Sunday, 1 March 2015

Jerome K. Jerome - "Trzech panów w łódce, nie licząc psa"

Jerome K. Jerome - "Trzech panów w łódce
/nie licząc psa/"
Jerome Klapka Jerome /1859-1927/, na kanwie miodowego miesiąca spędzonego na Tamizie, stworzył NAJLEPSZE DZIEŁO ANGIELSKIEJ LITERATURY HUMORYSTYCZNEJ, zastępując żonę dwoma kolegami i dodając psa. Niech symbolem humoru angielskiego tryskającego z tej powieści /1889/ będzie kwestia:
"I like work, it fascinates me. I can sit and look at it for hours"
/"Lubię pracować, a nawet palę się do roboty. Praca tak mnie urzeka, że mogę całymi godzinami siedzieć i patrzyć na nią" - str.295/.
Już od pierwszych stron mamy do czynienia z absurdalnym dowcipem; /21/
"Ciekawa rzecz, nikt nigdy nie miał morskiej choroby — na lądzie. Tylko na morzu spotyka się mnóstwo ludzi chorych jak nieszczęście, cały żywy ładunek cierpiących. Ale na lądzie jeszcze nie spotkałem takiego, co by miał choć zielone pojęcie o tym, co znaczy przejść morską chorobę...."

Tak myślałem jeszcze w pierwszym stadium lektury i jak widzicie, Państwo, zacząłem ze swadą i entuzjazmem.
Niestety, dalsze strony popsuły mnie humor; po prostu pamięć mnie zawiodła. Byłem przekonany, że przez całą lekturę bedę miał do czynienia z wyrafinowanym dowcipem, a tymczasem spotkałem się z żenująco prymitywnymi gagami trzech nieudaczników. Do tego banalna opowiastka o błądzeniu w labiryncie i parę innych, równie śmiesznych /??/. Jestem na 200 stronie i w coraz większej trwodze. GDZIE TEN WYSUBLIMOWANY HUMOR ANGIELSKI? Gdzie to, wyczytane w recenzjach, powinowactwo do "Klubu Pickwicka" ?
Brnę dalej; zmagania trzech nieudaczników z puszką, staranowanie łódki z nobliwymi starcami, a wszystko wzbogacone nudnymi jak flaki z olejem opowieściami historycznymi. Jeszcze 98 stron do końca, a ja się łaskoczę, aby porechotać z nieporadności trzech gamoniów w obieraniu ziemniaków. Kurczę, ale to śmieszne; chi, chi, oni naprawdę nie umieli obrać ziemniaków!!! No to, dodajmy wielce nieumiejętną grę na banjo, tudzież na kobzie i zwijamy się ze śmiechu.
Opis przeróżnych zmagań z różnymi łodziami w różnych okolicznościach utwierdza mnie w przekonaniu, że to znakomity scenariusz na film, najlepiej niemy, dla dzieci, bo ilość gagów bazujących na przewracaniu się, potykaniu, wpadaniu w dziury, uderzaniu sąsiada wiosłem, bosakiem etc jest imponująca i wystarczająca na pełen metraż. Poczucie humoru nas nie opuszcza, więc bawimy się ignorancją bohaterów: /str.317/
"- Pogoda jest marna — powiedział nam dozorca przystani, gdyśmy odbijali od brzegu — więc jak tylko miniecie zakręt, zrefujcie i idźcie bajdewindem.
Odparliśmy, że zrobi się, i krzyknęliśmy mu wesoło: „Cześć!” Ciekawi byliśmy, jak się chodzi „bajdewindem” i co można „zrefować”...."
Ja natomiast jestem ciekawy, co przyniosą ostatnie strony? Yes, yes, yes - jak krzyczał pewien premier. Mamy w tej KOMEDIOWEJ, ARCYZABAWNEJ książce topielicę:
"Przez cały dzień błądziła po lesie nad brzegiem rzeki, a kiedy nadszedł wieczór i zmierzch zarzucił na wodę swój czarny welon, wyciągnęła ramiona ku niemej Tamizie, która dobrze znała jej troski i radości. I wzięła ją rzeka staruszka w czułe ramiona, i położyła umęczoną głowę na swoim łonie, i ukoiła jej ból...".
Rozumiem, że autorowi zabrakło "pary" w końcówce, ale umieszczanie tu historii ubogiej kobiety, która z rozpaczy popełnia samobójstwo jest co najmniej NIESMACZNE.
Po tym incydencie straciłem chęć do dalszego recenzowania, zresztą poza fantazjami wędkarskimi, nic tam już ciekawego nie ma, czas więc na konkluzję. Może jestem wybredny, a może jestem po prostu upierdliwym, zgryżliwym starcem, w każdym razie zawiodłem się srodze, bo wspomnienie z młodości o tej książce miałem pozytywne, ino skleroza spowodowała, że mylnie spodziewałem się "angielskiego" subtelnego humoru.