Monday, 16 June 2014

Hermann HESSE "Gra szklanych paciorków"

Hermann HESSE - “The Glass Bead Game”
/Magister Ludi/
Nie z próżności zamieszczam nagłówek z wydania angielskiego, lecz z potrzeby zwrócenia uwagi na pewne aspekty z tym związane. Po pierwsze, jak powszechnie wiadomo, dopiero wydanie angielskie pod tytułem „Magister Ludi” /”mistrz gry”/ przyniosło autorowi sukces, po drugie, wg profesjonalnych recenzentów, tytuł ten sugerował, że jest to „BILDUNGSROMAN” /”Powieść o formowaniu”, „powieść rozwojowa” - jak np „Przedwiośnie” Żeromskiego, „Pamiątka z Celulozy” Neverly’ego czy „Jak hartowała się stal” Ostrowskiego”/, a to nie jest; ale najważniejsze - niech będzie „po trzecie” - to kwestia GENIALNEJ przedmowy do wydania angielskiego napisanej przez Theodore”a ZIOLKOWSIego. Ja, po prostu, nie wiem, czy jest ona w polskim wydaniu, bo jeśli nie, to proszę przeczytać ją na fb, bo bez niej trudno wszystko zrozumieć.
Następna sprawa - osobista. Wstyd mnie, lecz tak się ułożyło, że ja czytam omawianą książkę, po raz pierwszy, i to właśnie po angielsku, zadowolony, że po 8 miesiącach czekania, Biblioteka w Toronto zawiadomiła mnie, że „teraz ja”. A w ogóle doszła do mojej świadomości konieczność jej przeczytania, gdy mój kuzyn, Łukasz G /ten od „Xenny”/ zweryfikował moją listę bestsellerów, upublicznioną na moim blogu wgwg1943.
Czekając na książkę, przeczytałem DZIESIĄTKI recenzji, opracowań, esejów, ocen, opinii, krytyk, interpretacji itd, itp, aż padłem na Gadamerze /Hans-Georg, 1900-2002/; tak więc, przystępując do lektury byłem wyjątkowo solidnie przygotowany. I teraz, „po”, stwierdzam, że zmitrężyłem czas na tych wszystkich mądrali, bo to, bez wyjątku, truizmy, DYRDYMAŁY i BANIALUKI. A dlaczego?
Bo „nihil novi” /”nic nowego”/, ponad wspomnianego Ziolkowskiego i „Wstępu” Hesse”go, /zatytułowanego w wyd. ang. „The Glass Bead Game: A General Introduction to Its History for the Layman”/, wymyśleć nie potrafią. Ergo /więc/ strata czasu. Natomiast TRZYKROTNE przeczytanie wyróżnionych przeze mnie, tych łącznie 60 stron, jest niezbędne do zrozumienia wszelkich aspektów tego dzieła. Dwa razy „przed” i koniecznie raz „po”.
Samą grę szklanych paciorków rozumiem jako formę medytacji prowadzącej do twórczego procesu, w którym próbuje się istniejącą wiedzę, czy też może inaczej: wszelkie zdobycze ludzkiego rozumu i najśmielsze efekty ludzkiej wyobrażni, scalić, przy pomocy najdoskonalszych narzędzi tj matematyki i muzyki, w kontrolowaną JEDNOŚĆ. I na tym „immense body of intelluctual values” /”niezmiernym ciele intelektualnych wartości”/ gra „wybraniec”, niczym „organista na organach”. To chęć dorównania BOGU, czy też JEDNI PLOTYNA, a może OCEANOWI MAGMY LEMA !!!. A więc, z góry wiadomo, że zadanie nieosiągalne.
Wymyślony historyk literatury, PLINIUS ZIEGENHALLS przeprowadza doskonałą analizę historyczną podejmowania prób „gry w paciorki”, do której dorzuciłbym z chęcią jeszcze dwie: masonerię oraz tworzenie wyizolowanych miasteczek naukowców w ZSRR.
