Saturday, 10 May 2014

George ORWELL - "Na Dnie w Paryżu i w Londynie"

George ORWELL - “Na Dnie w Paryżu i w Londynie”.

INFANTYLNE DYRDYMAŁY.

Przeczytałem WSZYSTKIE dostępne mnie opinie i ze zdumieniem odkryłem, że notka „Od Tłumacza” została dowartościowana jedynie przez „Jagodę 078”, która pisze:

„Może miałabym lepsze zdanie o tej książce, gdyby nie słowa tłumacza, który informuje nas na końcu, że tak naprawdę autor nie był prawdziwym włóczegą zmuszanym do tego przez los, a jedynie człowiekiem pragnącym.. .../to/ opisać”

Podążając tym tropem przyjrzyjmy się życiorysowi Orwella. Urodzony w 1903 r., do ekskluzywnego Eton dostaje się w grudniu 1916 r, dzięki protekcji kuzyna-golfisty. W szkole osiąga „poor results”, gdyż „neglected” /lekceważył, zaniedbywał/ naukę. Kończy z trudem szkołę w grudniu 1921, w wieku 18 i pół. NIE WIE, co z sobą zrobić, poddaje się więc ochoczo „romantic idea at East” i zaciąga się do Królewskiej Policji Imperialnej w Birmie. W tym celu opuszcza Anglię w pażdzierniku 1922, a powraca w lipcu 1927, chory na nieuleczalną, przenoszoną przez komary - dengę. Na temat pobytu w Birmie, cytowana Wikipedia podaje, że był „outsiderem”. Po porzuceniu służby, znów NIE WIE, co z sobą zrobić, chciałby coś pisać, więc przyjaciółka widząc „weakness in his poetry” /słabość jego poezji/, radzi mu pisać o czymś realnym, co on zna. Problem, że nic nie zna. Naśladując Jacka Londona zaczyna prowadzić życie trampa, jak i penetrować strefy londyńskiej biedoty, włóczyć się po przytułkach, a efektem jest esej „The Spike”, stanowiący podstawę drugiej części omawianej książki. Wpada na pomysł, by poznać uroki Paryża, gdzie mieszka jego ciotka, Nellie Limouzin, gotowa go wesprzeć nie tylko towarzysko, lecz i, w razie potrzeby, finansowo. No i ląduje w Paryżu.

To teraz, żeby zrozumieć chęć przeniesienia się w sferę paryskich slumsów, przytaczam za angielską Wikipedią:
„..poverty was to become his obsessive subject...”
Tylko, że ta “obsesja” śmierdzi fałszem i manipulacją, bo “paniczykowski” odbiór nędzy i marginesu społecznego nigdy, do końca, nie będzie autentyczny. Groteskowe są opisy uczucia głodu, którego nigdy Orwell nie zaznał, bo udzielał w Paryżu lekcji angielskiego, publikował w paryskich gazetach, a okradziony „doszczętnie” przez ulicznicę, miał dalej astronomiczną sumę 450 franków. A był w nim wszystkiego 18 miesięcy.

To trochę tak, jak z moim przyjacielem Himilsbachem. Ludzie kupowali mit o nim, jako zdegenerownym „menelu” nie mając pojęcia, że Janek wracał do superczystego mieszkania na Gornośląskiej, gdzie czekała na niego z obiadem „normalna” żona, jak ją nazywał „Basica”, rasowy pies i akwarium z rybkami. Tylko, że on przez koszmar nędzy i poniżeń naprawdę przeszedł.

Ja nie odbieram tej książce „uroku” czy wartości, lecz twierdzę, że jest napisana dla ludzi z jego klasy, którzy prawdziwego wykluczenia nigdy nie zaznali. Orwell non-stop emocjonuje się pluskwami, do których biedacy tak przywykli, że ich nie zauważają. Żądny sukcesu, popada w pychę, czego przejawem jest denny opis np stosunków miedzyludzkich w kompleksie hotelowo-restauracyjnym. Bo Orwellowi wydawało się, że po trzech tygodni pracy „na zmywaku” poznał tytułowe „dno”.

„CUDZE CHWALICIE, SWEGO NIE ZNACIE”. Na naszym portalu omawiana książka doczekała się 275 ocen i 29 opinii, a „Zaklęte Rewiry” Henryka WORCELLA – 49 i 6. Może zachęcę niektórych do czytania tej wspaniałej autobiograficznej książki, ujawnieniem prawdziwego nazwiska autora /Tadeusz Kurtyka, 1908-82/ i faktu, że sławny himalaista Wojciech - jest jego synem. Tadeusz Kurtyka znał temat z autentycznej autopsji i dlatego jego książkę stawiam wyżej.

Sześć lat póżniej, w tymże Paryżu zanurzyła się w marazmie nędzy robotniczej, Simone WEIL, i to z najszlachetniejszych pobudek i doznała tylko gorzkiego rozczarowania. Jak najbardziej, ma prawo pisać i Orwell, i Weil, jak i Henry Miller /o Paryżu/, a Jack London czy Mark Twain /o trudzie awansu czy życiu lumpów/. Jednakże, nie można ich odczuć zrównywać z beznadzieją ludzi, którzy cierpią nędzę, nie z WYBORU lecz FATUM.

Zresztą, skoro teraz słychać tylko zachwyty nad tą książką, jak nad każdym szpargałem Martina Edena, to przypomnijmy, że przez ponad pięć lat, nikt nie chciał jej wydać, ani w części, ani w całości, a wśród odrzucających był sam T.S.Eliot.

Wracając do książki: nawet najwięksi jej „fani” muszą przyznać, że wraz z końcem akcji w Paryżu, żegnają, nazwijmy to, znośny poziom. Dalsza część to „Spike” rozbudowany o celowe, sporadyczne wypady przebierańca-„paniczyka” z domu rodziców w świat lumpów. Część „angielska” jest niespójna, przypadkowa, byle tylko poszerzyć temat. A poza tym nudna, poza żenującym naśmiewywaniem się z instytucji pomocowych.

A, że wciąż książka była za chuda Orwell postanowił wzbogacić ją domorosłymi teoriami socjologicznymi, w których infantylizm rywalizuje z czystą głupotą. Z braku pomysłów zahacza nawet o „ius primae noctae”. No i koniecznie trzeba przypodobać się czytelnikowi, no to dawaj anegdoty, a w tym najśmieszniejsza CHA!! CHA!!, jak kokaina okazała się pudrem. Brawo!!

Bohaterowi non-stop „wszystko śmierdzi”, „jest ohydne”, „obrzydliwe” i widzi „wszędzie brud”. Roześmiałem się dopiero, gdy wyczytałem w Wikipedii, że zdeterminowany Orwell chciał zakosztować nawet więzienia, by zdobyć materiał do pisania, lecz i to mu się nie udało, bo po dwóch dniach „pod celą” wyrzucony został do domu.

Jedyny pozytyw w tej historii: po sześciu latach dalszej pracy zaczął tworzyć arcydzieła i to o nich pamiętajmy.