Friday, 30 October 2015

Ann PATCHETT - "Belcanto"

Ann PATCHETT - "Belcanto"

Patchett (ur. 1963) wydała "Belcanto" w 2001 i otrzymała nominację do National Book Critics Circle Award oraz nagrodę Orange Prize i PEN/Faulkner Award. Jest to s z k o d l i w e czytadło, o sympatycznych terrorystach i dlatego jest s z k o d l i w e. Bo usypia czujność ludzkości wobec plagi terroryzmu, której ofiarą może być każdy bądź jego najbliżsi. Terrorysta jest wrogiem publicznym Numer 1 i tak ma być, a dyrdymały o ich pociągu seksualnym do eleganckich kobiet są żałosne.
Gadanie w dzisiejszych czasach o tzw syndromie sztokholmskim jest równie nieodpowiedzialne. A w ogóle snucie głupot o nawiązującej się sympatii między miłośnikami opery a prymitywną terrorystyczną młodzieżą najlepiej inteligentom sprawdzić przez kontakty z dziczą polskich kiboli. Kto jest innego zdania niech zweryfikuje swoje stanowisko przez pójście na mecz piłkarski.

Amerykanka Patchett, mimo odpowiedniego wykształcenia i pracy w "branży" nie odniosła żadnych sukcesów przed trzydziestym ósmym rokiem życia, ani później, a ma obecnie 52 lata. Jakiś tam sukces tej książki był spowodowany żywym wspomnieniem "Lima Crisis" jaki miał miejsce w 1997 roku. Aby Państwu ułatwić czytelność moich uwag przepisuję z Wikipedii:
"Kryzys zakładników - opanowanie budynku Ambasady Japonii (właść. Rezydencji ambasadora) w Peru i uwięzienie w niej grupy dyplomatów japońskich oraz peruwiańskiego ministra spraw zagranicznych przez członków Ruchu Rewolucyjnego im. Tupaca Amaru, do jakiego doszło w dniu 16 grudnia 1996. 22 kwietnia 1997 część zakładników, która nie została wcześniej zwolniona, została odbita z rąk porywaczy w czasie przeprowadzonej przez oddziały antyterrorystyczne operacji Chavin de Huantar. Wszyscy porywacze - 14 osób - zginęli w czasie tejże operacji, życie stracił również jeden z zakładników..."

Patchett nie zmieniła nawet narodowości głównego porwanego, tylko popsuła robiąc z niego miliardera, dzięki czemu wyszedł absurd. Bo kiedy to miliarder jeździ na koniec świata, na cywilizacyjne zadupie, by posłuchać diwy operowej. Przecież, gdy ktoś z NAS ma takie życzenie, to odpowiednio płaci, a diwa przyjeżdża i śpiewa.
Jednym słowem: szkoda czasu