Przejściowy „Age of Fueilleton” juz trwa ze wszystkimi jego minusami, lecz akcję Hesse umieszcza w XXV wieku, gdy upadnie już „tutelage” /kuratela/ Kościoła. W ostatnim zdaniu przedmowy Ziolkowski zauważa, że rzeczywistość naszych czasów została sparodiowana, natomiast całość tchnie ironią. I to ostatnie zdanie wydaje mnie się najważniejsze, bo zawiera najistotniejszą radę dla czytelnika: CZYTAĆ BEZ ZBĘDNEGO NABOŻEŃSTWA, BEZ IDOLATRII, CZYTAĆ JAK SZWEJKA CZY LEJZORKA ROJTSZWAŃCA. Tym bardziej, że Hesse ma miejscami ciężkie pióro i trawienie jet utrudnione. Jednym z utrudnień jest /nie nadmierne, lecz zbyt szczegółowe/ odwoływanie się do muzyki poważnej, wprowadzające czytelnika w kompleks, że „winien to znać”. Całkowicie zgadzam się z Hessem, że MATEMATYKA i MUZYKA są, określmy to lapidarnie - NAJWIĘKSZYMI, lecz skoro nie rozważamy choćby równania Heisenberga, to, dla równowagi, nie szokujmy Sonatą 117 opus sto szóste.
Teraz przede mną najtrudniejsza decyzja: jak zwiężle, bez powtarzania innych, podzielić się z Państwem moimi wrażeniami z lektury... ..Wybieram metodę, z mego punktu widzenia, najprostszą, ale i najklarowniejszą. Przedstawię uwagi „chronologicznie” tzn powstające w trakcie czytania.
I tak, w pierwszych rozdziałach, „urabianie” młodego Knechta odbywa się wg ściśle zaplanowanej procedury. Wybór jego nastąpił, dzięki spełnieniu następujących kryteriów: pochodzeniu z niższej warstwy, co umożliwia stworzenie mu perspektywy awansu społecznego oraz przejściu testu psychologicznego na „spolegliwość”, polegającego na poddaniu się dyktatowi egzaminatora w trakcie wspólnego grania. Dalej budowa autorytetu prowadzącego - „mistrza duchowego”, który staje się jedynym powiernikiem i przewodnikiem na drodze do „elity”, prowadzącej przez świat tajemic, medytacji i rytuałów, a przede wszystkim perfekcyjnej indoktrynacji, czego szczytem jest wykład na temat wolności, po którym zniewolony zakonnik-elitus Knecht czuje się „wolniejszym” od młodzieńca z bogatego domu, cieszącego się rozkoszami życia. To poczucie wyjątkowości, misji, jak i możliwości zostania depozytariuszem „jedynej prawdy” prowadzi do ślepego zawierzenia idei i mamy... wypisz, wymaluj nie tylko Cezarego Barykę, ujawniającego bolszewikom ukryte skarby rodzinne, lecz już całego Pawkę Morozowa - SUPERKAPOWNIKA.
Teraz następuje niesamowity zwrot. Przełożeni nakazują prowadzić Knechtowi merytoryczne dyskusje z „zakapowanym”, „wolnościowym” Plinio Designori, w celu doskonalenia się w obronie racji bytu Kastalii, tej poniekąd „ivory tower” /”wieży z kości słoniowej”/, siedliska zakonu, tj eterycznej społeczności, poświęcającej się czysto intelektualnym celom, nieświadomej jednak problemów wiążących się z życiem na zewnątrz. Przed oczami stają natychmiast zarzuty wobec faryzeuszy, jak i komunistycznej „wierchuszki”, co się „oderwała od ludu”.
Ryzykowna to gra, bo wiemy z autopsji, jak najbardziej zagorzali ideolodzy marksizmu-leninizmu samouświadamiali się i stawali się jego najpoważniejszymi krytykami /vide wychowankowie Adama Schaffa, w tym Leszek Kołakowski/. A w powieści ziarno zostało zasiane... Na razie „góra” przywołała Knechta do porządku, gdy odchodzący z Kastylii przyjaciel-adwersarz Plinio zaproponował wspólne wakacje.
Nasz Knecht ma już 24 lata, wypada więc słówko o seksie. I tu humor w stylu Szwejka, gdy się zabawiał z kochanką swojego porucznika. Otóż , zakonnikow-intelektualistów obowiązuje celibat, w sensie starokawalerstwo, a na prostytutki nie mają pieniędzy. I tu Hesse jest rozbrajający, gdy twierdzi, ze okoliczne panny „nie zwykły” wcześnie wychodzić za mąż, więc swoje potrzeby seksualne zaspokajają ze studentami i nauczycielami z Kastylii /i vice versa/. Bardzo etyczny punkt widzenia!!!
