Sunday, 13 August 2017

John BANVILLE - "Prawo do światła"

John BANVILLE - "Prawo do światła"

Szokują mnie recenzje, bo w większości z nich powtarza się opinia, że to nic specjalnego, bo to oklepany romans młodego ze starą, lecz książka wspaniała z powodu stylu. No to pozwolę sobie zauważyć, że to zasługa przede wszystkim tłumacza, w tym przypadku Jacka Żuławnika. O znaczeniu tłumacza świadczy negatywny przykład Fitzgeralda "Czuła jest noc", kiedy to wybitnej książce byłem zmuszony (i nie tylko ja) dać pałę.

Jacek Żuławnik (ur. 1977) - ukończył edytorstwo w Instytucie Informacji Naukowej i Studiów Biologicznych UW; od 2007 – tłumacz.

John Banville (ur. 1945) - irlandzki powieściopisarz i dziennikarz, zdobywca Nagrody Bookera za powieść „The Sea” (2005)

Pozwolę sobie na dygresję, że Nagroda Bookera mnie nie wzrusza, gdyż przyznawana jest równie niezrozumiale jak Nobel czy polska „Nike”. Trudno mnie też uznać autora za szczególnie znanego, skoro ma 72 lata (a ja 74) i nigdy o nim nie słyszałem, a polskojęzyczna Wikipedia poświęca mu trzy linijki. Na LC ma książek 12, z których jedynie ta omawiana przekroczyła 7 gwiazdek - 7,22 (41 ocen i 13 opinii). Z anglojęzycznej Wikipedii dowiaduję się, że ta (oryginalny tytuł „Ancient Light”) jest trzecią częścią trylogii:
„....”Ancient Light” is a 2002 novel by Irish writer John Banville. First published on 7 July 2012, the novel concjudes a trilogy concerning Alexander Cleave and his daughter, Cass. „Ancient Light” was preceded by „Shroud” and „Eclipse”...”

Niestety, ten szumnie zapowiadany styl nie zdążył mną zawładnąć, a tym bardziej zauroczyć, bo już na drugiej stronie wyczytałem:
„......Miałem dziesięć albo jedenaście lat.... ...zanim zobaczyłem tę kobietę, usłyszałem jej rower, a konkretnie świst opon, dźwięk, który wydawał mi się fascynująco erotyczny, kiedy byłem małym chłopcem, i nawet teraz, sam nie wiem czemu, wywołuje we mnie emocjonujące skojarzenia... .... Miała szeroką, luźną spódnicę, którą wiosenny wiatr nagle schwycił i poderwał, odsłaniając wszystko, co znajdowało się pod spodem.... ...gdyby w słoneczny dzień na zatłoczonej plaży stroje kąpielowe kobiet jakaś magiczna sztuczka przemieniła w bieliznę, wszyscy znajdujący się tam mężczyźni, od małych nagusków z wydętymi brzuszkami i tycimi siusiakami, przez umięśnionych ratowników, po mężów pantoflarzy z podwiniętymi nogawkami i chusteczkami na głowach powiadam: wszyscy w jednej chwili zamieniliby się w stado napalonych satyrów o przekrwionych oczach.....”

Panie Banville! Polecam panu lwa, nie, sorry, Lwa.. ..Starowicza, bo już w wieku 57 lat wykazuje się pan starczą dewiację seksualną. Zapewniam, że w wieku 10 – 11 lat (ani wcześniej) nie interesowała mnie bielizna kobieca, bo naśladować św. Onana zacząłem dopiero dwa lata później, ani obecnie, gdy skończyłem 74 lata, bo wbrew pana nachalnym sugestiom nie jestem „satyrem o przekrwionych oczach”.

Poszukuje dalej obiecanego stylu, lecz zamiast niego znajduję (s. 26 – e-book):
„... Billy nie należał do osób przesadnie dbających o higienę osobistą. Kąpał się rzadziej niż większość nas, na co wskazywała intymna, brązowawa woń, którą czasem wydzielał; pory w zagłębieniach obok nozdrzy miał tak wściekle pozapychane, że z mieszaniną przyjemności i odrazy wyobrażałem sobie, że wyciskam je kciukami jak szczypcami...”

A dalej, coraz gorzej: niewyżyta trzydziestka piątka molestuje zielonego piętnastolatka, doprowadzając do wielokrotnego gwałtu gdzie popadnie, w warunkach wymagających wyjątkowej determinacji. Przy dalszej lekturze wynudziłem się niemożebnie poznając treść snów bohatera oraz szczegóły powierzonej mu filmowej roli, aż wybudził mnie fascynujący opis puszczenia bąka (s.282):

„....Pewnego dnia kotłowaliśmy się na podłodze w domu Cottera – była ubrana i chciała już iść, a ja uczepiłem się jej i wsunąwszy dłoń pod jej pupę, z powrotem ściągnąłem ją do parteru – kiedy przez nieuwagę puściła mi na rękę miękkiego bąka. Po tym pojedynczym pruknięciu zapadła okropna cisza, taka jak po wystrzale z pistoletu albo pierwszym pomruku trzęsienia ziemi...”

Niesamowite!! Wraz z 286 (z 537 całości) stroną zacząłem część II, licząc na równie ciekawe wydarzenia. I nie zawiodłem się. Autor każe filmowej partnerce bohatera spróbować popełnić samobójstwo, by dać mu możliwość do wspomnień o samobójstwie chorej psychicznie córki, które miało pewnie miejsce w poprzednich tomach, których nie znam i nie zamierzam poznać. Bohater podróżuje z niedoszłą samobójczynią przez Włochy (dlaczego z nią?), by odkryć okoliczności samobójstwa córki tam popełnionego. Lecz głównie śni bądź wspomina młodzieńczy seks (s. 385):

„.....Muszę przyznać, że zaskoczył mnie ten bezwstyd i nawet chwilowo odeszła mi ochota na cokolwiek – takie pokazy niepohamowanej żądzy odbierały mi pewność siebie – ale kiedy objęła mnie ramieniem, silnym jak męskie, i brutalnie pociągnęła do siebie, i kiedy poczułem jej serce walące jak młot i drżący brzuch, wtedy oczywiście zrobiłem to, czego ode mnie zażądała. Skończyłem po minucie, na co lekceważąco i energicznie odepchnęła mnie od siebie, poprawiła ubranie i wytarła się swoimi majtkami....”

Kapitalne! Co za styl!!! Ale koniec kpin, bo ukochana wyjeżdża na wakacje, a piętnastolatek cierpi (s. 400):
„..... Cierpienie, to nieustające cierpienie, męczyło mnie, potwornie mnie męczyło i nie wiedziałem, jak znaleźć ukojenie. Czułem się wyschnięty i wysuszony, jakbym się wypalił, bolały mnie oczy, a nawet paznokcie. Byłem jak wielki, przypominający spękaną łapę liść sykomory, który szoruje po chodniku, popychany porywami jesiennego wiatru...”

To nie żarty, bo sykomora to drzewo o lśniących liściach i drobnych, jadalnych owocach, rosnące w Egipcie i Afryce Wschodniej, a wspominane w Ew. wg Łukasza 19:4 jako figa morwowa.

Wielką sztuką jest przerwać zabawę w odpowiednim momencie i ja to czynię na 100 stron przed końcem, bo ubawiłem się wystarczająco, a dalsze losy bohatera w ogóle mnie nie interesują. Przykro mnie, lecz nie potrafię podzielić zachwytów innych, a zboczonych autorów nie cierpię. PAŁA!!