Friday, 13 June 2014

Marek BIEŃCZYK - "Książka twarzy"

Marek BIEŃCZYK - “Książka twarzy”
Na okładce czytam słowa Tadeusza Nyczka, jurora „Nike”:
„Brawura Marka Bieńczyka, by pod jedną okładką pomieścić tak kompletnie różne tematy, wydaje się wręcz szalona..”.
To typowa „kolesiowska” ocena. To nie brawura, a tupet pozbierać różne, przypadkowe szpargały, z różnych lat i okazji, powkładać do jednego worka, zrobić bezsensowny groch z kapustą, a potem dorobić bajer o jakimś facebooku znaczy się książce twarzy. O POWIELENIU świadczy nota wydawcy, który podaje jako pierwsze miejsce publikacji DZIEWIĘĆ czasopism, PIĘĆ książek oraz katalog wystawy. To co jest oryginalnego? A do wniosku, że Bieńczyk zakpił z czytelnika, doszedłem czytając ten „zlepek”, notabene w większości cholernie nudny. Jak to się stało? – poniżej:
Wiedziałem, że tłumaczył Kunderę, a więcej wyczytałem o nim, w prenumerowanym przeze mnie „Tygodniku Powszechnym”, gdy został w 2012 laureatem „Nike” za „Książkę twarzy”; ucieszyłem się więc wielce, gdy wczoraj odkryłem ją w bibliotece torontańskiej i już dzisiaj przystąpiłem do czytania. I mamy teraz północ, a ja po przeczytaniu 120 stron siedzę osłupiały i nie wiem, co z tym fantem zrobić... W końcu postanawiam: zanotuję dotychczasowe wrażenia, a lekturę jutro będę jednak kontynuował.
Jestem 13 lat starszy od Bieńczyka, lecz wychowaliśmy się w tej samej dzielnicy W-wy - na Pradze Płd, tylko, że ja na Saskiej Kępie, a on na Grochowie; obaj też piłkę kopaliśmy na błoniach Stadionu Dziesięciolecia, wzdłuż ulicy Zielenieckiej. Jego lata młodzieńcze, to fascynacja Winnetou i sportem, szczególnie piłką nożną i tenisem. I nic poza tym. Nim przejdę do moich zainteresowań, parę uwag. Bieńczyk pisze /str.35/ o rekordowym skoku Szmidta /17,03 m/:
„Odkąd dowiedziałem się o Józefie Szmidcie, ZOBACZYŁEM jego skok na Stadionie Leśnym w Olsztynie, wbiłem sobie w pamięć te piękne rekordowe cyfry 17.03, oraz męski, robotniczy uścisk Gomułki...” /podkr.moje/
Chyba to pokrętna stylistyka, bo w 1960 roku, gdy Szmidt skoczył, autor miał cztery latka. Ale na tej samej stronie czytamy:
„....biegać ze studentami w marcu 1968 i wystawać pod akademikiem na Kicu w oczekiwaniu nie wiadomo na co..”
Pozostaje mnie traktować te wynurzenia jako „licentia poetica”, bo nie widziałem 12-letnich dzieci, gdy NAM milicja robiła „ścieżkę zdrowia”. NAM, bo akurat w marcu 1968 obrona mojej pracy wisiała na włosku, po pobiciu i zabraniu mnie legitymacji studenckiej. Na następnej stronie Bieńczyk stara się podejść czytelnika i familiarnie stwierdza:
„Pamiętamy wszyscy Durerowskiego anioła z „Melancholii”...”
Nie ze mną te numery; ja żadnej melancholii nie znam i nie tęsknię za nią. Ale zabawa dopiero się zaczyna. Wspominając mecz na Wembley w 1973 przesadził:
„Opowieść o meczu na Wembley.. ..należy do tego samego muzeum wyobrażni, co... ...wspomnienia o nocy 13 grudnia. Tyle, że wówczas udało się wnieść do zbiorów upojenie, nie koszmar....”
