Monday, 12 October 2015

Wojciech MANN - "ROCK MANN"

Wojciech MANN - "ROCK MAN"
Czyli jak nie zostałem saksofonistą

Lubię Wojciecha Manna (ur.1948), młodszego ode mnie o lat pięć i właśnie ze względu na moje starszeństwo muszę go "zdemaskować". Moje uwagi nie mają na celu zdyskredytowania jego wspomnień, bo czyta je się świetnie i są zbieżne z moimi. Może Mann był genialnym brzdącem, lecz bardziej prawdopodobne, że się postarza (s. 12):
"..Najdobitniej jednak utkwiła mi w głowie kuriozalna radiowa transmisja ze śmierci Józefa Stalina w 1953 roku..."
Wojtuś miał latek pięć. A teraz o Cajmerze, który uciekł z Polski w 1957, gdy Mann miał lat dziewięć (s. 11):
" Ten dyrygent i bandleader zniknął jednak z mojego widnokręgu muzycznego. Zawsze dobrze poinformowany wujek Janek przekazał nam poufną informację, że pan Cajmer uciekł do Izraela ze złotą patelnią....".
Dziewięciolatek miał „widnokrąg muzyczny” - może, przecież Mozart komponował o rok wcześniej. Istotniejsze uwagi dotyczą „braków”. Bezpośrednio po Polskim Październiku 1956, czyli w okresie „wczesnego Gomułki” powstała „Rozgłośnia Harcerska” (1957), propagująca nowości muzyki zza „żelaznej kurtyny” i wkrótce jej spikerzy Marek Gaszyński i Witek Pograniczny stali się idolami młodzieży. Niestety, o nich ani słowa; za to przesadzone gadanie o roli Radia Luksemburg, bo owszem wszyscy o nim gadali, wszyscy go słuchali, ale nikt nie słyszał, bo „zagłuszacze” działały sprawnie. Opowiadając o płytach, warszawiak Mann nie wspomina o najważniejszym punkcie handlu nimi czyli „Fotoplastikonie”, a to był folklor warszawski jak Bazar Różyckiego.
Jeszcze o koncertach. I tu się różnimy, bo ja pamiętam najlepiej występ The Platters oraz kilka lat później Helen Shapiro, o których autor w ogóle nie wspomina.
Te wszystkie moje utyskiwania nie obniżają wartości książki, która jest luźnym, dowcipnym wspomnieniem, a nie oficjalnym sprawozdaniem czy dokumentem.
Lektura lekka, łatwa i przyjemna!!