Wracamy do edukacji Knechta. Przed graduacją pisze „The Three Lives”, czyli trzy opowieści o których mowa we wstępie, które umieszcza na końcu książki. Jest to wybieg Hesse’go, aby je, skoro już zostały napisane, dołączyć do książki. Pierwsza przedstawia poganina Knechta, druga Józefa, chrześcijańskiego pustelnika, a ostatnia życie Dasy, indyjskiego księcia, który dorastał jako pastuch. Wszystkie trzy historie obejmują losy trzech osób, poszukujących duchowych przeżyć, którzy uczą się mistycznych tradycji ich czasów od napotkanych mędrców.
Poważniejsza sprawa jest z przewodnią koncepcją. Zrozumiałem, że Hesse wybrał za czas akcji odległy wiek XXV, gdy już Kościół nie będzie roztaczał, wspomnianej wyżej, kurateli nad ludzkością. Tymczasem Knecht, edukując się dalej, trafia m.in. na dwa lata do klasztoru benedyktynskiego, który ma się całkiem dobrze, i tam pogłębia tajniki tytułowej gry, którą Kościół uprawia, w pewnym sensie, od bez mała 2 000 lat. Mało tego, dowiadujemy się, że prekursorem współczesnej wersji GRY był Johann Albrecht Bengel /1687-1752/, niemiecki duchowny i teolog luterański, który próbował „symetrycznie i synoptycznie” uporządkować i streścić Biblię, by w efekcie wyznaczyć datę końca świata. Metoda ta, czyli „gra szklanych paciorków” zawsze była, jest i będzie nieskończenie „in statu nascendi” /”w stanie powstawania”/, i stąd przewidziana data – 8.06.1836 roku okazała się błędna. Ale to nie wszystko. Benedyktyn ojciec Jacobus dyskredytuje całe kastaliańskie zamierzenie, zarzucając mu, że jest imitacją doktryny chrześcijańskiej, a pozbawione Boga i religii nie ma racji bytu. Gwóżdż do trumny /mojej, Knechta i Hessego/ wbija narrator, oświadczając, że nie zachowały się dane świadczące o tym, czy Knecht został chrześcijaninem czy też nie.
No to, proszę Państwa, albo istnieje swoista zmowa milczenia, że Hesse się pogubił, albo ja jestem wyjątkowo tępy.
37-letni Knecht zostaje wezwany do Kastalii. Informuje go o tym ojciec Jacobus, kpiąc przy tym z niezrozumiałej już dziś łaciny w stylu Cycera, którą posłuzyli się ANACHRONICZNI szefowie Kastalii. Mimo dwuletniego pobytu u benedyktynów, zakończonego pożegnalnymi słowami ojca Jacobusa, brzmiącymi jak przestroga:
„Broń samego siebie, bo masz do tego prawo”
Knecht nadal pozostaje lojalnym „knechtem” /”parobkiem”/ elitarnej Kastalii. I znów szok. Okazuje się, że największym autorytetem na Ziemi jest Kościół Rzymski, czyli Watykan i nasz elitarny Zakon Intelektualistów marzy o utworzeniu ambasady w Watykanie. Ułatwić to może benedyktyn Jacobus, a z misją zbajerowania go zostaje wysłany oczywiscie Knecht. Czyli wraca do klasztoru Mariafels.
I tu dygresja. Wykazałem dużo dobrej woli, by zrozumieć koncepcję Hessego, a teraz nie mogę pojąć, po jaką cholerę ta cała Kastalia, skoro jest nic nieznaczącym, wyobcowanym petentem wobec potężnego Watykanu? Poniżające zabiegi, by Watykan zgodził się na poselstwo? Przez 200 stron była mowa o APOLITYCZNEJ WIEŻY SŁONIOWEJ, oderwanej poniekąd od dnia powszedniego. A teraz co?