Czyś się pan, panie Bieńczyk szaleju najadł? W czasie meczu pracowałem w TZF”Polfa” ; zmiennicy przynieśli sensacyjną wiadomość o remisie i wszyscy się cieszyliśmy. Koniec, kropka. A wprowadzenie stanu wojennego, mimo, że nie uważam go za „koszmar”, było wydarzeniem jednym z najważniejszych w ponad tysiącletniej historii Polski. Ale Bieńczyk szokuje dalej:/str.55/
„W historii PRL-u mistrzostwa świata 74 były najbardziej intensywnym doświadczeniem aż do pierwszego przyjazdu Papieża..”
A dla mnie: amnestia więżniów politycznych w 1956 r i wiec poparcia dla Gomułki na pl. Defilad, po uwolnieniu Prymasa Wyszyńskiego.
Teraz, w celu wykazania różnic w pamięci, dwa słowa o mojej młodości. Owszem Winnetou czytaliśmy, bo na okres mojego dzieciństwa przypadło sensacyjne pierwsze wydanie, jak i projekcja pierwszych filmów amerykańskich „Ostatnia walka Apacza” i „Indiański Wojownik”, ale fascynacji nie było; po prostu nowość, jak guma do żucia. Piłkę się kopało, jak się miało, bo piłek wypożyczanych w Ogrodkach Jordanowskich nie wolno było kopać. Na „Legię”, to się chodziło, ale na basen, dziewczyny podrywać /albo na Płytę Czerniakowską/, a na meczu piłkarskim nigdy tam nie byłem. Jak i rakiety tenisowej nigdy nie miałem w ręku. Fascynacja była żużlem na stadionie przy Wawelskiej i „Wyścigiem Pokoju”. Ale to wszystko nic. Od Tyrmanda zaczął się JAZZ, sam usiłowałem grać na trąbce, a zaraz potem rock’n roll i „prywatki”; a z nimi papierosy, alkohol i inicjacje seksualne. A mając 16, 17 lat zaczynaliśmy studia i tym samym drzwi stały otworem do „Hybryd”, „Medyka” czy „Stodoły”. Współczuję autorowi, że miał tak nudną młodość. A może to taka poza: sport, tylko sport!!
Ale przechodzimy do dalszych rozdziałów, do fascynacji w życiu dorosłym i dalej nic nie rozumiem. Bo po genialnym, ale prehistorycznym Bogarcie /”Casablanca”/, parę słów o Wenecji i nagle o Henry Millerze i Moricandzie. Dziwny wybór. Miller ze swoim „Zwrotnikiem Raka” jest odnotowaną, i tylko odnotowaną przeszłością, a jego żale z powodu niefortunnego sponsorowania „astronomera” Conrada Moricanda, opisane w „Diable w raju” nie wzbudzają większego zainteresowania.
Przyszło jutro, i czytaliśmy dalej. Dykteryjki o perfumach, o winie, w tym zapożyczone pouczenie:
„...spełniony młody człowiek... ..powinien również umieć odróżnić bordoskiego lafita od burgundzkiego chambertin clos de beze”
W kompleksy chce mnie wpędzić; wypiłem łyk coca-coli i brnę dalej, a tu w podrozdziale 2, na NIECAŁYCH DWÓCH stronach Bieńczyk atakuje plejadą nazwisk: WOLTER, ROUSSEAU, MONTESKIUSZ, MONTAIGNE, RABELAIS, DIDEROT, BOY-ŻELEŃSKI, PLATON, ZOLA, CHIRAC, SARKOZY, BAUDELAIRE, BRILLOT-SAVARIN i Joanna GUZE. Samochwała w kącie stała!. Wiemy, żeś pan erudyta, ale masz pisać dla ludzi. Dalej znów o piłce kopanej, a ściśle o Beenhakkerze, następnie przedruk z albumu jakiejś fotografki i przedruk z katalogu wystawy jakiegos malarza, i jeszcze o innym fotografie, zupełnie dla mnie niezrozumiała 3-stronicowa notka o Janie Karskim, jeszcze jakieś dwa duperele i wreszcie trzy SUPERNUDNE eseje / Baudelaire, Chataubriand, Hugo/.
I tak dojechałem do 250 str., dalej nie zamierzam czytać. A siedzę i zżymam się na samego siebie, że znów głupio zasugerowałem się Nagrodą NIKE