Monday, 16 February 2015

Szczepan TWARDOCH - "Drach"

Szczepan TWARDOCH - "Drach"
Sławomir Domański w "oficjalnej recenzji" m.in. pisze:
"„Drach” w śląskiej gwarze oznacza latawiec. Nasuwa się też skojarzenie z greckim słowem „draken”, oznaczającym smoka. Jeśli przypomnimy sobie chińskie latawce o smoczych kształtach, widzimy rozległość skojarzeń kulturowych. DRACH JEST TWOREM TRWAŁYM I WIECZNYM, KTÓRY WIDZI WSZYSTKO. Kontekst śląski jest dla „Dracha” jednym z możliwych wariantów, ważnym dla Magnorów i Gemanderów – bohaterów powieści. NIEISTOTNYM w ogólnym rozrachunku". /podk.moje/

Powyższe podkreślenie spełnia szeroką definicję BOGA. Drugim problemem tej lektury, jak również recenzji Dariusza Nowackiego i riposty Sławomira Domańskiego jest "ŚLĄSKOŚĆ" contra "UNIWERSALNOŚĆ" tego dzieła. Moim zdaniem tradycyjna śląskość Twardocha jest TYLKO FORMĄ, a istotnym jej elementem jest podkreślenie śmierci Dominika TWARDOCHA na polu I w.św. w Lotaryngii. /str.43/. Nie zawężajmy problematyki dzieł Twardocha do Śląska !!

Przykro mnie, ale muszę tu powiedzieć, że lubiany i ceniony przeze mnie Nowacki napisał tym razem prymitywny PASZKWIL, którego argumenty są tak bezsensowne, że nie zasługują na moją odpowiedż. Bo jak pogodzić fakt, że Nowacki jeżdzi po Twardochu jak po łysej kobyle, ze stwierdzeniami: "...majster z podgliwickich Pilchowic trzyma formę.."; "'Drach' przynosi epizody zachwycające, po mistrzowsku napisane"; "Twardoch perfekcyjnie pokazał, czym mógł być tzw syndrom stresu bojowego.."; "'Drach' jest świetną powieścią... ...stanowi znakomite osiągnięcie..".

Ale najistotniejszą zagadką była moja własna reakcja, po niedawnym zachwycie nad "Morfiną". Bo wepchnąć kogoś na szczyt można, ale jak go tam utrzymać? No i nie miał dziad, czyli ja, kłopotu. Bo teraz mnie męczy następne, jeszcze trudniejsze pytanie, co będzie z kolejną książką, już po "Drachu" ? Mam jedno życzenie, póki czas: zerwij Pan z ponuractwem, bo czytelnicy pogłębią się w depresji. Obecna nutka ironii domaga się śmielszej ekspozycji. Przykład w opisie...... /str.13/

"....czelodniyka Grychtolla, który nigdy nie wyzwolił się na mistrza masarskiego, ale za to w nazwisku zmienił podwójne "l" na "ł"..."

Tego typu drwiny giną w morzu posępności. Bo u Twardocha nawet kopulacja nie daje radości, ino chwilowe zaspokojenie chuci. A to, Panie Autorze niedobrze!
Ryzykownym, acz udanym, pomysłem okazał się brak przypisów, co wymagało ciężkiej pracy nad dialogami, by czytelnik mógł je zrozumieć. A korzyść z takiej lektury przeogromna, bo pozwala na zadomowienie się w folklorze.

Czas wrócić do tego posiadającego boskie elementy, bo wszystkowidzącego i wiecznego Dracha. Odnoszę wrażenie, że recenzenci niezbyt dokładnie czytali omawianą książkę, skoro nie zwrócili uwagi na poniższe fragmenty: /str.132/

"Stary Pindur nie przestaje mówić:
Yno suchej dalyj: ziymia tyż żyje. Ziymia dycho tak jak my dychomy. Ziymia mo krew, to je woda, i ziymia mo skóra, po keryj my łażymy bez cołkie nasze żywobyci, jak błechy łażom po psie, rozumisz?
Gilner nie rozumie i już nie słucha. Nie wie, że stary Pindur MÓWI O MNIE.." /podk.moje/

Już wcześniej /str.116/ autor to sygnalizował:
"..Znam ciężar ciała Valeski i ciężar domu, w którym Ernst się rodzi, i delikatną pieszczotę jego stóp, kiedy PO MNIE CHODZI, i ciężar jego ciała, gdy pozostanie złożone do grobu.." /p.moje/

I również mówiąc o obietnicy synów Gemandera, że nie zostaną górnikami /str.191/

"..Nigdy nie zjechali na dół, na kopalnię. Od stu pięćdziesięciu lat wszystkie Gemandery.. ..wpełzały w ciemność, w MOJE CIAŁO, a Stanisław i Pyjter nie wpełzli nigdy.." /podk.moje/

Logiczny wniosek może być tylko jeden DRACH TO MATKA ZIEMIA, RODZICIELKA WSZYSTKIEGO CO NA NIEJ ŻYJE, WSZECHOBECNA I TRWAŁA.

Teraz, z kolei czas na CZAS, który jest kluczowym elementem konstrukcji. Twardoch prowadzi różne wątki w tym samym czasie. Co to znaczy? Ulubionym jego zwrotem jest /np str.175/:

"...W tym samym czasie, tylko dziewięćdziesiąt trzy lata wcześniej..." /również str.237/
"...W tym samym czasie osiemdziesiąt lat wcześniej,," /str.192/

Bo czas kalendarzowy jest bez znaczenia dla przekazania pewnych prawd egzystencjalnych, prawd nie powiązanych ściśle ani z żadną datą, ani z żadnym miejscem, prawd wynikających ze zdarzeń możliwych równie dobrze w starożytnej Grecji, co we współczesnych Chinach. U Twardocha "ten sam czas" dotyczy ciągu RÓWNOLEGŁYCH analogicznych historii wydobytych z różnych epok, aby w efekcie czytelnikowi przedstawić problem, jako sumę zdarzeń jednostkowych niezależną od tradycyjnie pojmowanego czasu.

No i jeszcze odwoływanie się do analogicznych zjawisk w naturze, np w opowieściach o instynkcie, sarenkach, psach etc ; to w celu stworzenia klimatu, niezbędnego....... /wg recenzji Piotra Królaka/,

"..do rozważań o BEZLITOSNEJ PRZYPADKOWOŚCI wpisanej w ludzki los.." /podk.moje/

i to wydaje mnie się najważniejszym przesłaniem tej książki.

Proszę Państwa, Twardoch się wybronił, gorzej ze mną, bo ilość poruszanych tematów przerosła moje zdolności do napisania spójnej recenzji. Po prostu zmęczył mnie, więc proszę o mniejszą objętość następnych dzieł.