Wednesday, 28 October 2015

Erskine CALDWELL - "Ziemia tragiczna"

Erskine CALDWELL - "Ziemia tragiczna"

To druga książka Caldwella (1903 -87), którą chcę Państwu polecić. Po wstępne uwagi proszę zajrzeć do mojej wczorajszej recenzji świetnej książki Caldwella z 1935 roku, pt "Sługa Boży", a ja przystępuje do opinii o tej, również na podstawie lektury sprzed ponad 50 lat.
Napisana w 1944, a więc o wiele później niż "Tobacco Road", "Poletko Pana Boga" i wspomniany "Sługa Boży", które powstały w pierwszej połowie lat trzydziestych, ale na długo przed "Jenny" (1961). Mimo tak różnego czasu, można je wszystkie zaliczyć do tragikomicznych powieści społeczno – obyczajowych. Mnie, amatorowi, te opowiadania pasują jak najlepsze opowiadania Janka Himilsbacha, Irka Iredyńskiego czy Marka Nowakowskiego. Z amerykańskich autorów uprawiających podobny styl wymieniłbym Steinbecka i Fitzgeralda. Do jego określeń dodałbym czarny humor i groteskę.
Ironiczna "Ziemia tragiczna", to opis życia amerykańskich meneli na przykładzie Spence'a Douthita, jego żony Maud, dwóch córek Libby i Mavis, żony sąsiada Myrt i upartej pani Saunders z opieki społecznej, której syzyfowe wysiłki wynikają z niemożności zrozumienia mentalności tych ludzi. Bo Spence to odpad amerykańskiego kapitalizmu, lecz i współczesny Colas Breugnon, którego pogody ducha nic nie jest w stanie zepsuć; to współczesny epikurejczyk, którego potrzeby ograniczają się do kukurydzóweczki z okazjonalnym dodatkiem seksu.
Jego wspomnienia z pracy ograniczają się do podnoszenia tyłka co pół godziny i gwizdania, by się rozczchmurzyć, a z nieletniej córki Mavis, która zawinęła się i w tydzień została prostytutką, jest dumny, że taka zdolna i starowna; przypisuje sobie, że to po tatusiu. Pieniądze wyłudzone od starszej córki czy pani Saunders, natychmiast zostają przepuszczone, ale charakterny jest, bo pamięta o "lekarstwie" dla żony.
Jemu jest dobrze i on nie chce żadnej zmiany, a już pomysły przesiedlenia, wywiezienia go z jego miejsca na ziemi zagrażają jego egzystencji, jego racji bytu, bo przecież wystarczy, że starsza córka Libby dobrze wyjdzie za mąż i rodziców będzie wspomagać, młodsza Mavis parę dolarów z burdelu też przyniesie, a jeszcze jak czasem przyprowadzi koleżankę, co za darmo tatusiowi "wygodzi", to żyć nie umierać, a jakimiś insynuacjami o patologii niech pani Saunders nie śmie rzucać, bo życie jest piękne szczególnie, gdy dobrze zbudowana sąsiadka Myrt, chodzi nago i daje się oglądać, i nie tylko...
Lektura zapewnia pyszną zabawę, lecz i naucza optymistycznego spojrzenia na świat.
PS Niezbyt udana wycieczka, niby w poszukiwaniu córki, do burdelu potwierdza prawdę, że lepiej siedzieć na swoich śmieciach i nosa ze swojej „tragicznej ziemi” nie wychylać.