskiej,  był  członkiem   Związku  Pisarzy  Radzieckich  i  drukował  w  „Nowyj  Mir” dalsze  opowiadania  do  1966 r.

O co  biega?  A,  no  o  to,  że  narobiono  wielkiego  krzyku  o  łagry,  gułagi,  komunizm,  totalitaryzm,  zbrodniczy  Związek  Sowiecki  i  cholera  wie,  o  co  jeszcze. Do  tego  prowadzi  wspomniane  powierzchowne  zachłystywanie  się  treścią.  Na  naszym  portalu  wyczytałem  JEDYNĄ,  zdroworozsądkową  opinię  oznaczoną  godłem  „bezique”:

„Więżniowie  łagru  żyli  w  lepszych  warunkach  niż  mieszkańcy  kolonii  górniczej  ukazani  w  „Germinalu”  Zoli”.

Akcja  tego  utworu  mogłaby  być  umieszczona  w  jakimkolwiek  miejscu  i  jakimkolwiek  czasie. Bo  mowa  w  nim  o  SILE  PRZETRWANIA, o  GODNOŚCI  LUDZKIEJ  I  PRZYZWOITOŚCI,  tak  często  podkreślanej  przez  prof.  Władysława  Bartoszewskiego.  Oczywiście  grozy  dodaje  trzydziestostopniowy  mróz,  lecz  scena  czekania  na  „peta”,  opisana  na  str.21,  mogłaby  się  zdarzyć  wszędzie.  „Peta”  dostaje  Szuchow,  bo  się  nie  „szmacił”  jak  Fetiukow.  Stara  zasada:  „lepiej  rzucić  palenie  niż  podnosić  pety”  zawsze  i  wszędzie  obowiązuje. Zakładając, że  chce  się  zachować  godność.

A  co  do  „nieludzkich”  warunków,  to  dotyczą  one  i  więżniów,  i  strażników.  Sołżenicyn  kpi  mówiąc  o  strażnikach: /str.26/

Dla  nich  szmatka  regulaminowa  nie  przewidziana.  Też  służba  nielekka..”

Bo  Szuchow  ją  ma:/str.25/

„Widząc,  że  przez  całą  drogę  na  budowę  będzie  mu  dmuchać  w  pysk,  Szuchow  zdecydował  zawiązać  szmatkę. Szmatka  na  wypadek  przeciwnego  wiatru  wiązana  była  na  dwie  długie  tasiemki.  Wielu  zeków  miało  podobne,  przyznawali,  że  to  pomaga..”

Strażnicy  i  tak  są  uprzywilejowani  w  porównaniu  z  miejscową  ludnością: /str.10/

„W  osiedlu  z  żywnością  było  kiepsko  i  choć  kartki  juz  dawno  znieśli,  niektóre  produkty  spożywcze  sprzedawano  strażnikom  oddzielnie  i  taniej  niż  miejscowym”.

Ani  tubylcom,  ani  wartownikom  nikt  nie  przesyła  paczek  żywnościowych,  a  „zekom” – tak. Wszyscy  cierpią,  nie  tylko  skazani,  taki  urok  Syberii  i  odwiecznej  biedy  na  tych  terenach.  Również  nie  mamy  tu  jakiegoś  specyficznego  sadyzmu,  bo  co  to  karcer  w  porównaniu  z  dopuszczonymi,  przez  amerykańską  konstytucję,  torturami  w  Guantanamo. A największym  zagrożeniem  pozostaje  współwięzień.


Piszę  naumyślnie  prowokacyjnie,  bo  jeśli  ulegniecie  panującemu  trendowi  i  odczytacie  ten  utwór  jednostronnie,  jako  jedną  z  wielu  opowieści  o  łagrach  i  gułagach,  to  utracicie  głębsze  przesłanie  nadające  jemu  wymiar  arcydzieła.  Pozwolę  sobie  jeszcze  dodać,  że  oprócz  tego  utworu,  polecam  tylko  „Oddział  chorych  na  raka”.  To  wystarczy,  by  docenić  Sołżenicyna.