Teraz okazuje się, że kastalianie, utwierdzani przez lata w swojej elitarności czują „repugnance” /odrazę/ do bieżących wydarzeń , polityki czy gazet. To sprzyja narastaniu zawiści w stosunku do Knechta, który doskonali się przez kontakty ze światem zewnętrznym, z jego ludżmi, najpierw z chińskim Bratem Starszym, a obecnie benedyktynami, a nie jest oganiczony, jak pozostali, do bibliotecznych archiw. A nasz drogi Knecht, w sprzężeniu zwrotnym z Jacobusem, wspina się na akme ludzkiego intelektu. To wzajemne samokształcenie rozciaga się w czasie i zapisanych przez autora słowach, a jest ekstremalnie nudne dla kazdego, kto chociaż przekartkował jakąkolwiek książkę z zakresu filozofii bądż teologii. Knecht nie ma żadnych nowych argumentów, a Jacobusa główny opiera się na BESTIALSTWIE CZŁOWIEKA, o którym kastalijscy teoretycy nie mają pojęcia, a nie mogą go mieć, bo NIE ZNAJĄ CZŁOWIEKA, KTÓRY ZOSTAŁ STWORZONY NA PODOBIEŃSTWO BOŻE.
Muszę też wspomnieć o koleżeńskich psikusach Hessego z Tomaszem Mannem, powieściowym Magister Ludi, Thomasem von der Trave. Z jednej strony Magistrowi przypisuje chwałę za osiągnięcia w skodyfikowaniu tajemnego języka alchemii uwzgledniającego znaki Zodiaku, a z drugiej szydzi z pseudonaukowej amatorszczyzny, jaką uprawia Dr Faust, nad którym Mann aktualnie pracuje. Aż w końcu Magistra Ludi, czyli żyjącego wówczas w Stanach Manna, uśmierca, by wprowadzić na to stanowisko Knechta, który zwycięża we wszystkich etapach GRY, notabene tuz przed powieściowym Nietzsche czyli Fritzem Tegalariusem. Hesse obsmarował oczywiście „mego” Nietzschego, korzystając z tego, że ten nie mógł się bronić z powodu śmierci w domu wariatów w 1900 roku.
Wprawdzie, jeszcze w gościnie u benedektynów, określa atmosferę w Kastalii jako „oppressive” /duszną, gnębiącą/, nie zamierza zbaczać z obranej drogi, z szansy jaka mu dano przed laty, i w końcu zostaje sam Magistrem Ludi. Z czasem ziarno wątpliwości zaczyna kiełkować, czemu też sprzyjały dysputy z Jacobusem i przyjażń Tegalariusem, zrzędzącym nieustannie na temat nieciekawej przyszłości członków ich zakonu, wskutek bezsensownej izolacji. Lojalność Knechta wobec zakonu zaczyna się kruszyć, kryzys osobisty pogłębia się, „w wyniku czego Knecht dokonuje rzeczy niewyobrażalnej. Prosi o możliwość rezygnacji z tytułu magister ludi i postanawia opuścić zakon, rzekomo, aby stać się wartością i pomocą dla szerszych kręgów kulturowych. Zarządcy zakonu odrzucają jego prośbę, lecz Knecht mimo to odchodzi, podejmując się początkowo pracy jako korepetytor syna swego przyjaciela z dzieciństwa. Zaledwie kilka dni później tonie w górskim jeziorze próbując pływać, nie będąc do tego odpowiednio przygotowanym. W tym miejscu urywa się fabuła utworu”. /wikipedia/
Tak więc, dumny ze swojej determinacji, /niczym Knecht/, dobrnąłem do końca, wspiąłem się na akme intelektu /jak Knecht/, by spuścić nos na kwintę i powrócić /jak Knecht/ do normalności i ujrzeć w bliżnim /jak Knecht/ człowieka stworzonego na podobieństwo Boga /jeśli On istnieje, ale to już inny temat/.
Reasumując: pobyt Hessego w seminarium duchownym rzutuje na całą jego twórczość. Bez względu na to, książka, bez żadnej wątpliwości zasługuje na przeczytanie i PRZEMYŚLENIE. Jednakże przeredagowanie jej w kierunku zmniejszenia objętości do góra 200 stron ulżyłoby wszytkim czytelnikom.
PS. Polska wikipedia upiera sie, że to jest „powieść rozwojowa” tj Bildungsroman, podczas gdy angielskojęzyczna stanowczo temu ZAPRZECZA, upatrując w niej PARODIĘ „Of the biography genre”.